34 y/o
REKRUTER
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

19
Everything’s under control.
We think.
- No i on wtedy powiedział, że nie kojarzy mojej gęby i musieli mnie wypuścić - Madox żywo gestykulował, kiedy opowiadała to swojemu adwokatowi nad wysoką szklanką cuba libre. Zbyt żywo jak na to, żeby był trzeźwy, bo prawie spadł przy tym z wysokiego stołka, a kiedy zatoczył się na jakiegoś faceta obok, który chciał sobie zamówić piwo, to kazał mu wypierdalać. Typowy Madox.
- Weź kurwa, jeszcze sprawę prowadzi... Nie wiem jak to nazwać, były mojej obecnej? Albo nie wiem, gość, który uważa się za gliniarza con huevos - z jajami - a chodzi w swetrze. No i mnie kurwa nienawidzi - tłumaczył Williamowi tę całą sprawę, która wydarzyła się w Emptiness pod jego nieobecność. A mianowicie to Nick Dalton złapał tutaj wtedy jakiegoś gnoja, który sprzedawał prochy, a on zeznał, że na zlecenie gościa z tatuażem lwa. A co Madox miał na klacie? No wielkiego lwa właśnie, a Billy mógł go widzieć, bo przecież nie raz, nie dwa, to Noriega zrzucał z siebie koszulę, jak był wyćpany przy nim w trzy dupy. Dzisiaj był trochę, wiercił się na tym wysokim, barowym stołku i był nabuzowany.
- No i Billy, musiałem wezwać Mel, bo Ty sobie kurwa smażyłeś dupę na jakimś pierdolonym Borabora, czy innym Piripiri, ale Ci kurwa dobrze, kto Ci tyle buli, że masz na takie wypady? - powiedział biedny Madox, który ostatnio sobie smażył dupę w Kolumbii. Co prawda to nie był taki urlop jak jego kumpla, ale był... całkiem przyjemny. Aż się zamyślił na moment, kiedy znowu wracał myślami do Medellin, ale kiedy William zapytał jaką Mel, to Madox spojrzał na niego unosząc jedną brew.
- Campbell, nie znasz jej? Chica latina caliente - gorąca, latynoska laska, bo Melanie była gorąca, miała w sobie coś takiego, że jak wchodziła na komisariat, to kolana się uginały, i pod Daltonem wtedy też się ugięły, ale to dobrze, bo wykorzystał to Noriega, a właściwie Mel. Chociaż teraz Madox to gubił się w zeznaniach.
- No i ona kazała zrobić to okazanie, a potem to jak Ci mówiłem, okazało się, że gnój nie kojarzy mojej mordy - wskazał palcem na swoją facjatę - a chyba taką gębę by zapamiętał? - Madox pokiwał głową na potwierdzenie swych słów, a później podniósł do góry szklankę z cuba libre i go wyzerował, odstawił z hukiem na blat - Laura, haznos uno más, por favor - Laura, zrób nam po jeszcze jednym proszę, rzucił do tej swojej, nowej, latynoskiej barmanki, która uśmiechała się ładnie do Williama, ładniej niż do Erica, bo może był bardziej w jej typie?

William N. Patel
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Mhm... - kiwam głową na znak, że słucham, chociaż tak po prawdzie to myślami odpływam gdzieś daleko. Przesuwam palcem po krawędzi szklanki, kręcąc koło za kołem i dopiero kiedy Madox prawie że wywraca mojego drinka, to zaciskam dłoń na szkle. Marszczę brwi - Musisz tak machać tymi... - łapami - kończę w myślach, bo koleś już się sadzi do jakiegoś innego chłopa. Usta mimowolnie układają mi się w szeroki uśmiech, kręcę delikatnie głową. Typowy Madox. Wlepiam w niego spojrzenie, tym razem nieco bardziej skupiając się na jego słowach. W międzyczasie zeruje drinka. Jestem już trochę al dente, alkohol i ta kreska, którą zżarliśmy w kiblu robią swoje. Poprawiam się na siedzeniu, potem zaczynam ustawiać wszystkie zgromadzone przez nas podkładki pod szklanki równo z krawędzią baru, bo inaczej siada mi to na łeb i nie mogę się w ogóle skupić - A niby czemu cię nienawidzi? - pytam, samo bycie byłym jego obecnej to chyba trochę słaby powód, szczególnie, że znałem już trochę Madoxa i byłem ciekaw co innego mu zrobił. Ten facet bywał naprawdę szalony, co ceniłem w nim chyba najbardziej, ostatecznie gdyby nie to najprawdopodobniej smażyłbym się teraz w diabelskim kotle zamiast siedzenia na cieplutkim barowym krześle - Po pierwsze to na Bahamach, po drugie to mi się należy po całym jebanym roku użerania się z tobą - śmieję się, chociaż jest w tym trochę prawdy, Noriega był najprawdopodobniej najbardziej wymagającym klientem, a jednocześnie płacił najmniej, nie był tym typowym fagasem z Rollexem na nadgarstku, których obsługiwałem najczęściej. I gdzieś tam w głębi nawet to lubiłem, bez niego chyba zanudziłbym się na śmierć -Sory, nie mogę rozmawiać z klientami o innych klientach, tajemnica - wzruszam ramionami i przesuwam dwoma palcami po ustach, że niby je zasuwam jak suwak. Ręka mechanicznie opada mi na pustą szklankę i nawet nieznacznie ją unoszę zanim się kapuję że nic już tam nie ma. Co za gówno, a mnie właśnie tak zaschło w ryju, że zaraz zdechnę, oblizuję wargi, a puste szkło układam spowrotem na barze i zaczynam obracać w dłoni -Jaką Mel? - zaczynam się już gubić w tych jego laskach. Naprawdę myślałem, że to ja jestem rozwiązły, ale potem poznałem Madoxa i się okazało, że mnie to jeszcze Bóg mógłby chcieć wybaczyć, za to Noriega, tego byłem pewien, był już stracony. Campbell, Campbell, Campbell... Przez chwilę przeszukuje głowę w nadziei, że być może gdzieś tam kryje się twarz pasująca do tego nazwiska, ale chyba nie. Kręcę łepetyną, ponownie wlepiając ślepia w przyjaciela - No to chyba po sprawie, co? Nie zna to nie zna. - i bajlando, pora na drinka. Uśmiecham się szeroko i wyciągam jedną rękę do Madoxa, żeby go poklepać po główce jak bobaska, który wreszcie nauczył się mówić i teraz sam może kłamać na swoją obronę - No widzisz? Poradziłeś sobie beze mnie, jesteś już dużym chłopcem - cisnę sobie trochę bekę, bo mimo wszystko nie chciałbym żeby zaczął radzić sobie sam, lubiłem ten nasz układ, dostarczał odpowiednią ilość adrenaliny, bez niego chyba już całkiem popadłbym w rutynę, bo inni moi klienci byli raczej... łatwi. Noriega potrafił zaskoczyć. Przenoszę spojrzenie na barmankę i odwzajemniam jej czarujący uśmiech, a kiedy się do nas odwraca tyłem, to wzrok zjeżdża mi na jej pokaźne, latynoskie dupsko - Ty, co to za laska? Jakaś nowa? Chyba jej nie kojarzę - pytam szefa, pochylając się nieznacznie w jego stronę. Raczej znałem tutejszą obsługę, w końcu zostałem stałym bywalcem.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
34 y/o
REKRUTER
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Strzelił oczami w sufit, kiedy Will zapytał, czy musi tak machać. Musiał, bo go rozsadzało od środka, Madox już sam z siebie był narwany, a po dodatkowej kresce, to on był po prostu pierdolnięty. I teraz też tak groził temu facetowi, jakby miał nierówno pod sufitem, ale w końcu był u siebie.
Zerknął przelotnie na to, co robił Billy, i chwilę walczył ze sobą, żeby mu tego nie zburzyć, bo Noriega to jednak uwielbiał chaos, dla niego te podkładki mogły być rozpierdolone po całym barze, chociaż... ważne było to, żeby jednak nie robili mu odcisków od szklanek na ladzie. Sam też położył szklankę na takiej.
- No nic, oprócz tego, że on sobie ujebał, że się zakochał w Pilar, a ona go nie chce, bo chce mnie - wyjaśnił szybko, a zaraz później przysunął się do Williama, żeby z bardzo bliska spojrzeć mu w oczy, wbić te ciemne tęczówki intensywnie w jego ślepia - dla Ciebie by to było za mało? Zbijałbyś z takim facetem piąteczkę, chodził na piwko i gadał o tym jak się rucha... - urwał, bo nie będzie o tym gadał. Odsunął się i znowu zatoczył na tym krześle, ale złapał się lady.
Oparł na niej łokieć starając się skoncentrować na tym, co mówi William, na tych Bahamach, ale na te kolejne słowa znowu wywrócił oczami.
- Ja jebię, masz lepszych klientów? Takich, którzy na wejściu Cię częstują kwasem? Czy od razu kurwa dajecie sobie w żyłę - Madox to pierdolił, gadał dużo, szybko, a jak był naćpany to czasem bez sensu, i tak dobrze, że nie przeszedł na hiszpański, bo do tego też miał tendencję. Ale on uważał, że był zajebistym klientem Williama, co prawda mu nie płacił za wiele, ale! Stawiał mu drinki w Emptiness, poznawał go z tancerkami, no i sypał mu kreski z koksu prosto z Kolumbii. Zajebisty towar. Czego chcieć więcej?
- A co Ty lekarz jesteś? - zapytał, chociaż Madox to akurat powinien wiedzieć, że prawników też obowiązuje tajemnica, jak on tak często miał z nimi do czynienia. Ale czy to jego wina, że w tym klubie tyle się działo? Wiecznie ktoś dawał sobie po mordzie... A najczęściej to sam Madox.
Kiedy Patel tak myślał o tej Mel, to uniósł jedną brew, jak jej nie kojarzył i tych jej miniówek, to nie wiem, padło mu na oczy może? Może od tych prochów, które żarł jak cukiereczki?
- Ale chciał mnie wjebać czaisz? Jakiś gnojek chciał mnie wjebać. Połamać mu nogi? - zapytał poważnie, a zaraz William zaczął go klepać po głowie i Madox zezował do góry na jego rękę, nawet machnął swoją, żeby go odgonić - niedługo będę sam się bronił i co wtedy? Jeszcze się będziesz kurwa prosił, Madox mogę do Ciebie wpaść - no bo Noriega przecież prowadził jeden z najlepszych klubów w mieście, a już... ćpalnia to na pewno była pierwsza klasa. Miał te swoje układy z psami, zawsze mógł pozwalać sobie na więcej. Tak jak teraz na przykład wyjął samarę i zaczął sobie sypać koks na ladę, gdzieś miedzy tymi podkładkami Williama.
- Nie mam karty - mruknął, bo Madox to płacił tylko gotówką. Brudną jak jego opinia.
Dopiero kiedy Billy zaczął mówić o tej nowej barmance, to Madox poderwał głowę i spojrzał na niego, a potem na barmankę.
- Nowa, Laura, caliente, ¿verdad? - gorąca, nie?, zapytał i też rzucił okiem na tyłek Laury, ale krótko. Za to jak ona podawała im nowe drinki i zabierała stare szklanki, a do tego patrzyła krzywo na ten koks na ladzie, to Madox już na dłużej zawiesił na niej spojrzenie, te ciemne tęczówki na jej twarzy.
- Laura, hermosa… ¿Qué opinas de William, tu tipo? - Laura, piękna... co myślisz o Williamie, w Twoim typie?, zapytał i zerknął na Willa z ukosa, a Laura wywróciła pięknymi, dużymi oczami, ale uśmiechnęła się. Madox od razu walnął łokciem Patela w żebra, trochę mocniej niż chciał chyba.
- Leci na Ciebie stary - rzucił. Madox to chyba bardzo chciał znaleźć Laurze jakiegoś faceta, bo wiecznie jej przedstawiał swoich kumpli. Ale ona wiecznie nie było zainteresowana, co do Madoxa oczywiście nie docierało. Oparł się o ladę i wsadził rękę w ten koks, który usypał.
- Mierda, maldito hijo de puta - gówno, kurwa jebana mać, przeklął siarczyście pod nosem, aż Laura znowu się na niego obejrzała, jakby był jakiś chory, bo w sumie to pewnie był. Na łeb.

William N. Patel
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Jakby się jeszcze było o kogo kłócić - wywracam oczami na samo wspomnienie o Pilar. Ta typiara ewidentnie miała do mnie jakiś problem, nawet do końca nie pamiętam o co, jakąś sprawę w sądzie czy ki chuj? Ja wiem, że broniłem czasem kompletnych zwyroli, ale z grubsza na tym polega moja praca, co nie? Generalnie ciężko było mieć we mnie wroga, raczej nie byłem ani obrażalski ani pamiętliwy, ale Pilar wychodziło to wyjątkowo gładko. Obruszam się na krześle i cofam nieznacznie w tył kiedy Madox się tak zbliża, bo nigdy nie wiem co mu chodzi po głowie i czy zaraz nie postanowi mi zasadzić lepy na odmulenie - A właściwie to... - zaczynam, ale daję sobie spokój i tylko macham ręką na znak, że temat skończony.
- Masz kwasa? - oczy mi się zaświeciły, wystarczyło jedno słowo by wszystko inne przestało mieć znaczenie, już nawet nie wiem o czym dokładnie mówiliśmy, coś o pracy? Chyba? Mniejsza o to, ponownie wzruszam ramionami, sam wie najlepiej, że nie mogę sobie tak gadać o ludziach, chociaż nie powiem, czasem po dobrym krysztale miałem chęć opowiedzieć mu o swoich najdziwniejszych przypadkach. Zresztą nie tylko jemu, wtedy mógłbym gadać z kimkolwiek, byle nie zamykać ryja.
- Co? Nie, żartujesz sobie? Żadnych połamanych nóg, nawet nie chce o tym słyszeć, do nowego roku masz bana na ładowanie się w kłopoty - kiwam energicznie łbem, kilka kosmyków włosów opada mi na oczy, więc zezuję próbując zdmuchnąć je z czoła, ale nie wychodzi, to przeczesuję je palcami odgarniając w tył. Jezu, pocę się po tej kokainie jak wieprz, mam dosłownie mokre czoło, w ogóle całą twarz, więc wycieram się obiema dłońmi - Ale tu gorąco - rzucam, bardziej nawet do siebie niż Madoxa i łapię kilka głębszych oddechów - Ta jasne już to widzę - w sumie to sobie to wyobraziłem, Noriega w roli obrońcy miota się po sali i przeklina. Parskam śmiechem, opluwając wszystko wokół w tym i swojego kompana - Sory - wycieram usta nadgarstkiem - W sumie to chciałbym to zobaczyć - śmieję się jeszcze głośniej, bo wydaje mi się to kompletnie absurdalne, a potem ponownie wywracam oczami - No i co? Jakbym poprosił to niby byś mnie nie wpuścił? A z kim byś się bawił lepiej? - w zasadzie nigdy nie widziałem by Noriega obracał się w towarzystwie innych mężczyzn, zawsze same panienki, a ile można obracać dupeczki? Przecież nie ma to jak męski wypad - ja, on i torba pełna prochów, koniecznie musi się kiedyś wybrać ze mną na Bahamy. Na moment pogrążam się we własnych myślach, ale Noriega szybko sprowadza mnie do parteru, a raczej to czym ostentacyjnie macha na wszystkie strony, zawsze mnie to trochę krępuje, jak tak bez pardonu sypie krechy na pierwszy lepszy blat, ostatecznie nie chciałbym żeby ktoś mnie zobaczył z banknotem w nosie, więc strzelam okiem na prawo i lewo. Wydaje się czysto, nikt oprócz barmanki nawet nie zwraca na nas uwagi. Z kieszonki na piersi wyjmuje starą, wysłużoną kartę, taką jaką kiedyś się używało do budek telefonicznych, mam ją odkąd pamiętam i używam tylko do jednego, na przedzie był obrazek z Króla Lwa - Mógłbyś to robić trochę mniej... No wiesz, ostentacyjnie? - podaję mu kartę, chociaż wolałbym to zrobić po swojemu, ułożyć towar w idealne kreski, jedna obok drugiej w równie idealnych rzędach, taki chaos na stole działał mi na nerwy. Patrzę to na barmankę to na przyjaciela i mogę się tylko domyślać o czym rozmawiają, bo nie znam hiszpańskiego. To znaczy tylko kilka przekleństw bo już tyle razy słyszałem je z ust Madoxa. Odbieram nowego drinka i unoszę go do ust, ale zanim zdążę się napić, chłop mnie trąca w żebro, a cuba libre ląduje na mojej koszuli. Nosz kurwa, świeżo prana, jeszcze pachniała jaśminem - Kurwaaa dopiero co ją prałem - wkurzam się, jednak nie za długo, bo już za chwilę powracam spojrzeniem do dziewczyny, puszczając jej zalotne oczko. Musiałem wyglądać zajebiście w koszuli zalanej drinkiem, z włosami mokrymi od potu i rozlatanym spojrzeniem kokainisty, nic tylko brać - Mówisz? To może pogrzeje mi dzisiaj łóżko, hehehehe - śmieję się głupkowato. Podążając za nią wzrokiem ale szybko wracam do Madoxa, bo znowu zaczyna na coś przeklinać. Wbijam spojrzenie w jego twarz, a potem niżej, wzdłuż ręki, na dłoń całą obsypaną białym prochem - Ej, uważaj - niby nie mój towar, ale zawsze trochę szkoda, szczególnie, że chyba zaczyna schodzić, potrzebuję przywalić więcej - Dawaj ja to zrobię - wyciągam do niego rękę machając palcami, żeby mi oddał kartę, chociaż obydwoje doskonale wiemy, że z moim pedantyzmem zejdzie mi z tym pewnie w chuj.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
34 y/o
REKRUTER
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Madox zmrużył oczy, kiedy Willy to powiedział, że jakby jeszcze było o kogo się kłócić, i naprawdę przez chwilę, to chciał mu zasadzić tę lepę na odmulenie, aż się spiął na tym swoim stołku. Tylko, że już sobie wyobrażał jak to będzie wyglądało, walnie go, a Billy go pozwie, a Madox bez prawnika to tam w tym sądzie zginie i pójdzie siedzieć na dziesięć lat.
- Uważaj o kim mówisz Patel - wycedził przez zęby, brakowało naprawdę niewiele, żeby mu się nie odwinął, zwłaszcza kiedy tak nad nim stał, a Madox to przecież był nerwowy, zwłaszcza po kokainie.
Może całe szczęście, że William zmienił temat na kwas, a Madox opadł na stołek i wystrzelił ręce w górę.
- Tobie to tylko kurwa kwas w głowie. Dupy, kwas i koks, i jeszcze darmowe drinki, darmowe prochy - pokręcił głową - przepraszam, czy ktoś tu ma darmowe prochy do Williama? - Madox rozejrzał się dookoła po klubie, bo przecież był jebnięty i tak sobie gadał o prochach. A prawda jest taka, że była czternasta, oni dopiero ledwo co otworzyli i byli tu praktycznie sami, z Laurą. I z tym gościem, co chciał zamówić piwo, ale Madox mu kazał wypierdalać. Nie wypierdolił, siedział sobie ze swoim piwkiem gdzieś w kącie. Jakiś podejrzany typek.
Czternasta, a oni już naćpani.
- Ale ty jesteś kurwa miękki. Żadnych połamanych nóg - starał się go przedrzeźniać, ale z tym jego hiszpańskim akcentem wyszło to kiepsko. Kiepsko też zaczął mu wyglądać William, taki cały spocony. Bo Madox to sobie siedział na luzie, w tej swojej kolorowej koszuli rozpiętej do połowy, i tylko może jakaś jedna samotna kropla spłynęła mu gdzieś po karku. Bo może i on teraz siedział w Kanadzie, ale jednak był przyzwyczajony do kolumbijskiego klimatu, jemu nie było wcale gorąco, on po prostu nie mógł usiedzieć na dupie i kręcił się na tym krześle jak opętany.
- To się rozbierz - rzucił jakby nigdy nic, bo pewnie sam Noriega to by zaraz zrzucał koszulę, jakby mu było rzeczywiście gorąco. Kiedy Billy zaczął sobie wyobrażać Madoxa na sali sądowej, to Noriega tylko strzelił oczami, a potem ostentacyjnie wytarł z twarzy te kropelki śliny Williama. Nie powiedział jednak nic, bo oboje doskonale wiedzieli jakby to wyglądało.
Dopiero kiedy Patel powiedział o tym, że z kim Madox by się bawil lepiej, to Noriega parsknął. Już mu miał powiedzieć, że z Pilar, ale nie chciał znowu zaczynać jej tematu, bo jeszcze by sobie skoczyli do gardeł, a to im było niepotrzebne. Potrzebna za to była kolejna kreska, Madox to czuł, więc zaraz wyjął samarkę i pomachał nią Williamowi przed twarzą. Tylko, że ten zaraz zaczął, żeby robił to mniej ostentacyjnie, a Madox oparł się o ładę i wpierdolił łokieć w ten cały koks, ale tego nawet nie zauważył.
- Czyli jak? Wolisz wciągać w kiblu z sedesu? Nie obrzydza cię to? Mnie się chce rzygać - i zaraz zademonstrował, jak mu się chce rzygać, ale potem dostał kartę, tylko zanim się wziął za układanie kresek, to jeszcze zamienił kilka słów z Laurą. Może nawet byłaby zainteresowana Willem, tylko on się oblał zaraz tym drinkiem jak małe dziecko, aż Madox znowu strzelił oczami.
- Może ci dać słomkę, albo smoczka? - aż parsknął śmiechem, a że uznał to za dobry żart, to zaraz się znowu zwrócił do Laury - William es como un bebé, sólo que le falta el chupete - William jest jak mały dzidziuś, tylko smoczka mu brakuje, powiedział, a Laura zachichotała i zerknął na Willa. Ona chyba jako jedyna w tym klubie śmiała się z żarcików Madoxa, może to te latynoskie, spaczone poczucie humoru?
- Dzisiaj ma nockę, ale jutro możesz ją gdzieś zaprosić - Madox to powiedział dość poważnie, bo on chyba rzeczywiście robił tutaj w klubie za swatkę, pochylił się w kierunku Patela - tylko zabierz ją w jakieś fajne miejsce, w końcu masz hajsu jak lodu bahamaman - chociaż William sobie jeździł na Bahamy to był skąpy, Madoxowi na przykład nigdy nie płacił za drinki i prochy... Co prawda Noriega mu nie płacił za usługi prawnicze też, no to chyba byli nawet kwita, zważając na to, że Patel mógł wychlać wiadro i wyćpać dwa.
Tak się zaaferował w to swatanie i w ogóle w rozmowę, że dopiero teraz zauważył, że on włożył łapę w koks. W pierwszej chwili to Madox nawet chciał oddać Billyemu kartę, ale w porę zatrzymał rękę.
- Pojebało cię kurwa, ty byś to robił dziesięć lat - stwierdził, i zaraz szurnął kartą po blacie, raz, dwa, trzy, zrobił dwa krzywe szczury. Sięgnął za bar, żeby wziąć sobie z kasy jakiś banknot, zrolował go. Z Madoxem to było szybko, William nawet nie zdążył się znowu odezwać, a Noriega już zajebał kreskę i odchylił do tyłu głowę, a potem dał mu dolara. Wstał z miejsca, żeby podskoczyć kilka razy, źrenice to mu wyjebało praktycznie od razu.
- Ale kurwa to jest towar - rzucił Williamowi do ucha, kiedy objął go mocno ramieniem, a później opadł na swój stołek i sięgnął po cuba libre.
Kiedy Billy jeszcze pakował do nosa kreskę, to za ich plecami odezwał się jakiś głos...
- Przepraszam... Słyszałem, że rozmawialiście o kwasie. Ja go właśnie mam, ale nie mam koksu - odwrócili się natychmiast, stał przed nimi ten dziwny gościu od piwa, też ewidentnie był wyćpany, tylko chyba właśnie kwasem, bo jakoś się dziwnie wyginał i patrzył na nich oczami wielkości spodków. Madox i William spojrzeli na niego, a potem po sobie.

William N. Patel
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Miał sporo racji, gdyby nie praca, która wymagała wytężania mózgownicy, to faktycznie miałem w głowie tylko prochy, dupeczki i zabawę, ale co w tym złego? Byłem jeszcze młody, a młodość rządziła się swoimi prawami, jak dożyje starości to może się trochę uspokoję. Zresztą - I kto to mówi? - no bo się odezwał ten, co miał w głowie więcej oleju ode mnie. Oczywiście to była ironia, myślę, że dogadywaliśmy się tak dobrze, bo w gruncie rzeczy, gdzieś w samym rdzeniu swojej osobowości byliśmy tacy sami, jedno siano pod kopułą. Śmieję się głośno z tego co robi, już się trochę luzuję, bo praktycznie jesteśmy tu sami. Lubię tego typa, bywał takim śmiesznym błaznem, śmiem zaryzykować stwierdzeniem, że nikt nie potrafił mnie rozbawić tak jak on - Weź przestań- - trącam go ręką, nadal się głupkowato śmiejąc, tyle, że ten szeroki uśmiech schodzi mi z twarzy jak Madox zaczyna mnie przedrzeźniać, wtedy marszczę brwi i się nieznacznie krzywię - Nie jestem miękki, tylko chcę mieć spokój w sylwestra - kręcę nosem. Prawda też była taka, że przemoc nigdy nie była dla mnie rozwiązaniem, umiałem się bić, trenowałem kiedyś boks, ale bardziej dla sportu, niż samego bicia. Kłamstwo, manipulacja - to były ścieżki dla mnie znajome, przemoc fizyczna i agresja? Jakoś to do mnie nie przemawiało. To się rozbierz - łatwo mu powiedzieć, on był bezwstydny. Ja w sumie też, ale jakoś sobie nie wyobrażałem żebym miał tu siedzieć półnagi, z potem lejącym się po plecach, rozbieganym spojrzeniem i zaciśniętą szczęką, przecież gdyby ktoś to zobaczył to by mnie od razu załadował w kaftan i wysłał do szpitala bez klamek. Niemniej kiwam głową i rozpinam kilka guzików koszuli pod szyją, podwijam także rękawy.
- W sumie to się przyzwyczaiłem - wiadomo, że wolałem furać ze złotej tacy, najlepiej banknotem z wysokim nominałem, ale życie wyglądało inaczej, szczególnie jak się zaczyna ćpać w młodym wieku. W szkole zawsze wciągałem z kibla, a potem po klubach też głównie z kibla, a potem... potem poznałem Madoxa i już nie musiałem się pochylać nad sedesem bo sypał krechy tam gdzie akurat siedział - Słomki zabijają żółwie - rzucam, jakby to była oczywista oczywistość. Noriega pewnie już się przyzwyczaił, że rzucałem czasem takie ekoświrskie rzeczy - a to słomki zabijają żółwie, a to wyspy plastiku pływają po oceanach, a to tony ubrań z sieciówek zanieczyszczają plaże w Ameryce Łacińskiej. Wierzyłem w ekologię, wierzyłem też w teorie spiskowe - Co jej powiedziałeś? - pytam, bo gadają po swojemu a ja siedzę jak ten debil i nic nie rozumiem - Pomyślę o tym - w sumie niegłupi pomysł, była ładna, zgrabna, nie szukałem związków tylko przygód, a ona wyglądała na taką, która myśli podobnie - Masz to jak w banku - kiwam głową, w to akurat nie powinien wątpić, miałem gest, o czym zresztą i Madox się pewnie niejednokrotnie przekonał. Raz zaprosiłem go na randkę - wzięliśmy grzyby i poszliśmy do zoo i planetarium, a potem długo jeździliśmy metrem bez celu, jedliśmy i piliśmy w jakiejś eleganckiej restauracji, dopóki nas nie wyrzucili za bycie zbyt frywolnym. Drugi raz się to nie powtórzyło, jednak bezpieczniej było spotykać się w klubie, a skoro to Noriega był tutaj gospodarzem no to chyba logiczne, że on stawiał, nie? Wywracam oczami, ale ciężko nie przyznać mu racji, ja bym to faktycznie robił dziesięć lat, zresztą zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć to Madox już walnął, pokręciło się w kółko, objął mnie i wrócił na swoje miejsce. Towar był pierwszą klasa. Odbieram od niego banknot i poprawiam go w palcach, a potem pochylam się nad blatem żeby i sobie zapodać. Czuję jak uderza prosto w mózg, koks był wspaniały, wchodził mocno ale jednocześnie gładko, czułem jak drętwieje mi podniebienie i dosłownie zęby zaczynają swędzieć. Czułem też, że w tej chwili mogę wszystko. Rozchylam usta żeby opowiedzieć o tym przyjacielowi, ale tedy pojawia się obok nas jakiś typ i wbijam w niego spojrzenie. Propozycja całkiem intratna, zerkam na Madoxa, on na mnie i dosłownie mam wrażenie, że porozumiewamy się telepatycznie - pytam co sądzi, a on, że spoko, a co ja na to, a ja, że okej. Kiwam głową - Dobra, ubijmy interes, pokaż nam swoje towary, a ty - zwracam się do Madoxa - zrób mu strzała - normalnie jakbym był jakimś jego szefem. Facet przysuwa sobie krzesło i wciska się między nas, źrenice ma tak wielkie, że nie widać tęczówek i trochę mu nawet zazdroszczę, ciekawe co teraz dzieje się w jego głowie, ale pewnie niezły sajgon, skoro zdecydował się podejść do dwóch takich zjebów jak my. Wyciąga z gaci plastikową torebkę z kolorowymi kartonikami - Fu, kartony spod jajec - komentuję. Myślał by kto, że mi to przeszkadza, gadam chyba tylko po to żeby gadać, szczególnie, że już za moment łapię za samarkę i wyciągam jednego umieszczając go sobie na dziąśle. Mnie nie trzeba namawiać. Potem podaję pakiet kumplowi. No to niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba.

Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
34 y/o
REKRUTER
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Coś w tym było, że oni obaj mieli już tak zryte gary, że dogadywali się świetnie, a zresztą... no podobne mieli hobby? Używki, klub i drinki. Chociaż dupeczki to już Madox miał gdzieś, a może powinien się koło jakiejś zakręcić tak dla utrzymania pozorów? Ale przecież jakby on się zakręcił to by mogło coś złego z tego wyjść, machnął ręką. On na te swoje myśli o dupeczkach, a William na niego.
Kiedy Patel powiedział o tym sylwestrze, to Madox uniósł obie brwi.
- A co robisz w sylwestra? - zazwyczaj to takie gadanie, no super, co robisz w sylwestra, ale akurat jeśli chodzi o Williama, to go to szczerze zainteresowało, bo po pierwsze ciekawiło go, czy ten znowu nie wybywa gdzieś do ciepłych krajów, a po drugie, jeśli nie, to może oni mogliby się znowu razem bawić? Na pewno przecież by się bawili wyśmienicie. Chociaż prawda jest taka, że Madox to może chciał teraz tego sylwestra jednak spędzać z Pilar? Chciałby, aż się obrócił na tym krześle z myślą gdzie mógłby ją zabrać. Nigdzie, bo przecież mieli się razem nie pokazywać.
Walnął głową w blat, na szczęście zanim jeszcze posypał ten cały koks. Ale później to już go sypał, już patrzył na Williama z ukosa, uniósł jedną brew.
- Jak jakiś dzieciak... Chodzisz po jakiś spelunach i w kiblu walisz, zamiast siedzieć w porządnym lokalu - oczywiście, że ten porządny lokal to było Emptiness. Bo Madox to tylko tutaj bywał, chciał się napić drinka, wybierał swój klub, chciał się wyluzować, to też. Nawet nie znał innych miejscówek w Toronto, a może powinien je poznać?
Na te żółwie uniósł obie brwi, bo już mu wyobraźnia podpowiadała, pokazywała, mordercze słomki zabijające żółwie.
- Jak niby? - zapytał, bo jakby ludzie dostawali z ekologii stopnie, to Madox by miał pałę, chociaż nieświadomie ją wspierał. Ale jakby go ktoś zapytał, to nie, to by machnął na to ręką. Tą ręką, którą zaraz klepnął Williama w ramię, kiedy zapytał, co powiedział Laurze.
- Że jej zrobisz dobrze językiem stary - aż mu język pokazał, ale przecież on jej powiedział o tym smoczku, ale wiedział, że William nie rozumie hiszpańskiego, więc to wykorzystywał. Bo Madox to taki właśnie był. Lubił trochę namącić, trochę podkręcić sytuację, jakby w ogóle w życiu miał mało zamieszania, mało tego ognia.
Popatrzył na Williama, kiedy ten powiedział, że zaprosi Laurę w fajne miejsce... Oby nie do planetarium. Bo Noriega to jednak wspominał ten ich wypad dziwnie. Niby fajnie, niby William miał gest, bo nawet mu kupił watę cukrową w zoo i balon w kształcie pokemona, ale jak Madox się porzygał w planetarium, to jednak się na niego wtedy wydarł. Smutne.
Później to już rzeczywiście walili co popadnie w klubie, bo tutaj to Noriega mógł się wszędzie porzygać, a nikt i tak nie miał prawa na niego naskoczyć, bo przecież on tutaj rządził.
Tak rządził, że zaraz się porządził tym koksem. Prosto z Kolumbii, ale jakby ktoś pytał, to on wcale go nie sprowadzał, to on tylko go gdzieś znalazł, może jak szedł do klubu, czy coś? Koksik wchodzi, usadza się gdzieś między ostatnimi szarymi komórkami, które od razu też zaczynają pracować inaczej, bo ze zwykłego, latynoskiego, hot właściciela klubu, to Madox zaraz się staje jakby jakimś bogiem, a na pewno kimś, kto może wszystko. Tylko, że on zazwyczaj może. Jeszcze na dokładkę pojawia się diler kwasa, no i Madox patrzy na Williama, takim spojrzeniem, które mówi jedno - nie stary, dajmy sobie spokój, znowu się nawalimy jak dziki. Ale William chyba odczytuje to zupełnie inaczej. Na pewno odczytuje to zupełnie inaczej, bo zaraz mówi dobra. Madox aż strzelił się otwartą dłonią w czoło, przejechał ręką po karku. Koks i kwas, może go popierdolić, ale czy on dzisiaj miał coś jeszcze do roboty? Mógłby mieć, mógłby na przykład się zawinąć i jechać do Stewart, ale ona chyba była dzisiaj w pracy...
I kiedy on tak walczył z myślami, jeszcze rozważał wszystkie za i przeciw, to Patel już zajebał tego kwasa.
Wybornie.
No to co miał zrobić Madox? Przecież nie będzie gorszy, czy tam lepszy? Nie zostawi kumpla samego na kwasowej fazie. Sypnął na ladę znowu koksu i zrobił kreskę ich nowemu kumplowi.
- Dobra, chuj - mruknął jeszcze, a potem wyciągnął sobie jakiś ładny kartonik z kwiatuszkiem i umieścił go sobie na języku, a potem tym językiem wsunął na dziąsło. Zaraz będą w tym we troje.
- A kim Ty w ogóle jesteś? - zapytał kolesia, żeby się o nim jeszcze czegoś dowiedzieć, póki byli trzeźwi.
- Jestem Jerry - odpowiedział typ, a potem to pochylił się nad ladą i jednym zwinnym ruchem wciągnął cały koks, który mu posypał Noriega, a wcale mu nie żałował - robię w narkotykowym... - dodał jakby nigdy nic i zaraz patrzy na Madoxa wyćpanymi oczami -masz jeszcze? - a Noriega to te swoje ciemne oczy wbił w Williama i teraz to mu się stara telepatycznie właśnie przekazać, co on powiedział? W czym narkotykowym on robi? Czy my właśnie żremy kwas z jakimś psem? W moim klubie?

William N. Patel
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- A weź, idę na jakiś bankiet dla snobów ze starymi. Ojciec uważa, że trzeba, wiesz, będzie mi przedstawiał córki swoich znajomych, być może poznam kilku przyszłych klientów, straszna nuda, nawet nie można się upić. Zamierzam zawinąć się o północy i wkręcić na jakąś domówkę, a ty? - przesuwam dłonią po twarzy. Takie imprezy były fajne jak się miało z piętnaście lat. Kradło się wówczas szampana ze stołu i szło do ogrodu, gdzie w śniegu po kolana wypijało się go z innymi nastolatkami, z jednej butelki, w kolejarza, jak ktoś miał ze sobą papierosy zajebane matce albo ojcu, to była dodatkowa frajda, ale teraz? Teraz trzeba było być poważnym i tańczyć walca ze wszystkimi przyszywanymi cioteczkami.
- Tobie łatwo mówić, bo siedzisz tylko tutaj i jesteś panem na włościach, a ja zaglądam czasem też w inne miejsca, przecież jakbym zaczął tam sypać białko na bar to sam bym musiał szukać prawnika - wywracam oczami. Wiadomo, że Emptiness było najlepsze, ale miałem też inne swoje miejscówki, które lubiłem. Chodziłem na jam sessions, żeby pograć z innymi muzykami i do baru pod chatą, żeby strzelić kilka kolejek na dobry początek weekendu.
- No normalnie, taka słomka wbija się żółwiowi do nosa i powoduje infekcje, albo ją połyka i mu później zalega w jelitach i żołądku i taki żółw umiera, masakra, co? Widziałeś kiedyś żółwia na żywo? Przesłodkie skurwysyny - kiwam głową. Lubiłem naturę, a może przede wszystkim ją szanowałem.
- Co?... - w pierwszej chwili otwieram szeroko oczy, bo Madox dosłownie mnie zabija swoją bezpośredniością, ale zaraz uśmiecham się szeroko i puszczam zalotne oczko do dziewczyny w tym samym czasie przesuwając językiem po górnej wardze, miało wyjść seksownie, a wyszło... no w moim odczuciu zajebiście, ale to chyba tylko Laura może ocenić.
A potem podchodzi do nas ten chłop i kilka minut później poprawiam kartonik na dziąśle. Bujam się lekko na boki, na wysokim, barowym stołku, patrząc jak Jerry ładuje w śluzówkę, miał facet nochal jak odkurzacz, chyba nawet ja byłem pod wrażeniem, pomimo lat praktyki. Ponad jego pochylonym karkiem łapie spojrzenie Madoxa - W czym? W narkotykowym czym? - dopytuję, a Jerry zerka na mnie jak na idiotę - No wiesz... - gestykuluje rękami, ale nic mi to nie mówi - No kurwa właśnie nie wiem - kręcę głową, a on wzdycha głośno - Wydziale - dodaje szeptem, na co parskam trochę nerwowym śmiechem - No to ładną żeśmy tu ekipę zmontowali. Ekipę kompletnych pojebów. Wiesz, że jak coś to ty zacząłeś - mówię, niby żartem, celując w niego jednym palcem i staram się cokolwiek wyczytać z jego twarzy, czy czasem nas zaraz nie zakuje w kajdanki, ale po takiej ilości używek to po pierwsze, mnie jest ciężko cokolwiek zobaczyć, a po drugie jego morda nie zdradza niczego oprócz głupkowatego błogostanu - Weź, wyluzuj, koleś, przyszedłem się tu zabawić - macha na mnie ręką, ja mu w sumie wierzę, wszyscy chyba mieliśmy podobnie, też bym nie chciał żeby mnie ktoś podpierdolił, ale jeszcze kiwam głową na Madoxa co on o tym wszystkim sądzi - lecimy razem na tej fali?

Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
34 y/o
REKRUTER
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słuchał Williama i musiał się z nim zgodzić bo rzeczywiście brzmiało to jak straszna nuda, aż pokiwał głową. Chociaż na to jego pytanie co on będzie robił na sylwestra, to zaraz się zamyślił. Na pewno chciałby siedzieć z Pilar, ale z drugiej strony, to przecież...
-Mamy imprezę sylwestrową w klubie - no jakże by inaczej, jakieś latino new year party. Chociaż Madox to się zawsze z takich imprez sprawnie umiał wykręcić. W klubie było wtedy tylu jego ludzi, że on mógł pojawić się na otwarciu, a później zawinąć. Tylko jeśli będzie miał dokąd, bo na razie to Stewart wciąż mu nie pozwalała robić jej niespodzianek - to jak chcesz to wpadnij do klubu - powiedział zanim się nad tym zastanowił - tylko weź ze sobą jakąś laskę, to zrobimy sobie podwójną randkę, czy coś - dobry pomysł? Chyba okropny, ale Madox to akurat często takie miewał.
Tak jak to sypanie koksu gdzie popadnie, na bar na przykład, albo deskę rozdzielczą w cudzym samochodzie. Wywrócił oczami na te kolejne słowa Williama.
- No to po co bywasz w miejscach, gdzie się musisz chować po kiblach z ćpaniem? Później masz pojebane fazy, jak z tymi reptalianami - bo raz do niego William w środku nocy dzwonił, że jest w klubie, gdzie są same jaszczuroludy i Madox musiał po niego jechać w środku nocy, a okazało się, że tam były tylko jakieś dzieciaki, bo trafił do klubu, gdzie się małolaty bawiły i się z niego śmiali, że jest naćpany, bo wiadomo, że teraz młodzież to była jakaś antynarkotykowa.
Madox od razu sobie wyobraził jak ta słomka bierze i wbija się w żółwia, no trochę straszne, ale to po co ten żółw do niej podpływa? Czy to ta słomka go śledzi i atakuje? Tak się nad tym zamyślił, że nawet nie widział jak William się podwala do Laury, bo jakby widział, to by pewnie skomentował, a tak tylko przesunął palcami po brodzie.
- No chujowo z tymi żółwiami - powiedział w końcu.
Ale jeszcze bardziej chujowo to było z tym Jerrym, że on najpierw zajebał Madoxowy koks, a później im powiedział, że robi w narkotykowym, bo Madox to się nigdy za bardzo nie lubił z tymi z narkotykowego. Ale z Jerrym się może polubi?
Patrzył na Williama, jakby chciał mu spojrzeniem przekazać coś w stylu, stary ile za to dostaniemy?, chociaż miał nadzieję, że jednak nic nie dostaną.
Madox aż wstał ze stołka i się od nich odsuwa, na sam koniec baru, że niby ich nie zna, albo kwas się zaczął wczytywać.
A Jerry to już się tak rozbisurmanił, że bez pytania chwyta drinka Williama i go wypija na jeden raz.
- Wczoraj te kwasy zawinąłem jakimś dzieciakom, podobno to nowy towar, nie-tes-to-wa-ny-jeszzzz-czzzeeee - powiedział, a później jego głos to się przerodził w jakieś syczenie. A przynajmniej Madox tak to słyszał, jakieś syczenie gdzieś tam koło baru, znowu wstał ze stołka. Ale teraz to już ich obszedł szerokim łukiem i usiadł koło Williama, z drugiej strony.
- Ej stary widać po mnie? - szturcha go łokciem w bok, a widać w chuj, bo oczy to już miał wielkie i czarne, a do tego roztarł sobie ten koks gdzieś na twarzy, na czarnej brodzie też go miał. A może to nie koks, może to te światła?
Światła teraz padały na nich znad baru, ale i z parkietu i Jerry zaraz się zerwał na równe nogi.
- Jazda chłopaki! - zawył, a później rzucił się na parkiet zataczając, a oni co mieli zrobić? Madox spojrzał na Williama, ale finalnie...
To oni we trzech się znaleźli na tym parkiecie przestępując z nóżki na nóżkę i bujając się na boki. Dobrze, że o czternastej nikt jeszcze nie wpada do klubu potańczyć. Nikt oprócz tych trzech ćpunów, którzy bujali się na środku jak jacyś uchynięci.

William N. Patel
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Zazdroszczę - mówię od razu, jak tylko wspomina o imprezie sylwestrowej w Emptiness. Naprawdę bym chciał, chociaż znając Madoxa to będzie jakieś latino party, nie do końca moje klimaty, ale wciąż lepsze niż ten bankiet, na który zamierzałem iść - Dobra, zapamiętam - może wezmę jakąś snobkę, żeby zobaczyła jak się bawią inni ludzie? Pomysł z dupy, ale kto to wie co się może wydarzyć w sylwestrową noc, a podwójna randka brzmiała całkiem w porządku. Byle nie brał ze sobą Pilar.
- O Jezu, będziesz mi do końca życia wypominał? - wywracam oczami. Miałem wtedy w chuj bad tripa po jakiś pigułach niewiadomego pochodzenia i w akcie desperacji zadzwoniłem z prośbą, żeby po mnie przyjechał. Naprawdę najgorszy wieczór w życiu, potem myślałem, że umrę i pójdę do piekła, a ci, którzy tam byli jeszcze mnie bez sensu nakręcali. Od tej pory nie bujam się po klubach dla dzieci. Jebane jaszczuroludy, zero empatii dla człowieka w potrzebie.
A potem już siedzimy z Jerrym i każdy ma koks w nosie i kartona na dziąśle, czyli zapowiada się wieczór znakomity. Widzę jak Madox się od nas odsuwa i sam w sumie nie wiem czy mi się to wydaje czy nie, czasem po kwasie w ogóle nie rozumiałem odległości, bar mógł się wydłużać i zwężać, a dodatkowo wszechobecne światła dosłownie ryły mi banie. Przez moment mam wrażenie, że na podłodze zbiera się woda, więc unoszę wysoko obie nogi i dosłownie drę się do Madoxa jakby znajdował się całe kilometry dalej. Macham do niego ręką - Robi mi się mokro! - krzyczę na całe gardło, tak jestem zaaferowany tą sytuacją, że nawet nie czaje, że tamten chłop wypija mi drinka i kiedy odstawia szklankę, to ja ją chwytam. Próbuje pić z pustego, a w głowie mam takie - kiedy ja to wypiłem? A może wylałem? Stąd ta kałuża pod moimi nogami. Jerry coś do mnie mówi, wiem, bo widzę jak porusza ustami - No, mnie też się już wczytuje - ta rozmowa nie ma najmniejszego sensu, a co więcej zaczynam się śmiać, jakbym właśnie usłyszał jakiś zajebisty dowcip. Obok mnie pojawia się Madox, chociaż sam nie wiem czy jest blisko czy daleko? Chyba daleko, ale sięgam go ręką, więc wychodzi na to, że kończyny mi się wydłużają jakby były z gumy, a to może oznaczać tylko jedno. Byłem jakimś pierdolonym super bohaterem, ta magiczna mieszanka alkoholu, koksu i LSD sprawiła, że miałem magiczne moce. Jeśli facet, którego ugryzł pająk nazywał się Spiderman to ja chyba byłem... Narko-man? Chyba już istniało takie słowo. Normalnie pod kopułą to aż mi dymi, wszystkie trybiki chodzą na pełnych obrotach, w głowie myśli przeróżne i w końcu Noriega, który coś do mnie mówi - No stary nie wygląda to za dobrze - mam wrażenie, że aż osiwiał od tych prochów, źrenice ma tak rozjebane, że nawet ja to widzę. Chcę powiedzieć coś jeszcze, ale Jerry zwołuje nas na parkiet i chyba nie mamy wyboru. Z punktu widzenia osoby trzeciej to musi wyglądać komicznie, ale ja czuję, że mam jakieś kocie ruchy. Kocie ruchy człowieka z gumy. W nagłym przypływie euforii wskakuję na podest z rurą i zaczynam się kręcić w kółko - Ej, patrzcie na to! - wołam do chłopaków, po czym wskakuje na tą rurę jak strażak i zaczynam się podciągać w górę - A teraz bez rąk! - w mojej głowie to się oczywiście powinienem utrzymać tylko przy użyciu nóg, ale rzeczywistość wygląda inaczej. Jak nie jebnę z całej siły na ten podest, to aż mi na moment zapiera dech, ale przecież jestem człowiekiem z gumy, nic nie mogło mi się stać. Niemniej jestem również jebanym śmieszkiem poza kontrolą, więc chcę ich trochę wkręcić i zaczynam lamentować - Ała, chyba mam wstrząs mózgu - tylko, że nie jestem w stanie utrzymać powagi i jeszcze zanim skończę mówić, to zaczynam się głośno śmiać. Jerry zresztą też. Ubaw po same pachy.

Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”