ODPOWIEDZ
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rocket Wilder

Od wypadku minął już tydzień, dwa, lub trzy. Sama Cynthia nie do końca była w stanie stwierdzić, ile czasu minęło. Czuła w żołądku dziwne skurcze, kiedy tylko przypominała sobie rozgrywającą sie scenę przed jej oczyma. Miała dosyć wszystkiego, jednak... wróciła do pracy. Żebra dalej jej doskwierały, bardziej rozbudowane ruchy sprawiały jej problemy. Jednak wrodzony pracoholizm ani na moment nie pozwolił się jej zatrzymać.
Ten dzień miał być zwyczajny. Świeżo co zaparzona kawa, śniadanie w pokoju socjalnym w samotności. Każdy wymarzony punkt programu dnia Cynthii wydawał się spełniać. Ona sama też zaczynała widzieć w tym głębszy sens. Praca w ciszy, spokojnie wykonywane cięcia, zapach środków dezynfekujących i utrwalających preparaty biologiczne.
Dzień idealny.
Do czasu aż dowiedziała się, że przy jednej z sekcji ma towarzyszyć jej pewien strażak. Nienawidziła rozpraszaczy. Powodowały u niej wielki ból głowy. Prosektorium było dla niej miejscem, w którym w żaden sposób nie powinna być kwestionowana cisza. Za to tego dnia wszystko miało się zmienić. Jeden niezbyt specjalny przypadek. Niezbyt znaczący, smutny i powodujący ból głowy. Podpalenia, w których służby miały coś do powiedzenia, męczyły ją. Sama byłaby w stanie rozwiązać zagadkę. Martwe ciała przypominały jej otwartą księgę.
Zdążyła uszykować stół sekcyjny, denat leżał na nim, a ona już się denerwowała. Przygotowała sobie spokojnie pole do cięcia, choć z tych zwłok niezbyt wiele zostało. Antropolog sądowy miałby tutaj większy sens. Identyfikacja wstępna ofiary prawie, że w całości spalonej. W powietrzu unosił się nieznośny zapach nie do opanowania.
Spóźniony — mruknęła pod nosem Cynthia, nawet nie unosząc wzroku znad denata — nie rozumiem, po co wezwali tu strażaka. Sama bym sobie poradziła — dodała dla zwykłej złośliwości. Przyzwyczaiła się do obecności różnych osób. Adwokatów, studentów, policjantów, ale strażacy w większości działali ją na nerwy. Nawet po ostatnim dachowaniu, a może przede wszystkim po nim, czuła nieprzyjemny ścisk w żołądku.
... Rocket? — spytała lekko skonsternowana, kiedy uniosła wzrok. Przez moment po jej ciele przeszły nieprzyjemne dreszcze. Przed oczyma zamiast mężczyzny ponownie zobaczyła sceny z taksówki przed oczyma oraz ten huk, który rozchodził się, gdy auto dachowało.
35 y/o
For good luck!
180 cm
strażak Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba liczba pojedyńcza
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Rocket zatrzymał się w progu prosektorium na dłużej, niż wypadało. Na tyle długo, że cisza zdążyła się zagęścić, a powietrze jakby stwardniało. Drzwi zamknął za sobą ostrożnie, niemal bezgłośnie, choć ciężkie buty i tak wydały cichy, głuchy dźwięk na posadzce. Ten dźwięk zabrzmiał w jego głowie zbyt wyraźnie. Zapach uderzył go natychmiast. Nie był to zapach pożaru, który znał aż za dobrze — tamten był żywy, agresywny, duszący, pełen gorąca i chaosu. Ten był inny. Chłodny. Martwy. Chemiczny. Zapach końca, nie walki. Zapach miejsca, w którym niczego się już nie ratuje.
Rocket wziął głęboki oddech, powoli, świadomie. Jak na akcji. Jak wtedy, gdy trzeba było uspokoić puls, zanim wejdzie się w ogień. Tyle że teraz nie było wejścia. Było tylko stanie i patrzenie. Mundur miał na sobie. Nie zdjął go po drodze, choć ktoś mu powiedział, że nie musi. Musiał. To była ostatnia rzecz, która trzymała go w jakiejkolwiek strukturze. Bez niego byłby tylko facetem, który przyszedł zobaczyć, czy jego najlepszy przyjaciel naprawdę nie żyje. Słowa Cynthii dotarły do niego z opóźnieniem.
Spóźniony.
Po co tu strażak.

Nie poczuł ukłucia irytacji. Nawet nie drgnął. Te słowa nie miały już ciężaru. Wszystko, co mogło go zaboleć, wydarzyło się wcześniej — w chwili, gdy kazali mu wsiąść do auta i pojechać tutaj. W chwili, gdy zrozumiał, że nie chodzi o identyfikację proceduralną, tylko o coś znacznie gorszego. Podszedł kilka kroków dalej. Każdy był wysiłkiem. Jakby podeszwy butów przyklejały się do podłogi. Jakby ciało próbowało go zatrzymać, jeszcze zanim zobaczy. Stół sekcyjny zobaczył natychmiast. Sylwetkę przykrytą. Spaloną niemal do granic rozpoznawalności. Rocket poczuł, jak coś w nim gwałtownie się napina — odruchowo, instynktownie. Najpierw spojrzał na dłonie. Zawsze zaczynał od dłoni. Dłonie mówiły prawdę, nawet kiedy reszta była odebrana. W głowie mignęły mu obrazy zupełnie niepasujące do tej sceny. Śmiech w remizie. Uderzenie pięścią w ramię po udanej akcji. Głupie żarty przy kawie o trzeciej nad ranem. Obietnice, że po tej zmianie pójdą na piwo.
Zacisnął szczękę tak mocno, że aż zabolało.
Dopiero wtedy usłyszał swoje imię.
— Rocket?
Ten głos.
Odwrócił się powoli. Zbyt powoli jak na kogoś, kto zwykle reagował błyskawicznie. Spojrzał na Cynthię i przez krótką, zdradliwą sekundę jego umysł połączył rzeczy, które nie powinny się łączyć.
Światła odbijające się od szyb. Dachujące auto. Jej urywany oddech. Zapach dymu. Jej ciało w jego ramionach. Wizje, które nie powinny go dręczyć. Tyle ludzi już uratował, tyle żyć ocalało. I żadna akcja nie zapadła mu tak w pamięci, jak ta.
A teraz to miejsce. Ten stół. Ta cisza.
Poczuł, jak żołądek skręca mu się w bolesny węzeł. Jakby organizm nie potrafił oddzielić jednego rodzaju traumy od drugiego. Jakby wszystko wydarzyło się naraz.
Tak — odpowiedział w końcu. Głos miał niski, zachrypnięty, ale opanowany do granic możliwości. — To ja.
Zrobił jeszcze jeden krok w stronę stołu. Już nie patrzył na nią. Nie dlatego, że nie chciał — po prostu nie miał na to przestrzeni. Cała jego uwaga skupiała się teraz na ciele, na tym, co zostało z człowieka, którego znał lepiej niż kogokolwiek w tej robocie. Wtedy podczas wypadku był bohaterem, w tym momencie ... Nie wiedział kim był. Może nawet obecność Cynthii wytrąciła go delikatnie z równowagi?
Zatrzymał się przy stole. Stał wyprostowany, jak na apelu, ale w barkach było widać napięcie, które nie miało ujścia. Dłonie trzymał wzdłuż ciała, palce lekko zgięte, jakby wciąż były gotowe chwycić, pociągnąć, wyrwać kogoś z ognia. Tylko że tym razem nie było już kogo ratować.
To był mój najlepszy przyjaciel — powiedział cicho. Głos mu nie zadrżał. Jeszcze nie. Ale coś w nim było złamane. — Pracowaliśmy razem od lat. Znałem go… — urwał na moment, jakby słowa nagle przestały mieć sens — …lepiej, niż kogokolwiek innego z jednostki. - Powiedział to po prostu, od tak chociaż nikt nie pytał. W końcu w innym przypadku to on mógł tam leżeć, ledwo rozpoznawalny, gdy byłoby już po wszystkim. Od jakiegoś czasu Rocket myślał, że coś nad nim ciąży. Jakieś fatum... Czy Cynthia nie wspominała o czymś podobnym wtedy pod karetką, musiałby cofnąc się pamięcią do tego dnia.
Spojrzał w końcu na Cynthię. Krótko. Uważnie. Jakby sprawdzał, czy to naprawdę ona, czy tylko kolejne złudzenie zmęczonego umysłu. Już raz pomylił ją z jedną osobą, osobą najważniejszą w jego życiu, a raczej przeszłości.
Wiem, że to dla ciebie procedura — dodał ciszej. — Dla mnie to ostatnia rzecz, jaką mogę dla niego zrobić. Dlatego przepraszam za spóźnienie, ale musiałeś się do tego przygotowac...
Odwrócił wzrok z powrotem na ciało. Powietrze było ciężkie. Każdy wdech bolał. Mogła go pamiętać, jako twardego strażaka z którym gaedziła sobie przy karetce, w tym momencie stał przed nią całkiem inny człowiek. Krucha kopia umięśnionego troglodyty, schowana pod mundurem.
Jeśli… — zaczął, po czym zamilkł. Zebrał się. — Jeśli będziesz potrzebowała potwierdzenia czegokolwiek… znaków rozpoznawczych… — urwał ponownie, bo nagle uświadomił sobie, jak niewiele z nich mogło zostać.Zacisnął dłonie w pięści, szybko, na sekundę, jakby chciał zdusić w sobie impuls, który kazał mu zrobić krok bliżej i dotknąć.
Zróbmy to spokojnie — powiedział w końcu. — Jak pracę.
To słowo zabrzmiało obco, niemal fałszywie. Bo dla niej to była sekcja, pewnie jedna z kolejnych. Dla niego — pożegnanie, którego nigdy nie chciał - tym bardziej kogoś naprawdę bliskiego. Rocket stał przy stole sekcyjnym, nieruchomy, z sercem bijącym zbyt głośno w klatce piersiowej, wiedząc, że za chwilę usłyszy jedno słowo, jeden fakt, który zamknie wszystko, co znali. I nie był pewien, czy jest na to gotowy.
- Jak się w ogóle czujesz? - Rzucił przerywając chwilową ciszę, w końcu Cynthia musiała przejść rekonwalenscencje po wypadku, który przecież nie był łagodną stłuczką. Dokładnie pamiętał detale i to w jakim stanie zostawił ją przy karetce, nie szukając potem już o niej informacji. Po pierwsze nie chciał mieszać w głowie, w szczegolności sobie. A po drugie, nie miał czasu - w szczególności po tym, jak zaczęła polować na niego pewna adwokatka.

Cynthia A. Ward
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rocket Wilder

Zmierzyła go wzrokiem. Przypominał ją o tamtym wypadku. Delikatne dreszcze przeszły przez całe jej ciało, a ona sama nie wiedziała przez moment, co powinna ze sobą zrobić. Próbowała się wyprostować, wrócić do pełnego skupienia, ale przed oczyma widziała jedynie tamten wypadek. Huk, dym, dachujące auto i samą siebie. Osobę, która chciała się poddać, ale on ją uratował. Powinna być chłodna, wyrachowana. To miała być zwykła procedura medyczna. Nic więcej.
Mruknęła coś cicho pod nosem. Niezidentyfikowany dźwięk potwierdzający, że go usłyszała. Mogła spotkać każdego strażaka, a los był przewrotny. Ze wszystkich pojawił się ten, któremu coś zawdzięczała. Czuła się z tym odrobinę niezręcznie. Nie do końca wiedziała, co powinna ze sobą zrobić. Nawet sekcja zwłok nie wydawała się być atrakcyjna. Zwłaszcza że większość ciała spowijały poparzenia II i III stopnia.
Współczuję Rocket — powiedziała krótko Ward. Sama nie była zbyt rozmowną osobą, ani nawet empatyczną. Za to była w stanie wyobrazić sobie całą sytuację w głowie. Od niej samej odchodzili ludzie. Nie były to ofiary strawione przez niepowstrzymany ogień. Odchodzili po cichu. Niektórzy w wypadku samochodowym, inni wyjeżdżali, zostawiając ją z problemami. Mogła mówić, że jeszcze kiedyś ich zobaczy, ale szczerze w to wątpiła. Ludzie trzymali się od niej z daleka, bo przynosiła pecha. Sama to czuła na własnej skórze.
Nigdy nie miała w sobie zbyt wiele odwagi. Tym razem uniosła delikatnie dłoń, by położyć ją na ramieniu Rocketa, dać mu, chociażby odrobinę wsparcia. On jej dał, kiedy go potrzebowała. Teraz mogła mu się odwdzięczyć tym samym.
Ostatnią rzeczą będzie pożegnanie w trakcie pogrzebu — była chłodna, nawet teraz brzmiała wręcz metodycznie. Dla niej leżący strażak był po prostu ofiarą nieszczęśliwego wypadku, lub podpalenia. Coś strawiło jego ciało — teraz jesteś strażakiem, tam będziesz przyjacielem — stwierdziła Ward, spoglądając badawczo. Zaraz wróciła wzrokiem do ciała. Musiała zebrać odpowiednią ilość próbek, licząc, że nie wszystko doszczętnie się spaliło.
Poradzę sobie sama — powiedziała poważnym tonem — jeśli nie chcesz w tym uczestniczyć, to powiedz, wypuszczę cię — nie lubiła, gdy ktoś przerywał jej w pracy. Rocket nie poda jej narzędzi, był obciążony emocjonalnie. Wolała samodzielnie wykonać całą procedurę. Wtedy miałaby pewność, że strażak szybko opuści jej prosektorium, by najbliżsi mogli się z nim podzielić.
Ja? — spytała niepewnym głosem. Szybko odwróciła głowę w przeciwną stronę do Rocketa — mogłoby być lepiej — czyli na jej standardy było okropnie. Miała już dosyć — wiesz, już nie wsiadam do taksówek — chciała rozładować atmosferę miedzy nimi w odrobinę naturalny sposób. Nie potrafiła żartować, a nawet własne słowa spowodowały wystąpienie u niej dreszczy żenady.
Mogę Ci jakoś pomóc? — spytała finalnie, odkładając na moment skalpel. Widocznie wpierw musieli porozmawiać, obniżyć napięcie miedzy nimi samymi.
ODPOWIEDZ

Wróć do „University of Toronto”