Coś w tym było, że oni obaj mieli już tak zryte gary, że dogadywali się świetnie, a zresztą... no podobne mieli hobby? Używki, klub i drinki. Chociaż dupeczki to już Madox miał gdzieś, a może powinien się koło jakiejś zakręcić tak dla utrzymania pozorów? Ale przecież jakby on się zakręcił to by mogło coś złego z tego wyjść, machnął ręką. On na te swoje myśli o dupeczkach, a William na niego.
Kiedy Patel powiedział o tym sylwestrze, to Madox uniósł obie brwi.
-
A co robisz w sylwestra? - zazwyczaj to takie gadanie, no super, co robisz w sylwestra, ale akurat jeśli chodzi o Williama, to go to szczerze zainteresowało, bo po pierwsze ciekawiło go, czy ten znowu nie wybywa gdzieś do ciepłych krajów, a po drugie, jeśli nie, to może oni mogliby się znowu razem bawić? Na pewno przecież by się bawili wyśmienicie. Chociaż prawda jest taka, że Madox to może chciał teraz tego sylwestra jednak spędzać z Pilar? Chciałby, aż się obrócił na tym krześle z myślą gdzie mógłby ją zabrać. Nigdzie, bo przecież mieli się razem nie pokazywać.
Walnął głową w blat, na szczęście zanim jeszcze posypał ten cały koks. Ale później to już go sypał, już patrzył na Williama z ukosa, uniósł jedną brew.
-
Jak jakiś dzieciak... Chodzisz po jakiś spelunach i w kiblu walisz, zamiast siedzieć w porządnym lokalu - oczywiście, że ten porządny lokal to było Emptiness. Bo Madox to tylko tutaj bywał, chciał się napić drinka, wybierał swój klub, chciał się wyluzować, to też. Nawet nie znał innych miejscówek w Toronto, a może powinien je poznać?
Na te żółwie uniósł obie brwi, bo już mu wyobraźnia podpowiadała, pokazywała, mordercze słomki zabijające żółwie.
-
Jak niby? - zapytał, bo jakby ludzie dostawali z ekologii stopnie, to Madox by miał pałę, chociaż nieświadomie ją wspierał. Ale jakby go ktoś zapytał, to nie, to by machnął na to ręką. Tą ręką, którą zaraz klepnął Williama w ramię, kiedy zapytał, co powiedział Laurze.
-
Że jej zrobisz dobrze językiem stary - aż mu język pokazał, ale przecież on jej powiedział o tym smoczku, ale wiedział, że William nie rozumie hiszpańskiego, więc to wykorzystywał. Bo Madox to taki właśnie był. Lubił trochę namącić, trochę podkręcić sytuację, jakby w ogóle w życiu miał mało zamieszania, mało tego ognia.
Popatrzył na Williama, kiedy ten powiedział, że zaprosi Laurę w fajne miejsce... Oby nie do planetarium. Bo Noriega to jednak wspominał ten ich wypad dziwnie. Niby fajnie, niby William miał gest, bo nawet mu kupił watę cukrową w zoo i balon w kształcie pokemona, ale jak Madox się porzygał w planetarium, to jednak się na niego wtedy wydarł. Smutne.
Później to już rzeczywiście walili co popadnie w klubie, bo tutaj to Noriega mógł się wszędzie porzygać, a nikt i tak nie miał prawa na niego naskoczyć, bo przecież on tutaj rządził.
Tak rządził, że zaraz się porządził tym koksem. Prosto z Kolumbii, ale jakby ktoś pytał, to on wcale go nie sprowadzał, to on tylko go gdzieś znalazł, może jak szedł do klubu, czy coś? Koksik wchodzi, usadza się gdzieś między ostatnimi szarymi komórkami, które od razu też zaczynają pracować inaczej, bo ze zwykłego, latynoskiego, hot właściciela klubu, to Madox zaraz się staje jakby jakimś bogiem, a na pewno kimś, kto może wszystko. Tylko, że on zazwyczaj może. Jeszcze na dokładkę pojawia się diler kwasa, no i Madox patrzy na Williama, takim spojrzeniem, które mówi jedno -
nie stary, dajmy sobie spokój, znowu się nawalimy jak dziki. Ale William chyba odczytuje to zupełnie inaczej. Na pewno odczytuje to zupełnie inaczej, bo zaraz mówi
dobra. Madox aż strzelił się otwartą dłonią w czoło, przejechał ręką po karku. Koks i kwas, może go popierdolić, ale czy on dzisiaj miał coś jeszcze do roboty? Mógłby mieć, mógłby na przykład się zawinąć i jechać do Stewart, ale ona chyba była dzisiaj w pracy...
I kiedy on tak walczył z myślami, jeszcze rozważał wszystkie za i przeciw, to Patel już zajebał tego kwasa.
Wybornie.
No to co miał zrobić Madox? Przecież nie będzie gorszy, czy tam lepszy? Nie zostawi kumpla samego na kwasowej fazie. Sypnął na ladę znowu koksu i zrobił kreskę ich
nowemu kumplowi.
-
Dobra, chuj - mruknął jeszcze, a potem wyciągnął sobie jakiś ładny kartonik z kwiatuszkiem i umieścił go sobie na języku, a potem tym językiem wsunął na dziąsło. Zaraz będą w tym we troje.
-
A kim Ty w ogóle jesteś? - zapytał kolesia, żeby się o nim jeszcze czegoś dowiedzieć, póki byli trzeźwi.
-
Jestem Jerry - odpowiedział typ, a potem to pochylił się nad ladą i jednym zwinnym ruchem wciągnął cały koks, który mu posypał Noriega, a wcale mu nie żałował -
robię w narkotykowym... - dodał jakby nigdy nic i zaraz patrzy na Madoxa wyćpanymi oczami -
masz jeszcze? - a Noriega to te swoje ciemne oczy wbił w Williama i teraz to mu się stara telepatycznie właśnie przekazać,
co on powiedział? W czym narkotykowym on robi? Czy my właśnie żremy kwas z jakimś psem? W moim klubie?
William N. Patel