-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nienawidziła karetek. Nienawidziła ratowników medycznych. Nienawidziła też szpitala. Zwłaszcza tego gdzie jeszcze niedawno przyjmował jej brat. Ordynator medycyny ratunkowej. To pod jego skrzydła, by trafiła po wypadku samochodowym. Każdy doskonale ją znał. Wystarczyło krótkie spojrzenie kątem oka, by przypomnieć sobie całą historię panienki Ward.
Nowotwór, zostawienie przez narzeczonego, śmierć żony Wyatt'a. Wszystkie kwestię odcisnęły na jej życiu odcisk, o którym nie da się zapomnieć. Cynthia zawsze chciała, ale wystarczył powrót w znajome miejsce, by znów zobaczyć spojrzenia pełne współczucia. Nienawidziła ich. Całe to miejsce przypominało jej o tragediach. Chcąc, czy nie chcąc nie mogła pozostać tutaj sama. Zbyt wiele ją przerażało. Po pierwszych szwach i wstępnym badaniu miała czekać na kolejne badania. Standardowe procedury. Mogła pomarzyć o powrocie do domu. Do pustego nikt jej nie puści, nawet ona sama nie byłaby w stanie tego zrobić.
I może dlatego, kiedy pielęgniarka przyszła spytać o najbliższą osobę wybrała Marę a nie brata. On pojawiłby się, gdy mogłaby wrócić do domu. Za to ona potrzebowała kogoś bliskiego w tej chwili. Kogoś, kto trzymałby ją za rękę, uspokoił pędzące myśli. Choć miała wiedzę medyczną, wiedziała, że przeżyje, to w jej głowie rozbrzmiewał dalej huk dachującej taksówki.
Sama nie wiedziała, w którym momencie zasnęła na szpitalnym łóżku. Może zapach wszechobecnego zapachu sterylności przyniósł jej ukojenie. Kojarzył się z miejscem pracy. Tam, gdzie mogła czuć się prawdziwie szczęśliwa. Zero ludzi, cisza oraz człowiek, którego miała rozpracować. Problem tkwił, jednak w szczegółach, a ona pierwszy raz od dawien dawna naprawdę pragnęła mieć przy sobie kogoś. Siostrę, z którą łączyła ją silniejsza więź, niż ta zrodzona z krwi.
Już prawie odpływała, ale wtedy zobaczyła ją w drzwiach. Na twarzy Cynthii rzadko, kiedy wymalowany, był uśmiech. Częściej zaszczycała innych ludzi chłodnym spojrzeniem w tym własną przyjaciółkę. Teraz jednak uniosła kąciki ust do góry, a do jej oczu zaczęły napływać łzy.
— Następnym razem pijemy w domu — powiedziała ciężkim tonem. Dalej każde słowo, czy oddech bolało ją w trakcie mówienia. Mimo to pierwszy raz od dawna była po prostu szczęśliwa.
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Czy rozmawiam z Marą Lakefield?
Jeszcze nie wiedziała o co chodzi, ale serce i tak przyspieszylo. Gdy tylko poczuła wibracje w torebce przeczuwała, że coś się stało, a z każdą upływającą sekundą przeczucie było coraz silniejsze.
Pani Cynthia A. Ward miała wypadek
Tak mocno ściskała telefon, że aż pobielały jej knykcie. Próbowała się skupić na słowach lekarza? Pielęgniarza? Nawet nie odróżniała płci po głosie. Chciała wiedzieć tylko jedno, najważniejsze - czy Cynthia żyje. Nic więcej się teraz nie liczyło. Może to nie było zbytnio rozsądne. Może nawet egoistyczne? Ale nie interesowały ją szczegóły wypadku czy stanu zdrowia tak bardzo jak ten jeden najważniejszy fakt - czy jej serce bije. Momentalnie odetchnęła z ulgą , gdy usłyszała potwierdzenie. Z całą resztą sobie poradzą. Już raz dały radę.
Jadąc do szpitala, w głowie Mary pojawiały się wspomnienia ze wspólnych chwil z przyjaciółką z ostatnich lat. Te dobre i te złe. Wtedy kiedy trzymały sobie nawzajem włosy wymiotując po imprezie czy wtedy, kiedy Mara ocierała pot z czoła chorej Cynthi. Lata przyjaźni nie były usłane różami. Kłóciły się. Walczyły ze śmiercią. Opijały facetów. A co najważniejsze- zawsze trzymały się w tym razem. Lakefield nie wyobrażała sobie nikogo innego u swojego boku. Mężczyźni mogli przychodzić i odchodzić, ale Ward miała zostać w jej życiu już na zawsze. Ona tego dopilnuje.
Stanęła w drzwiach na ułamek sekundy, ponieważ nagle uderzył ją obraz przyjaciółki sprzed lat. Również w szpitalnym łóżku z tym samym spojrzeniem. Serce Mary rozpadło się na kawałki na myśl, co przechodzi właśnie najważniejsza osoba w jej życiu.
- Boże Cynthia!- krzyknęła na dźwięk jej głosu, który podziałał jak impuls. Podbiegła do jej łóżka i najchętniej przytuliłaby ją, ale bała się, że zrobi jej krzywdę. Stanęła nad nią łapiąc ją za dłoń jedną ręką, a drugą gładząc po policzku. - Jakie następnym razem?!- oburzyła się i pociągnęła nosem. Kciukiem wytarła łzy, które zaczęły wypływać z oczu jej siostry z innej matki.- Już nigdy nie wsiądziesz do pierdolonej taksówki ani innego samochodu. Będziesz…. Nie wiem! Teleportowała się czy co. Albo nigdy nie wyjdziesz z domu. Będę Ci tam przywoziła trupy, żebyś mogła pracować- mówiła to poważnym i dosadnym tonem. Z niczym nie żartowała! Wciąż trzymała ją za dłoń, a drugą przysunęła sobie krzesło do jej łóżka. Gdy usiadła, obiema dłońmi chwyciła kruchą dłoń przyjaciółki.- Chcesz powiedzieć, co się stało?- spytała dając jej pełną swobodę. Nie będzie na nic naciskać. Jest tutaj dla niej na takich zasadach na jakich sobie tego życzy.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wejście Mary do sali było dla niej błogosławieństwem. Na niewiele osób liczyła tak bardzo jak na nią, jeszcze mniejszej liczbie ufała. Byłaby w stanie wymienić ją na palcach jednej ręki. Dla niej sprawa wydawała się być boleśnie prawdziwa. Trudno było pojąć, co dokładnie chodziło jej po głowie. Przymknęła mocno oczy, przegryzając dolną wargę. Słowa nie były w stanie unieść wdzięczności, którą miała w sobie, kiedy przy niej przybywała.
— Bóg nie istnieje — powiedziała słabym głosem. Leki powoli zaczynały działać. Morfina zrobiła swoje, ale oddech dalej wydawał się być ciężki. Trudny do opanowania. Czekała na wyniki badań. Sama wolała je ocenić. Ufała lekarzom, tylko nie na tyle, by zostawić im wolną rękę w sprawie własnego leczenia. Kontrola, sprawdzenie oraz pewność, że nie zostanie na nią zrzucony wyrok nowotworu.
— Następnym razem nie wychodzę z domu — jej głos był ciężki, momentami wręcz drżał. Mimo to ścisnęła dłoń przyjaciółki, była silna, przyjemna. Była tym, czego potrzebowała — albo nie jadę taksówką — dodała po krótkiej chwili, unosząc do góry oba kąciki ust. Do żadnego bolta, ubera nie wsiądzie już w przeciągu najbliższego roku. Albo w trakcie zimowej aury nie będzie poruszała się poza próg apartamentu.
— Wiesz... — spojrzała jej prosto w oczy i krótko się zaśmiała. Na więcej nie mogła sobie pozwolić. Czuła, jak każdy centymetr ciała ją boli na samą myśl — kocham pracę, ale denatów bym nie chciała w domu — u siebie nie chciała zimnej temperatury, zapachu środków do dezynfekcji i osób, które odwiedzałyby jej, żeby dowiedzieć się, co się działo w trakcie sekcji. To był azyl samotności. Wpuszczała do niego nielicznych, jedynie osoby przed którymi zdołała się odsłonić.
— Taksówka miała wypadek — głos jej zadrżał. Nie chciała o wszystkim opowiadać, przed oczami pojawiły się krótkie sceny z wypadku — wpadła w poślizg i dachowała — dodała po dłuższej chwili, pozwalając by słowa zawisły w powietrzu. Odwróciła wzrok od Mary, spoglądając w okno. Płatki śniegu jeszcze padały, jakby kurz spowodowany całą katastrofą dalej trwał.
— Strażak mnie z niej wyjął — urwała dalszą część opowieści. Nie chciała opowiadać o dymie, gorącu, widokach, które widziała. Nawet nie wspomniała o uciekającym kierowcy z miejsca zdarzenia.
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- To rzucasz robotę! Znajdziemy Ci inną, która nie będzie wymagała od Ciebie wychodzenia z domu- to nie była żadna propozycja. To był rozkaz i Mara nie zamierzała słuchać żadnego sprzeciwu. Chociaż Cynthia sama twierdząca, że już nie wsiądzie do auta dawała jej nadzieję, że może nie będzie musiała jej długo namawiać do swojego pomysłu. I nieco jej ulżyło, że jednak jej przyjaciółka nie była na tyle szalona i zakochana w pracy, żeby trzymać denatów w domu. To już na pewno kwalifikowałoby się do porządnej terapii. Mara by jej taką załatwiła z niezłą zniżką.
Zaraz jednak zamilkła, by posłuchać jej opowieści. Krótkiej, przerywanej, ale niezwykle bolesnej dla obu stron. Jej słowa i drżący głos spowodowały, że własny głos Mary uwiązł w gardle. Natomiast, gdy przyjaciółka odwróciła głowę, nie wytrzymała i popłynęły jej łzy. Potrzebowała krótkiej chwili, aby dojść do siebie. To Ward była teraz tutaj najważniejsza, a nie ruda i jej emocje. Nie mogła jednak tak nad nimi panować, gdy zaczęła sobie wyobrażać, że gdyby los ułożył się inaczej, wylądowałaby teraz w kostnicy , a nie przy szpitalnym łóżku. To wstrząsnęło Marą. Jednak musiała wziąć się w garść. Dla Cynthi.
- Mam nadzieję, że chociaż seksowny był ten strażak- zażartowała pociągając nosem i wycierając łzy z policzków, kompletnie nie przejmując się makijażem. Taka już była - w kryzysowych sytuacjach musiała czasami zażartować, aby pogodzić się z danym zdarzeniem.
- Jesteś już bezpieczna. To już minęło i teraz skupimy się na tym byś doszła do siebie- powiedziała cieplej, bez cienia rozbawienia, ale z czułością. Zaczęła też gładzić jej dłoń kontynuując wypowiedź.- Podaj mi listę rzeczy, co Ci przywieźć z mieszkania i co załatwić. Zrobię wszystko co będziesz chciała, a niektórzy rzeczy, które nie chcesz, ale będą konieczne- bo takie pewnie też się znajdą!
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Słyszysz się? — spytała Cynthia surowym, ale dalej słabym tonem. Dla niej praca była spełnieniem marzeń, najważniejszym punktem w całym życiu, którego nie można było w żaden sposób bagatelizować. Praca medyka sądowego dawała jej odpowiednią ilość relaksu, a przede wszystkim małą ilość interakcji z innymi ludźmi — nie zamienię prosektorium, na nic innego — mruknęła pod nosem lekko niezadowolona z wizji przyjaciółki. Jeden wypadek nie mógł zmienić jej życia. Rutyna, przyzwyczajenie, tym powinna kierować się w życiu, by jak najbardziej zminimalizować stres. Taksówki sobie odpuści. Sama mogłaby kierować.
— Tylko o jednym myślisz... — mruknęła pod nosem Ward, kręcąc delikatnie głową. Mara wiedziała, w jaki sposób powinna rozładować napięcie. Była jej za to wdzięczna, nawet jeśli robiła to bardzo niezręcznie, to zadziałało. Lakefield potrafiła ją rozpracować, nawet jeśli Cynthia była jej najtrudniejszą pacjentką, bo związaną z nią uczuciami — był, ale też jest ktoś jeszcze.. — i chyba dla niej ważniejsze. Znajomy nieznajomy. Aż zaczęła się zastanawiać, czy jeszcze kiedyś się spotkają. Tamten strażak był ważny, a nieznajomy powodował chwilowe pojawienie się uśmiechu na twarzy panienki Ward.
— No ubrania, kosmetyki, bielizna, pidżama — zaczęła jej wyliczać, aż kaszlnęła mocno. Za dużo słów jak na Cynthię, ale też jak na jej możliwości artykułowania słów — naprawdę mam wymieniać? — spytała finalnie, spoglądając na nią błagalnie. Znała rozkład szaf, wystarczyło dopytać się pielęgniarki — laptopa mogłabyś mi przynieść — pracoholik mode on — poczytałabym artykuły naukowe — mruknęła ciszej pod nosem. Nie lubiła kryminałów, bo zbyt mocno widziała w nich banał. Za to czytanie nature, czy innego czasopisma naukowego budowało w niej wiedzę i ciekawość do świata. Czasami każdy naukowiec powinien sprawdzić nowego osiągnięcia.
— Opowiedz mi lepiej... — na moment przerwała, wpatrując się w oczy przyjaciółki — o czymś radosnym — głupia prośba. Jednak nie chciała słyszeć o tym, jak bardzo jest biedna, czy słyszeć pokrzepiających słów. Na to była zbyt słaba, a chciała móc się uśmiechnąć choć na krótki moment.