Nie do wiary, jak potrafił niekiedy funkcjonować ludzki umysł - jak kapryśna bywała pamięć, jak wybiórcza uwaga, jak zachłanne myśli, wciąż i wciąż gotowe wybiegać w jednym tylko, i tym samym wciąż kierunku, wszystkie inne drogi ignorując bez najmniejszych skrupułów. Lazare nie pamiętał większości własnych występów. Za żadne skarby nie przypomniałby sobie bankietu wydanego przez jego matkę z okazji jej pięćdziesiątych urodzin. Zapytany o numer swojego konta, albo karty kredytowej, musiałby się oczywiście posiłkować zapisanym gdzieś w jednym z jego dzienników rządkiem cyfr - gdyby w pierwszej kolejności w ogóle przypomniał sobie, w którym to notatniku ów sekretne kody zapisał.
Ale rozkład nadirowego mieszkania?
Co z tego, że nieodwiedzanego od zbyt dawna, i we wszelkich świadomych wspomnieniach Moreau zawsze jakby osnutego lekką mgłą, i spowitego ciepłym, gęstym cieniem.
Rozkład nadirowego mieszkania pamiętał lepiej niż wszystkie wydarzenia z ostatniego roku. Pamiętał tak, jak się w dzieciństwie pamięta drogę do domu. Jakby na zawsze wyryty na wewnętrznych stronach powiek, potrafił odtworzyć go i po latach, nie musząc się nawet jakoś szczególnie nad tym wysilać. Dążąc do sypialni, trzeba było skręcić w lewo. Żeby odnaleźć salon - pójść na wprost, przekroczywszy niski i szeroki próg. We framudze, po prawej, znaleźć można było dwa wąskie wgłębienia - nikt nie wiedział skąd się wzięły, obecne tu
od zawsze, ale ilekroć nadarzyła się okazja, Lazare lubił musnąć je opuszkami palców zanim wszedłby głębiej w pełną suwenirów i nostalgii gardziel mieszkania. Była jeszcze łazienka ze spękaną szachownicą kafelków podłogowych; kran, który nocą zdawał się czasem dławić nieprzełkniętą wodą. Kuchnia z ogromem szuflad i szufladek, z kolekcją przypadkowych kubków i niedobranych do siebie nawzajem łyżek; pachnąca - zawsze - feerią przypraw, z których nazwać Lazare potrafił może trzy albo cztery, i to wyłącznie wówczas, gdy bardzo się postarał.
Nadir miał, oczywiście, rację: choć zawartość jego eklektycznej kolekcji wciąż się rozrastała, jej charakter od lat pozostał ten sam: sentymentalny, poetycki, trochę przytłaczający nadmiarem kryjących się w nim emocji.
- Trafię - zapewnił, zbyt szybko by udało mu się doszczętnie stłamsić kryjącą się w jego tonie
tremę. Niedorzeczne to było: że tak się, nagle, stresował - on, tak przyzwyczajony do występów przed publiką, tak nawykły do konieczności robienia na innych odpowiedniego wrażenia. Jakby miał nie trzydzieści trzy, a raptem trzynaście lat. Onieśmielony wszystkim, co jeszcze się nie stało, ale co mogło się przecież wydarzyć -
Nie oszczędzaj na cynamonie - dodał jeszcze, zaskoczony, jak dokładnie pamiętał smak napoju w przeszłości przygotowanego mu przez Nadira tylko jeden czy dwa razy, jakby w
przeszłym życiu.
Gdy tylko Nadir wykonał ten płynny, taktyczny unik, udając się w stronę kuchni, Lazare - pozostawiony samemu sobie w półmroku korytarza - nie bez ulgi ściągnął przemoczony podkoszulek, pozwoliwszy wilgotnej skórze pleców, piersi i ramion natychmiast pokryć się gęsią skórką. Zmiął mokry materiał w żałosny motek, z jakąś dozą nieprzemyślanej nonszalancji porzucając go w łazience. Nie zapalił nawet światła - tak dobrze potrafił, wyłącznie za sprawą samego instynktu, przewidzieć odległość od progu do umywalki. Przy każdym kroku, bose stopy klapały śmiesznie na gładzi posadzki. Nogawki spodni też miał przemoczone - aż do szczytów ud, które odrobinę przed chłostą deszczu uchroniła jego marna kurtka. Niewystarczająco.
Jakiś wewnętrzny przymus kazał mu się
nie rozglądać - przynajmniej jeszcze nie teraz - i od razu skierować kroki prosto ku uchylonym drzwiom szafy, od zawsze będącej prawdziwą skarbnicą wiedzy o życiu Al Khansy. Jej wnętrze nadal pachniało tak samo - palo santo i piżmem, lawendą i proszkiem do prania. Kusiło go, żeby wśród znajomych zapachów szukać obcych - cudzych perfum, woni obcych ciał, jakichś nieznanych Lazare ludzi, w jego odbiorze w życiu Nadira nie będących gośćmi, a po prostu
intruzami. Kusiło go, żeby wszystkie wiszące tu swetry, i złożone w kostkę podkoszulki przejrzeć jeden po drugim, znajdując te, których nie pamiętał. Te, które należeć mogły do
innych. Ale co by wówczas zrobił?! Spalił je, rozdarł na strzępy? Czy może zignorowałby je, ból tłumiąc głosem rozsądku, akceptując tak, jak w dzieciństwie musiał czasem akceptować policzki wymierzane mu przez matkę?
Dziwne to było uczucie - ale ku jego przerażeniu bynajmniej nie
nieprzyjemne - stać w sypialni Nadira w połowicznym, a potem niemal całkowitym negliżu, gdy pod wpływem dziwnego impulsu wyswobodził się też z wilgotnawych objęć spodni. Był świadom, że
schudł - że w ubraniach Nadira, które kiedyś pasowałyby nań perfekcyjnie, jeśli nie okazałyby się wręcz miejscami odrobinę zbyt przyległe - może nie tyle
utonie, ale z pewnością jeszcze bardziej zda sobie sprawę z mizerności własnego, nietrenowanego od miesięcy ciała.
Przebiegł dłonią wzdłuż wiszących na wieszakach ubrań: przez bawełnę, flanelę i jedwab. Zaplątał palce w gęsty splot starego swetra, który pamiętał jeszcze - zielony jak listki bluszczu - z ich dzielonej na dwóch młodości.
Kichnął - śmiesznie, bezbronnie - gdy w nozdrza połaskotał go aromat nadirowych perfum, zagubionych gdzieś wśród włókien materiału.
Zuchwałym było to, co robił - choć nie bez pozwolenia właściciela. Zuchwałym było przebrać się
za Nadira w biały podkoszulek Al Khansy, i obszerny, ale nie bezkształtny, szary sweter. To, że nie fatygował się nawet aby poszukać czegokolwiek na dół - i że za chwilę stanąć miał w kuchennym progu tylko w górnych częściach garderoby, bokserkach i wełnianych skarpetkach znalezionych w szufladzie najprywatniejszej komody Al Khansy - nie było jednak aktem farsy, tylko jakiegoś kompletnego
zaćmienia. Jakby zapomniał, że nie przyszedł tu po bliskość. Jakby zapomniał, że miał tu w ogóle nie przychodzić.
Miał już opuścić sypialnię, gdy nagle zdał sobie sprawę, że jest
obserwowany - i że spogląda nań tuzin bystrych oczu, niby w bezruchu, a jednak jakby
żywych, skierowanych nań z pergaminu i tektury rysunków Nadira. Jeśli dostrzegł samego siebie, to zarejestrował to wyłącznie podświadomie, zbyt skupiony na innych portretach.
Nie znał żadnej z przedstawionych na nich osób.
Dlaczego - do cholery! - nie znał żadnej z przedstawionych na nich osób?!
I właśnie wtedy do niego dotarło: nie chciał się nim dzielić. Z nikim, i nigdy więcej. Nie chciał musieć dzielić się Nadirem z nikim innym. Choć te decyzje oczywiście nie należały do niego.
Już nie.
- Mogę coś zrobić? Jakoś Ci pomóc? - zapytał (naiwnie, głupio), gdy wreszcie wyszedł na spotkanie Nadirowi w rejonie rozpachnionej słodyczą i mlekiem kuchni.
Storczyk męski - z całą niedorzecznością tej nazwy - wrzał w niewielkim rondelku. Lazare naciągnął rękaw swetra na (p)okaleczoną dłoń. Spoglądał na bruneta spode łba, jak skarcone dziecko -
Nie wiedziałem, że nadal rysujesz, Nadir.
nadir al khansa