-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Dopiero teraz faktycznie zdał sobie sprawę z tego, jak szybko minął ten dzień. Znowu.
— Echh, znowu to samo. — Jeszcze nie tak dawno temu łudził się, że taki natłok pracy jest jedynie tymczasowym wynikiem przeprowadzki, ale zaczynał rozumieć, że po prostu nie zazna tutaj spokoju. Czy mu to przeszkadzało? Tak i nie. Z jednej strony był tym wszystkim pochłonięty na tyle mocno, że nie miał czasu zamartwiać się kończeniem przeprowadzki czy próbą poznania sąsiadów. Był to pewnego rodzaju plusy, bo chociaż zazwyczaj nie miał problemów w kontaktach społecznych, tak ostatnimi czasy było mu z tym nie po drodze. Czuł mimowolną, nie do końca podbudowaną czymkolwiek niechęć, gdy tylko myślał o tym, żeby po pracy wyjść na miasto. Był po prostu zbyt zmęczony i zajęty, żeby chodzić do barów. Tak przynajmniej sobie wmawiał, a że nie miał czasu na to, żeby usiąść i faktycznie się zastanowić, wymówka ta była zaskakująco skuteczna.
Chyba głównie dlatego nie skarżył się przełożonym na to, że potrzebuje pomocy. Wciąż dawał radę wszystko ogarnąć, nic nie szkodziło jego wynikom, także planował ciągnąć to tak długo, jak było to możliwe. Może i przesiadywał tutaj po godzinach, ale brak życia towarzyskiego sprawiał, że jeśli już miał czas dla siebie, po prostu odsypiał zmęczenie. Jak więc widać jego plan był naprawdę solidny, zwłaszcza jeśli jego ostatecznym celem było zostanie pustelnikiem. Przynajmniej w życiu prywatnym, bo w biurze naprawdę nie mógł narzekać na liczbę gości. Jego gabinet był niczym przychodnia, przez którą stale przewijali się absolutnie przeróżni ludzie. Wydawać by się mogło, że tej pracy nigdy nie ma końca, ale czasem są momenty, gdy można poczuć lekką ulgę. Szczególnie wtedy, gdy w końcu udaje ci się zakończyć jakąś sprawę. W tym konkretnym przypadku brakowało jedynie podpisu na umowie. Nigdy nie lubił spraw rozwodowych i starał się ich unikać. Tym razem zgodził się przez wzgląd na znajomość. Miał jedynie nadzieję, że nie stanie się to stałym wyjątkiem od reguły.
Zerknął jeszcze na zegarek, po czym wstał z fotela. Przyjął się biurku, po czym zaczął naprędce zbierać śmieci. Część wylądowała w koszu, reszta w pobliskiej szafce. Od razu lepiej. Ktoś mógłby nawet pomyśleć, że nie jest to miejsce, które czasem robi też za noclegownię Benny'ego. Trzy minuty, dwie, jedna. W końcu usłyszał pukanie. Westchnął, po czym wyciągnął z szuflady potrzebne papiery.
— Zapraszam! — zawołał, nie patrząc nawet w stronę drzwi. Jego wzrok skupiony był na dokumentacji, którą szybko wertował. Chciał mieć pewność, że nie wkradły się tam żadne błędy. — Proszę usiąść, podać coś? Herbata, kawa? — dodał, gdy usłyszał, że kobieta wchodzi do środka. Jego spojrzenie wciąż skupione było na biurku. — Rozumiem, że cała sprawa toczyła się dość długo, ale mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że najgorsze jest już za nami. Wystarczą pani podpisy i całość sprawy uznamy za oficjalnie... zakończoną — gdy tylko skończył mówić, otworzył teczkę, wyciągając z niej przygotowany wcześniej szkic umowy oraz pióro. Dopiero wtedy spojrzał w górę, chociaż wciąż nie skupiał się na twarzy kobiety. Wydawała mu się jakoś dziwnie znajoma, ale zrzucił z siebie to wrażenie. Po prostu był zmęczony.
Mara Lakefield
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mara sądziła, że rozdział pt.”Josh i małżeństwo” został już zamknięty na cztery spusty i nie będzie musiała nigdy do niego wracać. Rozstali się o ile jego liczne zdrady i spotkanie ciężarnej kochanki w drzwiach można nazwać rozstaniem. Rozwiedli się, majątek podzielili, dzieci nie mają, więc już nic więcej ich nie łączy. Może żyć tak jakby nigdy ich nic nie łączyło, a ostatnie dziesięć lat wcale się nie wydarzyły. Jednak przeszłość ją złapała. Głupia papierologia. Płacą tym adwokatom horendalne stawki, a i tak jeszcze się okazuje, że nie dopełnią oni wszystkich formalności. Jak tylko dostała telefon, że musi przyjechać złożyć brakujący podpis na jakimś świstku, nie była ani trochę z tego faktu zadowolona. Najchętniej nawet w myślach nie wracałaby wspomnieniami do tego mężczyzny. Tak było jej łatwiej się pogodzić z faktem tego jak została potraktowana.
Jednak pewnych kwestii nie przeskoczy, więc wykorzystała akurat przerwę między pacjentami i postanowiła podjechać załatwić już , miejmy nadzieję, ostatnie formalności związane z rozwodem. Wolałaby, aby dokumenty zostały przesłane do Melanie - jej prawniczki, a nie żeby to ona miała się fatygować do adwokata swojego byłego męża, ale uznała, że jednak lepiej się stawić osobiście i wtedy będzie miała pewność, że żadne papiery nigdzie nie znikną. Sekretarka wskazała jej gabinet, do którego miała się udać. Zapukała i słysząc zaproszenie weszła do środka od razu podchodząc bliżej.
- Nie trzeba, miejmy to już jak najszybciej za sobą- zabrzmiała znacznie złośliwiej niż zamierzała, ale była naprawdę zirytowana faktem, że ten temat się jeszcze ciągnie. Miała już siadać, gdy nagle coś ją tknęło. Stanęła przed biurkiem i przyglądała się mężczyźnie. Nie było jej osobiście na sali rozpraw, poprosiła Melanie, żeby to ona ją w pełni reprezentowała, bo nie chciała się spotykać z Joshem. Powiedziała, że ma pacjentów, których nie może odwołać, ale prawda była taka, że bała się spotkania. Bała się, że nie uda się jej ukryć faktu, że została cholernie zraniona. Dlatego nie widziała też jego prawnika. Natomiast teraz stojąc, widząc zarysy jego twarzy patrząc na niego z góry i słuchając jego głosu… Coś w niej zadzwoniło. Serce przyspieszyło, a wspomnienia nagle stanęły przed oczami.
Wspomnienia tamtego lata. Najpiękniejszego lata w jej życiu. Tego wolnego, szalonego, beztroskiego. Świeżo po skończeniu szkoły, z plecakiem na ramionach, głową pełną marzeń i sercem pragnącym wrażeń. Wpadła na szalony pomysł zwiedzenia Stanów autostopem i ten plan zrealizowała, a oprócz pięknych miejsc odkryła również znacznie więcej. Odkryła wtedy czym jest miłość - ta lekka, pierwsza, ulotna. Odkryła czym jest pożądanie. Tamtego lata odkryła tak wiele. Odkryła Benjamina.
- Benji…?- spytała niepewnie, gdy skończył mówić chociaż jego słowa w ogóle do niej nie docierały. Jednak , gdy miała możliwość spojrzenia teraz mu w oczy, nabrała już pewności - to był Benjamin. Jej Benji. Minęło tak wiele lat. Piętnaście? Czternaście? Czy może więcej? Zmienił się- na twarzy miał kilka zmarszczek, a we włosach dostrzegła już pierwszą siwiznę. Był też większy, postawniejszy. Ramiona miał szersze, a dłonie bardziej spracowane. Ale to był on. Poznała go po tym spojrzeniu, któremu tamtego dnia zaufała bezgranicznie. Dlatego nawet nie czekała na odpowiedź.- Co tutaj robisz? spytała niby już pewniej, ale przecież co to za pytanie? Przecież to logiczne, że był prawnikiem jej męża. To on ich rozwodził. To on zapomniał zabrać od niej tego podpisu. To był jego gabinet. Oczywiście wszystko było logiczne! Ale nie dla Mary. Ona była w szoku widząc osobę ze swojej przeszłości, której sądziła, że nigdy już nie będzie dane jej spotkać.
Benjamin Peregrine
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Przez kilka ostatnich dni towarzyszyły mu chyba przede wszystkim te przemyślenia. Cała ta rozprawa solidnie go wymęczyła i jedynym, czego w tej chwili chciał, było pójście do domu. Do tego potrzebował jednak tego ostatniego podpisu od kobiety, która właśnie weszła do jego biura.
Ton jej głosu nie pozostawiał wiele do analizy. Zdecydowanie nie będzie to najprzyjemniejsza rozmowa, ale hej. Najważniejsze, że chciała to szybko załatwić. Nie musieli się lubić. Wystarczyło, żeby się dogadali, a jak już wcześniej wspomniał, naprawdę nie powinna mieć powodów do tego, żeby narzekać. Podsunął jej papiery i czekał. Zerknął na zegarek, czekając aż podpisze dokumenty, ale nagle zamarł, słysząc jak wymawia jego imię. Zrobiła to w wyjątkowo specyficzny i znajomy sposób. Zmarszczył lekko brwi, a gdy w końcu połączył fakty, usta lekko rozsunęły mu się ze zdziwienia i szczerego szoku.
— ...Mara? Ja... och — próbował jakoś sensownie uartykułować myśli w słowa, ale był na tyle mocno zaskoczony, że było to cholernie ciężkie. Na chwilę zamilkł, próbując zebrać się do kupy. Dopiero jej kolejne pytanie wyrwało go z tej pętli wątpliwości i szczerego szoku.
— Co tu robię? No... pracuję. Zajmowałem się tą sprawą — zaczął, powoli wymawiając kolejne słowa. Przy okazji nie spuszczał z niej wzroku. Zupełnie jakby chciał się upewnić, że to na pewno nie są żadne omamy czy halucynacje. — Reprezentowałęm Twojego mę... byłego męża. Zgłosił się do mnie i prosił o pomoc. Nawet przez chwilę nie pomyślałem, że może chodzić o ciebie. To... huh. Nie spodziewałem się, że się spotkamy. Że spotkamy się tutaj. W takiej sprawie — na krótką chwilę włączył mu się słowotok, ale na sczęście dość szybko to opanował.
— Świetnie wyglądasz. I miło cię znowu widzieć. Nic się nie zmieniłaś — dodał jeszcze, posyłając jej nieco szerszy, pewniejszy uśmiech.
Mara Lakefield
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tutaj?!- powiedziała głośniej niż zamierzała. Nie ze złości czy irytacji, a z szoku, który malował się na jej twarzy. Ciężko go było ukryć. - Tylko nie mów, że…- w jej głowie momentalnie zaczęły się łączyć wszystkie kropki przedstawiając jej obraz , którego nie chciała zobaczyć. Niestety Benjamin wszystko potwierdził. Czy wszechświat właśnie PONOWNIE z niej zakpił uświadamiając ją, że jej pierwsza miłość , pierwszy mężczyzna reprezentował w sądzie podczas rozprawy rozwodowej jej męża, z którym przysięgali sobie miłość aż po grób? W końcu jak duże prawdopodobieństwo było, że tych dwoje się zna? Prawie równe zeru, a jednak. Nie była też pewna czy wygrana w sądzie na jej korzyść to była bardziej zasługa jej świetnej adwokatki czy kiepskiego adwokata jej byłego męża. Nie miała kontaktu z Benjim od lat, ale zważając na to , co poznała tamtego lata, przeczuwała, że to było jego celowe zagranie. Zawsze był honorowy. Szczególnie w stosunku do kobiet. Roztaczał wokół siebie aurę poczucia bezpieczeństwa, która sprawiała, że nie miała obaw, by zacząć z nim podróżować. Nie miała żadnych oporów, by to właśnie jemu pierwszemu się oddać.
Kiedy już dotarło do niej, że wylądowanie tutaj wcale nie było takie straszne, na jej twarzy pojawił się lekki, pogodny uśmiech. Z mężczyzną łączyły ją same miłe wspomnienia, więc zobaczenie go ponownie było świetna niespodzianką. - Świat bywa jednak mały. Chociaż ile minęło? Szesnaście lat?- spytała marszcząc przy tym brwi, ale zaraz ponownie się odezwała, nie dając mu dojść do słowa. - Albo nie, lepiej nie odpowiadaj. Wolę nie myśleć, ile mam lat- zaśmiała się na koniec wyraźnie już rozluźniając. Z tej spiętej Mary, która wkroczyła do gabinetu nie było już śladu. Nie była też już tą osiemnastolatką z głową pełną marzeń, ale jej uśmiech wciąż był ciepły, a oczy ciekawe drugiego człowieka. Benji od samego początku kupił jej zainteresowanie. Po powrocie do Kanady wiele razy się zastanawiała jak go odnaleźć. Z czasem myśli o nim się zacierały, ale nigdy nie zniknął całkowicie z jej pamięci.
- Dziękuję, Ty również- przytaknęła wciąż nie spuszczając z niego wzroku tak jak on z niej. Jakby oboje musieli się nasycić widokiem siebie samych za te stracone lata. - Co u Ciebie słychać?- spytała się przyglądając mu się jeszcze uważniej. - Z tego co widzę, to w życiu Ci się powiodło- wskazała dłonią na gabinet, gdy w tym czasie jej wzrok na chwilę uciekł na obrączkę mieniącą się na jego palcu. Minęło wiele lat. Sama wyszła za mąż, a jednak widok ten ją lekko zabolał.
Benjamin Peregrine
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Tutaj. Tak, ja zajmowałem się tą sprawą — odpowiedział w końcu, kiwając przy tym powoli głową. Gdy pierwsze zaskoczenie przeminęło, zaczął czuć zakłopotanie, które rosło z każdą chwilą. W jaki sposób mieli przejść z tej sytuacji do normalnej konwersacji? Czuł, że nie powinien tego robić, ale potrafił się powstrzymać. Nie, gdy chodziło o Marę. Otworzył usta i chciał coś powiedzieć, jakoś przebrnąć przez ten niezręczny moment, ale kobieta postanowiła go wyręczyć, za co podświadomie był jej cholernie wdzięczny. Był tak bardzo zaaferowany, że nawet nie myślał o próbie kamuflowania emocji, które w tej chwili się przez niego przetaczały. Z racji na to kobieta mogła z niego czytać, niczym z otwartej księgi. Stres, szok, ale przede wszystkim radość.
— Szesnaście lat... to zdecydowanie za dużo czasu — powtórzył powoli za nią, kiwając przy tym lekko głową. Wspomnienia tamtych lat zdawały się tak bardzo odległe, jak gdyby wydarzyły się w innym życiu. Był teraz zupełnie innym człowiekiem, ona zresztą chyba też. Mógł się o tym przekonać, gdy pracował nad jej sprawą rozwodową. — Nie będę ukrywał. Zaskoczyłaś mnie i to tak cholernie. Gdy pracowałem nad tą sprawą... nie pomyślałbym, że mogło chodzić o ciebie. Nie, żebym miał z tym problem. Po prostu... — urwał, próbując zebrać myśli i nie zbłaźnić się przed stara przyjaciółką. Emocje wciąż się w nim kotłowały, ale powoli zaczynał nad nimi panować. — Cholernie się cieszę, że znowu się spotkaliśmy — dokończył, posyłając jej przy tym ciepły, przyjazny uśmiech. Sytuacja była nietypowa i nieco niezręczna, ale **ona** się nie zmieniła. Dalej miała ten uroczy uśmiech i cudowne oczy. Cholera. Czy ona się w ogóle postarzała od ich ostatniego spotkania?
Bez większego namysłu wstał i przeszedł za biurko, po czym, jeśli otrzymał taką zgodę, serdecznie ją przytulił. Mocno, ale też krótko. Nie chciał dokładać tej świeżoodzyskanej znajomości dodatkowego bagażu niezręczności. Następnie przysiadł na blacie biurka, zerkając w jej stronę z nieukrywaną ciekawością. Sunął po niej oczami, starając się wyłapać wszelkie zmiany, które przeoczył na pierwszy rzut oka. — Pytałaś co u mnie, tak? Hmm, to w sumie trudne pytanie, zwłaszcza teraz — zaczął, drapiąc się przy tym po policzku. Cała ta sytuacja z Heleną oraz rodziną wciąż tkwiła mu z tyłu głowy, nawet teraz. — Pracuję tutaj od kilku miesięcy, ale wcześniej było to bardziej zdalne. Przeprowadziłem się, ile, kilka tygodni temu. Próbuję jeszcze wszystko ogarnąć. No i wciąż się nie rozpakowałem — kontynuował, wyliczająć na palcach kolejne rzeczy. — Miasto wydaje się całkiem przyjemne, ludzie — tutaj przerwał i rzucił jej ciepłe spojrzenie — wydają się nad wyraz urokliwi, takżeee jestem dobrej myśli — dokończył, klepiąc się przy tym w udo. — A Ty? Czym się zajmujesz? Mieszkasz tu, czy przyjechałaś podpisać papiery? Może chcesz wyjść na kawę? Gdy już skończymy tutaj. I tak miałem robić sobie przerwę — dodał jeszcze, zerkając w jej stronę.
Mara Lakefield