-
dancing till i'm dead
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Poza tym w straży pożarnej chwile oddechu zdarzały się rzadziej niż okienka między alarmami, ale tym razem jak los, a konkretniej – grafik, znów wypluł mu czas resetu, postanowił zagrać nieco inaczej. Po latach odkładania i wymówek wreszcie zdecydował się odezwać do starego przyjaciela z ogólniaka, który od dawna namawiał go, żeby wyskoczył do niego, do Detroit. Odległość z Toronto nie była wcale taka duża, a stanowczość przełożonego i upartość w tym, aby to było faktycznie wolne, z dala od alarmów, zdecydowały o tym, żeby jednak udać się na wycieczkę do Stanów.
Podróż minęła mu szybciej, niż się spodziewał. Droga była monotonna, ale wbrew logice działała na niego kojąco. Nawet jeśli nie potrafił nie spoglądać na telefon, gotów zawrócić samochód w każdej chwili, aby wrócić. Nie miało znaczenia, jak bardzo oddalił się od Toronto.
W Detroit, jeszcze zanim zdołał wnieść swój niewielki bagaż do apartamentu przyjaciela, ich wspólne wspomnienia ze szczenięcych lat zaczęły same się wylewać. Wszystkie głupie zakłady i te plany, które wtedy wydawały się takie proste. Poznał też narzeczoną przyjaciela, która ugościła go tak, jak gdyby bywał u nich regularnie i był najlepszym przyjacielem.
To wszystko było mu bardziej potrzebne, niż chciałby przyznać przed samym sobą.
W sobotnie popołudnie został sam na tymczasowych, amerykańskich włościach. Przyjaciel musiał pojechać na chwilę do rodziców, a jego partnerka mu towarzyszyła. Jackson zdecydował się nie siedzieć w domu, tylko wybrać do jednej z popularnych lokalizacji – by nie marnować czasu w nowym mieście. Sprawdził plan podróży w aplikacji i ledwie kilkanaście minut później wsiadał do metra na jednej ze stacji.
Na kolejnym przystanku odsunął się, robiąc miejsce wsiadającej blondynce przy swojej poręczy. Drzwi zamknęły się, a metro ruszyło dalej, absolutnie nie zapowiadając tego, co miało wydarzyć się parę krótkich minut później.
Najpierw było mocne szarpnięcie, gdy wagon zgrzytnął głośno stalą o stal. Metro zahamowało gwałtownie, a on odruchowo przytrzymał przepuszczoną chwilę wcześniej sąsiadkę od uchwytu, by nie upadła. Światła dookoła zaczęły błyskać, naprzemiennie wnosząc ciemność i jasność do wagonu, a potem przyszło uderzenie, które aż wyrwało ludzi z siedzeń. Szarpnęło z taką siłą, z którą nie mógł konkurować i puścił metalową rurę lecąc na ziemię razem z blondynką, a obok cała masa ciał wokół uderzała o podłogę i siebie nawzajem. Znów wyuczonym odruchem schwycił ją i zabezpieczył na tyle, by impet uderzenia w końcową ścianę wagonu przyjąć w większości na siebie. Słychać było jeszcze łamanie czegoś, nie wiadomo czy plastiku czy kości. Chwilę później jego wizja się rozmazała na kilka długich sekund. Wróciła stopniowo, najpierw jako dźwięk z otoczenia. Przytłumione krzyki, płacz, czyjeś wołanie o pomoc i ktoś inny, kto przeklinał na wszystkie możliwe sposoby. Zamrugał kilka razy, czując pulsujący ból w skroniach, grzbiecie i przegubie ręki. Powoli spróbował poruszyć palcami, najpierw dłoni a później stóp, sprawdzając czucie. Gdy był pewien, że wciąż ma kontrolę nad ciałem, pomimo uderzenia, to wystarczyło, żeby adrenalina dopaliła go jeszcze mocniej. Podniósł głowę, zorientował się, że blondynka, którą przed chwilą asekurował, choć wcale o to nie prosiła, przygniatała go połowicznie.
Dotknął ostrożnie jej ramienia
— Jesteś cała? — spytał, darując sobie uprzejmości. Choć brzmiało to głupio, było konieczne, dla sprawdzenia jej przytomności i świadomości sytuacji.
Wokół nich, w tym panującym mroku, złamanym wyświetlaczami niektórych telefonów, część ludzi próbowała się już podnosić, inni tkwili na ziemi bez ruchu albo z twarzami ściągniętymi z bólu, trzymając się za obolałe miejsca. Ktoś obok miał krew na czole, która spływała mu po policzku w nieregularnych strużkach.
Abby Wallace
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
006.
pulse in the panic
Abigail Wallace ko-cha-ła medyczne szkolenia i konferencje.
Powiedzieć, że miała obsesję na punkcie wykorzystania nowoczesnej technologii w medycynie, to jak nic nie powiedzieć. Może dlatego przez bite dwa tygodnie chodziła za przełożoną rezydentów, serwując jej świeżo zaparzoną kawę z ekspresu — czarna, dwie łyżeczki cukru — za każdym razem dorzucając do tego po dwa ptysie z lokalnej cukierni i truła jej o konferencji w Detroit. Zaawansowane technologie neurochirurgiczne w medycynie — kto by nie chciał się tam znaleźć? Cóż, zapewne dziewięćdziesiąt dziewięć procent populacji ziemskiej. Całe szczęście Wallace była w niespotykanym jednym procencie, który autentycznie uważał takie rzeczy za atrakcję porównywalną z wakacjami (jak nie lepszą).
I będąc już na miejscu wcale się nie zawiodła. Z zaciekawieniem słuchała o najnowszych systemach monitorowania w czasie rzeczywistym i robotycznych rękach, które same potrafiły wykonać masaż serca. Jednak największe wrażenie zrobił na niej fragment o rekonstrukcji ubytku mózgu po usunięciu guza — druk 3D dopasowany do kształtu czaszki, planowany na podstawie obrazu z rezonansu i modeli symulacyjnych. Zafiksowała się na tym do tego stopnia, że jeszcze po zakończeniu wykładu, czekała dobre trzydzieści minut na profesora, by dopytać o więcej szczegółów.
Jej nadmierna ciekawość — chociaż zaowocowała w poszerzeniem wiedzy — sprawiła, że do hotelu musiała wracać sama. Widać ludzie, którzy jeszcze wczoraj po trzecim drinku zarzekali się, że trzymamy się razem, niezależnie co by się nie działo zdążyli już zapomnieć o swoich obietnicach. Chociaż może to i dobrze, bo Abby po czwartym zapraszała wszystkich do Toronto, obiecując, że będą mogli zostać, ile tylko zapragną.
Wyszła z budynku z niemałym uśmiechem na twarzy, w głowie wciąż rozprawiając o monitoringu perfuzji i skierowała się do metra. Co prawda do hotelu wcale nie miała daleko, jednak przy panujących warunkach i minusowej temperaturze głupotą byłoby butować całą drogę.
Wsiadła do pociągu, poprawiając czapkę, która w międzyczasie zsunęła się na same oczy, przy okazji potykając się o czyjeś buty. Wagon był zatłoczony, jak to w godzinach popołudniowego szczytu i akurat pod tym względem Detroit wcale nie różniło się od Toronto. Przysunęła się nieznacznie do chłopaka, który praktycznie od razu zrobił jej miejsce przy metalowej poręczy, w międzyczasie posyłając mu ciepły uśmiech.
A potem wybrzmiał głośny trzask.
Wagon szarpnął gwałtownie. Na tyle niespodziewanie, że Abby nawet nie zdążyła zacisnąć mocniej dłoni na poręczy. Jej ciało mimowolnie poleciało do tyłu, jednak zamiast zaliczyć bliskie spotkanie z podłogą, skończyło w ramionach tymczasowego sąsiada. Zdążyła jedynie spojrzeć mu przelotnie w oczy, nim sytuacja eskalowała; światła zaczęły migać, ludzie dookoła panikować, a zaraz potem przyszła głośna, wyrywająca bębenki eksplozja.
Uderzenie wyrwało ją z nóg, zamroczyło. Wylądowała na podłodze razem z innymi ludźmi, ciała zderzały się ze sobą, szkło z okien trzasnęło w sekundzie, coś mocnego uderzyło w jej łydkę, aż zwinęła się z bólu. Chociaż i tak to wszystko nijak miało się do nieznośnego pisku w uszach, który na moment kompletnie wygłuszył otoczenie dookoła.
Nie miała pojęcia ile dokładnie minęło, nim odzyskała świadomość. Kilka sekund? Może minuta? Dwie? Powietrze wypełnił dym, zapach spalenizny oraz kurz, który obrzydliwie drapał w oczy. Przetarła powieki, próbując przywołać się do porządku. Czuła, jak adrenalina rozlewa się w żyłach, a naturalny instynkt wzywa do działania.
Z szalejącym w piersi sercem, uniosła głowę i spojrzała na chłopaka, który nie tylko wcześniej uratował ją przed upadkiem, ale i zasłonił w trakcie wybuchu — twarz miał usmoloną od kurzu i poharataną najprawdopodobniej od drobinek szkła, a w okolicy skroni znajdowała się głęboka rana, z której spływałą krew.
Jesteś cała?
Jego głos dotarł do mózgu Wallace z kilkusekundowym opóźnieniem. Czy była cała? Nie miała czasu się nad tym zastanawiać, kiedy jej naturalna lekarska natura kazała w pierwszej kolejności sprawdzić wszystkich dookoła. Dlatego skinęła marnie głową i kompletnie ignorując ból w łydce, wciąż trwając w tępym szoku, przysunęła się bliżej chłopaka.
— Jesteś ranny — stwierdziła krótko, mimowolnie unosząc dłoń do jego policzka. Ciepła, czerwona ciecz momentalnie zajęła jej palce, podczas gdy blondynka próbowała ocenić głębokość rany. Skroń była rozcięta wzdłuż cienkiej skóry, z tendencją do obfitego krwawienia. — Trzeba to zatamować — tylko, kurwa, czym? Rozejrzała się za swoją torbą — na marne. Wszystkie rzeczy walały się po całym przedziale.
Szybko porzuciła plan szukania czegokolwiek sensownego i sięgnęła po cieniutką chustkę, która jakimś cudem ostała się na jej szyi, a następnie przycisnęła do rany. Ucisk był precyzyjny, wystarczająco mocny, by zatamować krwawienie.
— Trzymaj to — rzuciła krótką komendę, przy okazji odszukując jego dłoń, za którą po chwili nerwowo szarpnęła, by umieścić ją na materiale.
Serce waliło jej jak oszalałe, chociaż kiedy w końcu rozejrzała się dookoła, kiedy wyszła z amoku i zobaczyła ten cały chaos panujący wokół, na moment stanęło. Zatrzymało się razem z obrazkiem, który przerażał oczy. Ludzie przewracali się, próbowali wstać, niektórzy leżeli nieruchomo, jeszcze inni krzyczeli. W tym mały chłopiec, który płakał głośno i wymachiwał rękami nad mężczyzną przygniecionym przez wyrwany z zwawiasów rząd siedzeń.
— Błagam, proszę, pomóżcie mojemu tacie! Niech ktoś mu pomoże!
Jax Harrison
-
dancing till i'm dead
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie spodziewał się tylko, że Detroit wrzuci go w samo centrum tragedii, chociaż, jakby się tak mocniej zastanowić, to po Stanach Zjednoczonych należało się spodziewać absolutnie wszystkiego. I o każdej porze dnia i nocy.
To on miał zająć się stanem blondynki, a jednak ona dość szybko odwróciła sytuację, stawiając jego na pierwszym planie i uświadamiając mu, że był ranny.
— To nic — rzucił bez większego zastanowienia, niemal automatycznie, w momencie gdy blondynka już myślała nad kolejnym krokiem. Tak samo odpowiadał setki razy wcześniej, przy rozcięciach, stłuczeniach i oparzeniach, kiedy ktoś próbował go zatrzymać i zwrócić uwagę na to, że coś było z nim nie tak. Teraz nawet jeszcze nie zdawał sobie sprawy, czym było to wspomniane nic, ale to nie miało mieć znaczenia. Nie w takiej sytuacji, bo przy niej jego stan schodził na daleki, odległy plan.
Dopiero po chwili poczuł ciepło spływające po skroni i tę charakterystyczną lepkość na skórze, co mogło znaczyć tylko jedno – krwawił. To wciąż było n i c. Dopóki mógł się ruszyć i dopóki miał kontrolę nad ciałem, dopóty nie zamierzał z tego robić wielkiego halo.
Zarejestrował w tym czasie też sposób, w jaki na niego – a bardziej: na ranę – patrzyła; w jaki sposób przyłożyła chustkę do rany, kiedy on nawet nie zaprotestował. Czuł jej ucisk dokładnie tam, gdzie powinien czuć. Już samo to pozwalało mu stwierdzić, że wiedziała, co robiła. Bo to nie był ani przypadek, ani działanie osoby w szoku – nie było tego chaosu. Najprawdopodobniej mogła mieć po prostu przeszkolenie z pierwszej pomocy.
Kiedy kazała mu trzymać materiał, przycisnął go posłusznie, czując przy tym, jak z czasem pulsowanie przy skroni powoli słabnie. Jego umysł jednak nie zwalniał obrotów, łapiąc tę chwilę, aby przeanalizować sytuację. Nie zastanawiał się nad tym, co było przyczyną – najważniejsze było teraz znalezienie rozwiązania i zabezpieczenie osób, które były poszkodowane.
Panował chaos i panika, nic dziwnego, ale należało to ogarnąć, aby nikt nie zrobił sobie w tym wszystkim jeszcze większej krzywdy, miotając się i wciąż wpadając na siebie nawzajem przy desperackich próbach wydostania się z wykolejonego wagonu. Trzeba było to zatrzymać, aby nie doszło do efektu domino.
Niemniej wszystko nagle, w jednym momencie, przestało mieć znaczenie, kiedy jego umysł zarejestrował dziecięcy głos. Przez lata, chcąc nie chcąc, nauczył się bezwzględnie priorytetować takie właśnie wołanie; niezależnie od podejścia – dzieci zawsze były najważniejsze podczas akcji. I to na nie zwracano uwagę, jako pierwsze w sytuacjach kryzysowych.
Chwycił się pobliskiego, pozornie stabilnego elementu konstrukcji wagonu, by zmusić się do ruchu. Po to, aby wymusić na ciele podniesienie się. Zacisnął zęby, ignorując protesty mięśni i stawów, które wyraźnie domagały się jeszcze kilku długich sekund przerwy; na przerwę nie było jednak czasu, bo musiał działać. Musiał coś zrobić i musiał pomóc.
Ruszył w tamtą stronę, stawiając kroki ostrożnie, testując tym samym stabliność podłoża przed każdym kolejnym ruchem. Przyklęknął w końcu przy chłopcu, automatycznie ustawiając się tak, by zasłonić mu część widoku na jego ojca. Nie musiał patrzeć długo, żeby zrozumieć, co się stało. Mężczyzna leżał przygnieciony wyrwanym rzędem siedzeń, a ciężar konstrukcji dociskał klatkę piersiową i bark. Ale oddychał. I żył.
— Hej — odezwał się spokojnie, głosowi świadomie nadając cieplejszą barwę; tę samą, której zawsze używał, gdy próbował współpracować z dzieciakami. — Spójrz na mnie. Jak masz na imię? — Zarejestrował jego odpowiedź, bo nawet dziecięce imię było teraz ważne dla płynności współpracy. — Timmy, jestem strażakiem — dodał po chwili, korzystając z tego jednego argumentu, który w takich sytuacjach nadawał potrzebnego autorytetu. Nie mówił tego, aby się pochwalić, a po to, aby zwrócić na siebie większą uwagę, a przez to – mieć większa kontrolę nad sytuacją — Twój tata żyje. Pomogę mu, ale potrzebuję, żebyś zrobił dokładnie to, co powiem, dobra?— Odwrócił głowę w kierunku wnętrza wagonu. — Słuchajcie mnie, jestem ze służb. — Znów ten sam manewr, tyle samo pomocy, co nakładający presję, jeśli chodziło o dorosłych. Nietrudno było o pretensjonalną Karen, która wsiadłaby na niego i wywierała presję, licząc przy tym, że służby równały się Avengersom. — Kto może stać, niech zostanie na miejscu. Nie biegajcie. A kto ma siłę i wie jak, niech zabezpieczy rannych. I latarki, włączcie latarki w telefonach, żeby było widać. Dzieci na środek wagonu.
Wrócił spojrzeniem do przygniecionego mężczyzny. To, że oddychał, to całkiem dobry znak, ale nietrudno było zauważyć, że robił to niespokojnie i niemiarowo, trochę rzęził, co mogło oznaczać, że nie wszystko było w porządku z klatką piersiową. Ściągnął z siebie kurtkę i wsunął ją pod głowę mężczyzny.
Abby Wallace
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tysiące godzin poświęconych analizowaniu przypadków: chorób, złamań, urazów. Setki rozmów, dyskusji, omawiania wszelkich możliwych scenariuszy masowych zdarzeń — wykolejone pociągi, zawalone konstrukcje, pożary, masowe strzelaniny. Wszystko rozpisane w procedurach, ujęte w odpowiednich schematach i opisane sztywnym językiem w podręcznikach.
Praktyki w szpitalu nauczyły ją jeszcze więcej.
Prawdziwi pacjenci, ból, łzy, nocne dyżury, operacje na otwartym sercu i podejmowanie decyzji pod presją czasu. Na własne oczy widziała najbardziej skrajne przypadki — od ludzi z utraconymi kończynami aż po ofiary pożarów z poparzeniami obejmującymi niemal każdy centymetr skóry, kompletnie nie do poznania.
A jednak — nic z tego nie mogło przygotować jej na chwilę, w której aktualnie się znalazła. Na chaos, krzyki i panikę ludzi, ściśniętych w półmroku wykolejonego wagonu, nie wspominając nawet o cholernie ciężkich warunkach, jaki panowały w metrze. Tutaj nie miała obok siebie mądrzejszego przełożonego, który kontrolował przebieg zdarzeń i załogi pielęgniarek, gotowych do pomocy. Była zupełnie sama. A brutalna rzeczywistość uderzyła ją ze zdwojoną siłą.
Słysząc płacz małego chłopca, na moment zamarła. Spoglądała w jego kierunku zupełnie otumaniona, jakby do głowy dopiero dochodziło to wszystko, co właśnie miało miejsce. Fakt, że to nie tylko jeden mężczyzna, któremu zatamowała krwawienie ze skroni był ranny, a cały pociąg. Czuła, jak serce podchodzi jej do samego gardła, jak dłonie drżą niespokojnie, podczas gdy głowa produkuje nieskończoną ilość myśli na sekundę.
Dopiero kiedy mężczyzna obok zerwał się do pionu, Abby jakby oprzytomniała. Odsunęła na bok pierwszy szok i paraliż ciała, który kazał uciekać i przeszła w typ działania. Zanim jednak ruszyła się z miejsca, uważnie przyglądała się poczynaniom nieznajomego. Sposób w jaki zachowywał silną krew, jak rozmawiał z chłopakiem jasno świadczył o tym, że doskonale wiedział, co robił. Jakby nie pierwszy już raz znalazł się w podobnej sytuacji.
Strażak. Na tą informacje odetchnęła z ulgą. Dosłownie wypuściła z ust tak wielki haust powietrza, że na moment aż ją przymroczyło. Dobrze. Dobrze było mieć świadomość, że ktoś tutaj wiedział, jak poruszać się w chaosie. Że nie była tu jedyną osobą, na której barkach spoczywała odpowiedzialność za każde kolejne zagrożone życie.
— Jestem lekarzem — rzuciła w końcu, kiedy on skończył swoją przemowę. Jej głos był o wiele słabszy i mniej stanowczy niż mężczyzny, jednak komunikat wystarczająco prosty, by każdy zrozumiał.
Na krótką chwilę zawiesiła spojrzenie na jego ciemnych oczach, pozwalając, by nawiązała się między nimi cicha nić porozumienia. Świadomość, że teraz odpowiedzialność za ludzi dzielili na pół, po równo. A zaraz potem w końcu ruszyła się z miejsca.
Ból w łydce pulsował tęptym, upartym rytmem, jednak szybko zepchnęła go na dalszy plan. Lekko kuśtykając, ostrożnie ominęła potłuczone szkło i pogięty metal, a zaraz potem już klękała przy mężczyźnie, którego przygniatał rząd siedzeń. Praktycznie od razu dostrzegła jego nierówny oddech i chaotycznie unoszącą się klatkę piersiową, walczącą o każdy wdech, szczególnie gdy ten rozchylił lekko usta, by coś powiedzieć.
— Proszę nic nie mówić — zaczęła stanowczo, jednak wystarczająco ciepło, by nie pokazać po sobie zdenerwowania. — Wyciągniemy pana, ale musimy współpracować, okej? Przede wszystkim potrzebuję, żeby pan się nie ruszał i oddychał spokojnie, nie za głęboko — wzięła spokojny, krótszy wdech razem z nim, ani na sekundę nie ściągając z niego wzroku. — Świetnie — pochwaliła go, malując na twarzy blady uśmiech, po czym ostrożnie dotknęła jego szyi, szukając tętna. Było szybkie i nierówne. Następnie przyjrzała się jego klatce i miejscu, w którym dokładnie uciskała go metalowa konstrukcja.
— Ma ograniczoną wentylację, możliwe urazy żeber, może odma — te słowa skierowała do strażaka, który przykucał tuż obok, nieco ściszonym tonem. Absolutnie nie po to, by popisać się znajomością terminologii, tylko by dać mu obraz sytuacji. — Jeśli podniesiemy to za szybko, może dojść do załamania oddechu albo krwotoku wewnętrznego — wiedział to? Z pewnością o tym wiedział. Ale przecież teraz nie był czas na niedomówienia, nawet jeśli coś było oczywiste.
— Potrzebujemy czegoś do usztywnienia — musieli podeprzeć konstrukcje, odciążyć ją stopniowo. — I kogoś do pomocy — dodała po chwili. Nie było opcji, żeby zrobił to sam, a Wallace musiała kontrolować stan mężczyzny. Zawiesiła nerwowe, wyczekujące spojrzenie na jego ciemnych oczach, które w tym świetle sprawiały wrażenie czarnych. Jemu ewidentnie lepiej szło dyrygowanie ludźmi i rozdzielanie ról.
Jax Harrison
-
dancing till i'm dead
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W kąciku jego ust pojawił się ledwie widoczny półuśmiech, który nie miał absolutnie nic wspólnego z autentyczną radością czy rozbawieniem. Bezwiedny wyraz ulgi, którą poczuł w sobie, ledwie cichy głos blondynki wślizgnął się uchem do jego umyslu. Wszystko sprowadzało się do poczucia, że teraz będzie ciut lepiej; ciut prościej zapanować nad szalejącym chaosem. Świadomość, że część obowiązków, które czuł na własnych barkach ktoś będzie mógł podźwignąć i odciążyć go. Tym łatwiej będzie zająć się problemem operacyjnym – techniczną stroną rozwiązywania pandemonium, które zawładnęło ich małą rzeczywistością.
Zawiesił na niej spojrzenie na dłużej, niż było to konieczne po tym komunikacie. Z pewną wdzięcznością we własnych oczach; jakby faktycznie miał podziękować za fakt, że pewnego dnia w przeszłości podjęła decyzję, aby wybrać studia medyczne i zawód lekarza. Wzrok ten nabrał ostrości, gdy zaczęła się przemieszczać i nie bez zauważalnego dyskomfortu i trudu. Też była ranna i też możliwie sklasyfikowała to teraz jako to nic.
Odsunął się i zrobił jej miejsce, gdy zbliżyła się, tym lepiej odgradzając młodego chłopaka od widoku ojca w potrzasku. Słuchał jej upewniając się w tym, że nie jest w tym wszystkim sam. Była profesjonalna, ze stabilnym podejściem. Nie była więc lekarzem, ale stomatologiem. Na całe, kurwa, szczęście.
Przechylił się odruchowo w jej stronę, by w całym tym panującym zamieszaniu móc ją lepiej usłyszeć. Instrukcja była prosta i jasna; bardzo logiczna i do zrobienia. Nie pierwszy raz musiał wyciągnąć kogoś zakleszczonego dowolnym elementem konstrukcji. Zwykle do tego mieli profesjonalny sprzęt, ale trenowali niejednokrotnie w warunkach skrajnie polowych i pozbawionych narzędzi. I nawet jeśli nie tak dawno temu dźwigał z Teddy po schodach bardzo otyłego faceta – choć powiedzenie dźwigał było grubym niedopowiedzeniem – to faktem było, że przy wymagającym delikatności i stałej kontroli działaniu, potrzebować będzie wsparcia.
— Jesteś ranna — zauważył, z pozorną lekkością w głosie, pijąc rzecz jasna do pierwszych słów, które wypowiedziała ona, ledwie chaos się uspokoił i zostawił ich w zgliszczach. Pozorną lekkością, bo wciąż czuł ciężar sytuacji, a jednak nawet w takich potrafił głupio żartować czy trzymać się rzeczy absolutnie przyziemnych. Inaczej by zwariował od presji. Nie zamierzał jednak sprowadzać teraz tej sytuacji do czegoś, co było tak naprawdę trywialną zaczepką. Słyszał jej słowa i to, czego potrzebowała. Podniósł się więc z miejsca, zgarniając małego chłopaka ze sobą, by posadzić go obok reszty dzieciaków, którymi zajęło się kilka kobiet.
Przeskanował spojrzeniem otoczenie, które nabrało znacznie więcej widoczności po tym, kiedy część ludzi zastosowała się do jego wcześniejszej prośby. Nakazu? Autorytarnej instrukcji. Myślał szybko i we własnej głowie ustalał plan. Sunął spojrzeniem po twarzach i sylwetkach, szukając w tłumach takich, które wydawały mu się być nie tylko zdolne fizycznie do pomocy, ale także psychicznie stabilne. Takie, które mógłby kontrolować i które nie spanikują, gdy zrobi się źle. Bo zawsze robiło się źle. Przyzwyczaił się już, że kiedy udało się stabilizować jedno, to dramaturgii nabierało drugie.
Ostrożnie przemieścił się po tym, co było podłożem w wykolejonym wagonie, by złapać za ramię jednego faceta i powiedzieć mu, że potrzebuje jego pomocy. Był stanowczy, bo facet początkowo nie chciał odpuszczać boku swojej partnerki – jak gdyby to miało cokolwiek zmienić.
Wrócił na miejsce, gdzie znajdowała się blondynka. Po drodze znalazł apteczkę, którą zabrał i przekazał mężczyźnie, a następnie zebrał i sprawdził inną część luźnej już konstrukcji metra, oceniając ją pod kątem wykorzystania do ewentualnej dźwigni. Ukucnął przy kobiecie, lokując na niej uważne spojrzenie.
— Czegoś jeszcze potrzebujesz? — spytał ze stabilnym i niezmiennym spokojem w głosie. Był gotowy do pracy, potrzebował jeszcze tylko raz uważniej obejrzeć całość ciężaru, który dociskał mężczyznę. Znaleźć punkt do podparcia i ucisnąć na dźwignię tak, aby podnieść ciężar. Powoli i stabilnie, aby zmniejszyć ryzyko.
Brakowało im tylko jeszcze porodu na pokładzie i ataku padaczki, w myśl zasady nieszczęść chodzącymi parami. Nie mogli jednak mieć aż takiego pecha w dniu wolnym, prawda? Prawda?!
Abby Wallace
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
W pierwszej chwili nie miała pojęcia, o co mu chodziło. Marne dwa słowa, które na dobrą sprawę mogły zostać wypowiedziane do zdecydowanej większości kobiet, aktualnie znajdujących się w roztrzaskanym wagonie. A jednak — jego ciemne oczy spoglądały prosto na nią. Ani nie drgnął, gdy uniosła wysoko brwi w pytającym geście. Ranna? Niby gdzie? Napędzana adrenaliną, kompletnie wyparła z własnej głowy informacje o bólu, wysyłane przez lewą łydkę.
Dopiero po chwili, gdy jej myśli skupiły się na własnym ciele — na szalejącym w piersi sercu, przyśpieszonym oddechu i tym co boli — poczuła szarpanie w nodze. Tępy, pulsujący ból, który sprawiał wrażenie, jakby ktoś próbował wyrwać jej podudzie razem ze skórą. Na moment spuściła spojrzenie w kierunku problemu, a brak krwi oraz jawnych uszkodzeń spowodował, że bardzo szybko zrezygnowała z dalszej diagnostyki. Były ważniejsze rzeczy.
Wróciła spojrzeniem do strażaka, przechylająć delikatnie głowę w bok.
— To n i c — rzuciła krótko, tym razem to ona lustrując jego odpowiedź. Skoro chcieli teraz bawić się w papugowanie, podczas gdy inni potrzebowali pomocy; proszę bardzo. Chociaż prawda wcale nie leżała w ich wzajemnej bezczelności, a raczej w tym, że oboje, jako pracownicy służb prawie zawsze przekładali zdrowie innych nad swoje. Umieli wyciszyć własne ciało, kiedy ktoś obok potrzebował pomocy. Można było to nazwać zboczeniem zawodowym lub czystą ignorancją, jednak ten typ już tak miał. Może właśnie dlatego Abigail na koniec tej krótkiej wymiany zdań posłała mu delikatny, ledwie widoczny uśmiech.
Nim wróciła do pacjenta odprowadziła wzrokiem strażaka. Nie po to, by upewnić się, że faktycznie poszedł szukać ludzi do pracy — tu akurat była przekonana, że doskonale wiedział, co robić — a bardziej by złapać chwilę na zebranie myśli. Ludzi potrzebujących w wagonie było o wiele więcej niż jeden mężczyzna przygnieciony przez siedzenia, a rąk zdatnych do pracy ograniczona ilość. Z całego chaosu jednak facet u jej stóp zdawał się potrzebować tej pomocy najbardziej, dlatego nie ruszyła się z miejsca i pozostała z nim do momentu, w którym strażak nie wrócił z pomocą.
Na pytanie czy potrzebuje czegoś więcej w pierwszej chwili miała ochotę prychnąć.
— Pewnie, przydałby się kołnierz ortopedyczny, folia NRC, maska z tlenem i nosze — zaczęła wymieniać, wbijając w niego ciemne, intensywne spojrzenie. — Ale obstawiam, że tego nie udało się znaleźć, więc nie, nic więcej nie trzeba — przywołała się do porządku, bo faktycznie sytuacja wymagała szybkiego działania, a nie uszczypliwych komentarzy. Chociaż może jakoś dało się to połączyć, by nie oszaleć? By jakoś uziemić myśli i nie tworzyć w głowie najczarniejszych scenariuszy tego, co jeszcze mogło się wydarzyć. Dalej nie było wiadomo, co dokładnie spowodowało wybuch, a co za tym szło: nie było pewności, że lada moment nie nastąpi kolejny.
— Możecie działać — ponownie się odezwała, przy okazji przesuwając na kolanach, by zrobić im odpowiednio dużo miejsca. Sama nie była do końca pewna, jak trzeba było do tego podejść ze strony technicznej — jedyne czego wymagała z punktu medycznego, to by podważać konstrukcje wystarczająco powoli, by mogła na bieżąco sprawdzać stan pacjenta. Każde agresywniejsze szarpnięcie mogło skończyć się złamaniem krążenia lub odsłonięciem krwotoku, który do tej pory był częściowo tamowany przez nacisk konstrukcji.
Wciąż sprawdzając tento i świadomość mężczyzny, czekała posłusznie, aż strażak będzie gotowy wykonać swoją część pracy. I chociaż starała się o tym nie myśleć, jej brak doświadczenia w podobnych sytuacjach powodował, że głowa już produkowała wszelkie wypadkowe, próbując do każdego scenariusza przypisać odpowiednie działanie. Co zrobić, jeśli oddech nagle zwolni. Jeśli serce nie wytrzyma stresu. Jeśli części, którymi będą podważać nagle nie wytrzymają ciężaru. Myśli mnożyły się z sekundy na sekundę i dopiero spojrzenie strażaka przywołało ją do porządku.
Krótkie skinienie głową, którego nie trzeba było zbytnio komentować dało mu sygnał do działania. Metal drgnął nieznacznie, zgrzytem przebijając ciszę, a Abby niemal odruchowo pochyliła się bliżej mężczyzny, śledząc każdy skurcz mięśni, skok klatki piersiowej czy zmianę w oddechu. Czuła pod palcami, jak bardzo drżał z przerażenia. A może z bólu?
— Oddychaj spokojnie — skinęła głową, łapiąc zamglone spojrzenie, pilnując, by jej głos brzmiał pewnie, nawet jeśli niepokój wciąż drapał gdzieś pod mostkiem. — Wszystko jest dobrze — kłamstwo. Nic nie było dobrze. Nie w sytuacji, w której się znaleźli, a przede wszystkim on. Jednak w takich chwilach jak ta, panika i tak nic by nie pomogła. Trzeba było działać, nawet jeśli ciało naturalnie skłaniało się do ucieczki.
Szło im dobrze. Płynnie. Oni unosili konstrukcje co kilka milimetrów — ona sprawdzała stan mężczyzny. Kontrolowali sytuację. Co jakiś czas kazała im się zatrzymać na dłużej, by pozwolić ciału wyrównać oddech, po czym dawała sygnał do dalszego, jeszcze ostrożniejszego podnoszenia. Wyglądało na to, że... nawet im się to uda?
Jax Harrison
-
dancing till i'm dead
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gdy sprowadził, wcale nie tak ochoczego, pomocnika, a także coś, co miało mu pomóc, zajął pozycję przy konstrukcji. W jego głowie automatycznie odpaliła się znajoma checklista, którą powoli sobie odhaczał: stabilność, punkt podparcia, kontrola i reakcja. Niejednokrotnie współpracował z ratownictwem medycznym czy policją na miejscu zdarzenia, toteż nie było aż takim problemem, aby przekazać dowodzenie w ręce lekarza.
Jedną ręką jeszcze raz sprawdził podparcie, drugą dał znak mężczyźnie obok siebie. Jego mięśnie napięły się automatycznie, natychmiastowo po jego własnym sygnale, naciskając na pręt. W tym samym czasie ból w jego skroni zaczął pulsować coraz mocniej, ale w danym momencie był dla niego tylko tłem, czymś odległym, zepchniętym poza margines jego uwagi. Swoją uwagę miał skupioną nawet nie na punkcie nacisku, nie na bardzo powoli unoszonej konstrukcji, a na blondynce. Gotowy zareagować w milisekundzie, na jej najdrobniejszy gest.
Miał wrażenie, że czas się rozciąga. Że wszystko dzieje się wolniej, niż powinno. Świadomość tego, że nie znał sytuacji, zwłaszcza konstrukcyjnej, wcale nie pomagała. Jego myśli próbowały podsunąć czarne scenariusze, ale ucinał je natychmiast, nie pozwalając im się rozwinąć. Wiedział, że nie zawsze wszystko na akcji szło dobrze, ale nigdy się na to nie nastawiał. Ktoś powiedziałby, że dzięki temu przyciąga pozytywną energię ze wszechświata, bla-bla, ale on wolał mówić o optymizmie. Tak potrzebnym, aby w tym wszystkim nie zwariować.
Kątem oka zarejestrował, że mały chłopiec, który miał czekać wraz z resztą, aż oni uwolnią jego ojca, podchodzi powoli do nich, chcąc po prostu być bliżej ojca w trudnym dla niego momencie. Jax jednak miał zęby tak zaciśnięte od wysiłku przy nacisku, że nie sposób było upomnieć malucha, aby się cofnął.
I wtedy coś w nim drgnęło.
Dźwięk, który usłyszał, był dla niego jak sygnał alarmowy. Niski, głęboki, przeciągły zgrzyt. Żaden trzask czy głośny wybuch, a dźwięk, który podpowiadał, że właśnie konstrukcja wagonu przestawała być konstrukcją. Zamarł w pół ruchu, zaprzestając swojego nacisku na dźwignię.
Czuł katastrofę, jeszcze zanim pozostali zdali sobie z niej sprawę.
Drganie przeszło przez wagon intensywną falą falą. Pociągnął spojrzeniem za przeraźliwym zgrzytem, który rozszedł po całej długości wagonu, zwiastując coś złego. Dach wagonu ugiął się nieregularnie, pod naporem czegoś ciężkiego. Kolejny raz ledwie chwilę później, deformując konstrukcję znacznie głębiej i mocnie, a to wystarczyło Jaxowi, aby podjął decyzję. Puścił dźwignię i rzucił się w bok, chwytając dziecko jedną ręką, drugą zahaczając o blondynkę drugą. Pociągnął ich oboje w dół, i poczuł, jak uderzają o podłogę wagonu, a w tej samej chwili świat nad nimi zapadł się dosłownie.
Sufit runął. Beton, stal i ziemia wdarły się do wnętrza wagonu, miażdżąc przestrzeń, która jeszcze chwilę temu była pozornie bezpieczna. Naturalnym wręcz odruchem, wypracowanym przez lata w służbach, przyciągnął kobietę (nie swoją) i dziecko (też nie swoje) do klatki piersiowej i osłonił własnym ciałem, zanim wszystko ponad nimi się zamknęło. Ciężar zawalonej konstrukcji uderzył w jego plecy, dosłownie wypychając mu powietrze z płuc, ale tam się zatrzymał. Pozostawiając ich w, nie wiadomo jak stabilnej, przestrzeni.
Leżeli spłaszczeni do poziomu podłogi, dociśnięci gruzem i zgniecioną konstrukcją wagonu. Przestrzeń wokół nich skurczyła się do absolutnego minimum, ledwie wystarczającego, by oddychać. Kurz wypełnił wszystko, zajmując też ich płuca i gardła, a w uszach dzwoniło mu tak mocno, że przez moment nie słyszał absolutnie nic. Pierwsze, co zrobił, to sprawdził ręką czy dwójka wciąż jest podnim. Drugą ręką ostrożnie, dotknął blondynki, chcąc sprawdzić jej przytomność. Dopiero po tym krótkim check-upie wtedy pozwolił sobie na jeden głębszy wdech, po którym odkaszlnął niekontrolowanie od pyłu.
Czuł jak jego mięśnie paliły go żywym ogniem, a w skroni pulsował ból, który teraz był już niemożliwy do zignorowania. Przestrzeń, jaka im została, była śmiesznie mała. Nie dało się ani klęknąć, ani usiąść. Jeśli już to tylko czołgać.
— Pani doktor — odezwał się dość cicho, tonem głosu zachwianym drapiącą chrypą. — Jesteś ze mną?
Wiedział już, że większość wagonu została zmiażdżona. Cisza tam, gdzie wcześniej były głosy, krzyki i panika, teraz była aż nazbyt wymowna. Ich, i być może nielicznych z innych wagonów, uratowała tylko kupa szczęścia, nic więcej. Nie mógł mieć jednak pewności, jak długo kaptur z gruzu miał pozostać stabilny.
Abby Wallace
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
A tym bardziej momentu, w którym wszystko zaczęło się sypać.
I to dosłownie, bo w następnej chwili sufit drgnął niebezpiecznie, by zaraz zapaść się z hukiem i bez żadnego ostrzeżenia. Wszystko działo się jak w mgnieniu oka — nagłe szarpnięcie, brutalna utrata orientacji i nieznośny huk w uszach, które ledwo co zdążyły otrząsnąć się po poprzednim wstrząsie.
Wylądowała na podłodze, czując, jak coś przyciska ją do ziemi.
Obraz kompletnie się rozmazał.
Kurz wdarł się do gardła i nosa, tak lepki i gryzący, że przez moment miała wrażenie, że przestała oddychać. Dopiero po chwili kaszlnęła niekontrolowanie, próbując zaczerpnąć tlenu, chociaż każdy wdech palił jakby wciągała rozżarzony popiół.
Wszystko ją bolało; każdy mięsień, łydka, rozcięte do niewiadomo jakiego stopnia ramię, a do tego wszystkiego ciemność jaka zapanowała, pozostawiała naprawdę wiele do życzenia. Nic nie widziała. Jedynie ciepło czyjegoś ciała i walące w jego piersi serce dawało znać, że nie była sama.
Nie była pewna, ile dokładnie czasu minęło, niż do jej głowy zaczęło dochodzić to, co się stało. Fakt, że żyła, chociaż mogło nie być tak kolorowo. A zaraz potem zrozumienie, że inni nie mieli tak wiele szczęścia (albo strażaka, który okryłby ich ramieniem). Serce podeszło jej do gardła.
Kurwa.
Szarpnęła się instynktownie, próbując się poruszyć, wyprostować, obrócić chociażby o kilka centymetrów — bezskutecznie. Przestrzeń, w której się znaleźli była na to zdecydowanie za małe, a każdy ruch kończył się uderzeniem o coś twardego lub czyjeś ciało.
Pani doktor. Jesteś ze mną?
Słyszała go, tuż przy swoim uchu, wyjątkowo dobrze i chociaż b y ł a, jej myśli już fiksowały się na punkcie tych wszystkich ludzi, którzy zostali po drugiej stronie bez pomocy. Bo przecież nie mogli wszyscy zostać przygnieceni? Musieli się jakoś odratować, prawda? Zupełnie tak, jak oni tutaj. Nie mogli tak po prostu…
— Nie — wydyszała ochryple. Pojedyncze słowo, które nawet nie było skierowane do niego, bardziej wyrzuconym w eter zaprzeczeniem tego, co właśnie się działo. Nie potrafiła przyjąć do świadomości poziomu tragedii, jaką wywołało zawalenie dachu. Wyparła z siebie cały realizm sytuacji i ubzdurała w głowie, że trzeba wszystkim pomóc.
— Musimy… — znowu się szarpnęła. Spróbowała jeszcze raz, tym razem bardziej desperacko, zapierając się kolanem i kopiąc w stertę gruzu pod stopą. Beton nawet nie drgnął, a serce ponownie przyspieszyło. — Musimy stąd wyjść. Kurwa. Tam są ludzie, trzeba im pomóc — wydyszała, bezustannie próbując swoich sił. Zupełnie jak próbowała nabrać w płuca więcej powietrza, ale klatka piersiowa wcale nie chciała współpracować. Jej oddech był krótki i urywany. Jak na lekarza, który doskonale wiedział, jak działała hiperwentylacja w trakcie ataku paniki, kompletnie zdawała się o tym zapomnieć. A może świadomie to wyparła?
— Musimy to jakoś przesunąć — powtarzała jak nakręcona, czując, jak panika rozlewa się po całym ciele wraz z obrzydliwie ciepłą falą gorąca. — Musimy… No pomóż mi! — krzyknęła, ledwo łapiąc powietrze. Nie rozumiała, dlaczego on leżał w bezruchu, zamiast coś robić. Zamiast, kurwa, pomóc (bo to wcale nie tak, że mogło ich jeszcze bardziej przygnieść). I znowu się szarpnęła, tym razem uderzając ręką o metalowy pręt, wystający z konstrukcji, a przeszywający ból momentalnie rozlał się po całej dłoni.
Do tej pory zawsze pracowała w warunkach, które łatwo dało się okiełznać. Nie miała do czynienia z tego typu scenerią. Nawet na SORze był porządek: sprzęt, zespół, leki, ktoś mądrzejszy. Zawsze był jakiś plan B, zawsze istniała możliwość reakcji. Nawet kiedy było źle, było wciąż funkcjonalnie. Tutaj nie było nic. Jedynie masa pieprzonego gruzu i kurz.
I to ją przerosło.
Wcale nie dlatego, że nie wiedziała, co zrobić, tylko dlatego, że nie miała j a k cokolwiek zrobić. Na co wiedza medyczna, kiedy nie mogła się nawet, kurwa, ruszyć? Kiedy utknęła w niemocy i to jeszcze z rozwijającym się atakiem paniki i przekonaniem, że ludzi po drugiej stronie wciąż dało się jeszcze uratować.
Jax Harrison
-
dancing till i'm dead
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W milczeniu rejestrował słowa, którymi rzucała kobieta, bardziej skupiając się na tym jak je wypowiadała niż na ich treści. Przy pierwszym jej szarpnięciu napiął się odruchowo, dokładnie w tym samym momencie, w którym kopnęła w gruz. Jak mało kto w tej przestrzeni, wiedział, jak zdradliwe potrafiło być naruszanie gruzowiska. I tak już mieli niewyobrażalne szczęście, że w ogóle powstała kieszeń powietrzna. A wciąż wystarczył jeden zły ruch, jedno drgnięcie, żeby to, co ich teraz chroniło, zamieniło się w pułapkę i wypełniło się osuwiskiem do końca.
Nie pierwszy raz był na miejscu zawalenia. W swojej pracy niejednokrotnie widział ludzi uwięzionych pod betonem oraz fragmentami ścian i stropów. Wiedział, jak wyglądają takie przestrzenie, jak ciężkie jest powietrze, i jak zachowuje się człowiek, gdy orientuje się, że nie ma gdzie uciec. To była jego praca – by działać w takich warunkach. Ale pierwszy raz znajdował się po tej drugiej stronie, bez sprzętu, bez zespołu, bez radiostacji i bez wsparcia. A przede wszystkim w roli kogoś, kto sam tej pomocy potrzebował.
Jej zachowanie, tak odmienne od wcześniejszej, stoickiej postawy, było dla niego alarmujące, z jednej strony, ale także w pełni zrozumiałe. Chaotyczne ruchy, desperackie próby przesunięcia ciężaru, który nawet w najlepszych warunkach wymagałby specjalistycznego sprzętu. Głos przyspieszający razem z oddechem. To była panika w najczystszej postaci. A w ich warunkach było to śmiertelnie niebezpieczne.
— Pani doktor — odezwał się w końcu, głosem miękkim, ale stanowczym. Dokłądnie takim, który miał zwrócić na siebie jej uwagę, ale jednocześnie nie ściągać jej siłą.
Nie był zdziwiony ani też rozczarowany jej reakcją. Tą zmianą z trybu zadaniowego, który pokazała mu po zatrzymania metra do tego, co działo się teraz. To była ludzka odpowiedź na nieludzką sytuację. Jeśli faktycznie była lekarzem, była nauczona działać pod presją. Tyle że nie taką jak tutaj. W jej świecie, również w świecie ratownictwa, istniała bardzo wyraźna granica: nie interweniowało się, jeśli samemu groziło to bezpośrednim niebezpieczeństwem, bo nikomu nie dało się pomóc, gdy samemu potrzebowało się pomocy. Więc to przygotowywało ją na zupełnie inne warunki. U niego z kolei wyglądało to inaczej. W straży pożarnej ryzyko było wpisane w zawód. Ich decyzje nie opierały się na wyborze między bezpiecznym a niebezpiecznym, tylko między niebezpiecznym a możliwie mniej niebezpiecznym. I właśnie dlatego to on musiał przejąć kontrolę, nawet jeśli oznaczało to zatrzymanie jej wbrew temu, co podpowiadał instynkt.
— Spójrz na mnie — powiedział, gdy choć trochę zwróciła na niego uwagę. — Najpierw ty. Potem inni. — I to nie był egoizm. Jeśli już, to podstawowe odruchy w takiej sytuacji. Rozumiał, pewnie jak mało kto, zintegrowaną z nią chęć pomocy innym – jeśli w ogóle jacyś inni byli – ale musiała dostrzec, że oni też tej pomocy potrzebowali. Można było bagatelizować pomniejsze rany, ale tego nie dało się już zepchnąć na dalszy plan. — Oddychaj powoli, jak ja — dodał i wziął głębszy, świadomy oddech, nawet przesadnie wolny, dla samego pokazu, aby mogła złapać rytm i uspokoić płuca razem z nim. — Jeszcze raz. — Pilnował własnego rytmu oddechu równie uważnie jak jej. Wiedział, że jeśli on się teraz posypie, to poleci lawina. I chociaż sam też odczuwał… dyskomfort w sytuacji, to trzymał się w ryzach. Nie planował mówić, że wszystko będzie dobrze. Nie obiecywał rzeczy, których nie mógł zagwarantować. Takie słowa w tym miejscu byłyby bezsensowne, bo miał przeczucie, że tylko bardziej by ją rozdrażniły albo pchnęły w jeszcze większą desperację. Jako lekarz nie była głupia i pewnie nie wierzyła w cudowne ozdrowienie tak samo jak on nie wierzył w cudowne ocalenie.
— Nie ugramy tutaj niczego ani siłą, ani nagłością — dodał ciszej, wciąż miękko i spokojnie. Tonem głosu, który miał już wyćwiczony od lat pracy i który posługiwał się, gdy sytuacja wymagała spokoju w pierwszej kolejności. — W takiej sytuacji wygrywa się cierpliwością. I opanowaniem. Najpierw ty, potem inni — przypomniał jej i wziął kolejny, pokazowy oddech. Powtórzył go jeszcze raz, aby wspólnie mogli zacząć kontrolować sytuację. Nie ją, a sytuację. — Jak się nazywasz? — spytał, dopiero gdy poczuł, że ruchy jej klatki piersiowej choć odrobinę zwalniaj. — I drugie, równie romantyczne pytanie – co masz w kieszeniach? — Pytanie na pozór głupie, ale dla niego bardzo praktyczne. Choć doskonale wiedział, że prawdopodobieństwo, że znajdzie w nich coś, co realnie pomoże im się uwolnić było bliskie, a nawet równe, zeru, to nie wykluczał tego, że znajdą coś przydatnego na ten konkretny moment.
Abby Wallace
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak nic z tego nie przygotowało jej na sytuację, w jakiej się znalazła.
I chociaż była lekarzem, w tamtej chwili — panikując, waląc o tardy gruz i wypierając z siebie fakt, że była uwięziona — była przede wszystkim człowiekiem. I jak człowiek, po ludzku, po prostu się bała. Bała się niemocy, która ogarniała ciało i umysł. Nie mogła znieść myśli, że nie było nic, co byłaby w stanie zrobić, by pomóc tym wszystkim ludziom, po których twarzach jeszcze chwile temu wodziła wzrokiem.
Bo z Abby nie była żadna twardzielka; ona po prostu przy ludziach potrafiła udawać. Zachować pełen profesjonalizm, zagryźć zęby, przełknąć cięższe chwile z wysoko uniesioną piersią, by finalnie skończyć w toalecie, rzygajac jak kot, kiedy już było po wszystkim. Tylko tutaj nie miała toalety. Nie było nawet jeszcze po wszystkim, bo wszystko było przed nimi, a to wszystko złożyło się na atak paniki, który zawładnął jej ciałem.
Pani doktor.
Słyszała jego głos. Docierał do niej, choć jak przez grubą warstwę waty; spokojny, zbyt opanowany jak na kogoś, kto leżał przygnieciony kolosalną ilością gruzu. Jak w takim momencie można było w ogóle zachować spokój? Nie rozumiała tego. Albo wcale nie chciała zrozumieć.
Znowu się spięła, czując, jak organizm się zapowietrza. Serce łomotało w jej piersi tak mocno, że mężczyzna z pewnością czuł je na swoim ciele. Ręce miała całe przepocone, a palce nerwowo chodziły przy udzie, wybijając tylko sobie znany rytm. Wariowała. Miała wrażenie, że wszystko dookoła zaciska się wokół nich.
Dopiero krótka lecz stanowcza komenda, która padła z jego ust, sprawiła, że na moment się zatrzymała. Spójrz na mnie. Spojrzała. W ciemności, do której oczy zdążyły się już przyzwyczaić widziała zarys jego twarzy oraz intensywnie wbite w nią tęczówki. Swoją drogą ciężko byłoby ich nie zauważyć, biorąc pod uwagę, że Wallace leżała dokładnie pod nim, a ich twarze dzieliło zaledwie kilka marnych centymetrów.
Najpierw ty. Te słowa przez moment odbijały się w jej głowie głuchym echem. Były nielogiczne, egoistyczne, a jednak… jakaś część jej umysłu, ta jeszcze zdolna do myślenia, widziała, że miał rację. Że role nieco się odwróciły i teraz wcale nie była lekarzem, a poszkodowaną. W dodatku taką siejącą o wiele więcej paniki, niż było to konieczne.
Nie chciała z nim oddychać. Chciała się stamtąd w y d o s t a ć. I chociaż jego pierwsze dwa oddechy kompletnie zignorowała, tak z trzecim, kiedy jego klatka piersiowa po raz kolejny napełniła się powietrzem, wbijając w tą jej, spróbowała podążyć jego rytmem. Płuca ją paliły, odmawiały głębszych oddechów ani jakiejkolwiek współpracy, chociaż z każdą kolejną chwilą powoli odpuszczały.
Czuła jego oddech na swojej twarzy. Każdy pojedynczy wydech, który opuszczał jego usta, lądował na jej rozgrzanych policzkach, drapiąc
— Chcesz mi powiedzieć, że cierpliwością i opanowaniem magicznie przesuniemy ten gruz? — odezwała się w końcu. Jej głos wciąż był nerwowy, jednak biorąc pod uwagę uszczypliwość, jaka opuściła jej usta, można było wywnioskować, że przynajmniej było lepiej. Z plusów również przestała się wierzgać. Leżała w bezruchu, przyglądając mu się uważnie.
— Abiga… — zawahała się. Pełnego imienia używała jedynie w pracy i chociaż aktualne warunki wymagały powagi, tak sytuacja, w jakiej się znaleźli — nie wspominając już o pozycji — była wystarczająco mało profesjonalna, by nieco spuścić z tonu. — Abby — poprawiła się.
Miał zamiar również się przestawić, czy powinna zapytać? Może nawet i by zapytała, gdyby pytanie o zawartość kieszeni kompletnie nie wybiło jej w rytmu.
— Znam bardziej romantyczne pytania — może w innych okolicznościach nawet przewróciłaby oczami. Może pozwoliłaby, by kącik ust drgnął do góry. Ale nie tu. Zastanowiła się na moment.
— Telefon, długopis, kilka paragonów… — to chyba wszystko? — I miętówki — no tak, akurat się przydadzą, jak będą musieli spędzić tu kilka dobrych godzin. — Z pewnością nic, co pomoże przesunąć beton — dodała gorzko, nie za bardzo wiedząc, jak cokolwiek z tych rzeczy mogłaby się przydać. Może telefon? Chociaż zasięg zapewne był tutaj zerowy, nawet jeśli chodziło o numer alarmowy. Ale może chociaż mogli włączyć latarkę, albo strzelić sobie rundkę w Candy Crush na zabicie nudy? — Teraz ty dzielisz się zawartością twoich? Czy na czym polega ta zabawa?
Jax Harrison