-
Szczę-ścia-ra - wyszeptał, zerkając na nią, chociaż prawda jest taka, że Donnie też tak cienko nie prządł, ale on lubił po prostu ponarzekać. Poudawać nieszczęśliwego fotografa, dla którego prawdziwa sztuka to ciężki kawałek chleb. Tragiczna postać prawdziwego artysty.
A tak naprawdę to już miał na koncie kilka takich zdjęć, z różnych zakątków świata, które gdzieś tam krążyły, które żyły i generowały mu pieniążki. Z Toronto jeszcze takich nie miał, może dlatego nie umiał stąd wyjechać? Bo jak? Kiedy on jeszcze nie odkrył do końca tego miasta?
I teraz też do końca nie mógł odkryć, co się kryje pod uśmiechem blondynki, bo Donnie nie był za dobry w czytaniu ludzi, on emocje widział dopiero na zdjęciach.
-
Będzie zabawnie? - zapytał unosząc jedną brew, ale w kościach czuł, że chyba wcale nie. Zaraz w ogóle będą mu się kazali nie ruszać, a jak on ma się nie ruszać, kiedy go wciąż gdzieś nosi? Kiedy teraz pewnie mógłby być w trzech innych miejscach? Na tym dachu na przykład fotografując gniazdo.
Powiódł za nią spojrzeniem, kiedy poszła po wózek, a już za chwilę na nim siedział, wygodnie, chociaż coś uwierała go w bok i się chyba siedem razy poprawiał, jakby rzeczywiście miał owsiki.
-
W zeszłym roku wpadłem do rzeki, ale tak, że aparat zawiesił się na gałęzi i nie zamókł, to był dopiero fart... - tak, szczęście, nie ma co, poobijał się wtedy, podtopił i przez chwilę myślał, że naprawdę Jack będzie musiał napisać jego nekrolog. A zanim jeszcze poszedł do szpitala z tym rozwalonym krwawiącym czołem, to przecież... ściągnął aparat z drzewa. Teraz też nie zamierzał go zostawiać, na szczęście blondynka się zgodziła go wziąć, więc on już taki cały zadowolony siedział na tym wózku i nawet pokiwał energicznie głową, aż mu się w niej znowu zakręciło.
-
Z tobą mogę - bo skoro tak dobrze zarabiała, to przecież mu go nie skroi, żeby go sprzedać, proste. Nie to co ta dziewczyna, która mu go ukradła, bo pewnie miała gorzej niż on i potrzebowała pieniędzy. Tak to sobie tłumaczył, a nie tak, że był na tyle głupi, żeby oddać aparat jakiejś szemranej pannie.
Nawet nie słuchał jak blondynka rozmawiała z pielęgniarkami na recepcji, bo znalazł jakieś zdjęcie, które musiał zrobić jak spadał i oglądał je z różnych stron, z różnych perspektyw. Chociaż, kiedy padło coś, że może jechać od razu, to podniósł głowę do góry i się uśmiechnął. To był chyba jego szczęśliwy dzień.
Zadarł do góry głowę patrząc na Abby, chociaż kiedy powiedziała to
taki z ciebie fotograf, to wywrócił oczami.
-
Nie lubię fotografować ludzi, bo właśnie wtedy się zaczyna... A możesz zrobić tak, żebym wyglądała korzystniej? A może tak, żebym miał metr dziewięćdziesiąt, albo żebym miała pięć kilo mniej. Głupota - znowu spuścił głowę zerkając na aparat, ale jeszcze dodał -
nie masz gili w nosie - jakby to było ważne. Bo może było? Skoro sama o tym wspomniała?
-
Dwadzieścia trzy - wypalił od razu, kiedy zapytała na ile wygląda, no bo jednak jemu niektórych rzeczy to nie trzeba było powtarzać, a on już w głowie sobie założył, że mogła mieć dwadzieścia trzy. A jednak ona zaraz dodała sobie te trzy.
-
Dla mnie młoda, i jak na lekarza też młoda - stwierdził, chociaż w sumie to sam był od niej młodszy, o rok, ale jednak. Tylko, że Donnie to zawsze gustował w starszych kobietach, dużo starszych czasem. Wydawało mu się, że lepiej wychodzą na zdjęciach, bardziej przejmująco, niż młodość. Podniósł spojrzenie z aparatu, na nią, słysząc jej kolejne pytanie.
-
Ale będziesz się śmiać... To znaczy nie wiem, może akurat wy się tutaj z takich rzeczy nie śmiejecie - uniósł jedną brew -
piszę nekrologi, do gazety - a jednak zdążył jej odpowiedź w tej windzie, a nawet zdążył jeszcze głupio zapytać -
a ty? - jakby rzeczywiście spodziewał się, że ona oprócz szpitala, to ma jeszcze czas na masę innych zajęć, tak jak on. Chociaż on też i tak większość życia podporządkowywał fotografii.
Kiedy zobaczył to pudełko, to automatycznie zacisnął palce mocniej na aparacie, ale w końcu go tam włożył.
-
Tylko miej na niego oko - rzucił zerkając na nią i odłożył aparat, a później zaczął opróżniać kieszenie, a okazało się, że ma tam masę... śmieci. To znaczy dla niego to były jakieś potrzebne rzeczy, gumki... recepturki, jakieś kamienie, patyk, które czasem dokładał do zdjęć, klucze z dziwnym brelokiem, portfel, trochę rozwalony, telefon, oczywiście pęknięty, pognieciony... skręt i zapalniczka. A do tego jeszcze kilka pierścionków, które miał na palcach, kilka łańcuszków z medalikami i kolczyki, też kilka. Na koniec jeszcze zegarek i pasek z metalową klamrą, poprawił spodnie, bo automatycznie trochę mu się zsunęły, i kiedy już wydawało się, że to wszystko, to jeszcze sięgnął pod koszulę odwracając się od niej nieco i wyjął sobie jeszcze jeden kolczyk. Chyba z sutka, bo raczej nie z pępka, chociaż kto go tam wie?
-
Dobra, już - znowu się poprawił i utkwił w niej intensywnie zielone tęczówki.
To chyba był już gotowy na to badanie. Chociaż, jego najlepiej byłoby jednak do niego uśpić, albo związać, bo za pierwszym razem oczywiście się poruszył, nie specjalnie, ale tak go swędział nos. Tak bardzo wierciło mu to dziurę w głowie, że ręka sama, jakoś automatycznie do niego sięgnęła. Za drugim razem starał się skupić, myślał tylko o tym jednostajnym buczeniu i o tym żeby się nie ruszyć. Tak bardzo o tym myślał, i o to walczył, że cały się spiął. I kiedy to wreszcie się skończyło, to bolał go kark. Pokręcił głową na boki.
-
Myślałem, że tam umrę... - mruknął znowu przyglądając się blondynce. Tomograf był najgorszy. Właśnie dlatego, że nie można było się ruszyć. To już lepsze było pobieranie krwi.
Abby Wallace