ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
180 cm
dłubie w silnikach w Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba, liczba pojedyncza
czas narracjiprzeszly
postać
autor

#1


Silnik w końcu ucichł, ale Nyx przez dłuższą chwilę wcale nie zamykał maski.Stał nad samochodem z rękami opartymi o rant, pochylony, z karkiem zesztywniałym od całego dnia i myślami, które nie chciały zwolnić. Ten egzemplarz był jednym z tych, które doprowadzają do szału – skomplikowany, kapryśny, pełen rozwiązań zaprojektowanych tak, jakby ktoś nigdy nie zamierzał ich potem naprawiać. Elektronika gryzła się z mechaniką, czujniki wysyłały sprzeczne sygnały, a błąd pojawiał się tylko wtedy, gdy wszystko inne zdawało się działać idealnie. Kilka dni spędzonych praktycznie bez wychodzenia z warsztatu, kawa za kawą, dłonie permanentnie brudne od smaru, mózg pracujący na wysokich obrotach nawet wtedy, gdy ciało domagało się przerwy. Doprowadził to auto do porządku. Oczywiście że doprowadził. Zawsze doprowadzał rzeczy do końca. Ale satysfakcji nie było. Tylko to znajome, niebezpieczne uczucie, że jeśli zaraz się stąd nie wyniesie, coś w nim pęknie. Coś, co już kilka dni wcześniej znalazło ujście.
Bo to on spuścił łomot.
Kilka dni temu nie było warsztatu, narzędzi ani silników, które można naprawić. Był facet, który za dużo mówił, za bardzo poczuł się bezkarny, za mocno nacisnął dokładnie te guziki, których nie powinien. Nyx pamiętał moment, w którym przestał słuchać słów, a zaczął słyszeć tylko szum we własnej głowie. Pamiętał ciężar własnych pięści. Pamiętał, że nie przestał, gdy tamten już leżał. Ktoś musiał go odciągnąć. Facet trafił do szpitala. Nie pamiętał nic. I to powinno wystarczyć. A jednak nie wystarczało.
Najgorsze było to, że stojąc teraz nad tym cholernym samochodem, Nyx naprawdę przez moment rozważał coś innego.Najchętniej rozwaliłby to auto na kawałki. Wyciągnąć silnik, rozebrać go bez litości, elektronikę rozerwać, powyrywać wiązki, połamać to, co jeszcze przed chwilą próbował ratować. Potem upozorować włamanie – wybite okno, wyłamany zamek, kilka śladów, które znał aż za dobrze. Sprzedać części na lewo, puścić samochód w obieg jak setki innych, które „zniknęły” w mieście bez śladu. W głowie miał gotowy schemat. Wiedział, komu sprzedać. Wiedział, ile by na tym zarobił.
I właśnie to było najbardziej niepokojące.
Nie gniew.
Nie impuls.
Tylko to, jak logiczna była ta myśl.
Zacisnął szczękę i z hukiem zamknął maskę. Metal zadźwięczał głucho w ciszy warsztatu. To był moment, w którym zrozumiał, że musi stąd wyjść. Teraz. Bo jeszcze chwila, a przestanie tylko myśleć.
Zamknął warsztat później niż zwykle. Sprawdził światła, narzędzia, drzwi. Ten mechaniczny rytuał pomagał mu wrócić do teraźniejszości. Potem wsiadł do auta i zamiast jechać prosto, skręcił do sklepu.
Market był jasny, niemal sterylny. Chodził między półkami wolno, bez telefonu w ręku. Wiedział dokładnie, co chce zrobić. Tourtière – ciężka, mięsna tarta, domowe jedzenie prosto z Toronto, takie, które syci i zostaje w pamięci. Jedzenie bez udawania. Mięso, przyprawy, ciasto robione od zera. Coś, co wymaga czasu i skupienia. Do koszyka trafiały kolejne rzeczy: mielona wołowina i wieprzowina, cebule, czosnek, ziemniaki, masło, mąka, bulion, przyprawy. Tak, praktycznie nikt nie wiedział, że Nyx potrafił nie spalić kuchni i coś ugotować. Dorzucił kilka zimnych piw. Jedno na gotowanie. Reszta… zobaczy się. Miał klucze. To wciąż było nowe uczucie. Wiedział, że Rae jeszcze nie ma w domu. Idealnie. Wszedł cicho, zostawił zakupy w kuchni i od razu poszedł pod prysznic. Gorąca woda spływała po jego karku, ramionach, plecach, po tatuażach, zmywając z niego zapach warsztatu i napięcie. Stał tam dłużej, oparty dłońmi o kafelki, pozwalając myślom przejść i odpłynąć. Przynajmniej na chwilę.
Wyszedł owinięty tylko ręcznikiem nisko na biodrach. Włosy miał mokre, krople wody spływały po skórze. Kuchnia była cicha, spokojna. Otworzył jedno z piw, wziął krótki łyk i zabrał się do gotowania.
Ruchy miał pewne, spokojne. Mąka na blacie, masło krojone na kawałki, palce zagniatające ciasto z precyzją kogoś, kto lubi wiedzieć, ile siły używa. Mięśnie ramion i pleców pracowały przy każdym ruchu, tatuaże poruszały się wraz z nimi. Ciasto trafiło do lodówki. Na patelni wylądowała cebula, potem czosnek. Zapach wypełnił mieszkanie niemal natychmiast. Mięso syczało, przyprawy były dodawane na pamięć. Goździki. Cynamon. Pieprz.Gotowanie go uspokajało. Było czymś, co mógł zrobić dobrze, od początku do końca. Bez skrótów. Bez przemocy.
Piekarnik pracował już równym szumem, gdy jego telefon zawibrował na blacie.
Nyx spojrzał na ekran i coś w nim zesztywniało. Nazwa, której nie powinno tu być. Nie odebrał od razu. Dopiero po chwili przeciągnął palcem.
…No.
Odwrócił się plecami do kuchni, oparł biodro o blat. Z głośnika dobiegał przytłumiony, pewny siebie głos. Nyx mówił cicho.
Nie.
Pauza.
Mówię serio. Nie wchodzę w to.
Zmarszczył brwi, przykładając palce do skroni, rozmasowując głowę w tym miejscu.
Poza Toronto? — parsknął krótko. — To już nie mój problem.
Chwila ciszy. Nyx przesunął dłonią po karku.
Ja już swoje zrobiłem. Nie interesuje mnie, kto zawalił.
Zapach z piekarnika uderzył mocniej.
Mam teraz swoje sprawy — dodał nisko. — Znajdź kogoś innego.
Rozłączył się bez pożegnania i odłożył telefon ekranem do dołu. Stał chwilę nieruchomo, wsłuchując się w szum piekarnika, na moment odcięty od świata. Miał to być jeden z normalniejszych dni i wystarczył jeden telefon, by wszystko się spieprzyło, a w jego głowie trwała bitwa. Bitwa o to, czy znowu dać się wciągnąć w gówno. Z jednego wyszedł rok temu, w drugie wszedł niedawno i wyszedł z niego cudem. Tak jakby był skazany na porażkę. Czy za trzecim razem też mu się uda, czy znowu coś się zepsuje i będzie musiał ponieść konsekwencje swoich czynów. Pokręciło głową niedowierzający, dobry humor poszedł się....


Raelyn Richards
27 y/o
For good luck!
167 cm
Financial Planning & Analysis Specialist w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

ciuch


Było późno, gdy wychodziła z biura. Zdawała sobie sprawę, że do tej pory żadna praca nie wymagała od niej tylu godzin za biurkiem i nie była tak wymagająca. Jednocześnie… nie do końca była pewna dlaczego tak się działo. Nie chciała się nad tym zastanawiać, nie chciała za dużo analizować i przede wszystkim – nie chciała dochodzić do nieodpowiednich wniosków. Lubiła swoją pracę, nawet jeśli oznaczało to długie godziny spędzone w biurze i przed komputerem.
Dzisiaj był jeden z tych dni, w których nie zastanawiała się nad jakimikolwiek atrakcjami… zamierzała wrócić do mieszkania, może zamówić coś do jedzenia, zrobić sobie kąpiel i resztę wieczoru spędzić na jakiekolwiek formie relaksu. Nawet nie przypuszczała, że jej plany uległy zmianie zupełnie bez jej wiedzy. Czy na gorsze? Niekoniecznie. Znaczy… zdecydowanie nie!
Ale zaskoczyło ją już to, że drzwi od jej mieszkania nie były zamknięte. Weszła ostrożnie do środka i uderzyły ją dwie rzeczy… zapach i głos dochodzący z kuchni. Nyx. Zagadka otwartych drzwi została rozwiązana natychmiast i uśmiechnęła się do siebie, gdy poszła w kierunku kuchni. Była cicho, szpilki zdjęła ledwie przekroczyła próg mieszkania, więc właściwie bezszelestnie znalazła się na progu pomieszczenia i… nie przeszkadzała.
Właściwie sama wysiliła się, żeby jak najwięcej z tej rozmowy usłyszeć. Jak najwięcej z tej drugiej strony. Ciekawiło ją to… jak wszystko, co trochę więcej mówiło jej o życiu Nyxa – o tej jego części, o której nie miała zielonego pojęcia. Nie naciskała, nie próbowała na nim wymusić odpowiedzi, ale jednocześnie… to gdzieś w niej było. Ta ciekawość.
Dała mu też chwilę już po zakończeniu rozmowy. Obserwowała mężczyznę i jego reakcje, a znała go wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że cokolwiek to było – wyprowadziło go z równowagi. Nie była pewna, czy to dobrze wróżyło dzisiejszemu wieczorowi, ale nie miała szczególnie dużego pola do popisu. Było już za późno, żeby się wycofać. Zresztą… byli w jej mieszkaniu, gdzie miałaby się wycofać?
- Czym sobie zasłużyłam na takie widoki? I atrakcje? – odezwała się wreszcie przerywając ciszę w pokoju i zwracając na siebie uwagę mężczyzny. Opierała się o ścianę przy wejściu do kuchni i nie dała po sobie poznać jak wiele słyszała z jego rozmowy telefonicznej. Równie dobrze mogła pojawić się dopiero teraz! Uśmiechnęła się pod nosem i przesunęła wzrokiem po męskiej sylwetce, której cóż… nie zakrywało wiele, na co nie mogła narzekać – Półnagi i przygotowuje mi kolację, uważaj… jeszcze się zakocham. – zażartowała, odnajdując jego spojrzenie a kącik jej ust drgnął wymownie w lekkim rozbawieniu - Chociaż powinnam się trochę obrazić, że z tym prysznicem nie poczekałeś na mnie.


Nyx Calderon
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
36 y/o
For good luck!
180 cm
dłubie w silnikach w Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba, liczba pojedyncza
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Każdy miał swoje życie. Każdy funkcjonował w rytmie, który sam sobie narzucił, w porządku godzin, minut i sekund dopasowanych do własnych potrzeb, zobowiązań i chaosów. Gdy Nyx zamykał się w warsztacie, pochłonięty kolejnym samochodem, kolejną usterką i kolejną decyzją, której nie dało się cofnąć, Raelyn mogła w tym samym czasie robić coś zupełnie innego — coś dla niej ważniejszego, pilniejszego, być może trudniejszego. Na tyle obciążającego, że po całym dniu napiętym jak guma naciągnięta do granic wytrzymałości marzyła wyłącznie o jednym: odciąć się od ludzi, od świata i od wszystkiego, co wymagało energii, zaszyć się w swoich czterech ścianach, w przestrzeni, która była bezpieczna i tylko jej. Poza jednym wyjątkiem. Nyx był tą jedną, wielką niewiadomą, niespodzianką, która potrafiła pojawić się w najmniej odpowiednim momencie. Czasami odwalał rzeczy kompletnie nie na czas, burzył wypracowaną ciszę i prowokował do kolejnej kłótni, jakby podświadomie sprawdzał, ile jeszcze są w stanie znieść. Zawsze wyglądało to podobnie — różne punkty widzenia, słowa rzucone zbyt ostro, napięcie wiszące w powietrzu, kilka dni ciszy, a potem intensywne, niemal bolesne godzenie się, pełne dotyku i emocji, które wciągały ich z powrotem do środka. Do czegoś, co nazywali normalnością, choć oboje wiedzieli, że była ona krucha.
Gdy znikał na kilka dni, zapadał się pod wodę i Rae nie wiedziała, gdzie był, z kim ani co robił — tak samo jak on nie wiedział, jak wyglądał jej świat w tym czasie. I chociaż bywały momenty, w których zazdrość przysłaniała mu rozsądek i popychała do głupot, o których kobieta nie powinna się nigdy dowiedzieć, zdarzały się też chwile, w których Nyx zachowywał się jak zupełnie zwyczajny mężczyzna. Taki, który zostawia ścierkę niedbale rzuconą na blat przy piekarniku, nie myje kubka po kawie ani szklanki po piwie, bo „zaraz się przyda”. Te drobne rzeczy bywały bardziej rozbrajające niż jakiekolwiek wielkie gesty.
Telefon rozdzwonił się w złej chwili, rozrywając resztki spokoju jak źle zszytą ranę. Nyx potrzebował ciszy, kilku dni normalności, iluzji, że wszystko jest pod kontrolą, ale robota nie znała litości. Musiał sprzedać część wymontowaną kilka dni wcześniej, musiał też zrobić robotę za kogoś innego, uczepić się rudzielca i wybadać, ile tak naprawdę wie. Gdyby mógł, rozwaliłby telefon o ścianę, ale wiedział, że nie może. Gdyby zniknął, półświatek znalazłby go szybciej, niż zdążyłby się schować. Za dużo widział. Za dużo wiedział. Najgorsza była myśl, że mogliby dobrać się nie do niego, a do Rae. Tego nie chciał dopuścić nawet w wyobraźni. Wiedział, że kobieta coś podejrzewa, coś widzi, ale nie na tyle, by czuć się realnie zagrożona — przynajmniej dopóki on był w pobliżu. Gdyby coś się stało, bez wahania stanąłby na pierwszej linii, wystawiając się na cios, byleby ją osłonić.
Ostatnie słowa rozmowy jeszcze przez chwilę wisiały w powietrzu.

NIE SPIERDOL TEGO.

Czy mógł zrezygnować? Teoretycznie tak. W praktyce wiedział, że wchodząc w ten świat, nigdy nie pisał sobie szczęśliwego zakończenia. Bardziej realna była wizja kuli niż spokojnego życia. Tak bardzo tkwił we własnych myślach, że po raz pierwszy nie usłyszał jej kroków. Normalnie wychwyciłby nawet cichy stuk obcasa o podłogę, nawet jeśli zdjęła buty przy wejściu. Tym razem rozmowa wybiła go z równowagi na tyle, że stracił czujność. Zanim odwrócił głowę, przybrał twarz numer sześć — tę, którą zakładał zawsze, gdy coś miało się spierdolić, ale w tej chwili wszystko miało być dobrze. Na jego ustach pojawił się zadziorny, szelmowski uśmiech, a gdy nawiązał z nią kontakt wzrokowy, napięcie mięśni barków i ramion zdradzało więcej, niż chciał pokazać. W środku był jak tykająca bomba, dynamit z lontem rozpaczliwie zbliżającym się do końca.
Czy ja wiem… czy widok gotującego chłopa może być dla kogoś atrakcją? — rzucił półżartem, jakby to było coś zupełnie niewinnego, choć doskonale wiedział, że nigdy wcześniej nie ugotował im niczego od zera. Zwykle pomagał, plątał się pod nogami albo zamawiali coś na wynos. Gotowanie było zazwyczaj przykrywką. Dziś było próbą zatrzymania się. Zaśmiał się cicho, odkładając ścierkę na blat, po czym odwrócił się do niej przodem, pokazując się niemal w całej okazałości — poza ręcznikiem przewiązanym nisko na biodrach, jedyną granicą między nim a pełną nagością. Czy planował się ubrać po prysznicu? Raczej nie. Lepiej mu się myślało, gdy nie czuł na sobie ciężaru dnia. Przynajmniej dopóki Rae nie stanęła w kuchni.
A co to za problem? Mogę wziąć prysznic po raz drugi… — poruszył brwiami w sugestywny sposób i ruszył w jej stronę z tą charakterystyczną pewnością, jak drapieżnik, który nie musi się spieszyć. Po drodze przeciągnął dłonią po wilgotnych włosach, zgarniając je do tyłu, a gdy znalazł się przy niej, jego ręce bez zawahania spoczęły na jej biodrach, przyciągając ją bliżej. Pocałował ją długo i głęboko, bez pośpiechu, z napięciem, które narastało powoli, jakby sprawdzał, czy wciąż są po tej samej stronie. Jego usta były ciepłe, pewne, a dotyk zdradzał coś więcej niż chwilowy impuls — było w nim pragnienie, ale też potrzeba bliskości, zatrzymania tej chwili na dłużej. Przez moment świat zawęził się tylko do nich, do ciepła skóry i przyspieszonego oddechu.
Kiedy w końcu się odsunął, nie zrobił tego gwałtownie. Oparł swoje czoło o jej czoło, zamykając na chwilę oczy, oddychając razem z nią, jakby potrzebował tej krótkiej pauzy, żeby nie przekroczyć granicy zbyt szybko. Jego dłonie wciąż spoczywały na jej biodrach, a kciuki zataczały drobne, niemal nieświadome ruchy. Dopiero po chwili uniósł głowę, spojrzał na nią z tym samym półuśmiechem, w którym zawsze kryło się więcej, niż mówił na głos, i zapytał ciszej:
To jak… jak minął ci dzień, zanim zorientowałaś się, że w twoim mieszkaniu kręci się intruz w ręczniku?



Raelyn Richards
ODPOWIEDZ

Wróć do „Porzucone”