ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
186 cm
detektyw wydziału ds. gangów i broni Toronto Police Service (TPS) Headquarte
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkimęskie
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

2
outfit


Jak powszechnie wiadomo wszelkie plany mają swą niezwykłą tendencję do tego by zawodzić, a zwłaszcza w najmniej oczekiwanych momentach, wówczas w grę wchodzą mechanizmy wypraktykowane przez godziny ćwiczeń i szkoleń, a przede wszystkim wypływa doświadczenie oraz umiejętność działania pod presją, kiedy nad głowami kule świszczą, a ranni towarzysze wypatrują pomocy, należy działać rozważnie z pełną uwagą; zachowawczo, ale i zuchwale, tak by zminimalizować ryzyko własnej klęski, ale i uchronić rannych członków oddziału od pozostawania na linii frontu, jednocześnie neutralizując zagrożenie.
To banalnie proste, kiedy się o tym słucha podczas wykładów. Niepokojącą często Macallan odnosił wrażenie, że ci instruktorzy, których porucznik im wysyła na szkolenia, nabyli wiedzę, którą przekazują dalej poprzez książki i kursy, a prawdziwą strzelaninę widzieli wyłącznie na filmach.
Inaczej rzecz się ma podczas trwania po szyję w bagnie takim, w którym ponad głowami świszczą pociski, a ludzie giną, bo strach lub panika, a może obie naraz? Zaciskają swe zimne szpony na trzewiach nieszczęśnika. W takich momentach, jak ten przy starych magazynach portowych, kiedy tak niewiele dzieliło go od śmierci; czuł paradoksalnie, że żyje.
I o dziwo lubił ten stan.
Znacznie mniej lubił natomiast momenty, takie jak ten obecny, gdzie pędząc w karetce wraz z zespołem ratowników pomaga powstrzymać krwotok z rany postrzałowej jego partnera. A im dalej od miejsca niedawnej strzelaniny się znajdowali tym bardziej odczuwał, bezsens i bezradność wiążącą się z dokonanym wyborem wobec ścieżki zawodowej. Byli jak wyrwani z innego wymiaru przybysze, którzy zakłócili porządek w szpitalu.
Cisza przerwana wyciem syren i krzykami; a on ponownie poczuł się, jak na placu boju, to wrażenie wcale nie zniknęło; ono wyłącznie ucichło na moment, by ponownie wypłynąć pod dyktandem sprzyjających warunków. Jasne szerokie szpitalne korytarze wypełnione były wózkami, ludzie biegali, a osoby w bieli wyraźnie odznaczały się na tle pozostałych obserwatorów i innych osób z personelu medycznego. Wiedział, że to dla nich nie nowość, że potrafią działać sprawnie, znał klasyfikację rannych i rozumiał zasady, tego jak to wszystko wokół działało, a jednak. Coś w nim pękło i nim zdołał zapanować nad sobą, było już za późno:
Do cholery mój partner ma ranę postrzałową i potrzebuje natychmiastowej operacji! — wybuch irytacji uderzył w złotowłosą młodą kobietę, której zagrodził ciałem drogę i w dość agresywny sposób przemówił. — Nie po to go tu wieźli, by teraz wykrwawił się na waszych oczach — przesadził, wiedział, że krwotok był zatamowany, a pocisk ze wstępnych oględzin przeszedł gładko przez ciało, ale jednak czuł ogromną złość, bezsilność i… zmęczenie. Potrzebował jakiegokolwiek impulsu i znalazł go w najgorszy możliwy sposób.
Biel kitla kontrastowała z jego czarnym mundurem; nieskazitelna czystość kłóciła się ze śladami krwi i brudu na kamizelce, kolanach i rękawach; a stetoskop, był zaprzeczeniem broni krótkiej, którą miał u boku w kaburze.
Nawet jeżeli pragnął wypowiedzieć słowa skruchy, tak przez ściśnięte w żelazne obcęgi gardło nie wyszło żadne słowo. Zamilkł wpatrzony w duże oczy młodej lekarki.

Abby Wallace
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor


004.
Get out of my way
and let me do the work



Dyżury na sorze były… ciężkie.
Wcale nie przez wymaganą wiedzę i skrajność przypadków — akurat na to Abby była przygotowana od miesięcy, odkąd po raz pierwszy założyła biały fartuch z plakietką rezydent. Ciężar brał się z tempa, jakie było z góry narzucone, z hałasu i chaosu, z ciał, które pojawiały się nagle i w nadmiarze oraz z decyzji, które trzeba było podejmować szybciej, niż głowa miała chwile, by się w ogóle zastanowić.
Tego dnia w szczególności.
Najpierw poszła informacja — strzelanina w centrum miasta. Suchy komunikat rzucony w biegu, bez większych szczegółów przez przełożonego oddziału. Każdy dostał jakieś zadanie i odpowiedni przydział na kilka sekund nim zza budynku było już słychać rytmiczne koguty.
Potem przyjechała pierwsza karetka.
Druga.
Trzecia.
Drzwi nie zdążyły się dobrze zamknąć, a już ktoś krzyczał o kolejne nosze. Z prawej ratownicy przedstawiali kolejny przypadek, informując, co już dokładnie zdążyli zrobić, podczas gdy z lewej jakaś kobieta zwijała się z bólu na szpitalnym łóżku. Krew była wszędzie; na prześcieradłach, na podłodze i rękawiczkach, które Abby zmieniała automatycznie, nie licząc już zużytych par.
Oddychała nerwowo, z całych sił starając się uspokoić rozszalałe w piersi serce. Całe szczęście ręce pracowały szybciej niż myśli, a mechanizmy, które wypracowała przez setki godzin praktyk nie zawodziły. Przyjmowała coraz to nowych przyjezdnych; oceniała drożność dróg oddechowych, ciśnienie, oddech, krążenie. Numerowała ludzi w głowie, nie imionami, tylko potrzebami.
Ten natychmiast.
Ten za chwilę.
Ten może poczekać.
Biegała po całym oddziale, nawet na moment się nie zatrzymując. Przy łóżku numer pięć kończyła się krew do przetoczenia, dlatego Wallace niewiele myśląc, już kierowała się w stronę awaryjnej lodówki. I pewnie trafiłaby tam bez problemu, gdyby ktoś nagle nie stanął na jej drodze. Uniosła nerwowe spojrzenie na mężczyznę w policyjnym mundurze, a kiedy ten zaczął się unosić, Abby jedynie ściągnęła brwi do siebie.
Rozumiem pana frustrację, ale proszę mi zaufać, robimy co możemy, by każdemu udzielić należytej pomocy — strzeliła pierwszą, lepszą wyuczoną regułką, którą powtarzała już setki razy. Jej ton był spokojny, sztuczny wręcz, ale kto by się tym przejmował? Na pewno nie kobieta, która działała w stanie skupienia, na pełnych obrotach. — A teraz przepraszam — zrobiła krok do przodu, jednak kiedy chciała go wyminąć, on znowu zatorował jej drogę, unosząc się jeszcze bardziej.
Abby chociaż była tu od niedawna, zdążyła się już przyzwyczaić, że u większości ludzie stres i bezradność bardzo szybko przeistaczała się w gniew. Ludzie krzyczeli tu na porządku dziennym i doskonale wiedziała, że nie powinno to zrobić na niej wrażenia.
A jednak trochę zrobiło.
Może to kwestia ogromnego stresu, pod którego wpływem ona sama była? Chaosu, który panował dookoła? A może faktu, że facet, który stał przed nią wcale nie był pierwszym lepszym Mietkiem z ulicy, a fukcjonariuszem policji, który akurat doskonale powinien wiedzieć, jak działały pewne systemy w placówkach jak ta.
Jak przyjdzie jego kolej, z pewnością ktoś się nim zajmie — rzuciła już o wiele bardziej ostro, wbijając ciemne spojrzenie w to jego równie intensywne, przepełnione ogniem i narastającą frustracja. — Nikt się tutaj nie wykrwawi — dodała stanowczo, bo akurat tego była przekonana. Skoro jego kolega nie został jeszcze przyjęty, najwidoczniej jego stan był stabilny do tego stopnia, że mógł jeszcze poczekać na swoją kolej, podczas gdy pomoc była udzielana ludziom, którzy potrzebowali jej o wiele bardziej pilnie.
I Abby też nie miała całego dnia, by stać bezczynnie i dyskutować z facetem, który nie robił nic innego, jak gromił ją wzrokiem z miną, jakby wcale nie miał zamiaru jej tak łatwo odpuścić. I super, tylko ona naprawdę potrzebowała iść po worek z krwią, a on zdecydowanie stał jej na drodze.
W korytarzu jest automat — odezwała się po chwili, wykonując krok do przodu, wciąż jednak nie spuszczając wzroku z mężczyzny. — Mają tam miętówki z melisą. Pomagają na uspokojenie. Może pan wziąć nawet trzy — widziała, że nie powinna. Że najlepszym wyjściem było po prostu zostawić go tutaj bez zbędnego gadania i pójść robić swoje. Tylko Abby Wallace miała niewyparzony język, szczególnie w sytuacjach podbramkowych i czasami wcale nie panowała nad drobnymi złośliwościami, które opuszczały jej usta. — Nawet cztery — dodała jeszcze na odchodne, a potem wyminęła mężczyznę, kierując się do podłużnej lodówki, stojącej pod ścianą. No tylko czy ona naprawdę myślała, że facet tak po prostu odpuści i pójdzie sobie opierdolić miętówkę?

Tony Macallan
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
30 y/o
For good luck!
186 cm
detektyw wydziału ds. gangów i broni Toronto Police Service (TPS) Headquarte
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkimęskie
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Niemal poczuł ten charakterystyczny skurcz wywołany przez wyrzuty sumienia, coś jednak w postawie blondynki mu nie odpowiadało, a sposób, w jaki na niego patrzyła sugerował, że powstrzymywała się przed eskalacją konfliktu, niemal jej się to udało, o mały włos, a osiągnęłaby cel i wygrałaby, a on pozostawałby tym podłym agresorem, który na nią naskoczył, prawie. Patrzył kobiecie w oczy dość wymownie wystarczająco długo by rozeznać na jej twarzy zmęczenie wynikające z pracy w tym chaosie. Ale nie potrafił, jak i ona odpuścić, jakby potrzebował tego zastrzyku prowokacji do życia, bo strzelanina w magazynach portowych mu nie wystarczyła, to było frustrujące, zwłaszcza iż przywykł do innego traktowania policjantów na służbie, zwykle mieli pierwszeństwo przed wszystkimi innymi. Dziwił się, że tego nie wiedziała, była młoda i jak się dała poznać po tych kilku zdaniach i spojrzeniu, miała temperamencik. Mógł wnioskować, że nie przejdą u niej takie układy, że jest bezlitosna, jeśli chodzi o kolejkę i nie odpuści, ale… on również był uparty.
Wykonywał obowiązki służbowe i to podczas pracy został ranny. — Zaznaczył chłodno, jednocześnie prostując się i z góry patrząc na lekarkę. — Jasne w pierwszej kolejności weźcie pod skalpel tego, który go postrzelił — uśmiechnął się cynicznie, bo miał ochotę zadrwić z tej patowej sytuacji.
Wiedział, że to lekarze decydowali o kolejności; o tym, kto kwalifikuje się pierwszy do operacji, kiedy stan pacjenta jest krytyczny. Wszystko to wiedział, a jednak fala frustracji sprawiała, że nie potrafił po prostu milczeć. Czasem miał ochotę zapomnieć o kodeksie, o przepisach, prawie… i zostać rewolwerowcem, łowcą głów, kimś, kogo nie obowiązują te wszystkie wiążące ręce zasady.
Wiedział, że ci, których postrzelili, byli wyłącznie płotkami i nie wnosili niczego do prowadzonego śledztwa, owszem zapełnią cele w więzieniach na kilka lat, ale nie dłużej… Wydział będzie się chwalił z medialnego wydarzenia, a porucznik i komendant poklepią po plecach, ale Macallan miał świadomość, że to wszystko było na darmo, ta akcja powinna zostać przeprowadzona inaczej, to wszystko powinno odbyć się na dużo większą, bardziej angażującą skalę, ale nie miał na to decydującego wpływu. To, co teraz przeżywał to wynik złości – nieuargumentowanej skierowanej na nią, bo stanęła mu na drodze i odpowiedziała na jego zaczepkę. Pochłonięty tą emocją nie potrafił, tak po prostu przerwać tego i odpuścić, jakby kobieta odpowiadała za wszystkie te problemy, które kradły mu sen z powiek w bezsenne noce.
Wezmę od razu całą garść, bo tobie się one również przydadzą — warknął poirytowany i odwrócił się na pięcie, pozwalając kobiecie bezproblemowo przejść. Nie chciał na nią patrzeć, dlatego wyszedł na główny korytarz i odnalazł wspomniany automat, ale zamiast miętówek zamówił kawę. Zmęczenie go dobijało, a powieki ciążyły niemiłosiernie. Musiał jeszcze wrócić i zdać raport z tego, co się wydarzyło. Cieszył się w duchu, że korytarz opustoszał, był środek nocy, a po nagłym chaosie, jaki wypełniał to miejsce jeszcze chwilę temu, teraz nie pozostało śladu. Wszyscy byli zajęci, a lekarze i personel medyczny opiekowali się poszkodowanymi. Dał sobie chwilę siadając na jednym z krzesełek, nieopodal okna. Oddychał spokojnie, głęboko. W rękach trzymał jednorazowy kubek z kawą, która przyjemnie ogrzewała skostniałe od zimna dłonie. Miał nadzieję, że złotowłosa wredna baba już go nie nawiedzi.

Abby Wallace
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Faktycznie powstrzymywała się przed eskalacją konfliktu. Była to jedna z cech, które wpajali im na studiach godzinami. Rozwodzili się, jak to trzeba było trzymać emocje na wodzy i prywatne przekonania w rozmowach z pacjentkami, a przede wszystkim z ich rodziną. Bo to właśnie bliskim zazwyczaj strach i niemoc przesłaniały zaufanie do lekarzy, chowając się pod maską gniewu i całą listą pretensji. Najważniejsze, to nie dać się wyprowadzić z równowagi, powtarzał jej ulubiony wykładowca Joseph, nawet kiedy frajerzy będą was chcieli zrównać z błotem, kończąc tym jakże dosadnym stwierdzeniem. Cóż, nie bez powodu był jej ulubionym profesorem.
I właśnie według tej zasady Abby starała się zachować w przypadku policjanta, który bardzo dosadnie d o m a g a ł się, by zająć się jego współpracownikiem. Wallace rozumiała, że ranga funkcjonariusza może w normalnych okolicznościach czyniła go nieco lepszym, bardziej istotnym, jednak na sorze — kiedy to liczyło się życie a nie złote odznaki — pierwszeństwo mieli ci bardziej potrzebujący. Nawet przestępcy. Etyka lekarska wymagała ratowania nawet największych kryminalistów, chociaż serce niekiedy dyktowało zupełnie inaczej.
Szkoda tylko, że szanowny Pan policjant wcale tego nie rozumiał i wciąż drążył temat, wwiercajać intensywnie ciemne tęczówki prosto w te równie czekoladowe, należące do Abby. Nie chciała dać się wyprowadzić z równowagi, a jednak serce w piersi przyśpieszyło nieznacznie na jego kolejne słowa.
Świetnie — odezwała się w końcu równie chłodno, co on. — W takim razie powinieneś doskonale rozumieć, że ja swoje również właśnie wykonuje — już nawet nie zwracała uwagi na fakt, że przeszła z nim na Ty bez wyraźnej zgody z obu stron, ani na to, że nie wiedzieć kiedy, wykonała w jego stronę kolejny krok, praktycznie się z nim zrównując. Tylko głowe musiała zadrzeć, biorąc pod uwagę różnice wzrostu.
Pod skalpel pójdzie w pierwszej kolejności ten, kto bardziej tego potrzebuje — wyjaśniła, jakby jeszcze tego nie zrozumiał. Bo chyba nie rozumiał, biorąc pod uwagę jak gromił ją wzrokiem. Szkoda tylko, że Abby nic sobie tego nie robiła. Chociaż ogień w jego oczach powodował, że i krew w żyłach Wallace zaczęła szybciej płynąć. A kiedy się tak działo, człowiek potrafił powiedzieć o dwa słowa za dużo… — My tu ratujemy życia. I gówno kogoś obchodzi fakt, że nosicie mundury — dodała już bez ogródek. Może niepotrzebnie, może faktycznie nie powinna, ale stało się. Nie było czasu się teraz nad tym zastanawiać, dlatego posłała mu jeszcze jedno spojrzenie, a potem w końcu trąciła z barku i poszła po krew, na którą czekał pacjent w potrzebie.
Zaniosła krew, pomogła ją odpowiednio przetoczyć i szybko zajęła się innymi pacjentami. Kilkakrotnie minęła policyjnego gbura — siedział przy marnym kubku kawy, co jakiś czas gromiąc ją wzrokiem, nawet nie zdając sobie sprawy, że Wallace faktycznie zajrzała do jego przyjaciela i sprawdziła go dokładnie. Opatrunek na ramieniu był suchy, skóra ciepła, puls na nadgarstku wyraźny. Jeszcze dwie osoby i był następny do zabiegu, który już zdążyła potweirdzić z pielęgniarką dużyrującą.
Chociaż godziny była późna, na sorze wciąż panował istny chaos. Wciąż brakowało łóżek, ciągle ktoś się zatrzymywał, ktoś inny tracił krew, a rąk do pomocy było coraz mniej, żeby nie powiedzieć praktycznie wcale.
Nagle pisk monitora przebił się przez hałas, oznajmiając o kolejnym zatrzymaniu. Abby zareagowała odruchowo, zanim jeszcze zdążyła pomyśleć, podbiegając do łóżka, sprawdzając tętno.
Zatrzymanie! — ktoś krzyknął z drugiego końca sali, jakby to w ogóle było potrzebne.
Klęknęła przy pacjencie rozpoczynając masaż serca. Palce na mostku, mocno, rytmicznie. Klatka piersiowa uginała się pod jej ciężarem. Każdy ucisk był szybki, głęboki, z należytą pewnością.
Rozejrzała się, szukając wsparcia — pielęgniarki były zajęte przy innych łóżkach, lekarz dyżurny przy innym pacjencie. Nie było nikogo, kto mógłby pomóc założyć worek wentylacyjny.
Kurwa.
Jej wzrok w końcu padł na policjanta pod ścianą.
Hej!! — krzyknęła głośno, wciąż uciskając, jednach facet zdawał się nie zwracać na nią uwagi. — Ty z kawą — warknęła jeszcze donośniej, a on w końcu podniósł na nią wzrok. — Wstawaj. Już — rzuciła tonem nieznoszącym sprzeciwu. — No chodź tu. Rusz się — potrzebowała pomocy. Absolutnie nie była w stanie samodzielnie utrzymać go przy życiu na dłuższą metę, a policjant z pewnością był przeszkolony w wykonywaniu masażu serca. — Przejmiesz go ode mnie.
Chociaż Tony ruszając się z miejsca jeszcze nie wiedział, że facet, który właśnie się zapadał był tym, który postrzelił jego przyjaciela.

Tony Macallan
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
30 y/o
For good luck!
186 cm
detektyw wydziału ds. gangów i broni Toronto Police Service (TPS) Headquarte
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkimęskie
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie chciało mu się komentować słów lekarki, która już wystarczająco podrażniła jego i tak już zszargane nerwy. Sytuacja choć napięta nie była krytyczna, a jej zachowanie, pomimo iż było irytujące, tak miało swoje uzasadnienie, lecz mężczyzna nie potrafił odpuszczać i po prostu musiał iść w tę wojenkę, która koniec końców kończyła się chwilowym zawieszeniem broni, tak jakby w amoku wszystkich tych sytuacji wokół oni trwali w swoim świecie, bez podziału na role odgrywali teatrzyk dwóch kukiełek, co przez siebie mówią kąśliwie i dokuczliwie.
Świat jednak nie zwalniał dla nich, a chwilowe przestoje rekompensowały fale nowych przypadków trafiających na oddział ratunkowy. Ta nieustanna gonitwa była niesamowicie męcząca, gdy przyglądał się z fotela pasażera, zupełnie zapominając o blondynce, która miała niewyparzoną jadaczkę i próbowała go pouczać.
Miał pełne uznanie do ludzi jej profesji – poświęcali się ratowaniu życia i zdrowia, nawet jeżeli ratowali złych. Ten dysonans moralny udzielał mu się kilkukrotnie, czasem stając na rozdrożu dróg, czuł się jak głupiec wiedział, że nie jemu jest sądzić, że to nie on jest katem, ale irytacja pozostawała nawet, jeżeli ciało wykonywało wszelkie polecenia rozsądku.
Dźwięk aparatury niosący się miarowym echem po korytarzu nagle uległ zmianie, a w tym, co było mu już dobrze znane, dostrzegał nowe wybrzmienia; ostrzejsze, bardziej drażniące ucho. Podniósł głowę w samym momencie, by dostrzec biegnącą lekarkę w kierunku epicentrum nowego dźwięku. Była zaniepokojona, ale machinalnie wykonywała swoje polecenia, widział w tym porównanie do samego siebie i mimowolnie zirytował się za tą myśl, zbyt swobodnie oplatającą umysł.
Krzyk – głos, który już poznał. Ich oczy się na moment odnajdują, a w nim nie ma, ani chwili zawahania. Bo zaprogramowany tak samo, jak i ona podąża za głosem rozsądku i wpada w biegu do sali porzucając stygnącą na korytarzu kawę.
Zorientował się w sytuacji dość szybko; bo wystarczył jeden rzut na ekrany monitora i to, co dotychczas robiła blondynka. Przeją bez ociągania umierającego i dał z siebie wszystko, aby podtrzymać go przy życiu, bo jeśli nawet mieli się przekomarzać, to wolał to zrobić po tym, jak uratują komuś życie. Był pamiętliwy, marudny, ale w tym wszystkim potrafił okazywać względną cierpliwość, jeśli chodziło o uśpione wojenki. Kątem oka obserwował, jak lekarka sprawnie funkcjonowała w przestrzeni salki. Co robiła i chociaż wydawała się taka młoda, to odnosił wrażenie, iż była dobrze przeszkolona i czuła się w tym tak pewnie. Reanimując mężczyznę patrzył na aparaturę odczytującą czynniki życia i na nią. Nie sięgał wzrokiem na twarz mężczyzny, któremu chcieli uratować życie. Bez słów, bez gestów; pilnie nasłuchiwał bicia serca i poleceń.

Abby Wallace
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Serce waliło jej jak szalone.
Kurwa, jak ona nienawidziła SORu.
A mogła wieść spokojne życie na onkologii lub po prostu zostać lekarzem rodzinnym. Ale nie — jej zachciało się ratować życia tym najbardziej potrzebującym, przypadkom nagłym, potrzebującym natychmiastowej pomocy. W miejscu, gdzie wiecznie panował chaos, a rąk do pracy było zdecydowanie mniej niż wymagała sytuacja.
Zupełnie jak w momencie, gdy jeden ze świeżo przyjezdnych pacjentów zaczął się zatrzymywać. Abby była pozostawiona sama sobie — kompletnie nie gotowa, by poradzić sobie w pojedynkę. Może dlatego nie myśląc nad konsekwencjami zawołała do siebie buca, z którym wcześniej odbyła nieprzyjemną rozmowę. Nie powinna tego robić. Doskonale zdawał sobie sprawę, że mogła dostać za taką bezmyślność solidną reprymendę, ale co innego mogła zrobić, kiedy na szali było życie człowieka?
Policjant przyszedł praktycznie od razu i bez zbędnych pytań przejął od niej masaż serca. Wallace stała nad nim jeszcze kilka sekund, jakby chciała się upewnić, że na pewno robił to odpowiednio, w wyznaczonym wcześniej przez nią rytmie. Dopiero po chwili zerwała się z miejsca i ruszyła po worek wentylacyjny.
Paznokciem rozdarła foliowe opakowanie, a plastik zaskrzypiał cicho, gdy wyciągała z niego maskę i worek Ambu. Jej ruchy były szybkie, ale wciąż precyzyjne. Pacjent leżał z głową lekko odchyloną, jego usta były półotwarte, a wargi sine. Abby wsunęła dwa palce pod żuchwę, uniosła ją zdecydowanym ruchem. Udrożnienie dróg oddechowych, powtórzyła w myślach. Przelotnie spojrzała w stronę policjanta — wciąż wykonywał masaż serca.
No dalej — mruknęła bardziej do siebie, wpychając delikatnie rurkę ustno-gardłową, a następnie maskę z workiem.
Synchronizowała wprowadzanie powietrza do płuc z uciskami wykonywanymi przez policjanta. Odpowiednio instruowała go, kiedy powinien przestać, by mogła zacisnąć worek. Trzydzieści uciśnięć na dwa oddechy. Nawet na moment nie spuszczała z niego wzroku. Widziała, jak drobne kropelki potu osuwają się po jego twarzy, jak żyły wysuwają się przy skroniach i szyi pod wpływem dużego wysiłku fizycznego.
Jeszcze trochę — tym razem swoje słowa skierowała bezpośrednio do niego. Chociaż może to pacjenta również? Może też do siebie? Wiedziała, że nie jest w stanie sama tego ogarnąć, że potrzebny był defibrylator i to w trybie pilnym, podczas gdy oni próbowali zatrzymać faceta przy życiu.
Nie była pewna, ile dokładnie czasu minęło, ile oddechów zdążyła wprowadzić, ile głębokich spojrzeń w oczy wymienić z dupkiem policjantem, jednak w końcu zza kotary wyłonił się lekarz prowadzący z dwiema pielęgniarkami.
Jestem. Co tu mamy? — jego głos był oschły, a wzrok momentalnie oplótł monitor, a zaraz potem jeszcze całą scenę, która działa się przy łóżku. Zatrzymał się dłużej na policjancie, podczas gdy kobiety już podłączały defibrylator i elektrody .
Dwie minuty ucisków, skuteczna wentylacja, jest…
Wystarczy — przerwał jej momentalnie, podchodząc bliżej. — Będziemy ładować dwieście. Odsunąć się — rzucił beznamiętnie w stronę niższej pielęgniarki, a potem osadził swoje spojrzenie na twarzy Abby. — Zabieraj go stąd, Wallace. Poradzimy sobie sami.
Ale…
Już! — nie miała zamiaru się z tym kłócić. Skinęła jedynie głową, a w następnej chwili już szarpała mężczyznę w stronę korytarza, podczas gdy medycy ładowali już pierwszą dawkę elektrowstrząsów za ich plecami. Jej oddech był nierówny, a ręce lekko roztrzęsione. Na moment opadła plecami na chłodną ścianę, by nieco się uspokoić, jednak już po chwili wbiła ciemne spojrzenie w twarz policjanta.
I co — podeszła bliżej. Może nieco za blisko. — Dalej uważasz, że my tu, kurwa, nic nie robimy i jesteśmy po to, żeby robić komuś na złość? — wbiła palec w sztywny materiał jego munduru, podczas gdy wzrok wwiercał się w jego intensywnie brązowe oczy.
Może nie powinna go tak atakować — w końcu dopiero co pomógł jej przytrzymać człowieka przy życiu, jednak w takich chwilach emocje potrafiły wziąć górę. Szczególnie w sytuacjach tak skrajnych.

Tony Macallan
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
30 y/o
For good luck!
186 cm
detektyw wydziału ds. gangów i broni Toronto Police Service (TPS) Headquarte
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkimęskie
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Burza szalejąca w umyśle kształtowała swój obraz zdarzeń nieprzychylnymi scenami, które nie wpływały w sposób paraliżujący mężczyznę, czy jakkolwiek blokowały go, wręcz przeciwnie posłuszny poleceniom wykonywał je jednocześnie, kiedy tylko poczuł, że jest zbędny, a przeczucie to pokryło się z autentycznym poleceniem do opuszczenia sali poszkodowanego w strzelaninie – usłuchał, bez fochów, bez min, czy jakichkolwiek kąśliwych uwag.
Wyczuwalna dawka negatywnej energii jednak go nie opuszczała, a gdy obejrzał się za plecy zrozumiał dlaczego. Była kapryśna i nieznośna, tak jakby odpuścić mogła sobie wyłącznie po wygranej, bo w przeciwnym wypadku nici z jej satysfakcji. Błysk w dużych błękitnych oczach zdradzał, że jeszcze nie nasyciła się tą rozmową, tym rozdaniem docinków dlatego poszukiwała kontynuacji i oczekiwała, iż do niej dołączy.
Stał z początku ze wzrokiem obojętnym, takim co nie mówi wprost, tego, co autor myśli, ale zachowuje pewien próg domysłu, to nie była uwaga w jej kierunku; on zazwyczaj tak patrzył na świat i ludzi, zwłaszcza tych, którzy chcieli od niego czegokolwiek. Jej słowa natomiast wypływały sprawczym nurtem kształtującym obraz tej rozmowy, nowej relacji. Jaka nie zaczęła się zbyt pozytywnie, to trzeba przyznać, lecz zważywszy na okoliczności, tak mogło być zawsze dużo gorzej. Przynajmniej on wychodził z takiego założenia, bo nie przepadał za owijaniem w bawełnę, nawet najokrutniejszej z prawd.
Szukał w pamięci słów, jakimi mógłby odpowiedzieć; adekwatnie względem tego ataku, jaki przepuściła na niego. To było sprokurowane jego wcześniejszymi zachowaniami, miał tego pewność, ale i to nie było wszystko z samego początku, kobieta zdawała się emanować drzemiącą ochotą do rozpoczęcia kłótni, a więcej pracy na sorze wraz z chaosem, jaki tu zapanował po ich przyjeździe, było kropla, która przelała czarę goryczy. Tak sobie to tłumaczył przynajmniej…
Skup się na tym po, co tu jesteś — pierwsza salwa wypłynęła spomiędzy kształtnych surowych warg mężczyzny uderzając w rozgorączkowaną blondynkę. — Czy wolisz podkulić ogon i zmyć się z dyżuru, bo nawał pracy cię przerósł? — nachylił się nad nią prowokująco, celowo. Ale i upatrując w tym swojego punktu widzenia, miała rację w pierwotnych argumentach ich rozmowy; on zachował się pretensjonalnie, ona zaś teraz? Jaki poziom przedstawiała, gdy łóżka z poszkodowanymi oczekującymi kontroli piętrzyły się nawet na korytarzu? Tak wyrwała ją z posad obowiązku jego postawa? Nawet jeśli arogancka, zuchwała i godna dupka, to miał ku temu podstawy, aby się martwić, a ona? Ona miała go zapewnić, że robią wszystko, co w ich mocy, ten nikły ślad nadziei zaszczepić.
Więc jak? Zrobisz, co masz zrobić i przyjdziesz na tą cholerną kawę, będę tam czekał. Wówczas będziesz mogła ganić mnie za każde słowo wypowiedziane pod twoim adresem — jego ton zmiękł, stał się przyjemniejszy, a z oczu znikły iskierki irytacji.
Odetchnął.

koniec.
Abby Wallace
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”