Nie lubiła wiercić ludziom dziury w brzuchu, żeby coś z nich wyciągnąć. Chyba, że ci ludzie byli już martwi i potrzebowała wyjąć z nich narządy. Wyjątek stanowiła jej narzeczona, która, pomimo że była całkiem żywa, należała do dość milczącego grona, więc Zaylee niejednokrotnie musiała ciągnąć ją za język. Żadna z nich nie była skora do zwierzeń, wciąż nad tym pracowały, więc nieraz dojście do porozumienia zajmowało trochę więcej czasu. Z kolei trakcie rozmowy z Grahamem wywnioskowała, że ten, gdyby tylko chciał, na pewno kontynuowałby rozmowę o wojsku. Ale ten najwyraźniej nie chciał. I to był w porządku.
Cmoknęła z niezadowoleniem na samo wspomnienie Beckera. To ciągle był świeży i dość bolesny temat, ale nie mogła wiecznie od tego uciekać. Unikanie rozmów o mentorze z pewnością nie przywróci go do życia, a skoro sprawca został schwytany, żona i syn byłego mentora Miller mogli odetchnąć z pewną dozą ulgi.
—
Już dwukrotnie dokonywali zmian, bo Caleb Foster jest dość skomplikowanym przypadkiem — powiedziała, dopiero teraz uświadamiając sobie, że w rzeczywistości Mike mógł kojarzyć seryjnego mordercę. —
Pamiętasz Fostera? Taki dziwny dzieciak z mojego roku — wyjaśniła, chociaż na roku Zaylee większość studentów była
dziwna, w tym ona sama. —
Nienaturalnie szczupły, zawsze trzymający się z boku? No to właśnie on stał za tymi zabójstwami. Uśmiercał koronerów w taki sposób, jak ginęli ich poprzedni denaci. Nigdy nie był zbyt kreatywny — prychnęła pod nosem, bo gdyby nie to, że Foster uprowadził ją i zamierzał utopić, nie przypuszczałaby, że w ogóle był zdolny do takich czynów. A może powinna, przecież często te
ciche dzieciaki miały swoje za uszami i wcale nie były takie niewinne, jak na początku uważano.
Niewątpliwie zafundowałaby Mike'owi wymyślne epitafium, ale miała jednak nadzieję, że facet jeszcze pożyję i nie będzie musiała wygłaszać mowy pożegnalnej nad jego trumną, po tym, jak już go rozkroi i wyciągnie z niego bebechy. Wolała trzymać się wersji, że Graham nie dozna większego szoku, kiedy z każdą kolejną chwilą będzie dowiadywał się o niej czegoś nowego.
Uśmiechnęła się pod nosem, słuchając opowieści Michaela o rodzicach. Zawsze darzyła Grahamów szacunkiem i nawet nie musiała się za bardzo starać, aby zaskarbić sobie ich sympatię. Wystarczyło, że studiowała medycynę. Nie sądziła, aby czym innym mogła wpłynąć na osądy, w których uważali ją za idealną kandydatkę na jego żonę. Później miała do nich dość ambiwalentny stosunek. Właściwie nie wiadomo, jakby potoczyło się ich życie, gdyby tak bardzo nie naciskali na ślub.
—
Jako kociara absolutnie nie mogę powiedzieć, że rozumiem twoją matkę — zaśmiała się krótko, bo to wcale nie tak, że Zaylee nie lubiła psów. Lubiła, ale po prostu wolała koty. Sama miała dwa — szkocką zwisłouchą kotkę oraz czarnego dachowca znalezionego pośród bukietu warzyw po obkupieniu się na targu na obrzeżach Toronto. —
Ale mój ojciec przechodził podobną fazę do twojego i brał się rzeczy, które nigdy wcześniej go nie interesowały. Przeszło mu tak samo szybko, jak niespodziewana chęć zmiany — wzruszyła ramionami, bo chyba najwyraźniej na starość ludziom zaczynało trochę odpierdalać. A potem upiła łyk kawy i przewróciła oczami. —
Na pewno cieszą się, że mają cię na miejscu. Mogą udawać, że tak nie jest, ale oboje wiemy, że kamień spadł im z serca — uniosła wymownie brwi. Miłość rodziców i do rodziców bywała trudna. Trzeba jednak zawsze mieć na uwadze, że oni też po raz pierwszy przeżywają swoje życie i mają prawo do popełniania błędów.
Nie sądziła, żeby odezwanie się do Grahamów było słusznym pomysłem. Właściwie uważała to za fatalną myśl. Miller nie chciała psuć dobrego wrażenia, jakie po sobie pozostawiła.
—
Tak? — przechyliła głowę, wpatrując się w Mike dużymi, ciemnymi oczami. —
A potem zaczęliby nagabywać cię do tego, żebyśmy do ciebie wrócili i spotkałyby ich same rozczarowania — zaznaczyła, bo po co im dokładać na stare lata?
Ojciec Zaylee nigdy nie przepadał za Grahamem. Nie dlatego, że miał mu coś do zarzucenia, ale dlatego, że z kimkolwiek nie związałaby się jego córka, to i tak — w mniemaniu Otto Millera — wszyscy byli dla niej nieodpowiedni. Nic dziwnego, że przez lata trzymał strzelbę przy drzwiach, aby odstraszać nieproszonych adoratorów. I adoratorki.
—
Do ostatniej chwili nie chciałam im mówić o tym, co się stało, ale media zrobiły swoje — mruknęła pod nosem. —
Ojciec jak zwykle twierdził, że mnie nie dopilnowano. Jakby do tej pory nie przywykł do tego, że jestem już wystarczająco duża, żeby o siebie zadbać. Poza tym mają się dobrze. Mama dalej dorabia w bibliotece w Whitby, ojciec cieszy się wolnym czasem na emeryturze, chociaż czasami dalej doradza rolnikom i firmom w agrotechnicznych kwestiach. I wciąż ma problem z zaakceptowaniem mojego związku, chociaż dostrzegam znaczący progres — uśmiechnęła się z aprobatą, wspominając początkową niechęć Otto do Eviny, których relacje ostatnio nieco się ociepliły.
Michael Graham