-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Najpierw powitanie z piedestału, potem kieliszek szampana na rozruch i ciepły posiłek na dobry początek imprezy, a po części oficjalnej róbta co chceta, w końcu co się wydarzy w murach Casa Loma, zostanie w murach Casa Loma, byliśmy zbyt poważnymi ludźmi, by dzielić się swoimi grzeszkami poza zaufanym gronem. Przy stoliku siedzę z rodzicami i ich przyjaciółmi, jest nas piątka. Plotkują o kimś, kogo nie znam, więc pochylam się mamie nad uchem i szepczę, że idę zapalić. Najpierw jednak kieruję kroki do bufetu, gdzie polewam sobie pełny kieliszek białego wina, chociaż najchętniej zabrałbym od razu całą butelkę. Ściągam maskę idąc kamiennym, szerokim korytarzem, a moje kroki odbijają się uchem od zimnych ścian i nagle widzę ją. O nie, tylko nie to, z naprzeciwka, prosto na mnie zmierza cioteczka Janette, która gnębiła mnie od dziecka, zawsze zadaje milion krępujących pytań, całuje mnie w policzki i klepie po twarzy, jakbym nie skończył jeszcze dwunastu lat. Przez ułamek sekundy chcę uciec, ale jest za późno, już mnie widzi, na próżno zakładać maskę - macha ręką i krzyczy coś w rodzaju juhu! Billy! Chodź tu przywitać się z cioteczką! - a mnie dosłownie miękną kolana. Odwracam się na pięcie i ruszam szybko w drugą stronę, ale pech chce, że wpadam wprost na jakąś zamaskowaną dziewczynę. Zerkam prosto w jej oczy - Wybacz... - przepraszam, a potem bezceremonialnie oblewam jej dekolt swoim winem, mniej więcej w tym samym momencie podchodzi do nas ta stara raszpla i tylko szybki zwód i unik ratuje mnie przed jej szponami, które już wyciąga żeby wytarmosić mnie za policzki - Chodź zatańczyć ze swoją cioteczką - prosi, a ja łapię nieznajomą dziewczynę pod rękę i kręcę głową - Wybacz, Jan, ale dołączę do ciebie później, mieliśmy mały wypadek, jak coś rodzice siedzą przy szóstce - i najpierw powoli ciągnę za sobą dziewczynę, a gdy znikamy cioteczce z oczu, mówię - Jezu, przepraszam, spanikowałem, nie wiedziałem co mam zrobić, obiecuję, że to ogarnę, chodź ze mną do kibla - spróbuję jej to zaprać czy coś, dobrze, że wino było białe a nie czerwone, może nie będzie takiej tragedii.
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie przepadała jakoś bardzo za bankietami. Uważała je za nieprzyjemną codzienność, z którą musiała mieć do czynienia. Rodzinne obowiązki zmusiły ją do reprezentowania rodziny. Fabien grał koncert symfoniczny w operze, rodzice dalej nie potrafili powiedzieć ani jednego słowa, skupiając się przede wszystkim na rozwodowych kłótniach. Męczyło ją to. Jako jedyna mogła się tu pojawić.
Stała w pięknej, rozlewającej się czarnej sukience z kwiecistym motywem, popijając spokojnie kieliszek wina. Na trzeźwo nie dałaby rady tu przebywać. Dwa kieliszki. Tyle potrzebowała by móc prowadzić rozmowy. Nikogo nie obchodziły sprawy karne. Wszyscy chwalili się nowymi luksusowymi samochodami, willami wielkości miasta, a ją to po prostu nużyło. W pewnym momencie odeszła od rozmówców, by wziąć napić się kolejnej dawki procentów.
Już miała chwytać szkła, kiedy usłyszała znajomy głos. Wybacz. Aż musiała się wzdrygnąć na samą myśl. Cokolwiek to znaczyło, będzie miała z tego tytułu problemy.
— Co — tyle zdążyła powiedzieć, zanim poczuła na sobie chłód alkoholu. Kilka razy mrugnęła oczami. Dobrze, że na czarnej sukience mało będzie widać. Tylko zapach wina uderzył w nią aż za mocno. Musiała się wzdrygnąć kilka razy, a na Williama popatrzyła ze wściekłością w oczach.
Nie zdążyła zareagować na cioteczkę, dała mu się poprowadzić w stronę toalety. Widocznie zagrożenie musiało być realne. Chciała w to wierzyć, poza tym robienie afery na środku balu snobów nie byłoby w jej stylu.
—... Dwadzieścia jeden — mruknęła pod nosem, gdy odeszli kawałek dalej od cioteczki — serio nawet tu musiałeś mnie nawiedzić? — spytała, zdejmując maskę. Ze wszystkich ludzi na całym świecie spotkała akurat go. Nabrała powietrza do płuc, starając się uporządkować całą sytuację.
— Chodźmy do tego kibla — mruknęła pod nosem, ciągnąc go w stronę stolika — ale muszę wziąć alkohol — chwyciła kolejny kieliszek. Teraz tym bardziej na trzeźwo nie dałaby sobie rady. Cokolwiek ma się wydarzyć tego wieczoru, będzie miała odrobinę rozrywki. Szła w ciszy, dopóki drzwi toalety się za nimi nie zamknęły.
— Zdajesz sobie sprawę, ile ta sukienka kosztuje? — dużo, plama nie będzie widoczna, zapach wina jeszcze jej nie przeszkadzał, ale dla bardziej trzeźwych osób będzie przypominała typowego alkoholika. Miała reprezentować rodzinę, zamiast tego mogła dokonać towarzyskiego pogrzebu.
— Co ty tu robisz ze swoimi ciuchami z lumpa? — spytała finalnie, spoglądając na Williama. Nie wyobrażała sobie śmieciowego króla na takim wydarzeniu. Chwyciła za kieliszek, wypijając go duszkiem. Skoro miała zostać alkoholowym pośmiewiskiem, czas je rozpocząć.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
- Ja - chce się jej jakoś odgryźć, ale słowa grzęzną mi w gardle i ostatecznie wzdycham ciężko - Przepraszam. Pewnie krocie, wygląda wspaniale, leży fantastycznie - mierzę ją wzrokiem od góry do dołu i jak wielka byłaby niechęć, tak muszę przyznać że wyglądała zjawiskowo, zupełnie nie jak moja zjebana sąsiadka, która wszędzie wepchnie swój nochal, a już szczególnie tam gdzie nie potrzeba. Spijam łyka wina i gdy duszkiem opróżnia kieliszek jak rasowa żulica spod monopola to wyciągam w jej kierunku flaszkę. Chyba jestem pod wrażeniem - Ciuchami z lumpa, tak? Akurat ty, obrończyni recyklingu, powinnaś być mi wdzięczna, wiesz, że plaże w Ghanie dosłownie zalewają ubrania? Produkujemy tego tyle, że pewnie mógłbym codziennie, do końca życia, nosić coś innego, dlatego wybieram rzeczy z drugiej ręki - i nawet się tego nie wstydzę, chociaż garnitur, który miałem na sobie akurat zamawiałem u krawca, matka chyba by padła na zawał gdybym się przyznał, że zamierzam przyjść tu w ciuchach z ciucholandu, a ona jedna skubana zawsze wiedziała kiedy kłamię - Przyszedłem z rodzicami - rzucam zanim zdążę ugryźć się w język, bo brzmi to strasznie lamersko, jakbym miał z piętnaście lat dosłownie i żadnych innych znajomych - Znaczy... Zostałem zaproszony, a co ty tu robisz?... - i wtedy jakby mnie olśniło. Kovalski. A więc z tych Kovalskich. Tych, których znali wszyscy, a przynajmniej ci, którzy obracali się w podobnym środowisku. No proszę, miałem sąsiadkę z wyższych sfer. Nie wyglądała, przynajmniej na codzień. Zerkam na plamę na jej dekolcie - Jak chcesz to mogę ci to zaprać, tylko musiałabyś się rozebrać - poruszam brwiami w górę i w dół, postanowiłem, że nie będę dzisiaj zbyt uszczypliwy, prawdopodobnie i tak była lepszym towarzystwem niż większość zebranych, tutejsze laski nie do końca mi odpowiadały, rozmawiały głównie o paznokciach i makijażach i chyba żadna nie wypijała wina duszkiem.
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie skomentowała butelki chardonnay. W duchu była mu wdzięczna, że postanowił zabrać ją ze sobą. Cokolwiek wydarzy się za drzwiami toalety, potrzebna może się okazać większa dawka procentów. Chociaż gdy drzwi toalety się zamknęły, lekko stąpnęła z rytmu. Nie spodziewała się od niego pokory, szykowała się na kolejną kłótnię, a zamiast tego zmarszczyła brwi.
— Dwadzieścia jeden, chory jesteś? — spytała, przechylając głowę. Wybił ją z rytmu. Normalnie nie pozwoliłaby sobie na ani chwilę zawahania bez ciętej riposty. Tym razem musiała ustąpić, westchnęła cicho — komplement z twoich ust? — sama w to nie wierzyła. Miała wrażenie, jakby się przesłyszała. Może alkohol był złym pomysłem? Sama na siebie mogła rozlać kolejną porcję wina. Spojrzała na butelkę, chwyciła ją dłonią i nalała sobie kieliszek do pełna.
— Wiem, ale na takie imprezy trzeba umieć się ubrać — skwitowała krótko Charlotte. Sama kupiła własną za pieniądze rodziców. Dopiero rozwijała własną karierę. Potrzebowała się rozpędzić, ustabilizować, nawet jeśli niektórzy jej klienci byli bogaci — chociaż... też wyglądasz dziś dobrze — przyznała niechętnie Charlotte. Pozwoliła sobie na ugodę w stronę Williama. Chociaż im dłużej przyglądała się strojowi, tym bardziej widziała w tym kunszt. Nawet jeśli był on z lumpa, to z lumpa dla bogoli.
— Ile ty masz lat? Z rodzicami? — nie mogła powstrzymać się od tego komentarza. William ten niezależny, zbuntowany przyszedł z mamą i tatą. Nie kryła własnego rozbawienia — zaproszenie w trójkę? — musiała unieść brew, aż parsknęła głośnym śmiechem — powiedz, chociaż że jedną z tych dup, które do Ciebie przychodzą zabrałeś ze sobą — komplet dwa, plus dwa wydawał się jej sensowny. Jednak dwa plus jeden... Wtedy by mu tego nie zapomniała. Widząc go za każdym razem na klatce schodowej, wracałaby myślami do tego wieczoru.
— Reprezentuję rodzinę — mruknęła cicho pod nosem. Wiele można było zarzucić Lotce. Ktoś z jej rodziny musiał się tu pojawić, ale nikt z tych wszystkich osób nie powiedział jej jednej, bardzo ważnej rzeczy. Wszystkiego najlepszego. Data jej urodzin zawsze była przekorna. Inni żegnali stary rok, a ona cieszyła się z własnego przyjścia na świat. Gdy o tym myślała, mina jej spochmurniała — mamy drobne kryzysy w rodzinie, panie monitoringu osiedlowy — odparła, próbując uciąć temat. Nie mogła bardziej strzępić ryja. Nie powie sekretów rodzinnych osiedlowemu nemesis. Chwyciła za kieliszek, by upić kilka łyków. Szybko je wypluła, słysząc o rozebraniu się.
— Dobrze — odparła, kiedy minął jej pierwszy szok — ale oddaj marynarkę — wyciągnęła w jego stronę rękę. Byłaby w stanie się okryć przed niechcianym wzrokiem Williama — i musisz mnie rozpiąć — mruknęła, czując, że kontrola jej powoli znika. Odwróciła się w jego stronę, by rozplątał zapięcie sukienki — jak na mnie spojrzysz, póki się nie zakryję, to Cię zatłukę — stała odwrócona do niego plecami i choć słowami dalej się broniła, to w środku coś ją zakuło — wiesz o tym, prawda? — dopytała, odwracając głowę. Czekała na ruch z jego strony. Podsumowanie historii rodziny Kovalskich było wręcz niemoralne. Im dłużej o nich myślała, tym bardziej bolało ją serce. W niektórych sprawach alkohol nie pomoże bez dobrego kompana.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Charlotte — odpowiedziała własnym imieniem, spoglądając na niego badawczym wzrokiem. Niecodziennie zakopywała topór wojenny, a ten wieczór wydawał się być inny niż wszystkie, które znała. William był inny, wręcz niecodzienny wobec niej. Na jego propozycję zmarszczyła brwi, milcząc kilka sekund w ciszy — niech będzie, jeden wieczór bez kłótni — potwierdziła, ściskając jego dłoń. Po nocy będą mogli wrócić do starych kłótni, do darcia kotów oraz niezgody. Nie wyobrażałaby sobie z nim życia w pokoju. Za bardzo ich życia różniły się między sobą. Teraz musiała przyznać mu rację. Jaki Sylwester i Nowy Rok taki cały następny. Warto było się skupić na pozytywach, walczyć o nie, nieważne co stanie się później.
— Jednak masz w sobie coś ze snoba? — parsknęła krótko — zas-ka-ku-ją-ce — dla niej mógł pozostać Willem z lumpa. Nie zmieni o nim zbyt szybko zdania. Ludzie o ich statusie materialnym żyli inaczej. Wydawali pieniądze, nie zastanawiając się, ile zostanie im na koncie. Charlotte dbała. Chciała być niezależna od ojca. Mimo to znalazła się na imprezie, reprezentując... właśnie go.
— Dobra, wywieszam białą flagę — odparła, unosząc obie dłonie do góry. Koniec wbijania szpileczek, ta umiejętność została zablokowana przez tymczasowy pokój — wystarczy by się odpowiednio ubrała i nic nie mówiła — stwierdziła, myśląc o kobietach przewijających się przez jego mieszkanie. Wszystkie wydawały się jej takie same. Łatwe. Tego już nie wypowiedziałaby głośno, bo sama widziała we Williamie coś interesującego — znam to — mruknęła pod nosem. Jej rodzice myśleli to samo. Z jednym przyjacielem miała obietnicę, że jeśli nie znajdą nikogo do czterdziestego roku życia, to wezmą ślub. Byle mieć z kim pić whiskey na starość.
— Nie, ustalmy, że... — przegryzła dolną wargę — nie powinnam myśleć o mężczyznach — jej ostatni podbój miłosny zakończył się wraz z rozprawą sądową, w trakcie którym obnażyła beznadziejne zachowanie miłostki względem jego ex-narzeczonej. Przychodzenie z kimkolwiek byłoby poniżej jej honoru. Wolała spędzić urodziny sama, niż szukać partnera, który stanąłby na równi jej oczekiwaniom. Taki przypadkowy William był bardziej na miejscu.
— Kryzysy — mruknęła pod nosem, woląc zostawić to dla siebie. Plotki szybko się rozchodziły, pewnie mógł już coś usłyszeć o rozwodzie oraz romansie. Tylko Charlotte nie miała na tyle odwagi, by sama się na ten temat wypowiadać. Potrzebowała prawnika, który mógłby stanąć po stronie matki.
— Tak, nie będę jebała alkoholem na balu — mogła walić szlugiem, ale nie alkoholem. Sama po sobie się tego nie spodziewała, ale miała już plan. Zresztą niejedną dupę, czy cycki William oglądał, a ona miała plan, żeby się odpowiednio zakryć. Chwyciła za jego marynarkę i trzymała się jej kurczowo. Mogła udawać, że cała sytuacja jej nie ośmielała. Oddychała głęboko, czekając na dotyk dłoni — że cię zatłukę, jak spojrzysz — powtórzyła jeszcze raz, patrząc w górę. Odliczała sekundy do końca, aż rozepnie sukienkę. Wydawało się to dla niej nieskończonością — odwróć się — mruknęła, trzymając jeszcze z przodu sukienkę. Spojrzała w lustro, czekając aż stanie do niej plecami.
— Patrzę w lustro — mruknęła, gdy zaczęła zsuwać z siebie sukienkę. Nienawidziła siebie za tę chwilę obnażenia. Nie miała na sobie stanika, jedynie czarne, koronkowe majtki i szpilki. Wszystko robiła szybko, nerwowo. Suknię odłożyła na blat umywalki, a sama założyła na siebie marynarkę, zapinając ją — już gotowa — oznajmiła, odwracając się w jego stronę — i jak wyglądam jak jedna z tych twoich latawic? — spytała, próbując delikatnie rozluźnić atmosferę. Nerwowo się uśmiechnęła. Chyba nigdy nie czuła się tak niezręcznie.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
- No cóż, gena nie wydłubiesz - wzruszam ramionami. Mogłem chcieć żyć inaczej, ale niektóre przyzwyczajenia i tak dawały o sobie znać. Czasem medytowałem nad zmianą, ale chyba mi jeszcze trochę brakowało - Bardzo mnie to cieszy - kiwam głową. W zasadzie jej cięty język nawet mi imponował. Ja byłem pyskaty jak skurwysyn, ale ona? Dosłownie mistrzyni ciętej riposty, bywało że zaginała nawet mnie, co nie należało do łatwych - Myślę, że byłoby zdecydowanie zabawniej gdyby się odzywała - wyobraziłem to sobie - przychodzę z jedną z tych klubowych panienek, a ona opowiada przy stoliku pełnym burżujów o tym, jak wali browara z leja na raz. O kurwa, nie wiem czy pierwszy bym się zesrał ze śmiechu, czy ktoś padłby na zawał - Ale chyba nie chciałbym narażać na to tutejszego towarzystwa - parskam śmiechem - Byleby nikt nie chciał nas ze sobą zeswatać, co? - puszczam jej oczko chociaż prawdopodobnie ktoś musiałby wtedy zginąć. I najpewniej byłbym to ja, mordercą byłaby oczywiście Lottie - Dlaczego? Jesteś lezbą czy coś? - pytam. Ja nie mam nic przeciwko, każdy miał prawo do miłości jaką sobie wymarzył niezależnie od płci i społecznych konwenansów - chciałeś ruchać kolegę? Proszę bardzo, byle on też tego chciał. Zresztą byłem tylko mężczyzną, w moim wyobrażeniu dwie kobiety to nawet lepiej niż jedna. A potem schodzimy na temat jej rodzinnych kryzysów i chociaż aż mnie skręca w środku, żeby pociągnąć ją za język to odpuszczam, dowiem się w swoim czasie, pewnie od osób trzecich, być może podpytam ojca albo zaciągnę informacji od matki, tylko nie dzisiaj. Dzisiaj mieliśmy być frywolni - Jebać to, pijmy - napełniam jej kieliszek, po czym unoszę butelkę w geście toastu i ściągam porządnego łyka. Trochę mi już szumi w głowie, ale to bardzo przyjemne uczucie, a nie oszukujemy się, mogę wychlać jeszcze wiadro - lata praktyki - Rozsądnie, jeszcze ktoś by cię oskarżył o żulerstwo - no a tego by nikt nie chciał, a już na pewno nie ona. Tutejsze panie może i uśmiechały się miło, ale potrafiły dosadnie obrobić dupsko, jak tylko się odwróciłeś, szczególnie jeśli byłaś kobietą, nas traktowano trochę bardziej łagodnie, wiadomo, chłop to chłop, musi się wyszaleć, za to dziewczynka powinna być damą czy jej się to podoba czy nie. Czasem nawet byłem wdzięczny, że urodziłem się z penisem między nogami. Potem rozpinam jej sukienkę i jadę dłońmi po nagich łopatkach w górę do ramion. Patrzę w lustro obserwując wyraz jej twarzy i malujące się na niej reakcje. Ta, to już wiedziałem, zabieram ręce dopiero kiedy nasze spojrzenia krzyżują się w tafli lustra, a ona powtarza żebym się odwrócił - No już, dobra - wzdycham i faktycznie się odwracam, chyba nie mam wyboru, ale szukam wzrokiem jakiś miejsc, gdzie mógłbym popatrzeć na odbicie, niestety ściany były kamienne, więc marne szanse na sukces w tej kwestii. Trudno, będę musiał jakoś sobie z tym poradzić. Czekam grzecznie dopóki nie pozwoli mi się odwrócić o gdy wreszcie oznajmia, że jest gotowa to powracam do niej spojrzeniem, mierząc od góry do dołu - A co? Chciałabyś? - pytam. Zdejmuję wszystkie swoje pierścienie i układam je na zlewie, po czym łapie za sukienkę, żeby ją zaprać pod bieżącą wodą, trochę mydła do tego i będzie jak nowa, potem wyżymam to co mogę i podkładam materiał pod suszarkę. Znałem się na tym bo byłem perfekcyjnym panem domu, porządki mnie relaksowały - No i bajka, zaraz będzie jak nówka sztuka - zapewniam kiwając głową i cierpliwie czekam aż przestanie z niej kapać, a szum suszarki wbija mi się w uszy.
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Kiwnęła krótko głową. Ona też miała coś z Kovalskich. Urodę po matce, za to po ojcu cięty język. Był piekielnie dobry w sprzedawaniu bajek, czy to własnej rodzinie, czy inwestorom. Charlotte miała to zaszczepione od maleńkości. Bez ciętego języka nie przetrwasz ani jednego dnia. Trzeba walczyć o siebie na każdym kroku, nawet gdy chciałbyś się przed kimś odsłonić.
— O, to na pewno — stwierdziła, uśmiechając się szerzej. Oczami wyobraźni zobaczyła przechlaną laskę, próbującą rozmawiać o taniości alkoholu oraz zdrowotnych skutkach działania koksu — zesikałabym się ze śmiechu. Błagam, zrób to następnym razem — rzuciła błagalnym tonem. Znalazła punkt programu, do którego chciałaby móc dążyć, spełnić go. Nabrała głębokiego oddechu, by powstrzymać salwę śmiechu. Słysząc jednak kolejne słowa, aż chrumknęła jak świnka ze śmiechu.
— Nas zeswatać? — aż zakryła usta dłonią i chwyciła się za brzuch — fuj — bawiło ją to porównanie. Chociaż patrząc na ucieczkę przed cioteczką, byłoby to całkiem możliwe, ale wizja zostania parą z Williamem, niesamowicie ją bawiła. Alkohol ją szmyrgnął, ale nie na tyle by oszukać polskie geny alkoholika — i że niby ja miałabym być z Tobą? — aż kaszlnęła kilka razy, by samą siebie opanować — mieliśmy się nie obrażać, już zamykam usta — zakluczyła je na kilka razy, wyrzucając gdzieś w dal wyimaginowany klucz w przestrzeń. Gdyby bardziej ciągnęła temat, nawet w żartach mogłyby się pojawić barwne określenia. Na przykład taka wywłoka.
— Nie — odpowiedziała krótko — zjebałam i byłam suką — ta sprawa była medialna, choć nikt nie zdawał sobie sprawę, że Charlotte mogła być zakochana w prokuratorze. Udupiła go z całą świadomością, tylko... żadnego człowieka nie można oceniać, nie znając jego perspektywy. Za każdym zachowaniem kryło się coś, o czym ludzie nie lubili mówić.
— Pijmy — uniosła kieliszek, wypijając go duszkiem. Myślenie o Cassianie, czy rodzinie doprowadzało ją do siwizny. W takim tempie będzie musiała umówić się na farbowanie włosów. Alkohol idealnie wygłuszał myśli.
Kiwnęła głowa na wzmiankę o żulerstwie. Bycie kobietą miało swoje minusy. Nie możesz sikać na stojąco, musisz więcej pracować za mniejszą pensję i często zapominają o Tobie przy awansach. Wśród bogaczy jej pozycja była jeszcze bardziej krucha, patrząc na sytuację rodziny.
Nie sądziła, że przy zdejmowaniu sukienki będzie czuła się tak niezręcznie. Lubiła dotyk mężczyzn, ale zabawa z niezobowiązującymi kutasami polegała na tym, że później ich nie widziała. Z Williamem nie miałaby takiego szczęścia. Obróciła się, wyczekując na reakcję. Kąciki ust delikatnie jej drgały.
— Nie musiałeś, aż tam mnie mierzyć — strzeliła oczyma, nie mogła się powstrzymać. Wystarczył jeden komentarz. W niczym nie przypominała jego panienek. Musiałby się z nią mierzyć na co dzień — nie chciałabym. Świnie musiałyby na niebie latać, żebym Cię pocałowała, William — mruknęła, odwracając głowę. Wola walki opadła jej w jego marynarce. Czuła się po części zależna od niego. Choć z ciekawością w oczach wpatrywała się, jak ręcznie pierze jej sukienkę. Z wrażenia aż uniosła brwi ku górze.
— Naprawdę umiesz prać? — aż z jej ust wyrwał się niecodzienny komentarz — porządny z Ciebie facet — nie znała żadnego, który potrafiłby prać. Za większość robiły to pralki, gospodynie, matki, ewentualnie kobiety. Mrugnęła kilka razy oczami. Spodziewała się, że Williama największą umiejętnością zostanie wciąganie koksu, a tu miłe zaskoczenie. Widziała w nim coś innego niż wcześniej.
— I jak gotowa? — spytała niecierpliwym tonem. Nienawidziła czekać, a telefon powoli zaczynał wybijać dwudziestą trzecią — zaraz musimy wrócić. Podobno miały być jakieś tańce i pokaz fajerwerki — czyli ostatnie punkty, które miała Kovalski zaliczyć — na tym zakończą się moje urodziny — praniu sukienki przez nieznośnego sąsiada oraz sztucznym powitaniu nowego roku. Nie zdążyła ugryźć się w usta, gdy wspomniała o urodzinach. Procenty już działały, skoro własnej paplaniny nie mogła powstrzymać. Nalała sobie resztki alkoholu, wypijając go do dna. Czuła się żałośnie.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
- A co zrobiłaś? - to że była suką sam doskonale wiedziałem, zdążyłem zauważyć na własnej skórze, ale teraz zaciekawiła. Co też takiego miała za uszami, że atmosfera zrobiła się nagle jakby gęstsza? Przekrzywiam nieznacznie łeb, obserwując ją z zaciekawieniem, chce wiedzieć wszystko, jak na spowiedzi, może w przyszłości mi się to przyda? Każda taka informacja była na wagę złota, a języki chyba mieliśmy coraz bardziej luźne.
Może i nie musiałem, ale chciałem, właściwie to chciałbym żeby zdjęła też marynarkę, ale zachowuje to dla siebie a w odpowiedzi jedynie wzruszam ramionami - Jeszcze zobaczymy - nie mów hop póki nie przeskoczysz, wieczór był jeszcze młody, zaś trunków pod dostatkiem. Ja ogólnie byłem łatwy, nie wiem jak ona, ale jeszcze dzisiaj rano nie powiedziałbym, że możemy normalnie rozmawiać, tymczasem dosłownie przed chwilą śmialiśmy się razem do rozpuku - Prać, gotować, umiem wiele rzeczy - ja wiem, że z boku mogłem wydawać się chodzącym chaosem, ale jak widać pozory mogły mylić - Nawet sobie nie zdajesz sprawy jak bardzo - pewnie, lubiłem urżnąć się w trupa, nieraz rozbijałem się po wspólnym korytarzu, wracałem nad ranem i tak dalej, ale serio, zdążę spoważnieć po emeryturze, teraz, póki jeszcze nie łamało mnie w krzyżu chciałem po prostu żyć pełnią życia - Jeszcze lekko wilgotna, ale chyba będzie ok - oddaję jej sukienkę i zakładam spowrotem wszystkie swoje pierścienie, a potem czekam aż się odzieje i odda mi marynarkę - Masz dzisiaj urodziny?!?! - aż otwieram szerzej oczy - To czemu nic nie mówisz, wszystkiego najlepszego - robię taki ruch w jej stronę jakbym chciał ją przytulić, ale się powstrzymuję w ostatniej chwili - To co? Pora na urodzinowe szoty - zarządzam i nie znoszę sprzeciwu. Otwieram nam drzwi i kiedy wychodzimy z toalety, poprawiam jeszcze marynarkę, ona poprawia sukienkę, a z naprzeciwka idzie jakaś panna i się dziwnie na nas gapi - To które to urodziny? Pewnie powiesz że osiemnaste - podobno kobiet się o wiek nie pyta, tak samo jak mężczyzn o zawartość portfela, ale z drugiej strony ja się na przykład bardzo chętnie chwaliłem swoim bogactwem. Wracamy na główną sale, gdzie bal trwa w najlepsze i standardowo najpierw prowadzę ją do bufetu - To co? Na dwie nóżki od razu? wiadomo, żeby nie kuleć potem na parkiecie. Dostarczono już mocniejsze alkohole, więc polewam nam po dwa kieliszki czystej wódki. Miała polskie korzenie, a to był chyba ich narodowy przysmak? - No to twoje zdrowie, Charlotte, niech słońce rozświetla każdy kolejny dzień twojego życia - wznoszę toast, po czym wale na raz. Smakuje ohydnie, pali ryło, że aż miło. Krzywię się i przecieram usta wierzchem dłoni - No to teraz zdrowie moje w gardło twoje - i siup! Kolejna porcja alkoholu ląduje w moim żołądku, tak samo paskudna jak poprzednia. DJ zapuszcza Toxic Britney Spears a ja wręcz - Uwielbiam tą piosenkę! Chodźmy potańczyć - zapraszam ją na parkiet. Nie byłem jakimś królem tańców, ale z racji tego, dosyć często imprezowałem nawet umiałem się poruszać i prowadzić partnerkę. Od razu robimy kilka obrotów.
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Szkoda, że nie antyczna — parsknęła jeszcze krótko swoim tradycyjnym tekstem. Taki wstyd mógłby wejść na poziom Antygony, jeśli chodziło o dramatyzm sytuacyjny. Bawiło to Kovalski. Pierwszy raz od dawna nie była w stanie powstrzymać śmiechu. Choć nie trwało to długo. Wystarczyło jedno pytanie dotyczące męskich partii na imprezie. Nie bawili ją bogacze. Zbyt często miała z nim do czynienia, a wbrew pozorom William... mógł zostać nie najgorszą partią, spośród wszystkich obecnych mężczyzn — na pewno ktoś by się znalazł. Myślisz, że jesteś w moim typie? — spytała, unosząc jedną brew. Mógłby być, gdyby nie znała jego nawyków codziennych. Jeśli poznaliby się na tej imprezie, miałaby całkowicie inny obraz jego osoby.
— Za mało wypiłam i mamy zbyt kruchy sojusz — stwierdziła Kovalski, spoglądając na niego kątem oka. Łatwiej byłoby się jej zwierzyć z sytuacji rodzinnej niż z Cassiana. Była to krótka znajomość. Zaginała go na każdym kroku, zwłaszcza kiedy rozchodziło się o salę rozpraw. Tylko ta była ostatecznym gwoździem w ich relacji.
— Czy to ma być wyzwanie? — spytała, parskając krótko pod nosem — mam się oprzeć urokowi największego imprezowicza? Najpierw musiałbyś spróbować mnie uwieść— dodała po krótkiej chwili. Dla niej William był jednym, wielkim znakiem zapytania. Aż sama zaczęła się zastanawiać, do czego ten wieczór mógłby doprowadzić. Zwłaszcza że była łatwa, ale niekoniecznie gdy ze skutkami jednej nocy musiałaby patrzeć codziennie na klatce schodowej.
— Człowiek orkiestra — stwierdziła Charlotte. Wpatrywała się we Williama z niekrytą ciekawością. Nie spodziewała się po nim takiego zakresu umiejętności — ugotujesz mi coś kiedyś? — spytała, by zaraz ugryźć się w język. Nie chciała przedłużenia pokoju. Albo może chciała? Za bardzo mącił jej w głowie wizją porządnego faceta.
— Cudownie — rzuciła krótko, czekając, aż znów się odwróci — no dalej, odwracaj się — zarządziła szybko, by zaraz szybko się przebrać. Znowu zaczęła przypominać milion dolarów. Tyle jej wystarczyło, aby odzyskać pewność siebie.
— No mam... — szybko prysnęła. Wystarczyło powiedzenie o urodzinach, a poczuła się zbita z tropu — bo... — nie byli przyjaciółmi? Mieli się lubić, tylko ten jeden wieczór? Wiele rzeczy mogła powiedzieć — powiedziałam przecież — stwierdziła finalnie, wzruszając ramionami. Wolała zamknięcia tematu, rozejścia się w dwie różne strony, a on zamiast tego zaproponował coś kompletnie innego, coś czego nie była w stanie zrozumieć.
— Słucham? — spytała, robiąc wielkie oczy. Dłużej nie protestowała, ruszyła za Williamem. Kiedy mijali dziewczynę, obejrzała się za nią, mierząc ją wzrokiem z niesmakiem na twarzy — dziwnie się na nas spojrzała ta typiara — stwierdziła, idąc razem z Willamem w stronę bufetu — dwudzieste ósme — nie była jeszcze na tyle stara, by to ukrywać pod żarcikiem osiemnaście + vat, czy mydlić komuś oczy. Zasadniczo czuła się dzieciakiem. Dzieciakiem, który musiał mierzyć się z prawem karnym.
— A nie na trzy? — spytała z lekkim zdziwieniem, ale przytaknęła głową. Widocznie niepolskie rodziny miały inne tradycje imprezowania.
— Moje zdrowie — wzniosła kieliszek do góry, ale zaraz skrzywiła mocno twarz. Nie takiego alkoholu się spodziewała, gorycz spływała po jej gardle, powodując ochotę zwrotu go do najbliższego kosza. Zabrakło jej popity. Nie miała zamiaru narzekać, zaraz chwyciła za drugi — tak, jest! — i wlała w siebie kolejną porcję. Twarz jej tak wykrzywiło, że miała ryja jak kopara.
— Ja też! — odparła bez zastanowienia Charlotte. Miłość do Britney miała zakodowaną w DNA — It's Britney, bitch! — krzyknęła, kiedy wchodzili na parkiet. Uwielbiała bujać się w rytm muzyki. Jak na typową, ukrytą imprezowiczkę umiała się ruszać. Sukienka jej tego nie ułatwiała. Dała się prowadzić Williamowi, wchodząc wykonała obroty, by później wpaść w jego ramiona.
— Wiesz, że o czymś zapomnieliśmy? — zagadnęła w trakcie tańca, przymykając oczy, by dać ponieść się imprezie — o nóżce czarnobylskiej — zaśmiała się, uśmiechając się szeroko. Choć ten wieczór mógł zostać katastrofą, zaczynała się dobrze bawić. Większość gości opuściła parkiet, twierdząc pod nosem, że kto tańczy do takiej rozgogolonej laseczki, tu powinien lecieć Mozart.
— Dobry z Ciebie tancerz — rzuciła, wyczuwając powoli rytm piosenki. Kątem oka zauważyła poruszenie przy stole. Chwyciła Williama za marynarkę, niszcząc między nimi jakikolwiek dystans — twoja ciotka się na nas patrzy — mruknęła mu na ucho. Wydawało się, że żywo ich obgadywała, albo co gorsze... szykowała się na odbicie partnera — zbliża się do nas!