Niby faktycznie złego diabli nie brali. I super. Tylko to było cholerne, dzikie Medellin. Tu panowały zupełnie inne zasady i chyba nawet diabły miały w dupie wszelkie zasady. Bo przecież gdyby tak porównać występki Madoxa z tymi, które pewnie działy się tutaj na porządku dziennym na każdym rogu, to jednak on przy tych pełnoprawnych gangusach wcale nie był taki zły. Pilar śmiałaby nawet stwierdzić, że był
dobry. A skoro finalnie wylądował w szpitalu, to musiało z nim być naprawdę kiepsko. I chociaż teraz, gdy tak stał przed nią, wyglądał dobrze i Stewart na własne oczy mogła ocenić jego stan zdrowia, tak sposób, w jaki Marie o tym opowiadała, jak mówiła, że
schodził na ich oczach, że wymiotował pod siebie, no to kurwa nic dziwnego, że głowa Pilar snuła najczarniejsze scenariusze.
Może dlatego zachowała się tak bezmyślnie z tym Pedro. Bo przecież można to było podpiąć pod szczyt bezmyślności. Uderzyła gangusa. I Diego miał rację, przy innych warunkach mogła bardzo mocno oberwać w odwecie. Bo tak naprawdę kogo by tu obchodziło, że była kobietą Madoxa? Tego syna zdrajcy, który po dziesięciu latach pofatygował się do rodzinnego miasta. Nie był tu wysoko postawiony i jeśli Pedro naprawdę chciał ją za to ukarać, gdyby Diego tego nie zastopował, Pilar może nie stałby teraz tak wtulona w niego w pełnej okazałości.
Ale stała i w dodatku go jeszcze przepraszała, bo ona naprawdę czuła się winna. Nawet jeśli on uważał, że
ją pojebało.
—
Żebyś kurwa wiedział, że mnie pojebało — odpowiedziała mu praktycznie od razu, zaglądając w te ciemne oczy, podczas gdy na jej twarzy brwi ściągnęły się do środka w poważnej minie. —
Na twoim punkcie mnie pojebało, Madox — i aż się stuknęła w to puste czoło. O, żeby pokazać, w którym to dokładnie miejscu ją pojebało. Tam zaraz pod czaszką, gdzie powinien znajdować się mózg. Tylko ten Pilar przy Noriedze jakoś potrafił w sekundę wyparować, a kiedy jeszcze pomieszało się to z jej narwanym charakterem… No właśnie wychodziły takie kwiatki jak to bicie gangusów, czy chociażby sam fakt, że teraz tak głośno mu o tym mówiła, że straciła dla niego głowę. Całe szczęście on wtedy zaczął o tej dziewczynie i można było zmienić nieco temat.
—
Rozjebany łuk brwiowy — poinformowała go o stanie zdrowia dziewczyny. —
Będzie okej. Całe szczęście nie dostała mocno — w przeciwieństwie do Noriegi. Bo nawet sobie nie chciała wyobrażać ile siły Pedro musiał wsadzić w to uderzenie, skoro aż tak zmiotło Madoxa z planszy. Nidia, bo tak nazywała się drobna kelnerka powiedziała jej potem, kiedy Pilar znalazła ja na sali, że tak naprawdę ta tacka tylko otarła się o jej twarz. Uderzenie chybiło i chyba całe szczęście, bo aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby ta drobna dziewczyna dostała prosto w głowę.
—
A z wujkiem Diego zrobiliśmy całą butelkę rumu, jak ty się bawiłeś w szpital, więc ten temat akurat załatwiony — niby rozmawiali na poważnie, a jednak w tonie Pilar dało się usłyszeć ponownie tą zaczepność i może też trochę dumy? Bo kurwa ją też dużo kosztowało, żeby usiąść z tym człowiekiem do jednego stołu, żeby porozmawiać bez unoszenia głosu i przełknąć te poglądy, z którymi się nie zgadzała, przy okazji prezentując mu swoje racje. —
Przy okazji powiedział, że cię odwiedzi, jak mu tak nagadałam jak dobrze ci idzie z Emptiness — wzruszyła ramionami, bo może nie powinna tego robić, może nie powinna rozmawiać na temat jego życia w Toronto, ale przecież Madox naprawdę miał się czym pochwalić. Tym co osiągnął, jakie miejsce zbudował od praktycznie zera. To był powód do dumy, a nie chowania się po kątach. Szczególnie tutaj powinni to doceniać. Bo jeśli chodziło o Pilar to jej podobało się tam wszystko, minus właśnie te wszystkie gangsterskie aspekty, ale z drugiej strony bez tego Emptiness nie byłoby klubem, którym jest dzisiaj.
I jeszcze chciała mu napomknąć o tym, że rozmawiała również z ciotką i że wcale nie jest zła za to wszystko, co się stało, tylko wtedy on nachylił się nad nią i złapał ją pod udami, by już po chwili osadzić tyłek Pilar na chłodnej masce samochodu. Do tego wymachując jej przed oczami naklejką dzielnego pacjenta.
—
Ło, zawsze taką chciałam — ta na pewno. Prychnęła pod nosem i przyjęła ją od niego z wielkim uśmiechem. Chociaż z drugiej strony jakby się tak nad tym zastanowić, to ta naklejka była lepsza niż nie jeden magnes z napisem Medellin, bo jednak oddawała jeden do jednego ten wyjazd i to jak
dzielnymi pacjentami oboje byli, gdy los ciągle wrzucał im kłody pod nogi i okładał po twarzach. —
Tylko gdzie ja mam to schować? — w pierwszej chwili miała cwany plan przykleić to sobie gdzieś na piersi ale przecież zaraz musiałaby to zdjąć, to bez sensu, więc finalnie sięgnęła do dekoltu i wcisnęła ją sobie bezczelnie do stanika, zaraz pod pierś.. Co też było wyjątkowo chujowym pomysłem, biorąc pod uwagę, że sekundę później Madox już wpijał się w jej usta, kradnąć z płuc resztki powietrza i Pilar już czuła, że za niedługo mogła stracić z siebie ten koronkowy stanik. Razem z naklejką.
—
Madox — rzuciła prosto w jego usta, kiedy w końcu oderwał się do niej na marne milimetry i chociaż chciała, żeby wybrzmiało to o wiele bardziej stanowczo, wyszedł z tego jedynie jęk przyjemności. —
A ty nie powinieneś odpocząć? — wydyszała, gdy tak zszedł pocałunkami po jej żychwie na szyję. Gdy zostawiał na niej mokre ślady, a ona prężyła się przed nim, by jeszcze bardziej ułatwić mu do siebie dostęp.
Oczywiście, że też go chciała. Najlepiej tu i teraz. Nawet na tym pieprzonym aucie. Ale jednak miała w sobie jeszcze jakieś resztki pokładów zdrowego rozsądku i skoro on tak mocno oberwał to może nie powinien… No tylko wtedy on przyciągnął ją do siebie jeszcze bardziej, łącząc ich praktycznie w jedność. Czuła między nogami jak jego… sprzączka od paska wbija się w koronkowe majtki, podczas gdy jego usta na nowo odnalazły te Pilar. I co ona tam mówiła o tym odpoczywaniu? Sama już nawet nie pamiętała, bo on znowu wypełnił sobą jej wszystkie myśli.
Oplotła go nogami, jeszcze bardziej na niego napierając, poruszając energicznie biodrami, gdy padło to konkretne pytanie:
gdzie. Gdziekolwiek, cisnęło się jej na usta, jednak finalnie wypowiedziała pierwszą lepszą myśl, jaka zawisła w jej głowie.
—
Ogród — wydyszała prosto do jego ucha, zaciskająć się na nim tak, by spokojnie mógł ją podnieść i swobodnie przejść w wyznaczone miejsce. A gdzie dokładnie w ogrodzie, to już zostawiała dla jego fantazji. Bo Pilar było wszystko jedno: na trawie, pod drzewem, na tej kolorowej ławeczce, którą mijali rano, czy nawet w krzakach. Gdziekolwiek, cokolwiek, byle z nim. Stewart była dzika, szalona, naprawdę nie potrzebowała dobrych warunków, by oddać się tej buzującej w ciele przyjemności. A nazbierało się jej naprawdę dużo. Już od początku tego dnia, poprzez każdą pojedynczą sytuację, w której ktoś im przerywał, czuła, że jest jak tykająca bomba, która była gotowa wybuchnąć. I znowu wpiła się w jego usta bez opamiętania, gdy on tak zwinnie podnosił ją z tej chłodnej maski. Na moment, bo przecież zaraz potem musiał widzieć, gdzie idzie, więc przeniosła wargi na jego szyję, podgryzając ją raz po raz, zaciągnąć się tym obłędnym zapachem. A serce to biło jej jak szalone na myśl, że w końcu będą mogli schować się przed całym światem na dłużej niż pięć minut.
Bo czy było coś, co mogło ich jeszcze przed tym powstrzymać?
Tak. Tak było.
Jebane kostki A dokładniej Marie, która wybiegła nagle z domu, wykrzykując ich imiona. Jakby kurwa cały ten czas, który ona z Tio dali im na
rozmowę cały czas stała przy drzwiach i tylko pilnowała, żeby przypadkiem gdzieś się nie oddalili. No bo jak inaczej to wyjaśnić? Nie można było mieć AŻ tak wielkiego pecha, a ona nie mogła mieć AŻ tak dobrego wyczucia czasu.
—
Biegnij — rzuciła zaraz do jego ucha nawet sie nie zastanawiajac. —
Błagam cię — wyjęczała już o wiele bardziej błagalnie chociaż też z większym zrezygnowaniem. Bo przecież była przodem do tej cholernej Marie i doskonale widziała, że ona nie miała zamiaru dać za wygraną. Bo ona już się do nich zbliżała i wyglądała tak, jakby naprawdę była gotowa autentycznie za nimi biec do momentu, w której nie przestaną uciekać. No kurwa wariatka. Jak wszyscy w tym domu.
—
Potrzebujemy was w środku — oznajmiła surowym jak na siebie tonem, zarzucając ręce na biodra i ciągle za nimi podążając, bo Madox to nawet na moment się nie zatrzymał, a Pilar jak ten miś koala otulała go niczym ulubione drzewo, chociaż wzrok teraz miałą wbity w pannę młodą.
—
Nie możemy przyjść za piętnaście minut? — spytała z jakąś złudną nadzieją w głosie. —
Dziesięć? — zaproponowała, bo Pilar i tak była już tak gotowa, że nawet uwineliby się kruwa w dziewięć, jakby się postarali. No tylko Marie nie miała zamiaru dać im nawet złamanych pięciu. I w pewnym momencie to nawet podbiegła bliżej na tych wysokich szpileczkach i złapała Madoxa za koszulę, stopując go, zanim wyszedł na ścieżkę prowadzącą do ogrodu.
—
Nie. Cały wieczór was przy nas nie ma — no kurwa cios poniżej pasa. I Pilar właśnie takie spojrzenie jej posłała. Bo jednak wytykanie Madoxowi, że dostał tacką w głowę i spędził pół wesela w szpitalu było mocno nie na miejscu. Ale Marie wcale nie powiedziała tego przez przypadek, bo chyba dobrze wiedziała, że jak nie będzie stanowcza, to oni jej po prostu spierdolą. —
Potrzebujemy naszych świadków. Teraz. Zaraz będzie tort i oficjalne podziękowanie, a potem prueba de parejas i rzucanie bukietem — …i do czego oni dokładnie byli potrzebni? —
Proszę. Chcemy, żebyście byli przy nas chociaż na chwilę — rzuciłą już spokojniej i jakoś tak bardziej błagalnie, a Pilar tylko westchnęła głośno, co Madox mógł bez problemu poczuć na karku, do którego teraz ze zrezygnowaniem przystawiła usta.
Madox A. Noriega