ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
180 cm
strażak Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba liczba pojedyńcza
czas narracjiprzeszly
postać
autor

1.



Syreny rozcinały nocne powietrze Toronto, pulsując w jego głowie jak natrętne echo, którego nie dało się zignorować. Rocket stał przy krawędzi ulicy, ciało napięte od stóp po skroń, a każdy oddech sprawiał wrażenie, że wciąga nie tylko dym, ale i ciężar całego świata. Zapach spalenizny był gęsty i duszny, wślizgiwał się w płuca i osiadał w gardle, drażniąc nozdrza i wywołując nieprzyjemne, znajome uczucie napięcia w klatce piersiowej. Rocket znał je aż za dobrze — był znakiem, że coś wymaga natychmiastowej reakcji, że chaos już tu jest i nie pozwoli na obojętność.
Kilka metrów dalej stała taksówka. Żółty lakier wciąż błyszczał w świetle migających syren, choć karoseria była pogięta, a dach lekko przygnieciony. Auto nie wyglądało tragicznie — nie było całkowicie zmiażdżone ani spalone, ale przewrócone na bok, z szybami popękanymi i lekkim dymem unoszącym się znad maski. Dym był jeszcze cienki, duszny, ale wystarczający, by nadać całej scenie dramatyzmu. Metal delikatnie skrzypiał pod własnym ciężarem, a iskry unoszące się z podwozia tańczyły w powietrzu, odbijając światła radiowozów niczym drobinki rozpadającego się nieba.
Stał nieruchomo, patrząc na taksówkę, i poczuł, że coś w środku przyciąga jego wzrok. Instynkt natychmiast go ostrzegł — ktoś jest uwięziony. Nie widział jeszcze nic wyraźnie, ale w powietrzu wyczuł obecność czegoś kruchego, bezbronnej istoty, której ciało było zakleszczone wewnątrz pojazdu. Coś w tym widoku sprawiło, że serce przyspieszyło, a mięśnie napięły się jeszcze mocniej. Każdy dźwięk wokół: trzask metalu, syk syren, echo kroków w oddali — uderzał w niego mocniej, zwiększając napięcie, które narastało w ciele niczym elektryczny prąd.
Wykonał krok do przodu. Asfalt pod jego stopami zabrzmiał głucho. Kolejny krok. Powietrze gęstniało od dymu i zapachu spalenizny, a on czuł, że każdy impuls jego ciała jest w pełnej gotowości — drżały dłonie, mięśnie napięły się w oczekiwaniu na działanie. Wzrok wyostrzył się do granic możliwości, a mózg niemal w trybie autopilota analizował każdy detal: lekkie rozwarcie drzwi, fragmenty szkła odbijające migające światła, zarys sylwetki schowanej w dymie, drżącej, zgarbionej, nieruchomej. Rocket poczuł w klatce piersiowej ciężar odpowiedzialności, który uderzył w niego nagle, ostro i bez ostrzeżenia.
W jego głowie pojawiły się obrazy przeszłości — nocny Nowy Jork, huk tłuczonego szkła, światła odbijające się w mokrym asfalcie, momenty, w których był bezsilny wobec sytuacji, które wymykały się spod kontroli. Zacisnął szczękę, próbując odgonić wspomnienia, ale były uporczywe i natrętne. Teraz, patrząc na żółty wrak, wiedział, że to nie tylko zadanie — to test instynktu i reakcji.
Poczuł narastający dreszcz, który przechodził przez ciało od stóp po głowę. To nie był strach ani adrenalina znana z poprzednich akcji. To było uczucie głębsze, mieszanka napięcia, odpowiedzialności i impulsu, który mówił: „Nie odwracaj wzroku. Ktoś potrzebuje twojej pomocy.” Dym unoszący się nad wrakiem zakrywał szczegóły, ale nie przesłaniał najważniejszego — życia, które wymagało natychmiastowej reakcji.
Rocket pozwolił, by chaos wokół niego wniknął do jego świadomości. Każdy trzask metalu, każdy syk syren, echo kroków i migotliwe światła odbijające się w popękanych szybach budowały w nim napięcie, które trudno było opanować. Wiedział, że ktoś jest w środku, ktoś uwięziony, ktoś kto nie może się ruszyć, kto czeka na to, by ktoś podjął decyzję i działał. Jeszcze nie wiedział, kim jest, jeszcze nie znał jej twarzy, a mimo to czuł, że jego życie zmieni się tej nocy.
Wziął głęboki oddech. Serce waliło w piersi, dłonie drżały, mięśnie gotowe do działania. Instynkt podpowiadał mu jedno: nie odwracaj wzroku, nie wahaj się, bo od tego, co zrobi teraz, zależy życie. Taksówka, przewrócona, lekko dymiąca, z uwięzioną w środku nieznajomą, stała się punktem zapalnym, który miał wywołać reakcję, zmieniając wszystko, co do tej pory uważał za bezpieczne i znane.
Rocket poczuł impuls, który nie pozwalał mu stać bezczynnie. Każdy oddech był teraz świadomy, każde uderzenie serca podpowiadało mu, że czas nie jest po jego stronie. Zrobił krok bliżej, a asfalt pod jego stopami zabrzmiał głucho, niczym przypomnienie, że każdy ruch może mieć znaczenie. Dym unosił się nad taksówką, owijając ją w mgłę, która tłumiła szczegóły, ale nie ukrywała tego, co najważniejsze: ktoś był w środku, uwięziony, zdany na jego decyzję i reakcję.
Zbliżył się do pojazdu ostrożnie, obserwując każdy szczegół. Fragmenty szkła błyszczały w świetle radiowozów, karoseria lekko drżała pod cichym trzaskiem metalu, a w środku, wśród dymu, dało się dostrzec zarys sylwetki skulonej, zgarbionej i nieruchomej. To widok, który wbił go w miejsce, jednocześnie napawając nagłym, ostrym poczuciem odpowiedzialności.
Instynkt podpowiadał mu, by działać szybko, a jednocześnie ostrożnie. Pocket powoli i sprawnie obejrzał taksówkę z każdej strony, szukając najlepszego punktu, żeby otworzyć drzwi bez ryzyka pogorszenia sytuacji. Metal pod jego ręką był jeszcze ciepły od tarcia i lekkiego ognia unoszącego się spod maski. Dym szczypał w oczy i gardło, ale nie pozwolił, by to go zatrzymało. Każdy ruch był wyważony, każdy gest starannie przemyślany, choć adrenalina pulsowała w żyłach jak elektryczny prąd.
Wtedy poczuł w sobie całą ciężkość odpowiedzialności. Ta chwila była wyraźnym testem — nie dla niego, ale dla tego, kto znajdował się wewnątrz. Jego myśli zaczęły przyspieszać, mieszając przeszłość z teraźniejszością: obrazy wcześniejszych akcji, momenty, kiedy nie zdążył, kiedy kogoś stracił, uderzały w niego z siłą. Teraz nie mógł popełnić błędu. Każda chwila zwłoki była zagrożeniem.
Zbliżył się do drzwi taksówki, badając ich położenie, delikatnie przesuwając dłonią po metalowej klamce. Drżała pod jego dotykiem, ale nie wydawała się zagrożeniem. Prrzyjął głęboki oddech, czując w płucach mieszankę dymu i adrenaliny, i przygotował się do działania. Każdy mięsień w ciele był napięty, gotowy do ruchu, gotowy, by wyciągnąć z pojazdu to, co czekało w środku.
Jego serce biło w rytmie, który znał aż za dobrze — rytm, który mówił jedno: nie ma czasu na wahanie. Rocket spojrzał na sylwetkę skulonej postaci, na niewyraźny kształt w dymie i mroku wnętrza taksówki. W tym ułamku sekundy poczuł całą odpowiedzialność świata na swoich barkach. Wiedział, że od tego, co zrobi teraz, zależy życie kogoś obcego — a mimo to, tak znajomego, że serce zareagowało mocniej, niż by chciał przyznać.
Poczuł, że to moment, w którym instynkt i doświadczenie muszą przejąć kontrolę. Drżał z napięcia, ale ruszył. Jego ręce znalazły stabilny punkt, każdy ruch był pewny i wyważony, a każdy oddech synchronizował się z tym, co miał zrobić dalej. Taksówka, lekko dymiąca, przewrócona, z uwięzioną w środku nieznajomą, stała się teraz centrum jego świata — punktem, w którym wszystko, co znał, ustępowało miejsca jednej, nieuniknionej akcji.
Wiedział, że nie odwróci wzroku. Wiedział, że nie pozwoli, by ktokolwiek został w środku, bez względu na wszystko.

Cynthia A. Ward
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rocket Wilder

Powrót do Toronto przypominał jej, jak bezsensowne jest życie. Cała bańka jednego dobrego weekendu prysnęła, wraz z pojawieniem się w mieście z powrotem. Coraz więcej było przypadków, na które musiała zwrócić uwagę. Wystarczył okres świąteczny, by ujawniło się więcej ofiar przemocy domowej, czy przypadkowych zabójstw. Wszystkie je badała, opisywała, tak że nie miała czasu, aby móc spędzić go z najbliższymi.
Miała wyjechać do ukochanego brata na święta, spędzić czas z bratanicą. Zamiast tego została w Toronto, zachowując się jak typowy pracoholik. Nie zastanawiała się nad dalszymi konsekwencjami. Zwyczajnie działała na rzecz miasta. Od niektórych działań nie mogła uciec. Szła naprzód, choć potrzebowała spotkania z najbliższymi. W całym młynie związanym z pracą musiała ruszyć przed siebie, nie zastanawiając się, co stanie się później. Przyjąć kolejnego denata na stół sekcyjny, by móc odkryć tajemnicę jego ciała. Z martwych łatwiej było wyczytać, dowiedzieć się, co dokładnie się dzieje niż od żywych. Oni ukrywali się za grzecznością, kulturą.
Pech chciał, że właśnie tego dnia umówiła się z najjaśniejszą gwiazdą w Toronto. Mara, jej najlepsza przyjaciółka pod słońcem, dla niej mogłaby uchylić nieba, choć samo umówienie spotkania trwało w nieskończoność. Wsiadła w taksówkę, by móc zjeść z nią obiad, wymienić się informacjami, zaktualizować dane, a przede wszystkim by wspólnie napić się kilku butelek prosecco. Bąbelki zawsze rozwiązywały każdy z problemów obu kobiet.
Tak wyruszyła spod domu, by przejechać do ich ukochanej restauracji. Droga niczym nie odbiegała od innych przejazdów, które miała. W radiu leciały jeszcze nużące piosenki świąteczne, powodujące u niej ból głowy. Trasa za to mijała spokojnie. Ward tradycyjnie rozwiązywała sudoku na telefonie, by odciągnąć od siebie niepotrzebne bodźce. Kiedy odwracała głowę, widziała za oknem białe, śnieżne zaspy.
Nagle usłyszała głośny, rozdzierający huk. Rozszedł się do jej uszu. Kolejne sceny były jedynie jak migawki, których nie rozumiała. Spięła każdy mięsień, kuląc się w aucie. Następnie poczuła mocne szarpnięcie, aż cicho syknęła. Widziała jak przez mgłę. W tle dalej leciało All I want for Christmas is You. Słyszała je, ale ignorowała. Nienawidziła tej piosenki. Jakby z oddali słyszała słowa kierowcy, kazał odpiąć pasy. Tylko całe ciało nie działało tak jak powinno. Każda pojedyncza komórka ją bolała.
Serce biło, jakby miało zaraz uciec z klatki piersiowej Ward. W trakcie dachowania wewnętrzne ośrodki układu dokrewnego zaczęły je produkować. Walcz lub uciekaj. Adrenalina próbowała dać jej siłę, ale wszystko było zbyt rozmyte. Pas wciskał się jej mocno w żebra, powodując rozdzierający ból, utrudniający branie oddechu. Nie mogła go złapać. Powietrze wychodziło z niej płytkimi, częstymi wdechami.
Dopiero po dobrych kilku chwilach zaczęło do niej docierać, co się stało. Zapanowała cisza. Jedyne co krążyło jej w głowie, to pytanie: czy jeszcze żyje? Mogłaby umrzeć. Nikt by tego nie zauważył. Zniknęłaby ze świata jak rasowa pracoholiczka. Unikająca spotkań rodzinnych i tych przyjacielskich. Niezauważona przez nikogo. Dramatyzmu myśli dodawał dym, wydobywający się spod maski. Nie widziała, ani nie słyszała innych ludzi. Wpatrywała się przed siebie, zwisając. Nie miała sił do walki. Jej organizm się poddał.
Przed oczyma miała jedynie ciemność.
Obudziła się, czując rozdzierający zapach dymu, kaszlnęła jeden, drugi raz. Drobinki zaczęły osadzać się na jej płucach. Wzięcie kolejnego oddechu łączyło się z bólem. Czuła go na własnych żebrach. Skoro czuła to, przeżyje. Spojrzała przez rozbitą szybę słabym wzrokiem. Nie widziała śniegu, a postać stojącą przed taksówką. Dopiero okrzyki paniki do niej dochodziły, choć w głowie dalej brzmiał metalowy huk.
Pomocy — powiedziała słabym głosem, wyciągając dłoń w stronę postaci. Nawet jeśli nigdy się do tego nie przyznała, to chciała żyć.
35 y/o
For good luck!
180 cm
strażak Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba liczba pojedyńcza
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Rocket zatrzymał się kilka metrów od wraku, pozwalając, by obraz sytuacji sam się ułożył. Noc była wilgotna, asfalt połyskiwał pod pulsującymi światłami radiowozów i wozów strażackich, a z wnętrza taksówki unosiły się cienkie smugi dymu. Nie był to ogień — jeszcze nie — ale Rocket wiedział, jak zdradliwe potrafią być takie sytuacje. Spalona izolacja, nadtopione przewody, ciepło zbierające się tam, gdzie nikt nie zaglądał.
Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to puste miejsce kierowcy.
Drzwi od strony szofera były uchylone, fotel cofnięty, pas bezpieczeństwa zwisał luźno. Klasyczny obraz ucieczki. Ktoś wyszedł o własnych siłach, szybko, chaotycznie, zostawiając wszystko za sobą — włącznie z pasażerką. Rocket zanotował to bez komentarza.
Brak kierowcy — rzucił krótko do radia. — Jedna osoba uwięziona z tyłu. Dym w kabinie.
Obszedł pojazd powoli, metodycznie, oceniając stabilność. Koła miały kontakt z nawierzchnią, brak było widocznych wycieków paliwa. Maska parowała, ale temperatura była pod kontrolą. Skinął do jednego z ratowników.
Kliny. Stabilizować pojazd.
Procedura była jak kotwica. Dopóki się jej trzymał, wszystko miało sens.
Gdy samochód został zabezpieczony, Rocket podszedł do tylnych drzwi od strony chodnika. Pochylił się, zaglądając przez szybę. Sylwetka była nieruchoma, pasy wciąż zapięte. Głowa oparta o oparcie, ciało ułożone w sposób, który natychmiast uruchomił w nim zawodową czujność. Zapach dymu uderzył go od razu. Nie intensywny. Nie agresywny. Wystarczający.
Rocket poczuł, jak coś ściska mu klatkę piersiową, zanim jeszcze umysł zdążył to nazwać. Ten zapach — elektryka, plastik — był inny niż ogień trawiący mieszkanie, ale wystarczająco podobny, by obudzić pamięć. Nowy Jork. Trzecie piętro. Temperatura, która rosła z każdą sekundą. Drzwi, których nie dało się dotknąć. Odepchnął wspomnienie brutalnie.
I wtedy to usłyszał.
Pomocy.
Słowo było ledwie słyszalne. Wyszeptane, jakby nie było już sił na więcej. Rocket zamarł w pół kroku, dłoń zawisła nad pasem z narzędziami. To nie było radio. To nie był hałas w tle. To był głos dochodzący z wnętrza auta.
Serce uderzyło mu mocniej, gwałtownie, aż poczuł je w gardle. Rok temu nie było żadnego „pomocy”. Był tylko dym i cisza, która przyszła za późno.
Hej — odezwał się natychmiast, głosem niskim i spokojnym, takim, który zawsze działał. — Słyszę cię. Jestem tu.
Nie czekał na odpowiedź. Nie analizował dalej. Sięgnął po pałkę ratowniczą, wybierając szybę boczną przy tylnych drzwiach — najmniejszą, najbezpieczniejszą do wybicia. Ustawił ciało, osłonił twarz, ocenił kąt. krótki, precyzyjny ruch.Szkło pękło z ostrym trzaskiem i rozsypało się drobnymi kawałkami, spadając na siedzenie i asfalt jak deszcz lodu. Rocket natychmiast cofnął narzędzie, oczyszczając ramę drzwi z ostrych fragmentów. Każdy ruch był wyuczony, mechaniczny, pozbawiony pośpiechu.
Dym wypłynął gęściej, ale jednocześnie wnętrze zaczęło się wentylować. Rocket wsunął głowę do środka, uważnie obserwując. Brak płomieni. Brak żaru. Temperatura podwyższona, ale stabilna. Dopiero wtedy pozwolił sobie spojrzeć na jej twarz. I świat na moment przesunął się o kilka centymetrów.
Nie identyczna. Ale boleśnie znajoma.
Rysy, które jego pamięć znała aż za dobrze. Linie, które powinny były spłonąć razem z mieszkaniem w Nowym Jorku. Rocket przełknął ślinę, czując, jak coś w nim pęka — cicho, bez dramatyzmu.
Nie.
To nie ona. Ale jakże podobna, jak ktoś może aż tak przypominać drugą osobę, chociaż od pożaru minął.rok... Czy możliwe, że jednak...
Skupił się na dłoniach. Na zadaniu.
Najpierw stabilizacja głowy. Ostrożnie wsunął dłoń pod kark, nie zmieniając ułożenia szyi. Drugą ręką sprawdził pas bezpieczeństwa — napięty, zablokowany.
Nazywam się Rocket — powiedział spokojnie, nie podnosząc głosu. — Jestem strażakiem. Wyciągniemy cię stąd. Już.
Nóż ratowniczy pojawił się w jego dłoni. Jedno czyste cięcie. Pas puścił. Rocket kontrolował każdy centymetr opadania ciała, nie pozwalając mu opaść bezwładnie.
Drzwi były zgniecione, ale zawiasy jeszcze trzymały. Użył łomu, rozszerzając szczelinę na tyle, by stworzyć bezpieczne wyjście. Metal zapiszczał, poddając się z oporem.
Wsunął się głębiej do kabiny. Jedno ramię pod plecy, drugie pod kolana. Sprawdził, czy żaden fragment szkła nie zahaczy o skórę. Dopiero wtedy uniósł. Była lekka. Za lekka.
Rocket poczuł znajome, bolesne ukłucie. Ciężar kogoś, kto nie powinien ważyć tak mało. Kto powinien żyć normalnie, a nie być wynoszony z wraku.
Mam cię — powiedział cicho, ruszając w stronę strefy bezpiecznej. — Już wychodzimy.
Każdy krok był stabilny, wyważony. A jednak jego wzrok co chwilę wracał do jej twarzy. Z bliska podobieństwo było jeszcze bardziej niepokojące. Światła karetki przesuwały się po jej rysach, wydobywając detale, których wcale nie chciał analizować.
Gdy tylko znaleźli się poza bezpośrednim zagrożeniem, zanim jeszcze przekazał ją zespołowi medycznemu, pochylił się lekko, uważnie, trzymając ją nadal w ramionach.
Już jesteś bezpieczna — powiedział spokojnie. — Wszystko w porządku? Wszystko… dobrze?
To ostatnie pytanie było bardziej dla niego niż dla niej.
Dopiero gdy sanitariusze przejęli ją z jego ramion, Rocket zrobił krok w tył. Ręce mu zadrżały, więc splecionymi palcami ukrył je za plecami. Nie odrywał wzroku, gdy znikała w świetle karetki.
Znajoma twarz. Obca kobieta.
Rocket stał jeszcze chwilę nieruchomo, czując w płucach zapach dymu, który uparcie nie chciał zniknąć.
Ogień w Nowym Jorku zabrał mu wszystko.
A ta noc…
Ta noc właśnie przypomniała mu, że nie wszystko spłonęło.

Cynthia A. Ward
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rocket Wilder

Traciła świadomość przy każdym oddechu. Jej ciało próbowało się jeszcze bronić. Dać kolejny znak, pójść do przodu. Tylko ona nie miała siły na walkę. Ten głos, który usłyszała, był jak strzała z jasnego nieba. Ciepły, kojący, był on czymś, czego potrzebowała. Ledwo otwierała oczy. Szczypały ją. Zapach dymu stawał się coraz bardziej intensywny, oddechy przychodziły jej z coraz większą trudnością. Niemiarowe, szybkie, tracące kontrolę.
Obraz powoli rozmazywał się w oczach. Smugi dymu robiły się coraz gęstsze, zapach coraz mocniej ją drażnił. Dochodził do jej nozdrzy, tylko traciła siły. Płuca bolały ją przy każdym, głębszym wdechu.
Jestem tu. Odbijało się w jej głowie. Musiała zaufać obcemu. Zmusiła się, by unieść powiekę. Zobaczyć, przez krótki moment osobę, której miała powierzyć życie. Tylko Cynthia nikomu nie chciała go powierzać. Zawsze była na to zbyt niezależna. Raz zaufała, by zostać zdradzoną. By emocje uleciały daleko. Teraz nie mogła walczyć. Ciało się poddało. Mięśnie były spięte gotowe do ucieczki. Czuła przeszywające drżenie, ciepło wydobywające się od auta. Zdołała jedynie krótko unieść głowę, by opuścić ją bezsilnie. Nie mogła walczyć, nie mogła nic powiedzieć.
Potrzebowała powietrza, tlenu.
Przymknęła mocniej oczy, wzdrygając się na dźwięk rozbijanego szkła. W głowie cały czas panował jej mocny pisk, którego nie mogła opanować. Miała go dosyć. Trzask jedynie go pogłębił.
Jej ciało dało o sobie znać. Pierwsze, głośniejsze kaszlnięcia były rozdzierającym uczuciem. Miała ochotę wypluć płuca, pozbyć się ich. Żebra pierwszy raz tak ją zabolały. Adrenalina zaczęła powoli schodzić z jej organizmu. Dla niej chwila trwała w nieskończoność. Słyszała odgłosy, działanie. Przed oczyma miała jedynie pustkę. Ciemny obraz odcinał ją od rzeczywistości.
Otrzeźwiło ją dopiero dotyk Rocketa. Ciepły, stabilny, wyuczony. Nawet ledwo świadoma czuła w nim coś znajomego, przypominały jej pierwsze cięcie zwłok. Szybkie, sprawnie, obiecujące, a jednak inne, wręcz nieznajome dla niej.
Dob-rze — miała słaby głos, ledwo słyszalny. Z trudem przyszło powiedzenie jednego, krótkiego słowa. Jednak ona zdołała zapamiętać. Rocket. Nie było w tym nic romantycznego, nic wzniosłego. To temu człowiekowi będzie mogła zawdzięczać życie. Znowu odpłynęła zaledwie na kilka sekund, znowu głośne kaszlnięcie. Nie była w stanie niczego kontrolować, ciało poruszało się bezwiednie. Poczuła drobną ulgę bez pasa, wdechy stały się lżejsze, choć męczyły ją.
Później czuła się jedynie czyjeś silne ramiona. Dopiero wtedy poczuła się bezpiecznie, to na nich skupiła świadomość. Ciepło bijące od ludzkiego ciała, tak spokojne, tak komfortowe. Zdołała oprzeć na ramieniu Wildera głowę. Chciała mu coś powiedzieć, podziękować. Jednak zbyt dużo bodźców do niej docierało. Światła karetki, unoszący się dym, rozgadani ludzie, pokazujący palcami na prawo i lewo, co się stało.
Chyba... — zaczęła słabym głosem, przypominającym bardziej szept. Usłyszała go, a choć była dumna, to chciała okazać jakąkolwiek wdzięczność — tak — skinęła delikatnie głową. Tyle mogła odpowiedzieć. Próbowała się uśmiechnąć, ból zbyt mocno jej to uniemożliwiał. Potrzebowała leków, a przede wszystkim tlenu. Organizm Cynthii był niedotleniony, do odzyskania pełni świadomości potrzebowała właśnie go.
Przejęcie przez medyków było gwałtowne. Szybkie, krótkie słowa. Dobrze jej znane ze szpitala. Bycie bezsilnym lekarzem mogącym jedynie być prowadzonym przez ratowników, było najgorszym uczuciem, jakie znała. Przypominało jej o nierównej walce, którą dawno temu toczyła z nowotworem. Teraz na nowo przypomniała sobie szpitalne światła. Rażące światło karetki, nieprzyjemny zapach sterylnych narzędzi oraz maskę tlenową. Oddechy stały się równiejsze, miarowe. Ciało jeszcze drżało, ale uniosła się do siadu.
Możesz... zawołać tego strażaka? — spytała, patrząc ratownikowi prosto w twarz. Był to Bill, kumpel jej brata. Bycie siostrą ordynatora oddziału ratunkowego miało na co dzień plusy, przede wszystkim znali ją. Nie była pierwszą, losową osobą. Kiedyś pracowali razem, kiedy miała staż na chirurgii. Szybko z niego uciekła, ale niektórzy ludzie zostają w świadomości na dłużej.
Wilder, panna Cię woła — krzyknął ratownik, wychodząc z wnętrza ambulansu. Pokręcił chwilę głową i odszedł od karetki na kilka metrów. Po paru sekundach zaczął palić szluga.
Cynthia z przymrużonymi oczami czekała na wybawcę. Próbowała brać głębokie oddechy, wrócić do kontroli własnego ciała. Nie była osobą, u której uśmiech często pojawiał się na twarzy, jednak widok Rocketa sprawił, że delikatny, słaby wymalował się na ustach.
Chciałam... — zaczęła, zdejmując przez moment maskę nerwowym ruchem. Uniosła delikatnie wzrok, przyglądając się Wilderowi. Chciała zapamiętać każdy szczegół i powiedzieć kilka słów — Ci podziękować — dodała finalnie, spuszczając wzrok. Takie słowa nie przychodziły nigdy z łatwością, dla kogoś tak chłodnego jak Ward. Przyłożyła sobie jeszcze raz maskę, oddychając powoli.
Dziękuję — powiedziała, odsuwając ją jeszcze na moment — Cynthia — wcześniej nie miała siły, by się przedstawić. Tyle mogła mu powiedzieć, zawdzięczała mu życie.
35 y/o
For good luck!
180 cm
strażak Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba liczba pojedyńcza
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Rocket usłyszał swoje imię, zanim jeszcze zrozumiał, dlaczego ktoś je wypowiada. Nie było krzyku. Nie było paniki. To wołanie miało w sobie coś nieoczywistego — było wyrwane z chaosu, ale nie należało do niego. Przebiło się przez syk syren, przez metaliczne trzaski sprzętu, przez podniesione głosy ratowników, jakby ktoś na moment wyciszył cały świat i zostawił tylko jedno słowo.
Wilder.
Zatrzymał się w pół kroku.bPrzez ułamek sekundy miał wrażenie, że to radio. Albo że ktoś pomylił go z kimś innym. Imię brzmiało zbyt… prywatnie. Zbyt miękko, jak na noc, która była zbudowana z dymu, adrenaliny i procedur. Dopiero po chwili dotarło do niego, że wołanie przyszło z kierunku karetki.
Odwrócił głowę powoli, ciężko, jakby nagle wszystko ważyło więcej. Hełm zwisał mu luźno z dłoni, rękawice miał nadal na sobie, a w płucach wciąż czuł smak dymu, który nie chciał się wypłukać nawet po kilku głębokich wdechach. Światła ambulansu raziły, odbijały się od mokrego asfaltu i od jego wizjera, zmuszając go do zmrużenia oczu. Ruszył. Nie od razu szybko. Nie impulsywnie. Każdy krok był świadomy, jakby zbliżał się nie do pojazdu, ale do granicy, której przekroczenie mogło coś zmienić. Drzwi ambulansu były otwarte, szeroko, bez cienia pośpiechu w ich zamykaniu, jakby noc sama nie była jeszcze gotowa na zakończenie tej historii. Stanął tuż przy progu. Nie wchodził do środka.
To było instynktowne — zatrzymać się dokładnie tam, gdzie kończyła się jego odpowiedzialność zapisana w procedurach, a zaczynało coś, czego żadne szkolenie nie obejmowało. Światło z wnętrza karetki zalewało mu twarz ostrą bielą, wydobywając zmęczenie, które dopiero teraz zaczynało go doganiać. Czuł je w barkach, w karku, w kręgosłupie. Czuł je w dłoniach, które jeszcze niedawno były zaciśnięte na czyimś ciele, zbyt lekkim, zbyt kruchym.
Patrzył na nią. Półleżąca, zabezpieczona pasami, z maską tlenową obejmującą twarz. Zbyt blada. Zbyt cicha. Aparatura wydawała miarowe dźwięki — dla innych neutralne, techniczne, dla niego będące jedynym dowodem, że wszystko nadal idzie w dobrą stronę. Jego wzrok, zupełnie wbrew woli, zaczął robić to, co robił zawsze: analizować. Rytm oddechu. Kolor skóry. Minimalne ruchy dłoni. Każdy szczegół miał znaczenie, nawet jeśli nie był już jego odpowiedzialnością.
Adrenalina opadała. Nie gwałtownie. Raczej jak cofająca się fala, która zostawia po sobie mokry piasek i ciężar w nogach. W jej miejsce wchodziło coś znacznie trudniejszego — pustka, zmieszana z cichym, niepokojącym uczuciem, że ta akcja nie zamknęła się razem z wyciągnięciem jej z auta.
To uczucie znał. Pojawiało się zawsze po.
W trakcie akcji był tylko cel. Teraz był człowiek. I odpowiedzialność, która nie kończyła się na przekazaniu pacjenta medykom.Kiedy jej spojrzenie — zmęczone, niepewne, ale świadome — zatrzymało się na nim, Rocket mimowolnie wyprostował plecy. Jakby sama obecność wymagała od niego stabilności. Jakby nie mógł sobie pozwolić na to, żeby zobaczyła w nim wahanie albo zmęczenie. Chciał być dokładnie tym samym punktem odniesienia, którym był w samochodzie — głosem, który się nie łamie.
Zrobił krok bliżej drzwi, wciąż nie przekraczając progu. Zachowywał dystans z precyzją, jakiej nauczyły go lata służby — wystarczająco blisko, by go słyszała, wystarczająco daleko, by nie naruszyć tej kruchej przestrzeni, którą teraz zajmowali ratownicy i ich rutyna. Kiedy padło „dziękuję”, poczuł to znajome, niewygodne napięcie pod żebrami. Wdzięczność zawsze była dla niego trudna. Brzmiała jak coś, czego nie powinien przyjmować. Jak przypomnienie, że tym razem się udało — a innym razem nie. Jak cień rzucony przez wszystkie akcje, które skończyły się ciszą.
Hej… — odezwał się cicho, nisko, zupełnie innym głosem niż ten, którego używał jeszcze chwilę wcześniej przy wraku. — Najważniejsze, że oddychasz. Reszta naprawdę może poczekać.
Patrzył, jak na moment porusza maską, jak klatka piersiowa unosi się i opada nieco spokojniej. Każdy wdech był zwycięstwem, choć nikt nie wypowiadał tego na głos.Kiedy przedstawiła się, Rocket skinął głową powoli. Cynthia. Imię zapisało się w nim natychmiast, z niepokojącą łatwością. Nie chciał zapamiętywać. Zawsze starał się nie zapamiętywać. A jednak nie miał nad tym kontroli. Przez krótką chwilę stał w ciszy, słuchając aparatury i własnego oddechu. Czuł chłód nocy na karku i ciepło bijące z wnętrza ambulansu. Granica między tymi dwoma światami była cienka jak papier.
Zawahał się. Nie robił tego zwykle. Nie mówił swojego imienia ludziom, których ratował. Był „strażakiem”, „ratownikiem”, głosem w dymie. Imię należało do innej rzeczywistości — tej, która nie powinna mieszać się z nocami takimi jak ta.
Ale teraz…
Teraz coś było inaczej.
Może dlatego, że drzwi wciąż były otwarte. Może dlatego, że ta noc jeszcze się nie domknęła.
Mam na imię Rocket — powiedział w końcu, spokojnie, bez patosu. — Rocket Wilder.
Pozwolił, by imię wybrzmiało. Jak fakt. Jak coś, co nie wymaga komentarza ani wyjaśnień. Wypowiedzenie go na głos sprawiło, że poczuł się dziwnie odsłonięty. Jakby zrobił krok w stronę świata, do którego zwykle nie wpuszczał ludzi z akcji ratunkowych. Jakby oddał kawałek kontroli, na której tak bardzo mu zależało. Oparł jedną dłoń o metalową krawędź drzwi ambulansu. Chłód metalu był przyjemnie realny. Zakotwiczał go tu i teraz. Spojrzał jeszcze raz na aparaturę, na maskę, na stabilny rytm oddechu.
Oni się tobą zajmą — dodał po chwili. — Są naprawdę dobrzy. Możesz im zaufać.
To było jedno z niewielu zapewnień, które wypowiadał z pełnym przekonaniem. Zamilkł na moment, jakby ważył kolejne słowa. W jego głowie ścierały się dwa odruchy — ten, który kazał mu odejść, zamknąć drzwi, wrócić do ludzi i raportów, oraz ten drugi, znacznie bardziej niepokojący, który kazał mu zostać jeszcze chwilę.
Jeśli… — zaczął wolniej, ostrożniej. — Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, powiedz im.
Podniósł na nią wzrok.
Jestem w pobliżu. Nie znikam.
To nie była obietnica rzucana lekko. Raczej deklaracja obecności. Coś prostego, stabilnego, na czym można się oprzeć, jeśli zajdzie taka potrzeba. Zrobił pół kroku w tył, ale nie odszedł daleko. Drzwi ambulansu wciąż pozostawały otwarte, noc nadal pulsowała światłami i dźwiękami, a Rocket stał dokładnie tam, gdzie zaczął — na granicy. Między akcją a ciszą.
Między procedurą a czymś znacznie bardziej osobistym. Nadal w okolicy tych przeklętych drzwi od ambulansu.

Cynthia A. Ward
35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rocket Wilder

Trudno było wyjaśnić, co dokładnie czuła w sobie Cynthia. Jednocześnie przez jej ciało przechodziła fala bólu, każdy oddech sprawiał trudność, jakby właśnie ktoś trenował jej organizm. Czuła się obco. Nie w sposób, do którego przywykła. Na co dzień Ward była opanowaniem chłodu, smoczycą pilnująca wejścia do zamku, a była nim jej własna bliskość. Nie wpuszczała do niej byle kogo, wolała owinąć się chłodem, brakiem empatii i nie wpatrywać się w cudze spojrzenia. Nie analizować innych ludzi, nie wchodzić w nimi w żadne interakcje.
Sytuacja sprzed paru minut coś w niej zmieniła.
Pierwszy raz od dawien dawna ktoś widział ją słabą, ledwo oddychającą. Mogła nie należeć do najbardziej rozmownych osób. Przy niewielu osobach czuła się faktycznie sobą. Teraz była bezbronna, nic nie była w stanie ukryć. Ani bladego odcienia skóry, ani powierzchownych ran na skórze, ani bolącego ciała, ani nawet własnej wrażliwości rozbitej na milion kawałków.
Nawet uniesione kąciki ust nigdy nie bolały ją tak bardzo jak w tej chwili. Każdy mięsień niebezpiecznie drżał jej ze spięcia. Ciało dopiero zaczynało przyzwyczajać się do ulgi, do dostępu do tlenu. Za to w głosie Rocketa odnajdywała prawdziwy spokój. Ten sam, który pozwolił jej na przetrwanie kolejnych chwil, gdy tkwiła zamknięta w taksówce. Kiedy spodziewała się wiecznego snu, a jednak jego głos sprawił, że serce zabiło jej szybciej, mocniej.
Chciała móc odnaleźć jego wzrok, zajrzeć do nich, by dowiedzieć, co się kryło w jej bohaterze. Kim był? W taksówce wiele nie widziała, nawet w jego ramionach oczy miała zbyt ciężkie. Chciała wiedzieć, komu należy się jej wdzięczność. Komu mogłaby podziękować i być wdzięczną za możliwość przeżycia kolejnego, nędznego dnia.
Chociaż chyba zaczęła je doceniać. Życie. W trakcie tamtych chwil myślała o wielu osobach. O Wyatt'cie, o jej bratanicy, a także o najlepszej przyjaciółce. Wśród myśli mignął też Cassian. Czasami ludzie w życiu pojawiają się, by wnieść do niego coś dobrego, czegoś nas nauczyć, a później zniknął. Pierwszy raz Ward zaczęła je doceniać, te wszystkie, przeżyte chwile.
Nie — mruknęła, próbując wziąć głęboki oddech. Zamiast niego kaszlnęła mocno, chwytając się za żebra. Każdy centymetr ciała tak mocno przeszywał ją bólem. Przełknęła ślinę, potrzebowała wody, ale wpierw musiała znaleźć się w szpitalu. Nie miała zbyt wiele czasu, a chciała móc z nim porozmawiać — nigdy się nie zobaczymy — szanse na ponowne spotkanie graniczyły liczbie zero. Toronto jest ogromnym miastem w milionem migających światełek nocą. Ludzie mijali się w nim, nie zwracając zbyt większej uwagi na siebie. Byli jak szara masa, mieszająca się na ulicach, a ona pragnęła go zapamiętać.
Dziękuję — powiedziała jeszcze raz, słysząc jego imię. Aparatura potwierdzała bicie jej serca. Miarowe piknięcia i diagramy pojawiały się na wyświetlaczu, potwierdzając, że najgorsze za nimi. Za to dla niej wcale nie te białe oślepiające światła, nie dźwięki ulicy były najważniejsze, a właśnie mężczyzna stojący przed nią.
Rocket. Zapamięta jego imię. Widzą się pewnie ostatni raz. Jednak w trakcie tej śnieżnej, zimowej aury, dymiącej się coraz bardziej taksówki, zapamięta go.
Wiem. — odpowiedziała słabym głosem. Znała każdego z załogi. Najmłodszego Jimmy'ego kojarzyła. Czasem przywozili jej zwłoki do prosektorium. Z pożarów, katastrof, czy z interwencji policyjnych. Może dlatego pozwolili im rozmawiać? Nie wtrącali się, czekali, aż skończą rozmowę.
Poczekaj — powiedziała nagle Cynthia. Głośniej, ale na moment straciła oddech — chciałabym coś Ci dać — mruknęła, unosząc delikatnie jedną z dłoni i ściągając z niej bransoletkę z zawieszką ludzkiego serca. Dostała ją dawno, kiedy dostała się na medycynę. Miała chronić ją przed złem, ale nigdy nic nie dawała. Może zmiana właściciela, by jej pomogła.
To mój amulet — uniosła delikatnie dłoń, by mógł go zabrać od niej — podobno chroni od złych duchów — dzisiaj dla niej zadziałał. Spowodował, że uciekła spod szpon śmierci — weź go — nie było w jej głosie rozkazu, bardziej cicha prośba. Brała głębokie oddechy, a w oczach błyszczała determinacja. Na tym mogło skończyć się ich spotkanie. Chociaż musiała powiedzieć głośno jeszcze jedną rzecz.
Za dziś — i choć bolało ją wszystko, uniosła się, by ją usłyszał. Cynthia nie należała do ckliwych ludzi, broniła własnej prywatności, ale teraz została całkowicie rozbrojona.
35 y/o
For good luck!
180 cm
strażak Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba liczba pojedyńcza
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Patrzył na Cynthię bez pośpiechu, uważnie, ale już inaczej niż wcześniej. Teraz nie było w tym tej czujności graniczącej z instynktem ratowniczym. Raczej spokojna kontrola — taka, która przychodzi wtedy, gdy wiesz, że sytuacja jest opanowana, a twoja obecność nie jest już kluczowa. Aparatura pracowała miarowo. Piknięcia były równe, spokojne. Oddech — choć wciąż nieidealny — był stabilniejszy. Dla Rocketa to był najważniejszy sygnał. Nie słowa. Nie gesty. Właśnie to. Słuchał jej, nie wtrącając się, nawet gdy każde słowo przychodziło jej z wyraźnym trudem. Wiedział, że teraz mówienie kosztuje ją więcej niż milczenie. Nie próbował tego skracać ani przyspieszać. Dawał jej czas. Kiedy powiedziała, że wie — że ratownicy są dobrzy — Rocket skinął głową krótko, bez zastanowienia.
— odpowiedział spokojnie. — I dopilnują reszty.
Nie było w tym próby uspokojenia jej na siłę. Raczej potwierdzenie czegoś, co oboje wiedzieli. Ten świat — szpitalny, ratowniczy — nie był jej obcy. Rozumiał to po sposobie, w jaki patrzyła na sprzęt, na ludzi wokół, jak reagowała na dźwięki aparatury. Nie była kimś, kogo należało prowadzić za rękę. Gdy poprosiła, żeby zaczekał, zatrzymał się bez wahania. Już wcześniej był gotów odejść, ale ten jeden moment sprawił, że znów w pełni skupił na niej uwagę. Stał spokojnie, z rękami luźno opuszczonymi wzdłuż ciała, dając jej przestrzeń, a jednocześnie jasno pokazując, że nie ma zamiaru się spieszyć. Kiedy uniosła dłoń z bransoletką, Rocket zmarszczył lekko brwi. Spojrzał najpierw na zawieszkę — potem na nią. Przez ułamek sekundy było w nim zawahanie. Nie dlatego, że nie doceniał gestu. Raczej dlatego, że znał granice, które zwykle starał się trzymać bardzo wyraźnie. Strażacy nie zabierają pamiątek. Nie biorą symboli. Nie noszą cudzych historii przy sobie.
Ale tym razem nie zaprotestował. Wyciągnął rękę i wziął amulet ostrożnie, jakby sam gest wymagał precyzji. Metal był chłodny w dotyku. Lekki. Zbyt lekki jak na wagę chwili, którą reprezentował.
Skoro tak mówisz— powiedział cicho. — Zatrzymam. Nie komentował ochrony, nie odnosił się do „złych duchów”. Nie bagatelizował tego, ale też nie nadawał temu znaczenia, którego sam nie czuł. Wiedział, że dla niej to ważne — i to było wystarczające. Schował bransoletkę do kieszeni kurtki, tej samej, w której trzymał klucze i dokumenty. Zrobił to naturalnie, bez ceremonii, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Gest był prosty. Zwyczajny. I właśnie przez to niepodważalny. Kiedy podziękowała jeszcze raz, Rocket odpowiedział już bez tego wewnętrznego oporu, który wcześniej czuł przy tym słowie.
Nie ma za co— powiedział spokojnie. — Zrobiłem to, co trzeba.
Nie było w tym fałszywej skromności ani chłodu. Po prostu fakt. Ratunek był ratunkiem. Nic więcej. Gdy dodała krótkie „za dziś”, Rocket skinął głową raz jeszcze.
Teraz odpoczywaj— odpowiedział. — Resztą zajmą się inni.
Nie mówił jej, że „będzie dobrze”. Nie składał obietnic. Wiedział, że na tym etapie liczą się tylko rzeczy konkretne: tlen, leki, obserwacja, czas. Stał jeszcze przez kilka sekund, upewniając się wzrokiem, że sytuacja jest stabilna. Że ratownicy mają pełną kontrolę. Że nic nie wymaga już jego interwencji. Dopiero wtedy cofnął się o krok. Nie było w tym pośpiechu. Nie było demonstracyjnego odejścia. Po prostu naturalne przejście do kolejnego etapu. Odwrócił się i ruszył w stronę swojego wozu. Po drodze sięgnął po hełm i założył go jednym, automatycznym ruchem. Ten gest zawsze działał jak przełącznik. Ostatecznie zamykał akcję.Ktoś z jednostki zawołał go po nazwisku. Rocket odpowiedział krótkim „jestem”, nawet nie odwracając głowy. Ktoś inny podał mu tablet z raportem. Przyjął go bez komentarza, przesuwając palcem po ekranie, czytając podstawowe dane.
Czas.
Miejsce.
Status poszkodowanej.
Rutyna wracała szybciej, niż się spodziewał.
Akcja zakończona.
Poszkodowana przekazana zespołowi medycznemu.
Brak dalszych zagrożeń.

Sięgnął po radio, odpowiadając na krótkie wezwanie dowódcy. Głos miał spokojny, rzeczowy. Taki, jak zawsze po zakończonej interwencji. Amulet w kieszeni przesunął się lekko przy ruchu. Rocket poczuł to wyraźnie, ale nie zatrzymał się nad tym dłużej. Nie wyciągnął go. Nie sprawdził. Po prostu zaakceptował jego obecność. Były inne rzeczy do zrobienia..

Zakończony wątek X2


Cynthia A. Ward
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. Lawrence Market”