-
the world was on fire, and no one could save me but you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Raczej nie można w tym przypadku mówić o zakochaniu, a przynajmniej Riley za nic w świecie nie chciała dopuścić do siebie tej myśli, a tym bardziej przyznać tego na głos - ale z pewnością była to głęboka fascynacja, która miała swe początki w naturalnej rywalizacji. Ta jednak nie wynikała tylko i wyłącznie z wrodzonej zawziętości i ambicji, z wewnętrzną koniecznością bycia lepszą, ale także z tego, że ich otoczenie również zestawiało je ze sobą - być może dlatego, że kobiet w ich zawodzie była naprawdę nieliczna grupa.
Nie była zła na Jetta, było jej najzwyczajniej w świecie głupio. Jednak, jako ktoś kto nie tak dawno przeżył śmierć najbliższych jej osób, potrafiła zrozumieć jego zachowanie. Nie próbowała mu odpysknąć i dopiec, co chyba w jej przypadku byłoby najbardziej normalną reakcją. Nie dociekała już nawet co tak naprawdę było powodem jego wypowiedzi - czy fakt, że nadal bardzo mocno przeżywał stratę kumpla, a teraz ktoś miał „zająć” jego miejsce i uzupełnić braki w personelu, czy może to, że góra zadecydowała, by przysłać im do kolekcji kolejną kobietę. Skoro jednak Darling za niego ręczyła, to nie mógł być takim szowinistą - według niej był dobrym gościem, a Riley chciała mocno wierzyć w te słowa. Skinęła tylko lekko głową w odpowiedzi.
— Dojazd tutaj jest na pewno łatwiejszy i szybszy niż na obrzeża Scarborough. Już jakiś czas nie mieszkam w rodzinnym domu, tylko na East End, a dokładniej Greektown. — wyjaśniła, nie wdając się za bardzo w szczegóły. Dom, który przepisała na nią matka stał pusty, więc teoretycznie mogłaby się tam przenieść, jednak nie mogła się na to zdobyć - podobnie jak na to, by go w końcu sprzedać — To miła okolica, co prawda trochę hałaśliwa, ale można się przyzwyczaić. Kupiłam niewielkie mieszkanie w kamienicy.
Nadal czuła się trochę spięta - tak jakby zupełnie zapomniała jak powinna się w towarzystwie Darling zachowywać i o czym z nią rozmawiać. Nie wynikało to jednak z nieśmiałości, bo to nie ten typ człowieka. Chyba po prostu działała ostrożnie. Pilnowała się - poczynając od zbyt długiego kontaktu wzrokowego, przez uśmiechy i kończąc na tematach, których zdecydowanie nie powinna poruszać. Drażnił ją small talk o niczym - o pogodzie, planach na weekend, czy o nadchodzących świętach. Poza tym nigdy nie była w tym dobra, chyba że miała wybitnie dobry humor… albo była pijana. Starała się jednak jak mogła, by podtrzymać rozmowę. Jej odpowiedzi nie były krótkie i rzeczowe, jak w przypadku rozmów z innymi współpracownikami. Bądź co bądź, Teddy była jej bliższa. Na pewno kiedyś, była. Teraz miały sporo do nadrobienia i Davis nawet nie wiedziała od czego zacząć i jak w ogóle ugryźć całą tą sytuację. Miała tylko nadzieję, że strażaczka nie dostrzega jej zdenerwowania —A tobie jak podoba się w Downtown? Nie planujesz przeprowadzki gdzieś w okolice remizy?
teddy darling
-
i can take you higher
oh, oh, oh, i'm on fire
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak jej myśli wielokrotnie błądziły w niebezpiecznych rejonach. Zastanawiała się, jak smakują jej usta. Czy są ciepłe i miękkie? Czy pocałunek byłby delikatny, czy raczej zachłanny? Każda nieoczekiwana bliskość wywoływała niekontrolowany skurcz w podbrzuszu, przyspieszała oddech i zmuszała Teddy do walki z własną wyobraźnią. Pragnienie istniało, ale zawsze tłumiła je zdrowym rozsądkiem. Mimo to Darling nie zrobiła nic, co mogłoby naruszyć strefę komfortu Riley. Czasami żałowała — szczególnie w bezsenne noce — że jednak nie spróbowała, że nie pozwoliła sobie na ryzyko. Jednak potem uświadamiała sobie, że za tym ryzykiem najprawdopodobniej czekałoby ją jedynie rozczarowanie.
— Jett mieszka na Greektown — powiedziała, kiedy Davis streściła jej historię swojej przeprowadzki. — Kto wie, może okaże się, że jesteście sąsiadami? Zaprzyjaźnicie się, a później, zanim się obejrzysz, zaprosi cię na randkę. Wróżę wam naprawdę świetlną przyszłość — zażartowała, choć w zasadzie tworzyliby ładną parę. Oczywiście w mniemaniu Teddy, która tkwiła w przekonaniu, że Davis gustowała w facetach.
Naprawdę starała się brzmieć i zachowywać normalnie. Dla niej to też nie była codzienna sytuacja. Po powrocie do pracy nie spodziewała się, że zastanie w remizie kogoś nowego i że ten ktoś okaże się kimś, kogo kiedyś znała. No właśnie, kiedyś. Teraz nie wiedziała, jaka była Riley, minęło przecież tyle lat... Czy dalej lubiła układać puzzle, kiedy się stresowała? Czy wciąż zdarzało jej się mamrotać przez sen? Czy granie na gitarze nadal sprawiało jej przyjemność?
— A co? Chcesz się do mnie wprowadzić? — zażartowała, dopijając energetyka. — Wbrew pozorom dojazd z centrum wcale nie jest taki najgorszy — machnęła ręką, zgniotła puszkę i wrzuciła ją do odpowiedniego kosza na śmieci. To ona goniła chłopaków z segregacją odpadów. — Jak nie pada, to najczęściej przyjeżdżam motocyklem. Wtedy udaje mi się ominąć wszystkie korki. Kierowcy osobówek mnie za to nienawidzą — wyjaśniła, poprawiając sobie klamrę od szelek. — Czyli przeprowadziła się z obrzeży ze względu na łatwiejszą komunikację? A może był jeszcze jakiś inny powód? — zapytała, chociaż to była trochę okrężna droga, żeby wybadać, czy Riley z kimś się spotyka. Nie mogła przecież zapytać ją to wprost, to byłoby kompletnie nietaktowe.
riley davis
-
the world was on fire, and no one could save me but you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W każdej długotrwałej relacji, nie działała raczej pochopnie, pod wpływem chwili i emocji. Starała się, by każdy ruch, każde słowo, były przemyślane. Tego dnia jednak stało się coś, czego nie zdołała przewidzieć. Nie była przygotowana na obecność Darling. Jej widok, nagła bliskość i wizja tego, że miały od teraz razem pracować - to wszystko wybiło ją z rytmu i typowego dla niej spokoju, który inni mogli odbierać nawet jako chłód. Była zmuszona analizować sytuację i myśleć nad każdym krokiem, czy wypowiedzią, na bieżąco. A to było coś nieznanego - coś, co niosło za sobą niepewność.
Czy żałowała swojej decyzji i tego, że zdecydowała się zniknąć z jej życia bez słowa? Ciężko stwierdzić. Pewnie zapytana o to wprost, odpowiedziałaby, że nie. To działanie miało wtedy dla niej sens. Teraz nadal rozumiała dlaczego to zrobiła - chroniła w ten sposób je obie.
Na kolejne wspomnienie o Donovanie, uniosła brwi, biorąc przy tym łyk kawy. Na szczęście się nie zachłysnęła, ale było blisko. Sąsiedzi? Przyjaźń? Randka? Z każdą kolejną sugestią, oczy Riley rozszerzały się coraz bardziej, aż w końcu parsknęła lekko i pokręciła głową.
— Nie jest w moim typie — zaznaczyła od razu i przyglądając się kobiecie, przechyliła lekko głowę — Czyżbym wyczuwała zazdrość, Darling? A może to was coś łączy, co? — nie, nie wyczuwała w jej głosie kompletnie nic prócz rozbawienia. Zwykły blef, jednak nie mogła sobie odmówić tego, by się z nią trochę podroczyć - jak za dawnych czasów. Starała się być miła, starała się angażować w rozmowę. Przez chwilę nawet poczuła, że może być między nimi normalnie, bez żadnej niezręczności. Dopóki oczywiście nie zrobi niczego głupiego.
— A przyjmiesz mnie z dwójką psów? — odpowiedziała pytaniem na pytanie, znów unosząc brew i zaraz sprostowała — Lubię mieszkać sama. Nie wiem czy kiedykolwiek przyzwyczaję się do dzielenia z kimś przestrzeni.
Słuchała przez chwilę, dopijając kawę bez pośpiechu. Słowa Teddy od razu wywołały w jej umyśle obraz strażaczki i tego jak seksownie musiała wyglądać na motocyklu. Nadal lekko zamyślona, powróciła wzrokiem do twarzy towarzyszki, uświadamiając sobie, że ta właśnie zadała jej pytanie.
— Przeprowadziłam się tu jeszcze zanim mnie do was przeniesiono. Zawsze chciałam mieć coś swojego i nie jestem jedną z tych osób, które zniosłyby mieszkanie z rodzicami do trzydziestki — mówiła szczerze, choć teraz wiedziała, że gdyby potrafiła wcześniej przewidzieć jak mało czasu zostało jej matce, być może nie podjęłaby decyzji o wyprowadzce z domu. Ta myśl sprawiła, że nagle spoważniała, a jej oczy zaszkliły się lekko. Nie chcąc, by Theodora cokolwiek zauważyła, odwróciła się szybko w stronę zlewu. Dopiła resztkę kawy i od razu umyła po sobie kubek. Kilka głębokich wdechów. — Już chyba na nas pora.
teddy darling
-
i can take you higher
oh, oh, oh, i'm on fire
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zgrywała się z tym Donovanem. Jednak kiedy tylko Davis odbiła piłeczkę, Teddy niemal zakrztusiła się własną śliną. Jett na pewno był świetnym kandydatem na partnera. Istniał tylko jeden, ale dość istotny szczegół — trzeba było gustować w mężczyznach.
— To tylko kumpel — skwitowała krótko, posyłając Riley rozbawione spojrzenie. Nigdy nie kryła się z własną orientacją i już jako nastolatka zrozumiała, że podobały jej się dziewczyny. Co nie zmieniało faktu, że na co dzień lepiej dogadywała się z facetami. Dlatego zaciągając się do straży, Darling od razu jasno przedstawiła warunki, w których zaznaczyła, że potrafi być świetną towarzyszką, o ile każdy z panów traktował ją bezpłciowo. Tutaj nie było miejsca na podziały i każdy. A kiedy któryś wyskakiwał z propozycją randki, szybko dawała mu do zrozumienia, że umawia się tylko z kobietami. I koniec. Nie było żadnego "nie spróbowałaś nigdy kutasa, więc nie wiesz, co tracisz" czy innych, żenujących tekstów. A jeśli już gdzieś tam podobne przemknęły, szybciutko ustawiała kolegów do pionu.
— Przyjmę cię nawet z pięcioma psami — pokiwała głową, bo kto nie kochał psów? Chyba tylko jakiś totalny głupiec. — Mam tylko nadzieję, że te nie okażą się kotami — dodała, bo do tych Teddy miała już ambiwalentne podejście. Niby wszystko fajnie, bo puchate stworzenia, ale nie ufała do końca tym czworonogom. — Podziwiam, że zdecydowałaś się na posiadanie zwierząt. Przy naszym zawodzie, to czasami rybki w akwarium nie mogą mieć gwarancji, że wrócimy do domu — wzruszyła ramionami, pobieżnie sprzątając z blatu, na którym chłopaki zostawili syf. Nic nowego. — Jak się wabią? Masz jakieś zdjęcia? — zagadnęła jeszcze i odsunęła się nieznacznie, aby Riley mogła umyć kubek po kawie.
Nikt o zdrowych zmysłach nie wytrzymałby pod jednym dachem z rodzicami dłużej, niż było to konieczne. Kiedy tylko nadarzyła się taka możliwość, Teddy od razu wyprowadziła się z rodzinnego domu. Wprawdzie skorzystała z ich oferty pomocy po tym, jak ci zasugerowali inwestycje w loft w centrum, ale sama nie mogła pozwolić sobie na zakup własnościowego mieszkania. Kiedyś pewnie przejmie dom na przedmieściach, ale dopóki rodzice żyli, nie mogła w nieskończoność siedzieć im na głowie.
— Zawsze wiedziałam, że jesteś zaradna i samodzielna — sprzedała Davis kuksańca w bok, jednocześnie kierując się w stronę schodów, gdzie na dole Landon Sharp przygotowywał ludzi do odprawy. Zazwyczaj wyglądało to tak samo — najpierw rozdzielano zadania w remizie, a potem ustalono, kto wyruszy na akcję, kiedy już nadejdzie wyzwanie. I szczerze powiedziawszy, Darling miała nadzieję, że ta dwudziestoczterogodzinna zmiana minie im dzisiaj spokojnie. I to wcale nie dlatego, że chciała spędzić więcej czasu z Riley.
Na dole panowie już zajęli miejsca, choć niektórzy stali podparci o ścianę w oczekiwaniu na wskazówki. Teddy wskazała podbródkiem na dwa krzesła w rogu i wraz z Davis przemknęły w tamtym kierunku.
riley davis
-
the world was on fire, and no one could save me but you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zastanawiała się jednak nad tym jak powinna się w stosunku do Theodory zachowywać. Czy powinna traktować ją jak każdego innego współpracownika - miło, ale czysto profesjonalnie - czy może rozmawiać z nią tak jak dawniej, zupełnie ignorując to ile czasu minęło oraz to, że nie były już tymi samymi dwudziestoletnimi żółtodziobami. Problem polegał na tym, że na widok Darling, rozum się wyłączał, a serce wyrywało się do totalnych głupot. Nie chciała trzymać się na dystans, nie chciała gryźć się w język, nie chciała zapominać o tym co kiedyś do niej poczuła.
— To dobrze — powiedziała niemal od razu, bez większego zastanowienia i rozbawiona znów pokręciła głową — Jak dla mnie, też ma zadatki tylko na kumpla. Chyba trochę dziwnie byłoby spotykać się z kimś z pracy. Jak myślisz? — badała grunt - może niezbyt otwarcie, ale uznała, że na jakiekolwiek śmielsze kroki miała jeszcze czas. Po drodze nie zaszkodzi, by się trochę ze sobą podroczyć, jak to robiły kiedyś bez przerwy. Z tą różnicą, że może teraz, coś mogło z tego wyniknąć.
— W razie czego mają zapewnioną dobrą opiekę — odpowiedziała, lekko krzywiąc się na tę ponurą wizję. Daleko jej było do niepoprawnej optymistki i zdawała sobie sprawę z ryzyka z jakim wiąże się wykonywany przez nią zawód. Wiedziała też, że nie jest niezniszczalna i wszystko mogło się zdarzyć - wypadki przy pracy strażaka zdarzają się cały czas, o czym sama Teddy mogła przekonać się ostatnio bardzo boleśnie. Tak jednak Riley, mimo wszystko, nigdy nie wychodziła z domu z myślą, że może do niego już nie wrócić. Starała się nastrajać pozytywnie - przynajmniej w pracy.
— Frank i Stevie, dwa łobuziaki. Mam pełno zdjęć, pokażę ci później — odpowiedziała, próbując zapanować nad głosem, wciąż odwrócona do niej tyłem. Oprócz swojego kubka, zmyła też szybko to co reszta zostawiła w zlewie, a potem ruszyła razem z Teddy na dół, gdzie zbierała się już reszta składu. Gdy jako ostatnie zajęły miejsca, a rozmowy ucichły, Sharp zabrał głos. Słuchała wytycznych w skupieniu - nie została przydzielona do żadnej z ekip wyruszających na alarm. Razem z Darling i kilkoma innymi strażakami miały być tego dnia odpowiedzialne za sprawdzenie sprzętu, a potem ich zadaniem było po prostu czekanie w gotowości. Jako rezerwowi - w razie potrzeby mieli ruszać na pomoc tym, którzy wyjeżdżali do wezwań jako pierwsi. Zazwyczaj nie lubiła takich zmian, raczej pchała się do akcji. Czekanie w remizie ją nużyło, wolała działać niż bezczynnie siedzieć. Tak dzisiaj, decyzja dowódcy ją ucieszyła. I tak - to dlatego, że chciała spędzić więcej czasu z Teddy.
Spotkanie nie trwało długo. Sharp pokrótce omówił to czego mogli się tego dnia spodziewać. Zwrócił się do wyznaczonych kierowców i wskazał im na mapie objazdy na drogach spowodowane remontami ulic. Na koniec, nim wszyscy rozeszli się do swoich zadań, przypomniał procedury i kilka najważniejszych zasad bezpieczeństwa.
— Patrz — zwróciła się do strażaczki, gdy dowódca zniknął jej już z pola widzenia i zdążyła wyciągnąć telefon z kieszeni spodni. Szybko otworzyła swój instagram i pokazała Darling kilka losowych zdjęć czworonogów — Musisz je kiedyś poznać.
Stwierdzenie? Propozycja? Zaproszenie? Jak już zostało wspomniane wcześniej - badała grunt.
teddy darling
-
i can take you higher
oh, oh, oh, i'm on fire
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nigdy nie umawiałam się z nikim z pracy — wyznała szczerze, nie doszukując się w słowach Riley niczego podejrzanego. — Nie miałam, z kim — dodała, wzruszając lekko ramionami. — Ale wydaje mi się, że wtedy człowiek nie myśli zbyt racjonalnie i przede wszystkim kieruje się uczuciami, nie zważając na ewentualne komplikacje — zaznaczyła jeszcze i już chciała dopytać o psy Davis, ale na horyzoncie pojawił się Sharp, więc Darling poświęciła chwilę uwagi odprawie, która nie różniła się niczym, od innych odpraw.
Sharp wyjaśnił im ich dzisiejsze zadania, jak na dowódcę zmiany przystało, chociaż Blaze Young, który także brał udział w akcji w banku i który zwykle przejmował dowództwo, nie był zbyt zachwycony faktem, że na razie nie mógł wydawać poleceń. To zarządzenie wyszło akurat z góry, ale Teddy podejrzewała, że kapitan Howie Whitman wiedział, co robi. Po przykrych wydarzeniach nie chciał, aby Blaze brał zbyt wiele na swoje barki, pomimo że na razie dyżur zapowiadał się spokojnie. Był też moment, w którym Sharp powitał tych powracających do pracy oraz chwilą ciszy, upamiętniająca Ryder Jollesa.
— Ach! — wyrwało jej się, kiedy wszyscy się rozeszli, a ona mogła w końcu przyjrzeć się psom Riley. — Który to który? To jakaś konkretne rasy? — oczywiście było w tym trochę gry aktorskiej, bo Darling, jako naczelna stalkera profilu Davis, widziała już wcześniej jej zwierzaki. Za nic w świecie nie mogła jednak pokazać, że znała Franka i Steviego ze zdjęć. — Uwielbiam psy — westchnęła, ale już bez konieczności udawania. Sama sprawiłaby sobie czworonoga, ale chyba nie miała serca skazywać go na wiele samotnych chwil bez towarzystwa. — Możemy zafundować im jakąś super wycieczkę na obrzeża miasta, gdzie będą mogły się wyhasać po lesie — pokiwała głową, jednocześnie dając Riley do zrozumienia, że chętnie spędzić czas z jej psami. I z nią. Ale o tym nie zamierzała wspominać na głos.
Koledzy z jednostki zaczęli się przegrupowywać i ruszyli do swoich zadań. Jedni zajęli się konserwacją zapasowego sprzętu, inni zajęli się uzupełnianie środków gaśniczych i materiałów eksploatacyjnych.
— Chcesz się trochę zmoczyć? — wypaliła nagle, chociaż na początku nie zdawała sobie sprawy z dwuznaczności tych słów. — Miałam na myśli czyszczenie wozów — wskazała podbródkiem na zaparkowany w garażu na strażackie pojazdy. — Chyba że wolisz zająć się organizując magazynu i uzupełnieniem apteczek — wcale nie wybierała takich zadań, podczas których mogłyby pobyć same, bez kręcących się w pobliżu kolegów.
riley davis
-
the world was on fire, and no one could save me but you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Chyba masz rację, w takich chwilach pewnie się o tym nie myśli. Choć sądzę, że gdybym jednak miała mieć tu z kimś romans, to raczej w tajemnicy — przyznała po chwili zastanowienia, mimo to, że przecież żadnym z kolegów zainteresowana nie była.
— Ten wielki bydlak to Frank… o, a ten maluch to Stevie — odpowiedziała, wskazując na odpowiednie zdjęcia, gdy po odprawie znów mogły skupić uwagę na sobie — Oba to mieszańce, tak przynajmniej twierdzili ludzie w schronisku. Gdybym mogła, przygarnęłabym ich więcej. No… może kiedyś — uśmiechnęła się do zadowolonych psich mordek na ekranie telefonu, nim go schowała. Na propozycję strażaczki zareagowała skinieniem głowy - może zbyt entuzjastycznie niż powinna i zaraz potwierdziła zgodę słowami — Brzmi super! Bardzo chętnie.
W końcu i one musiały podnieść się z krzeseł i ruszyć do roboty. Zanim to jednak nastąpiło, stanęły, by się rozejrzeć i rozważyć najlepszą opcję zadań na ten dzień. Davis we wszystkim widziała dwuznaczności, nawet jeśli te były zupełnie niezamierzone, tak więc natychmiast, na to pytanie, uniosła brwi i posłała towarzyszce rozbawione spojrzenie.
— Jaaaasne, czyszczenie wozów miałaś na myśli. Powiedzmy, że wierzę — mruknęła, wciąż z tym samym, lekko łobuzerskim, uśmieszkiem na ustach. Normalnie pewnie nie miałoby to dla niej większego znaczenia, tego dnia jednak chciała po prostu trzymać się blisko Teddy. Chciała móc w spokoju z nią porozmawiać, z dala od wścibskich spojrzeń reszty kolegów z jednostki i jeśli była okazja ku temu, by były przez chwilę zupełnie sam na sam, to zamierzała z tego skorzystać.
— Mimo że uwielbiam wszelkie aktywności po których jestem mokra, to chyba wolałabym darować sobie dziś pucowanie wozów — oznajmiła zdecydowanie, pozwalając sobie chwycić Darling za przedramię, by pociągnąć ją w stronę magazynu — Chodź. Porządki mogą być równie przyjemne.
Nie miała pojęcia czy pozwala sobie na zbyt wiele i chyba nawet się nad tym nie zastanawiała. Starała się zachowywać naturalnie, jakby widziały się zaledwie wczoraj, a nie kilka lat temu. Pierwsze chwile ich ponownego spotkania może były trochę chłodne i niezręczne, ale to tylko dlatego, że Davis była po prostu zaskoczona i nie wiedziała jaka będzie reakcja Theodory na to, że znów znalazły się w tym samym miejscu.
— Powiesz mi co u ciebie nowego? Nie oczekuję, że w kilka minut streścisz mi dziesięć lat swojego życia, no ale… — urwała i zaśmiała się cicho, przeglądając kolejne apteczki, w celu ich sprawdzenia, bo tym zdecydowały się zająć w pierwszej kolejności.
teddy darling
-
i can take you higher
oh, oh, oh, i'm on fire
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na razie była jednak zbyt oszołomiona obecnością Riley. Dalej nie mogła oswoić się z myślą, że od tej pory będą pracować razem.
— Romans trzymany w tajemnicy? — parsknęła pod nosem. — Jesteś aż tak wstydliwa? — spojrzała na Davis, unosząc znacząco brwi. — Poza tym nie wydaje mi się, żeby w takim miejscu udałoby się to utrzymać w sekrecie — powiedziała, zresztą zgodnie z prawdą. Chyba trzeba mieć w sobie naprawdę dużo samozaparcia, aby trzymać ręce przy sobie. Czy Darling miała go wystarczająco dużo? Trudni stwierdzić, bo jak wspomniała, nigdy nie spotykała się z nikim z pracy.
Przez chwilę rozczulała się nad psiakami Riley, w głowie kodując, że ta była chętna na wspólny spacer po lesie. Oczywiście w towarzystwie jej czworonogów. Na razie nie wybiegała myślami w przód, chociaż wizja romansu w pracy wydawała się cholernie ekscytująca. Mimo to dalej nie miała pojęcia, czy Davis gustuje również w kobietach. Gdyby w przeszłości ich usta połączyły się przynajmniej w przelotnym pocałunku, to wtedy mogłaby snuć teorie na temat jej orientacji. Ale teraz? Teraz oczami wyobraźni widziała ją u boku jakiegoś przystojniaka.
— Porządki mogą być przyjemne? — powtórzyła po nią, dając pociągnąć się w kierunku magazynku. — Przedziwne masz zainteresowania, Davis — pokręciła głową z udawanym niedowierzaniem. A może wcale nie z takim udawany, bo Teddy daleko było do kogoś, kto fiksuje się na porządkach, ale za to doskonale odnajdywała się we własnym nieładzie.
Wewnątrz niewielkiego pomieszczenia natychmiast sięgnęła po wybrakowane apteczki, aby najpierw uzupełnić w nich braki, a dopiero potem posprzątać magazyn. Koledzy zwykle robili to na odpierdol, więc chyba faktycznie przydałby się w tym wszystkim jakieś zdolności organizacyjne, których trochę brakowało również Darling.
— Niewiele zmieniło się przez te dziesięć lat — oznajmiła, przerzucając bandaże do jednego pudła, dzięki czemu pozostawał jeden pusty karton, który posłuży im do czegoś innego. — Głównie poświęciłam się pracy, ale nie z własnej woli, ale dlatego, że musiała. Zresztą, dobrze wiesz, jak wygląda życie w tym zawodzie — zerknęła na Davis, aby upewnić się, czy ta rozumie, o czym mówiła. — Pokończyłam jeszcze kilka dodatkowych kursów, a dzięki pomocy rodziców zainwestowałam w loft centrum. Nie wyszłam za mąż, nie zostałam matką trójki dzieci. Wszystkie moje związki kończyły się szybciej, niż w ogóle zdążyły się dobrze rozkręcić. Nie wiem, co mogłabym ci jeszcze powiedzieć, bo wychodzę na kompletną nudziarę — zaśmiała się krótko, nieco zażenowana swoim żałosnym życiem i brakiem osiągnięć. — O, wiem! Zdałam prawko na motocykle. Z tego jestem akurat potwornie dumna. A co wydarzyło się u ciebie? Zaskocz mnie — poruszyła znacząco brwiami, wkładając do apteczki opakowania gazików.
riley davis
-
the world was on fire, and no one could save me but you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— No co? A dlaczego nie? — spojrzała w stronę Darling i wzruszyła ramionami, nie bardzo rozumiejąc czemu ten pomysł wydawał jej się aż tak absurdalny — O tak, no przecież wstydliwa to moje drugie imię — rzuciła sarkastycznie i tym razem to ona parsknęła, kręcąc głową przecząco. O Riley można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że była wstydliwa. Przeciwnie - może czasem przydałoby się jej trochę wstydu, by troszkę ją zahamować, bo zdarzało jej się działać aż nazbyt odważnie.
— Potrafię za to dochowywać sekretów. Poza tym, to całe ukrywanie się po kątach mogłoby być cholernie podniecające — wyznała zupełnie szczerze i starała się brzmieć tak, jakby po prostu przedstawiała swoją opinię, a nie jakby próbowała ją namówić do zrobienia czegoś zakazanego.
Wydawało jej się zawsze, że dla osób z jej otoczenia to oczywiste, że lubiła kobiety i że nawet nie musiała tego potwierdzać na głos. Flirtowała z każdym kto choć trochę pociągał ją fizycznie - niezależnie od płci. Ot, dla zabawy. Niespecjalnie dociekała nawet kto jakie miał preferencje - nieważne, nikt nie był bezpieczny, o ile Riley uważała, że jest wart uwagi. Sama o sobie miała dość wysokie mniemanie i bardzo nieskromnie wychodziła z założenia, że była w stanie spodobać się absolutnie każdemu, a potem okręcić go sobie wokół palca, jeśli taki akurat miala kaprys. Nawet gdyby w końcu dostała od kogoś kosza, pewnie niewiele by to w jej myśleniu zmieniło.
— Oczywiście, że tak! Jak wszystko w moim towarzystwie — skomentowała, puszczając jej oczko, lekko rozbawiona. Uśmiech jednak szybko zniknął z jej twarzy, gdy zobaczyła w jakim stanie był magazyn. Nie śmiała jednak narzekać, mając przy sobie Theodorę. Zawsze mogła przecież trafić gorzej - np. na średnio przychylnego jej Donovana, z którym pewnie organizowanie półek na magazynie nie szło by tak gładko.
Riley lubiła porządek i dobrze odnajdywała się w takich pracach. Segregowanie wszystkiego uspokajało ją w podobny sposób jak układanie puzzli. Była w tym na tyle dobra, że nawet pomieszczenia, w których panował totalny syf, potrafiła w niedługim czasie doprowadzić do ładu. Uważała też, że ważne jest, by ich miejsce pracy było odpowiednio zorganizowane. Może dla niektórych to pozornie mało istotne, ale jednak okazywało się kluczowe w momentach, gdy zaczynały wyć syreny alarmowe i liczyła się wtedy każda sekunda. Nie mogli przecież pozwolić sobie na to, by wyposażenie wozów w takich chwilach było wybrakowane albo uzupełniać je na ostatnią chwilę.
— No to wychodzi na to, że obie jesteśmy równie nudne — odparła w końcu, bo do tej pory słuchała jej w milczeniu, co jakiś czas potakując tylko głową. Tak całkiem poważnie, nie uważała swojego życia za nudne. Już nawet to czym zajmowała się na co dzień było w stanie zagwarantować nadzwyczaj wiele wrażeń.
Zaskocz mnie.
Zagryzła wargę, ważąc słowa i podając jej ostatnie dwie apteczki do uzupełnienia.
U mnie nie wydarzyło się absolutnie nic. A nie, czekaj! Jakaś debilka zasnęła za kierownicą i zabiła mi rodziców.
Nie, nie mogła zacząć z grubej rury.
— U mnie podobnie, więc niczym nie zaskoczę. Nie mam męża, dzieci. W sumie nikogo nie mam… no wiesz, na stałe. Mieszkam z dwójką czworonogów, jak już mówiłam. I w sumie… to chyba tyle. Praca, dom, praca, dom. Nuda. — znów wzruszyła ramionami, po czym zaczęła ściągać kartony z półek, w których wymieszane były różne rzeczy - rękawice, maski, taśmy ostrzegawcze, a nawet niektóre mniejsze sprzęty. Natychmiast zabrała się za ich segregowanie, by znów mogły trafić w odpowiednio oznaczone miejsce na regałach. — Dobra, może trochę przesadzam. Znajduję też czasami chwilę na rozrywkę. — Taaa. Gdy nie pracuję, to zapijam smutki w pubie i podrywam nieznajomych. skomentowała już w myślach i zaraz znów skupiła temat rozmowy z powrotem na Teddy — Musisz kiedyś przewieźć mnie na swoim motocyklu. O! A masz do tego takie specjalne, skórzane wdzianko? Pytam dla kolegi, oczywiście.
teddy darling
-
i can take you higher
oh, oh, oh, i'm on fire
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— To brzmi jak niemoralna propozycja — zauważyła, ale nie mogła się z nią nie zgodzić. W takich sekretach było coś podniecającego. Dreszczyk emocji, żeby nie zostać przyłapanym na obściskiwaniu się w szatni czy za wozem strażackim... Nie, kurwa, wróć. Poniosła cię wyobraźnia, Darling.
Doskonale odnajdywała się w chaosie. Jak dla niej magazyn mógł pozostać dokładnie w takim stanie, a i tak zawsze wiedziała, gdzie co leży. W jej mieszkaniu też nigdy nie było nieskazitelnie czysto, ale przy jen trybie życia, porządek uznawała za coś kompletnie drugoplanowego. Naprawdę wolała się wyspać niż ścierać kurze z mebli. Najpierw priorytety, później wszystko inne.
— Zdziwiłabym się, gdybyś miała męża i dzieci — powiedziała, sięgając po karton z gaśnicami pożarniczymi, żeby wcisnąć go między regał a ścianę. Trochę ważył, ale Teddy nie po to w wolnych chwilach ćwiczyła na siłowni w remizie, żeby nie mieć wystarczająco siły w ramionach. — Poczekaj, źle to zabrzmiało — pokręciła pospiesznie głową. — Nie chodzi mi o to, że nie byłabyś dobrą żoną czy matką albo że nie zasługujesz na taką przyszłość. Po prostu w naszym zawodzie... Zresztą, wiesz, jak to jest — wzruszyła ramionami, odstawiając pudło.
Bo w ich zawodzie to co najwyżej mogły zabawić się w przelotne romanse i szybkie flirty w barach. Taka była prawda. Okrutna, ale wciąż prawda. Niewielu chłopaków z jednostki miało własne rodziny, a ci, którzy uwikłali się w związki, często zostawali kopnięci w tyłek przez partnerki, które inaczej wyobrażały sobie życie u boku strażaka.
— Przewiozę cię na wiosnę — przytaknęła z uśmiechem. — To mój specjalny sposób na podryw. Kolegę też mam przewieźć? — zapytała, unosząc jedną brew. — Podstawowe pytanie brzmi, czy chciałby ze mnie ten skórzany ciuszek zerwać, czy tylko pożyczyć? — zaśmiała się, wrzucając do kolejnego kartonu nieduże halogeny, które podczas akcji służyły do oświetlania pola działania.
Szczerze powiedziawszy, Teddy nie spodziewała się, że rozmowy z Riley po tak długiej rozłące, przybiorą tak swobodny ton. To tylko potwierdzało, że niewiele między nimi się zmieniło. Dalej potrafiły żartować i — jak wydawało się Darling — chyba również flirtować? O ile to faktycznie był flirt, bo czasami miała problem z odróżnieniem go od zwykłej gadki.
riley davis