-
Jeden z moich ulubionych świątecznych zapachów, na pewno znajdę - powiedział Galen z uśmiechem. Ale taka była prawda, że ten zapach grzanego wina, goździków i pomarańczy jakoś tak dobrze mu się kojarzył, może nie z domem, bo tam pewnie święta pachniały Chanel No5, albo czymś podobnym, czym jego nadęta matka psikała nawet choinkę. Ale kiedy już przeprowadził się na swoje, to jednak ten zapach grzanego wina towarzyszył mu co roku, bo jego gosposia robiła najlepsze grzane wino na świecie, pewnie na winie tak drogim, że te wszystkie, które stały za ladą w tej budce, w której pracowała brunetka były mniej warte, ale Galen słabo znał się na winie, lepiej na whisky.
I na kobietach też się trochę znał, a przynajmniej tak mu się zawsze wydawało, więc kiedy powiedziała o tym jej
rzucaniu dobrych uroków, o ile ktoś jej nie podpadnie, to przechylił na bok głową z jakimś niewinnym uśmiechem.
-
A jak ktoś w ramach przeprosin pomoże, to jest jednak na liście tych złych, czy dobrych uroków? - zapytał. Chociaż on też liczył, że jednak zostało mu wybaczone. I w normalnych warunkach, to by pewnie za te pomarańcze wszystkie zapłacił. Ale czy wtedy Nelly czułaby się przy nim tak swobodnie? Czy on przy niej też? Gdyby nagle się okazało, że on śpi na pieniądzach? Aż się chwilę nad tym zastanowił, ale tylko chwilę, bo zaraz uśmiechnął się szeroko i jakoś tak szczerze, kiedy brunetka zaczęła prezentować jak chodziłaby w szpilkach.
-
Myślę, że byłoby całkiem wygodnie. To teraz tylko muszę złapać Cię w szpilkach i pod jakąś jemiołą - a tutaj dookoła było ich pełno, bo stoiska były nimi ozdobione. Może Galen powinien sobie też w domu taką powiesić? Chociaż może lepiej nie, skoro u niego ostatnio to bywała tylko gosposia, Lucita mogłaby nie być zadowolona.
Galen też nie był za bardzo zadowolony, kiedy brunetka powiedziała, że do tego jej
kolegi to raczej nie dotrze. Zmarszczył nawet brwi i przez chwilę się spiął, jakby chciał tam wrócić i jeszcze z nim porozmawiać, wyjaśnić mu to używając innych argumentów. Bo Wyatt taki był, walczył jak ten lew, nie lubił się poddawać, stawiał na swoim, może tutaj też jednak by to jakoś przeszło, a jak nie... to on przecież mógł kupić to stoisko i tego całego Jacka zwolnić.
No mógłby, może, gdyby tutaj właśnie stał przed nią jako Galen Wyatt, prezes Northex Industries, a nie jakiś zwykły chłopak, który zachwycał się tym
tanim sikaczem.
-
Ale on jest przepyszny - stwierdził i na potwierdzenie swoich słów przechylił jeszcze raz kubeczek do ust. Bo Galen nawet jako on, ten prezes z górnej półki, to uwielbiał ten smak, tak jak uwielbiał smak kurczaków z Wendys, kiedy sam przecież mógł sobie pozwolić na dużo lepsze, inne rzeczy. Wyatt lubił taką normalność, ten inny świat, który odrobinę pokazała mu Pilar, i który teraz też kosztował przy Nelly. On do tego ciągnął, do takiego życia, które odbiegało od jego normalności.
-
A jakbym tak... codziennie przychodził i pomagał Ci nosić te skrzynki, to może w końcu by dotarło? - zapytał całkiem poważnie. Chociaż było to trochę niepoważne, że jakiś facet może się tutaj codziennie stawiać o wyznaczonej godzinie i jej pomagać, co on nie miał swojego życia? Jakiejś posadki w korpo? Domku na obrzeżach?
No właściwie miał, ale akurat Galen w swojej pracy był osobą decyzyjną i w każdej chwili mógł stwierdzić, że wychodzi, a jego apartament miał własną sprzątaczkę, gosposię i panią, która układała tam wszystko w szafach. Trochę inny świat.
Zupełnie inny świat niż ten Nelly, w którym ona musiała rozważać z czego musi zrezygnować dla diabelskiego młyna, i gdyby Galen o tym wiedział...
No ale nie wiedział nic, zamiast tego te niebieskie tęczówki znowu prześlizgnęły się po jej buzi.
-
Co Ty mówisz? Dlaczego nigdy nie byłaś? Widać stamtąd cały jarmark - to była chyba ulubiona atrakcja Wyatta, chociaż on tutaj wszystko lubił, grzane wino, pierniczki, wioskę Mikołaja... Wszędzie by się odnalazł, ale jednak młyn robił największe wrażenie. Kiedy powiedziała to, że
następnym razem on ją gdzieś zabierze, to Galen spojrzał na nią z ukosa.
Oczywiście, że to zrobi.
-
A gdzie byś chciała? - zapytał, bo akurat on mógł ją zabrać wszędzie, nawet jakby powiedziała na Borabora, to on wróciłby do domu i bukował dwa bilety w pierwszej klasie. W kosmos by ją mógł zabrać. Akurat Galen Wyatt był z tych obrzydliwie bogatych, tylko, że chyba nie do końca chciał się z tym zdradzać.
-
Do kina? Albo... na kolację? Można też iść na takie małe samochodziki... gokarty - strzelił naprędce zastanawiając się gdzie wychodzą tacy normalni ludzie. Bo Galen do kina nie chodził, telewizor miał pewnie niewiele mniejszy niż ekran w kinie, a fotele wygodniejsze. Na kolacje owszem, ale raczej do najdroższych w mieście restauracji. A na gokartach nigdy nie był, bo jak chciał pojeździć na torze, to wybierał zdecydowanie większe autka. Ale to mogło być w sumie ciekawe przeżycie, aż mu oczy zaświeciły, kiedy o tym pomyślał. A może to dlatego, że już stanęli w kolejce do tego młyna?
Kiedy brunetka zapytała go o imię, to do niego dopiero dotarło, że się nie przedstawił, a przecież zawsze to robił, bo Galen Wyatt uwielbiał się chwalić swoim nazwiskiem, ale rozmawiało im się tak luźno, że nawet o tym nie pomyślał. Przełożył papierowy kubeczek do lewej ręki, a do niej wyciągnął tą prawą.
-
Jestem Ga... - zaczął, ale urwał w połowie. Nie no on dzisiaj wcale nie chciał być Galenem Wyattem.
-
Gaspard - dokończył, nie mógł wymyślić niczego innego? Pewnie mógł, ale Galen z tymi swoimi francuskimi korzeniami z powodzeniem mógł być jakimś Gaspardem. Mógłby.
Poczekał aż ona też mu się przedstawi i uścisnął jej dłoń, może by coś dodał, że miło ją poznać, albo, że ma ładne imię, ale ktoś ich przepchnął do przodu w tej kolejce i Galen jakoś stracił wątek. Za to gdy brunetka podsunęła wyżej suwak swojej kurtki, to spojrzał na nią z góry, niebieskie tęczówki wbijając w jej ciemne oczy, a zaraz sięgnął do kieszeni kurtki. Wyjął z niej czapkę, bo portfela nie wziął, ale czapkę jednak tak, jakąś zwykłą, którą zrobiła mu na drutach jego gosposia. I teraz to on nawet się nie zawahał, tylko sięgnął do niej, żeby jej tę czapkę założyć na głowę, chociaż trochę nieporadnie mu to wyszło, na tego koka, a jednak uszy jej zasłonił.
-
Tam na górze jest bardzo zimno - musiał jej to wyjaśnić, bo przecież sam nie raz był na diabelskim młynie i tam wysoko rzeczywiście bardziej wiało.
A kiedy kasjer wpuścił ich do wagonika, to Galen poszedł pierwszy, ale po to, żeby otworzyć przed nią drzwiczki, a potem nawet podać jej rękę i pomóc wsiąść, bo Wyatt taki właśnie był, z tym swoim otwieraniem drzwi, z tym pomaganiem wsiadać nawet do samochodu. Mógł udawać kogoś innego, a jednak pewne rzeczy były w nim zbyt głęboko zakorzenione.
-
Ja nie mam, a Ty? Na górze trochę trzęsie, ale pozwalam ci w razie czego się nawet przytulić, wiesz, gdybyś się wystraszyła - puścił do niej zaczepne oczko, a kiedy wsiadła, to sam wylądował obok niej i już zamykał drzwiczki. Wychylił się jednak zaglądając gdzieś w dół, a wagonikiem trochę zabujało, ale Galen to się tym wcale nie przejmował. Tak samo jak tym, że kiedy diabelski młyn ruszył, to też trochę nimi ruszało na boki.
Gdy byli już trochę wyżej, to Wyatt bez żadnego skrępowania przesunął się bliżej niej na siedzeniu, żeby objąć ją ramieniem i pokazać jej jakiś kierunek.
-
Zobacz, Twoje stoisko tam jest - powiedział i pochylił się trochę do przodu, a wagonikiem znowu bujnęło.
Nelly Rowley