Krzątał się między salonem a kuchnią, upewniając się, że zdążył wszystko przygotować na dzisiejszy wieczór. Nie miał na horyzoncie żadnego płomiennego romansu, ani wielkiej miłości, a same walentynki zamierzał spędzić w pracy, wprost uwielbiając ludzi zgłaszających się tego dnia na ratunkowy. Już kilka dni wcześniej wśród lekarzy i pielęgniarek rozpoczęły się zakłady, jakie najdziwniejsze przedmioty trzeba będzie wyciągać spomiędzy pośladków pacjentów, a na konwersacjach krążyły memy z serii if you’re brave enough. Plan na całodobowy dyżur odszedł jednak w zapomnienie, kiedy w luźnej wymianie wiadomości z Jamie, doszli do wniosku, że to idealna okazja, by zrealizować ich trzecią randkę. Wprawdzie poprzednie spotkania randkami były wyłącznie z żartobliwej nazwy, a i wieczór spędzony na oglądaniu filmów także miał takim być, ale Michael miał wciąż z tyłu pamięci słowa Park o beznadziejnym romantyzmie. Może i sam tkwił na przeciwległym biegunie, mając głęboko w poważaniu całą tą komercyjną otoczkę, to uznał, że chętnie pójdzie jej na rękę i zaoferuje coś, w czym ona się lubuje. Nie zamierzał się na nic nastawiać, nawet jeśli w ciągu ostatniego miesiąca widywali się parokrotnie, kiedy Graham wziął sobie wreszcie za punkt honoru, by doglądać pacjentki. Ich rozmowy nadal były przyjacielskie, ale poprzetykane niewinnymi dwuznacznościami, więc dlaczego tego nie podtrzymać?
Planem na kolację było oczywiście zamówienie czegoś z dostawą, bo pomimo posiadania przestronnej kuchni, lepiej dla świata byłoby, gdyby Michael z niej nie korzystał, a przecież nie będzie zmuszał Jamie, by gotowała. W lodówce już chłodziło się wino, a barek był standardowo wyposażony we wszelkie trunki z wyższej półki. Graham miał ich pokaźną kolekcję, choć tak naprawdę wolał nie pić w domu, zwłaszcza że nie miewał tu gości. Butelki były bardziej otrzymanymi prezentami i tylko jedna whisky została otwarta i nadpita parę miesięcy wcześniej.
Wystroił się, bo jakże inaczej. Białą koszulę zestawił z garniturem w kolorze głębokiej, butelkowej zieleni. Dobrał do nich krawat i poszetkę do butonierki zgodnie z wpajanymi przez rodziców zasadami. Wywodząc się z szumnie zwanych wyższych sfer, doskonale wiedział, co wypada, a co okaże się szpetnym faux pas. Plan był taki, by finalnie przebrać się w coś wygodniejszego, ale na początku warto sprawiać pozory.
Słysząc dzwonek do drzwi, przedostał się doń pospiesznym krokiem, w holu jeszcze przejrzawszy się w lustrze, czy prezentuje się odpowiednio godnie, po czym chwycił pokaźny bukiet czerwonych róż, jakie sprawił Jamie, by wszelkim zwyczajom stało się zadość.
— Witam w moich skromnych progach — skłonił się nisko i zaprosił ją do środka, nie chcąc, by marzła na zewnątrz dłużej, niż to niezbędne.
Jamie Park