ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#3
Next time, I’ll just say hi.


- Nic mi nie jest... - powiedział to po raz trzynasty, bo liczył. Liczył to ile razy zapewniał, że z nim wszystko w porządku. Kiedy spadł z tego dachu, i kiedy go zamroczyło, ale zaraz otworzył oczy i zobaczył nad sobą kilka osób, kompletnie mu obcych, ale zestresowanych jego stanem.
Nie było wysoko, może jakieś dwa metry? A przecież wchodził na dziesięć, albo więcej, ale nigdy nie spadł, a dzisiaj się poślizgnął. Źle ustawił stopę i po prostu zjechał, wylądował w jakieś zaspie, nie najgorzej, nawet nie czuł się poobijany.
- Gdzie mój aparat? - o to zapytał tylko trzy razy, bo za trzecim mu go oddali. Inaczej uparł się, że nigdzie nie pojedzie. Stłukł obiektyw, widział to, ale aparat działał to najważniejsze. Chciał go lepiej sprawdzić, ale medyczka kazała mu go odłożyć, bo jak ona miała pracować, kiedy on cały czas grzebał coś w aparacie.
- No już... - schował go do pokrowca, który przewiesił sobie przez ramię. Chcieli mu go zabrać, ale Donnie powiedział, że to jego przedmiot uziemiający, że ma coś tam... I musi mieć taki przedmiot, bo inaczej może dostać ataku paniki. Kłamał, oczywiście, że kłamał, wymyślał bzdury na poczekaniu. Może dlatego go załadowali w karetkę? Bo stwierdzili, że jest z nim gorzej?
A on po prostu bał się komukolwiek oddać ten aparat, bo kiedy raz to zrobił, to już go nie odzyskał. Nie ten oczywiście, inny, poprzedni, nawet lepszy. Bo ten był z drugiej ręki. Ale Donnie twierdził, że miał duszę.
I teraz też, kiedy już go posadzili na tym szpitalnym łóżku, kiedy kazali czekać na lekarza, to on znowu grzebał w aparacie, odkręcił obiektyw i obejrzał go z każdej strony, a później przykręcił z powrotem i w momencie, w którym blondwłosa lekarka odsunęła parawan to on zrobił jakieś zdjęcie próbne.
Z duszą?
Na pewno z rysą, która przecież biegła przez pęknięty obiektyw, tylko, że Donnie nawet nie zdążył na nie spojrzeć, na to zdjęcie, bo aparat schował za plecami, jak jakieś dziecko przyłapane na gorącym uczynku. Zauważyła?
Może, chociaż on nigdy nie używał lampy, a ona skupiona była na jakiś jego dokumentach. Może miała tam wpisane, że on w ubiegłym roku w szpitalu wylądował czternaście razy, z jakimiś drobnymi urazami, ale jednak...
- Nic mi nie jest - teraz też powiedział po raz czternasty i utkwił w niej te intensywnie zielone oczy - mogę już iść? Bo zaraz zajdzie słońce, a ja... - już miał jej powiedzieć, że jeszcze musi raz spróbować wejść na ten dach, żeby zrobić kilka zdjęć gniazda gołębi, które tam znalazł, zanim zrobi się ciemno. A te zdjęcia to przecież nie była jakaś jego kolejna fanaberia, tylko ważny dokument, zwierzęta w środowisku miejskim, a jakie zwierzęta są bardziej miejskie niż gołębie?
Nie wpadł tylko na to, że z tym potłuczonym aparatem to może być ciężkie. A do tego na głowie miał już pokaźnego guza i obity policzek, na którym w zastraszającym tempie rósł krwiak, paskudny bąbel wypełniony krwią. Tylko, że Donnie go nie widział, nawet nie wiedział za bardzo, że uderzył się głową, bo on przecież w pierwszej kolejności ratował aparat. I tak go nie uratował, ale mogło być gorzej.
Albo lepiej, jakby podparł się rękami, a nie lądował na gębę, bo te jego ręce wystrzeliły w górę z aparatem fotograficznym.
- Pewnie macie dużo ciężkich przypadków, a ja wypiję multiwitaminę i będę zdrowy - powiedział, kiedy blondynka stanęła już obok niego, kiedy uniosła na niego spojrzenie oczu równie zielonych co te jego, sponad tabletu. Miała tam jakieś jego wyniki badań, kartę pacjenta? Czy oglądała śmieszne koty?
Sądząc po jej minie, to na pewno nie były koty, chociaż Bowen pochylił się delikatnie w jej kierunku, jakby chciał tam zajrzeć. Bo po prostu był ciekawski, wszystko go interesowało i teraz też te jego intensywnie zielone oczy przesunęły się z jej twarzy na plakietkę z nazwiskiem.
- Rezydentka? To co, uczysz się jeszcze? A gdzie jest lekarz? - wypalił zanim zdążył ugryźć się w język i nawet się wychylił, żeby zobaczyć, czy jednak nie idzie za nią jakiś Nie szedł. Ale ten aparat, który Donnie trzymał z tyłu wyślizgnął mu się jakoś i prawie wylądował na podłodze, ale Bowen złapał go za pasek w ostatniej chwili, przechylając się przez łóżko.
- Ja pierdolę... - mruknął i kiedy już trzymał w palcach ten aparat, to zerknął na zdjęcie blondynki. Wyszło dobrze, fajnie, nawet z tą rysą, która nadawała temu zdjęciu jakiejś dramaturgii, życia. Ładnie.
Bo blondynka była ładna, i Donnie dopiero teraz to zauważył. Tak jakby na świat patrzył tylko przez pryzmat tych swoich fotografii, bo może coś w tym było?

Abby Wallace
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Abby lubiła zmiany na SORze.
Lubiła kiedy się działo, bo wtedy miała wrażenie, że człowiek mógł się więcej nauczyć. A już na pewno wolała to bardziej niż wypełnianie raportów i dokumentacji medycznej za głównych chirurgów na innych oddziałach, bo tam w dużej mierze do tego byli rezydenci. Dobra, czasem pozwalano im przeprowadzić badania i podać skalpel podczas operacji, ale w głównej mierze praca polegała na obserwowaniu i zadawaniu pytań. Wallace nie lubiła być bierna, dlatego tak bardzo ceniła sobie dyżury na intensywnej. Bo tu akurat było tyle roboty, że każdy musiał działać.
Chociaż wiadomo — cięższe przypadki dostawali ci bardziej doświadczeni. Może właśnie dlatego, kiedy Abby skończyła szyć kolano ośmioletniej dziewczynce, która wywróciła się na chodniku przed szkołą, dostała informacje, że na piątce czekał już jakiś chłopak, który spadł z dachu.
I chociaż szykowała się na kompletnie poturbowanego pacjenta z licznymi złamaniami i roztrzaskaną twarzą, kiedy weszła do środka, jej oczom ukazał się… mężczyzna w jednym kawałku. Zmarszczyła czoło, przyglądając mu się przez krótką chwilę i nawet sprawdziła, czy weszła do dobrej salki, ale wszystko wydawało się być na miejscu. Przedstawiła się z imienia i nazwiska, a następnie podeszła szybko przeczytać raport medyczny, sporządzony przez ratownika. Nawet nie wczytała się porządnie w pierwszy akapit, a chłopak już zaczął standardową dla pacjentów gadkę pod tytułem nic mi nie jest. Nawet na niego nie spojrzała.
Skoro tu jesteś, to znaczy, że jednak coś ci jest — mruknęła pod nosem, wciąż próbując rozpracować brednie zapisane w karetce, zapewne na kolanie. — Pooglądasz sobie zachód słońca jutro — dodała, przewracając oczami. Jakby każdy miał takie problemy jak on, ludzie byliby szczęśliwsi. Abby nie pamiętała, kiedy ostatni raz miała na tyle wolnego, żeby iść pooglądać zachód słońca. Szczególnie, że w szpitalu robili dwunastki, więc każdy dzień wolny zazwyczaj odsypiała do samego wieczora. Ale przecież dzisiaj nie o niej.
Kiedy poczytała, co trzeba, od razu zabrała się za podstawowe procedury, pozwalające ocenić stan pacjenta. Z pewnością było tu już zrobione przez ratowników, ale Wallace była dokładna, wolałą więc wszystko sprawdzić po swojemu. Złożyła stetoskop i nachyliła się w stronę chłopaka.
Muszę to trochę rozpiąć — oznajmiła spokojnie i sięgnęła do jego koszuli, by pozbyć się dwóch pierwszych guzików. A Przez to, że była tak blisko, on spokojnie mógł sobie zapoznać się z jej plakietką, zdobiącą biały kitel. I przy okazji wysnuć b ł ę d n e wnioski, jak co drugi pacjent, który widział napis rezydent.
Przeniosła spojrzenie z jego klatki piersiowej — która swoją drogą osłuchowo nie budziła żadnego niepokoju — na obitą twarz, a dokładniej intensywne, zielone oczy.
Rezydent, nie praktykant — rzuciła ściszonym tonem, bo przecież znajdowała się tak blisko, że usłyszałby ją nawet gdyby szeptała. — Jestem lekarzem — bo przecież była. Miała już na to oficjalne papiery i gdyby chciała, mogła spokojnie w pełni wykonywać zawód w przychodni bez nadzoru jakiegokolwiek innego lekarza. Rezydenci szkolili się natomiast na chirurgów. A to przecież zupełnie inny, bardziej skomplikowany zawód. — Ale jeśli tak bardzo nie odpowiada ci moje towarzystwo, chętnie skocze po innego lekarza. Akurat jest dzisiaj na zmianie doktor Flinch. Facet ma sześćdziesiąt trzy lata i ledwo słyszy. Może on będzie bardziej godzien, by wystawić ci diagnozę? — zaproponowała, przyglądając mu się uważnie. Chociaż Donnie jeszcze tego nie wiedział, wcale nie chciał, żeby przejmował go Flinch. Szczególnie jeśli chciał odpowiednio szybko ulotnić się ze szpitala. Facet sam wywiad robił przez pół godziny, bo trzeba mu było po cztery razy powtarzać odpowiedź, żeby w końcu usłyszał. Abby za to uwijała się jak mrówka, bo zaraz po osłuchaniu Bowena sprawdziła mu saturację oraz ciśnienie i już sięgała po niewielką latarkę do kieszeni, by sprawdzić reakcję źrenic, kiedy zza pleców wypadł mu aparat.
W naturalnym odruchu przytrzymała go za ramię, zaciskając mocno palce, by przypadkiem nie wywinął orła i dobrze, że to zrobiła, bo on zamiast ratować siebie w pierwszej kolejności łapał aparat. Ciekawe czy na tym dachu było podobnie.
Zawsze przekładasz sprzęt nad własne zdrowie? — prychnęła żałośnie, popychając do z powrotem na łóżko. — Wiesz, obiektyw zawsze możesz sobie kupić, ale jak rozwalisz głowę, to ciężko będzie o nową — zauważyła, słusznie zresztą. Ile już tu było takich przypadków, kiedy ludzie zamiast ratować siebie ratowali w pierwszej kolejności jakieś randomowe przedmioty z mieszkania lub płonącego samochodu, a potem wielce zdziwieni, że ogień spalił im nieodwracalnie połowę twarzy.
Wyciągnęła rękę przed siebie, by złapać go za podbródek i zmusić, by na nią spojrzał, bo on na nowo zaaferował się aparatem. I kiedy tak się do niego nachyliła, również sama mimowolnie spojrzała na wyświetlacz.
Zrobiłeś mi zdjęcie? — zdziwiła się. I chociaż chciała być tym faktem oburzona — bo niby jakim prawem — tak fotografia była całkiem niczego sobie. Nawet ładna. Przekręciła głowę, by się przypatrzeć. — Wystarczyło powiedzieć, że chcesz więcej pamiątek ze szpitala, to załatwiłbym ci jakieś naklejki i zrobiła więcej nakłuć igłą — nie trzeba było przecież od razu strzelać sobie fotek lekarzy.
Jeszcze nie zdecydowała, jak bardzo była o to zła, ani czy zaraz na niego nie wyskoczy, że powinien je usunąć, bo w pierwszej kolejności po prostu wyciągnęła rękę przed siebie i wyrwała mu kamerę, by zaraz odstawić ją bezpiecznie na stolik tuż obok.
Tu nic się jej nie stanie — zapewniła go i w końcu sięgnęła po latareczkę. — A teraz popatrz na mnie ładnie i podążaj za światłem — włączyła światło, poruszając ręką na boki, by sprawdzić reakcje. — Boli cię coś? Jakieś zawroty głowy nudności, cokolwiek?

Donnie A. Bowen
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wywrócił oczami, kiedy powiedziała to, że skoro tu jest, to jednak coś mu jest. Westchnął ciężko, bo on przecież wcale nie trafił tu z własnej woli, tylko że zarył głową o... coś. Nawet nie wiedział co, zamroczyło go i w tym czasie wezwali do niego pogotowie. Wielkie mi halo, jakby ludzie codziennie nie tracili przytomności uderzając w coś głową? Tracili?
Donnie nie wiedział, już nawet otworzył usta, żeby ją o to zapytać, jakie są statystyki osób, które straciły przytomność uderzając o coś głową. Dużo ich mają dziennie? Może szpitale prowadziły coś takiego, tylko, że ona mu wtedy powiedziała, że jutro sobie poogląda zachód słońca, a on aż parsknął.
- Jaki zachód słońca? Chodzi o światło, o światło - pokręcił głową. Co on wyglądał na jakiegoś romantyka, jakiegoś Romeo, zakochanego we wschodach i zachodach słońca? No może odrobinę. Te ciemne loczki, chyba dawały jakieś takie wrażenie. Albo to ta ciemna koszula, która też wyglądała raczej gustownie, Donnie lubił kolory na zdjęciach, ale sam się nosił bardziej na czarno, może to takie nawiązanie do tej jego pracy po godzinach? Tych nekrologów?
Ciekawe kto by mu napisał, jakby sobie skręcił kark spadając z tego dachu.
Tak się nad tym zamyślił, że właściwie to nawet za bardzo się nie skupił na tym co robiła blondynka, dopiero, kiedy przyłożyła mu ten zimny stetoskop do klatki, to się odsunął do tyłu.
- Jezu, zimne, nie mogłaś mnie uprzedzić? - parsknął jak jakaś urażona księżniczka, ale przecież go uprzedziła, tylko Donnie był właśnie w jakimś własnym świecie. Gdzieś w świecie nekrologów i zwichniętych karków.
Intensywnie zielone tęczówki znowu spoczęły na jej twarzy, kiedy zaczęła mu tłumaczyć, rezydent... Praktykant...
Zmarszczył nos.
- No to czym to się różni pani rezydent, nie praktykant? I czemu tu nie jest napisane lekarz? Zapomnieli ci wydrukować plakietki, czy coś? - zapytał, ale właściwie nie złośliwie, bo Donnie po prostu zadawał setki pytań, dużo gadał, był ciekawski. Chociaż kiedy ona zaczęła mu opowiadać o tym Flinchu, to uniósł jedną brew, aż mu ciarki przeszły po plecach, bo on nie lubił starych ludzi... Właśnie dlatego, że byli wolni i głusi. Trzeba było się do nich wydzierać. A on zdecydowanie wolał sobie szeptać, tak jak teraz to robili z Abby, ściszone głosy, jakby zdradzali sobie jakieś tajemnice.
- Przestań - walnął ja ręką w ramię...
Chyba nie powinien tak robić w stosunku do lekarki, ale czy ona w ogóle była lekarką? Zresztą on uznał, że ona się z niego zgrywa i zaraz zrobił wielkie oczy i znowu utkwił w niej spojrzenie.
- Czy mówiłaś serio? Ale jeśli tak... To nie, nie idź po niego, pani doktor - zaraz się zreflektował.
Abby to badanie szło jakoś sprawnie, już mogła być rezydentką, cokolwiek to znaczy, ważne, że słyszała, no i nie miała sześćdziesięciu trzech lat.
Ile mogła mieć? Tyle co on?
Coś koło tego...
Może nawet Donnie by jej o to zapytał, ale wypadł mu ten aparat i on się po niego rzucił. Gdyby blondynka go nie przytrzymała, to pewnie znowu wylądowałby na główce. Bo zawisł nad podłogą. Ale aparat miał. A to najważniejsze. Poprawił się i znowu oparł palce na swoim sprzęcie, że aparacie...
- To jest mój drugi aparat odkąd przyjechałem do Toronto, wiesz ile kosztuje taki... sprzęt? - uniósł jedną brew - poza tym to moje narzędzie pracy, on się psuje, a ja jestem bezrobotny, nie stać mnie na czynsz. Ląduje na kartonie pod jakimś klubem, odmrażam sobie tyłek i co mi wtedy po głowie? - Donnie to często przewidywał te najczarniejsze scenariusze. Ale to pewnie za sprawą tego jego dziwnego zamiłowania do śmierci. W ogóle do jakiegoś dziwnego przygnębienia, smutku i brudu. Tak jak jego zdjęcia, smutne i brudne. Chociaż to z Abby takie nie było, a jednak ta rysa nadała mu jakiegoś takiego żywego wyrazu, jakby ona tu robiła jakieś ważne rzeczy. Operacje na otwartym sercu, a nie badanie jakiegoś pyskatego gnojka.
- Nie... - mruknął, kiedy zapytała o to zdjęcie i zgasił aparat - samo się zrobiło - dodał zaraz, bo takie był fakty, nawet się nie przymierzał, nawet nie przystawił oka do obiektywu, po prostu nacisnął spust migawki. I się zrobiło.
- A macie naklejki? A może lizaki? Jakbyś miała lizaki... - znowu się rozkręcił i pewnie by jej jeszcze nawijał o tym, jakie są odpowiednie smaki tych lizaków, no bo przecież on nie każdy lubił. Na przykład wiśniowe były okropne. Ale blondynka wyciągnęła rękę po aparat.
- Muszę? Ostatnio jak go oddałem, to mi go ukradli, to znaczy nie ten... Poprzedni - znowu pewnie jej chciał opowiadać o tym poprzednim aparacie, ale blondynka już mu świeciła latarką po oczach. W pierwszym momencie zamknął oczy, jak dziecko dosłownie, ale już po chwili dał jej zbadać reakcje. Westchnął ciężko na jej kolejne słowa.
- Życie mnie boli - rzucił z jakimś smutkiem w głosie, przez chwilę patrzył na ten biały, sterylny sufit odchylając się do tyłu, ale finalnie spuścił na nią zielone spojrzenie - nic, zupełnie - dodał w końcu, chociaż zaraz chciał się podnieść, szybko, ale się zatoczył, z powrotem klepnął na łóżko - łooo... - rzucił i machnął ręką koło głowy, zatoczył kółko palcem - trochę się kręci, jakaś dziwna faza... - może jednak uderzył się w tą głowę mocniej niż podejrzewał? Nawet go zemdliło, a wcześniej go nie mdliło. Cudownie.
Chyba jednak z dzisiejszych zdjęć przed zachodem słońca nici.

Abby Wallace
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uniosła wysoko brwi, kiedy tak od niej odskoczył, gdy próbowała go osłuchać. Zdawała sobie sprawę, że stetoskop był chłodny, ale żeby aż tak? Żeby podskakiwać? Co on miał taką wrażliwą skórę czy spodziewał się jakiegoś specjalnego traktowania? Poza tym, co to miało znaczyć, żeby go uprzedzić? A mało widoczne było, kiedy zaczęła przed nim wymachiwać wielką słuchawką na sznurku i przysunęła się bliżej? Dobrze, że EKG mu nie musiała zrobić, bo wtedy dostałby takich diod na ciało całe dwanaście i dopiero się poskładał z zimna. Chociaż może Wallace powinna to rozważyć, tylko po to, żeby go powkurwiać, bo on swoimi pytaniami ją powoli zaczynał.
A strażak musi mieć plakietkę z napisem s t r a ż a k, żeby gasić pożar? — spytała z poważną miną, jakby naprawdę chciała poznać jego odpowiedź na to pytanie. Chociaż przecież nie chciała. Bo było kurwa oczywiste. Westchnęła głośno. — Praktyki ma się na studiach. Jak skończysz studia jesteś już lekarzem, możesz leczyć, ale jak chcesz zostać chirurgiem i wykonywać operacje na ludziach, którzy spadli z dachu i mają uszkodzony mózg… — spojrzała na niego wymowanie. — To wtedy musisz jeszcze zrobić kilka lat rezydentury — nie była pewna, czy on cokolwiek z tego zrozumiał, ani czy w rzeczywistości w ogóle go to interesowało, ale wyjaśniła. Bo przecież Abby lubiła mówić. Czasami za dużo. Czasami niepotrzebnie. Jedni uważali to za urocze, inni zaś za wyjątkowo irytujące. A Bowen musiał się po prostu określić, do której z tych dwóch grup należał.
A czy ona wiedziała ile kosztuje jego sprzęt?
Nie mam pojęcia, ale obstawiam, że pewnie tani nie jest — wzruszyła ramionami. Sama lubiła sztukę, doceniała ją, jednak nigdy nie była na tyle kreatywna, by sama podjąć tego typu hobby. W wolnych chwilach wolała pobawić się skalpelem i igłą niż biegać z kamerą po mieście. Chociaż sam zawód fotografa wydawał się jej dość interesujący. Ale żeby zaraz nie mieć na czynsz i lądować na kartonach? — Aż tak słabo ci płacą? — dopytała, kręcąc głową. — Robisz aż tak słabe zdjęcia, czy inni nie doceniają twojego talentu? — może nie znali się jeszcze wystarczająco, by raczyć tego typu zaczepkami, jednak z drugiej strony, on przecież z powodzeniem komentował jej rezydenturę i nie bycie lekarzem. Mogła się przecież odgryźć. Chociaż zdjęcie, które jej wykonał spontanicznie i na które miała szansę przelotnie spojrzeć było całkiem ładne. Nawet z tą rysą na samym środku. A może właśnie przede wszystkim przez tą rysę na samym środku.
Chciała go jeszcze dopytać o to jaką fotografią dokładnie sie zajmował, bo przecież specjalizacje były różne, ale w końcu zabrała się za świecenie mu po oczach, tak dla odmiany. Źrenice reagowały odpowiednio, czyli nie było tragedii, chociaż kiedy zaczął o tym, że życie go bolało, Abby przewróciła oczami.
Mam lizaki — rzuciła po chwili. — Ale są przeznaczone tylko dla tych pacjentów, którzy współpracują — bo przecież miała to być forma nagrody dla dzieci (małych i dużych, bo w końcu Madoxowi też przecież dawała) za dobre sprawowanie, a jak narazie Donnie to sukcesywnie robił wszystko, by przedłużać swój pobyt w szpitalu.
Jeszcze trzeba ci będzie zrobić badan… — nie dokończyła, bo wtedy on nagle zerwał się z miejsca, jakby chciał wstać, ale równie szybko gruchnął z powrotem na łóżko, oznajmiając, że kręci mu się w głowie. Abby automatycznie wyciągnęła dłonie, by złapać go za ramiona i zamortyzować uderzenie.
Czekaj — nogą sięgnęła do wajchy, która pozwalała położyć leżankę w całości. — Połóż głowę. Na prosto i podwiń nogi — najprostsza i podstawowa zasada na zawroty, która siedemdziesiąt procent przypadków leczyła praktycznie od razu. Chociaż biorąc pod uwagę fakt, że Bowen jednak spadł z dachu, Abby nie mogła zignorować takich objawów.
Miałam ci jeszcze tylko pobrać krew, ale to twój szczęśliwy dzień… — nachyliła się nad nim i dotknęła jego policzków oraz czoła, by sprawdzić, czy nie był rozpalony, a kiedy złapała jego ciemne spojrzenie, uśmiechnęła się szeroko. — Jedziemy na tomografię — oznajmiła. Mogło się okazać, że nic z tego nie było dla niego szczęśliwe, ale przynajmniej ziomek przejedzie się w nowe miejsce i posiedzi trochę w buczącej tubie. Zawsze to jakieś nowe doświadczenie.

Donnie A. Bowen
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słuchał jej z tymi zielonymi tęczówkami utkwionymi w jej twarzy. Słuchał co trzy słowa, już nawet otworzył usta, żeby jej powiedzieć, że jak strażak gasi pożar to nie robi takich wykładów, tylko ona wtedy powiedziała...
- Mam uszkodzony mózg? - aż oczy szeroko otworzył i tak na nią patrzy, jakby naprawdę miał. Ale ona wtedy mówi coś tam o tej rezydenturze.
- No, fajnie... - rzucił, bo jej nie słuchał. Za dużo słów, nudnych do tego. Przecież on nigdy nie zostanie lekarzem, żeby się na tym skupiać. Praktyki, rezydentura, coś tam, coś tam. Jeszcze nie wiedział, czy to jej gadanie go irytuje, bo słodkie to na pewno nie było.
Chociaż, jak mu przyznała, że pewnie taki aparat tani nie jest, to pokiwał głową, bo przynajmniej na tym się znała. Chociaż te jej kolejne słowa sprawiły, że zmrużył powieki.
- Tobie zajebiście płacą, jako rezydentce, nie praktykantce? - odbił piłeczkę, ale w zasadzie to nie wiedział ile jej płaca, gorzej jak mu zaraz powie, że ma pensję jak lekarz i coś tam... Żeby mu tylko nie zrobił kolejnego wykładu. Westchnął ciężko i odchylił do tyłu głowę.
- Robię zdjęcia, które mi się podobają, a nie każdy ma taki gust - rzucił, bo to była prawda. Donnie nie bawił się w to, co podoba się wszystkim, on miał swój styl, swój gust, który odbiegał od tego, co się po prostu sprzedawało. Chociaż miał tam jakieś swoje układy w kilku gazetach, czasem udało mu się po prostu podłapać jakiś temat i się wkręcić. Tak jak teraz z tymi zwierzętami w środowisku miejskim. Niby nudny temat, ale on już miał swoją wizję. Już nawet miał kilka zdjęć lisów, które wyczaił o poranku, odmrażał sobie tyłek, żeby zrobić te foty.
Ale o tym jej nie zamierzał mówić, bo mógł dostać kolejny wykład na temat tego, że... tyłek jest ważniejszy od zdjęć?
Zamrugał dwa razy na jej kolejne słowa.
- No to przecież ja. Nie czujesz tej nici porozumienia między nami? Wspaniała współpraca - znowu odchylił się do tyłu, kiedy chciała mu coś tam zmierzyć. Wcale nie współpracował.
- A dużo macie pacjentów, którzy nie współpracują? - zapytał i już chciał sobie wstać. Ale nie wstał, bo zaraz siedział z powrotem na leżance i pochyła się do przodu, bo go zemdliło, a to trochę pomagał.
Tylko, że zaraz Abby mu kazała się położyć, otworzył usta i już miał coś powiedzieć, jako ten niewspółpracujący pacjent, ale finalnie się zamknął i położył, podwinął nogi i nabrał w płuca powietrze. Zrobiło mu się lepiej. Chociaż w głowie jeszcze lekko szumiało, jakieś dziwne uczucie.
- Wypisujesz mnie? - zapytał przekręcając na bok głowę, chociaż czuł w kościach, że chyba jednak nie. Zresztą co by było, gdyby on stąd wyszedł, znowu spróbował wspiąć się na ten dach i spadł, bo by mu się zakręciło w głowie? Wtedy to by już rzeczywiście mógł sobie skręcić kark, albo rozbić głowę. Może lepiej było tu jednak zostać?
Powiódł spojrzeniem na sufit, po którym leniwie chodziła jakaś mucha. Ale zaraz te zielone oczy zatrzymały się na blondynce, kiedy się nad nim pochyliła. Miała zimne ręce, a może to on był jakiś ciepły?
- Świetnie... dawno nie byłem na tomografii - stwierdził, łapiąc na moment spojrzenie jej ładnych, całkiem ładnych, zielonych oczu. Oczywiście, że kiedyś już był na tomografii, bo on się wiecznie pchał tam, gdzie nie powinien i w zeszłym roku w szpitalu był ile... czternaście razy?
Usiadł powoli na leżance i spuścił nogi, było dużo lepiej, czyli jego myśli znowu już odbiegały gdzieś w kierunku tego wyjścia ze szpitala jednak. Ale później znowu pomyślał o tym skręconym karku i tym kto by mu napisał nekrolog. Pewnie Jack, a on tak słabo pisał.
- Dobra - powiedział w końcu i znowu utkwił wzrok w twarzy blondynki - a co z aparatem? - oczywiście, że musiał o to zapytać, bo przecież go tu nie zostawią na stoliku, żeby ktoś mu go znowu zawinął. Zresztą już wiedziała z czym to się wiąże, kartony, ulica, i takie tam.
- I co to znaczy jedziemy? - przesunął palcami po leżance, tym czymś? No chyba nie. Bo Abby zaraz podsunęła mu wózek. Mógł iść, chociaż z drugiej strony...
Już po chwili siedział na wózku, a swój aparat trzymał na kolanach, no bo jednak bez niego nie mógł iść i kiedy Abby pchała go przez korytarz, to oczywiście on znowu grzebał w tym swoim sprzęcie. Odblokował go i spojrzał przez obiektyw do góry, bo tak właściwie to chciał spojrzeć na sufit, żeby zobaczyć, czy to pęknięcie jest naprawdę takie tragiczne. Było. Przechylił się do tyłu spoglądając przez obiektyw na blondynkę, przybliżył i oddalił, aż w końcu parsknął śmiechem, bo nie mógł się powstrzymać.
- Dziwnie wyglądasz z tej perspektywy - chyba każdy dziwnie wyglądał z takiej perspektywy, kiedy on zadzierał głowę do góry, żeby na nią spojrzeć. Nie zrobił jej zdjęcia, tylko odłożył aparat na kolana. Ale znowu odchylił głowę do tyłu.
- Ile masz lat? Jesteś bardzo młoda - stwierdził to przyglądając jej się z tego właśnie punktu widzenia?
Może.

Abby Wallace
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Płacą wystarczająco — odpowiedziała praktycznie od razu na jego pytanie. — Żeby nie musieć spać na gazetach — dodała jeszcze nieco uszczypliwie na koniec, rzucając mu wymowne spojrzenie, ewidentnie pijąc do jego poprzednich słów. Jako rezydentka Abby nie zarabiała dużo. Może trochę więcej niż przeciętna pielęgniarka, jednak zdecydowanie nie były to pieniądze wysokich lotów. Wystarczająco jednak, żeby wynająć mieszkanie w Greektown na pół z Ericą i wieść spokojne życie bez większej spiny. Czy mogła potrzebować do szczęścia czegoś więcej?
Ano mogła. Na przykład, żeby Donnie trochę lepiej zaczął z nią współpracować. Już dawno nie miała pacjenta, który tak by sie wiercił bez zdiagnozowanych owsików i do tego jeszcze nawijał jak nakręcony. Chociaż to drugie akurat Abby wcale nie przeszkadzało, bo przecież ona też lubiła sobie pogadać.
Gdy spytał, czy go wypisuje, zaśmiała się delikatnie i spojrzała na niego z rozbawieniem.
No co ty — otworzyła szerzej oczy, szczerząc się do niego. — Dopiero zaczynamy zabawę — chociaż dla niego to raczej średnia zabawa. A przecież miało być jeszcze gorzej, bo teraz czekały go liczne badania i leżenie przez kolejne dwadzieścia minut w wielkiej, białej tubie. Ale cóż, chciało się chodzić po dachach, to teraz miał.
Upewniła się jeszcze, że Bowen grzecznie leży na łóżku, a następnie odwróciła się na pięcie, by przejść na drugi koniec pomieszczenia i zgarnąć czarny wózek inwalidzki. Podjechała nim pod samo łóżko i wyciągnęła rękę w stronę chłopaka, by pomóc mu usiąść. Wierzyła, że byłby w stanie sam sobie poradzić, jednak nie miała zamiaru ryzykować, że się tu jej przewróci.
Dawno nie byłeś na tomografii? — powtórzyła zaraz po nim. — Aż tak często spadasz z dachów, że to nie twój pierwszy raz? — prychnęła i pozwoliła sobie przewrócić oczami, bo przecież on i tak nie mógł tego wiedzieć. Jedynie słyszał jej głos, bo Abby już pchała go w stronę wyjścia. Dopiero kiedy zapytał co z jego aparatem, przystanęła na moment i westchnęła. Czy miała zamiar się z nim spierać? Otóż nie.
Dobra, bierz go — zostawiła go na wózku i podeszła do szafki, po czym podała mu aparat. — Tylko jak już będziemy na badaniu, to zostawiasz go ze mną — zagroziła mu jeszcze paluchem, nim wyjechali na korytarz. Skoro był takim specem od tomografii, doskonale powinien wiedzieć, że do pomieszczenia pod żadnym pozorem nie wchodziło się z niczym metalowym, bo dopiero by miał po aparacie.
Pchała wózek energicznym krokiem, chociaż jeszcze po drodze zrobili małą przerwę przy recepcji na SORze, żeby dziewczyny mogły sprawdzić dostępność tomografu i chyba Donnie naprawdę miał trochę szczęścia w tym całym nieszczęściu, bo okazało się, że akurat był wolny. A przecież normalnie czekało się nawet do dwóch godzin, jak była większa kolejka.
Skierowała się do windy, co jakiś czas zaglądając w dół na jego ręce. Przyglądała się sposobie, w jaki bawił sie aparatem, jak oglądał przez niego świat. Nawet lekko się uśmiechnęła. Chociaż kiedy skierował obiektyw w jej kierunku od razu spoważniała.
Dziwne, żebym wyglądała dobrze — prychnęła. — Taki z ciebie fotograf, a nie wiesz, że foty spod tego kąta są wyjątkowo niekorzystne? — chyba każdy miał wtedy podwójny podbródek i cała zniekształconą twarz. — Od razu widać wszystkie gile w nosie — dodała jeszcze, zupełnie luźno, chociaż może nie powinna. Już przecież ostatnio dostała reprymendę od Knoxa, że za bardzo spoufala się z pacjentami i wcale nie powinna traktować ich jak znajomych. Tylko co ona mogła poradzić na to, że taka już była? Że za nic nie przemawiała do niej ta wielka, poważna gadka i lekarski żargon, który lekarze stosowali tylko po to, żeby wzbudzić autorytet. Nie była taka. Może przyjdzie jej to z wiekiem, ale z pewnością nie teraz.
A na ile wyglądam? — odpowiedziała pytaniem na pytanie, gdy spytał ile miała lat. Chociaż zaraz się zreflektowała, bo może jednak nie chciała słyszeć jego strzału. — Dwadzieścia sześć. To młodo? — sama nie wiedziała. Bo dla niej młodzi to teraz mieli po jakieś szesnaście, ale z drugie strony gdyby tak wziąć pod uwagę personel szpitala, zdecydowanie należała do grupy, którą można było spokojnie nazwać gówniarzami.
Wprowadziła wózek do windy i wcisnęła przycisk odpowiadający drugiemu piętru.
Robisz coś jeszcze oprócz fotografii? — spytała po jakimś czasie, wciąż przyglądając się, jak bawił się aparatem. Wspominał przecież, że nie ludzie nie doceniają jego pracy, więc może jakoś inaczej zarabiał na życie?
Nim jednak zdążył jej odpowiedzieć, winda już dojechała na odpowiednie piętro, a Abby wypchała wózek na korytarz, bo to nie Madox i Pilar, żeby tyle się działo, po czym skierowała się do odpowiedniej sali.
Dobra, to teraz tak — westchnęła głośno i przeszła dookoła, by w końcu stanąć przed nim, a tylko gadać do czubka jego głowy. — Skoro to nie twój pierwszy raz, to już powinieneś wiedzieć jak to się robi, ale tak w ramach przypomnienia… — sięgnęła po niewielkie, plastikowe pudełko i postawiła na brzegu biurka, zaraz obok wózka. — Wszystko z kieszeni do pudełka: telefon, klucze, kasa i aparat — na to ostatnie rzuciła mu jeszcze wymowne spojrzenie, bo to już chyba ustalili, że ta kwestia nie podlegała dyskusji. — Do tego wszystko co masz metalowe: zegarek, kolczyki, łańcuszki, pasek… wszystko ląduje tutaj.

Donnie A. Bowen
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Szczę-ścia-ra - wyszeptał, zerkając na nią, chociaż prawda jest taka, że Donnie też tak cienko nie prządł, ale on lubił po prostu ponarzekać. Poudawać nieszczęśliwego fotografa, dla którego prawdziwa sztuka to ciężki kawałek chleb. Tragiczna postać prawdziwego artysty.
A tak naprawdę to już miał na koncie kilka takich zdjęć, z różnych zakątków świata, które gdzieś tam krążyły, które żyły i generowały mu pieniążki. Z Toronto jeszcze takich nie miał, może dlatego nie umiał stąd wyjechać? Bo jak? Kiedy on jeszcze nie odkrył do końca tego miasta?
I teraz też do końca nie mógł odkryć, co się kryje pod uśmiechem blondynki, bo Donnie nie był za dobry w czytaniu ludzi, on emocje widział dopiero na zdjęciach.
- Będzie zabawnie? - zapytał unosząc jedną brew, ale w kościach czuł, że chyba wcale nie. Zaraz w ogóle będą mu się kazali nie ruszać, a jak on ma się nie ruszać, kiedy go wciąż gdzieś nosi? Kiedy teraz pewnie mógłby być w trzech innych miejscach? Na tym dachu na przykład fotografując gniazdo.
Powiódł za nią spojrzeniem, kiedy poszła po wózek, a już za chwilę na nim siedział, wygodnie, chociaż coś uwierała go w bok i się chyba siedem razy poprawiał, jakby rzeczywiście miał owsiki.
- W zeszłym roku wpadłem do rzeki, ale tak, że aparat zawiesił się na gałęzi i nie zamókł, to był dopiero fart... - tak, szczęście, nie ma co, poobijał się wtedy, podtopił i przez chwilę myślał, że naprawdę Jack będzie musiał napisać jego nekrolog. A zanim jeszcze poszedł do szpitala z tym rozwalonym krwawiącym czołem, to przecież... ściągnął aparat z drzewa. Teraz też nie zamierzał go zostawiać, na szczęście blondynka się zgodziła go wziąć, więc on już taki cały zadowolony siedział na tym wózku i nawet pokiwał energicznie głową, aż mu się w niej znowu zakręciło.
- Z tobą mogę - bo skoro tak dobrze zarabiała, to przecież mu go nie skroi, żeby go sprzedać, proste. Nie to co ta dziewczyna, która mu go ukradła, bo pewnie miała gorzej niż on i potrzebowała pieniędzy. Tak to sobie tłumaczył, a nie tak, że był na tyle głupi, żeby oddać aparat jakiejś szemranej pannie.
Nawet nie słuchał jak blondynka rozmawiała z pielęgniarkami na recepcji, bo znalazł jakieś zdjęcie, które musiał zrobić jak spadał i oglądał je z różnych stron, z różnych perspektyw. Chociaż, kiedy padło coś, że może jechać od razu, to podniósł głowę do góry i się uśmiechnął. To był chyba jego szczęśliwy dzień.
Zadarł do góry głowę patrząc na Abby, chociaż kiedy powiedziała to taki z ciebie fotograf, to wywrócił oczami.
- Nie lubię fotografować ludzi, bo właśnie wtedy się zaczyna... A możesz zrobić tak, żebym wyglądała korzystniej? A może tak, żebym miał metr dziewięćdziesiąt, albo żebym miała pięć kilo mniej. Głupota - znowu spuścił głowę zerkając na aparat, ale jeszcze dodał - nie masz gili w nosie - jakby to było ważne. Bo może było? Skoro sama o tym wspomniała?
- Dwadzieścia trzy - wypalił od razu, kiedy zapytała na ile wygląda, no bo jednak jemu niektórych rzeczy to nie trzeba było powtarzać, a on już w głowie sobie założył, że mogła mieć dwadzieścia trzy. A jednak ona zaraz dodała sobie te trzy.
- Dla mnie młoda, i jak na lekarza też młoda - stwierdził, chociaż w sumie to sam był od niej młodszy, o rok, ale jednak. Tylko, że Donnie to zawsze gustował w starszych kobietach, dużo starszych czasem. Wydawało mu się, że lepiej wychodzą na zdjęciach, bardziej przejmująco, niż młodość. Podniósł spojrzenie z aparatu, na nią, słysząc jej kolejne pytanie.
- Ale będziesz się śmiać... To znaczy nie wiem, może akurat wy się tutaj z takich rzeczy nie śmiejecie - uniósł jedną brew - piszę nekrologi, do gazety - a jednak zdążył jej odpowiedź w tej windzie, a nawet zdążył jeszcze głupio zapytać - a ty? - jakby rzeczywiście spodziewał się, że ona oprócz szpitala, to ma jeszcze czas na masę innych zajęć, tak jak on. Chociaż on też i tak większość życia podporządkowywał fotografii.
Kiedy zobaczył to pudełko, to automatycznie zacisnął palce mocniej na aparacie, ale w końcu go tam włożył.
- Tylko miej na niego oko - rzucił zerkając na nią i odłożył aparat, a później zaczął opróżniać kieszenie, a okazało się, że ma tam masę... śmieci. To znaczy dla niego to były jakieś potrzebne rzeczy, gumki... recepturki, jakieś kamienie, patyk, które czasem dokładał do zdjęć, klucze z dziwnym brelokiem, portfel, trochę rozwalony, telefon, oczywiście pęknięty, pognieciony... skręt i zapalniczka. A do tego jeszcze kilka pierścionków, które miał na palcach, kilka łańcuszków z medalikami i kolczyki, też kilka. Na koniec jeszcze zegarek i pasek z metalową klamrą, poprawił spodnie, bo automatycznie trochę mu się zsunęły, i kiedy już wydawało się, że to wszystko, to jeszcze sięgnął pod koszulę odwracając się od niej nieco i wyjął sobie jeszcze jeden kolczyk. Chyba z sutka, bo raczej nie z pępka, chociaż kto go tam wie?
- Dobra, już - znowu się poprawił i utkwił w niej intensywnie zielone tęczówki.
To chyba był już gotowy na to badanie. Chociaż, jego najlepiej byłoby jednak do niego uśpić, albo związać, bo za pierwszym razem oczywiście się poruszył, nie specjalnie, ale tak go swędział nos. Tak bardzo wierciło mu to dziurę w głowie, że ręka sama, jakoś automatycznie do niego sięgnęła. Za drugim razem starał się skupić, myślał tylko o tym jednostajnym buczeniu i o tym żeby się nie ruszyć. Tak bardzo o tym myślał, i o to walczył, że cały się spiął. I kiedy to wreszcie się skończyło, to bolał go kark. Pokręcił głową na boki.
- Myślałem, że tam umrę... - mruknął znowu przyglądając się blondynce. Tomograf był najgorszy. Właśnie dlatego, że nie można było się ruszyć. To już lepsze było pobieranie krwi.

Abby Wallace
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Faktycznie była młoda jak na lekarkę. Bardzo nawet, bo w sumie młodszych nie było. Rocznik Abby był świeżo po ostatnim roku studiów medycznych, czyniąc z niej świeżo upieczonego lekarza. Donnie o tym nie wiedział i chyba nawet nie chciał wiedzieć. Dobrze pamiętała rozmowę w sali o praktykach i jego odbiegający na strony wzrok, gdy była w połowie swojej opowieści. Nie lubiła zanudzać, dlatego jeśli kogoś nudziła, po prostu odpuszczała.
Tak jak wtedy, gdy jechali w windzie, a ona postanowiła skierować rozmowę bardziej na jego temat i zainteresowań wybiegających poza sztukę fotografowania. Na będziesz się śmiać tylko uniosła wysoko brwi, przyglądając mu się uważnie. Pewnie łatwo było ją rozbawić (bo w końcu miała wyborne poczucie humoru), jednak w tym samym czasie też mało rzeczy szczerze ją dziwiło. Po setkach godzin spędzonych na SORze lubiła wierzyć, że widziała już wszystko. Serio. Nawet żarówkę, którą ktoś wcisnął sobie do tyłka. Nigdy w życiu nie zapomni tego widoku. Szczególnie, kiedy w końcu pękła.
Całe szczęście szybko okazało się, że praca po godzinach Donniego nie miała w sobie nic z dziwnych zajęć. Faktycznie śmierć w ich pracy zdecydowanie nie należała do powodów do śmiechu, a tym bardziej fakt, że on pisał o ludziach nekrologi. Szczerze, to na Abby wywołało to nawet wrażenie, bo też miała takie jedno hobby jeszcze za dzieciaka…
Brzmi super — wzruszyła ramionami, przyglądając mu się uważnie i malując na twarzy lekki uśmiech. Chciała, żeby widział, że wcale nie kręciła sobie z niego beki, tylko autentycznie uważała to za f a j n e. — Ja też mam takie jedno… — zaczęła, chcąc mu powiedzieć o swojej małej zajawce, tylko wtedy winda wydała z siebie dźwięk, a drzwi rozsunęły się, zwiastując ich piętro. — Dobra, powiem ci jak już będziesz po badaniu — rzuciła szybko i już pchała go do odpowiedniej sali.
Pomieszczenie do badania tomografem składało się z dwóch pokoi — jeden kontrolny, w którym były monitory podglądowe i centrum dowodzenia, a po drugiej stronie, za przeszklonym oknem znajdowała się wielka, bucząca tuba. Abby również nienawidziła tego badania. Fakt, że człowiek musiał leżeć w bezruchu przez bite pół godziny było okropieństwem, a jeszcze większą męczarnią było siedzenie i czekanie aż badanie dobiegnie końca z jej perspektywy.
W tym czasie byłaby w stanie obskoczyć z dziesięciu pacjentów na dole, a zamiast tego siedziała w niewielkiej kanciapie z pielęgniarką i czekała. Całe szczęscie lubiła Marie, więc trochę sobie pogadały. Szczególnie o tej parce, która trafiła po akcji policyjnej — dziewczyna po tabletce gwałtu i facet z rozwaloną twarzą, który bał się igieł. Marie opowiedziała Abby, jak to zostali znalezieni w windzie z szaloną Dolores, która uciekła z psychiatrycznego i o mały włos ich tam nie zadźgała. Pojebane rzeczy się ostatnio działy w tym szpitalu, ale chyba to już takie miejsce. Przyciągało kłopoty.
Całe szczęście Donnie już za drugim razem okazał się dzielnym chłopcem i w końcu udało mu się nie ruszać na tyle, by zrobić mu odpowiedni obraz głowy i jej przybliżonej zawartości. Abby poszła po niego do pomieszczenia i w pierwszej kolejności zabrała się za odklejanie wielkiego, ciężkiego fartucha na rzepach, który musiał mieć na sobie. Na uwagę, że prawie umarł, prychnęła pod nosem.
Nikt tego nie lubi — rzuciła luźno, szarpiąc za kolejną rzepę. Przy okazji zajrzała do ciemnych oczu Bowena, skoro i tak były blisko. — Ja zawsze sobie wyobrażam, że w coś gram — dodała, w sumie kompletnie od czapy, ale taka już była, a kiedy spojrzał na nią pytająco, to uśmiechnęła się przelotnie i przewróciła oczami. — No to buczenie w tubie. Brzmi trochę jakby się grało w jakąś strzelankę, więc lubię zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że gram — ot taki kreatywny sposób na spędzenie dłużącego się czasu w maszynie do tomografii. Nie żeby Wallace nagminnie robiła sobie badania rezonansem, ale jednak swoje musiała przeboleć, kiedy na praktykach uczyli się to wszystko obsługiwać i czytać wszelkie wyniki. Nie raz musieli przecież z własnych badań.
Możesz się śmiało ubierać i pozbierać swoje rzeczy — odsunęła się, kiedy fartuch w końcu znalazł się w jej dłoniach, a Donnie był wolny, by się odsunąć. Umieściła go na wieszaku, przy okazji dezynfekujac czy coś, żeby był gotowy na kolejnego pacjenta i wróciła do pomieszczenia, w którym on już kończył zarzucać na siebie wszystkie błyskotki. Oczywiście jej uwadze wcale nie uszły śmieci, które z powrotem ładował do kiszeni jak kawałek patyka, ale przecież kim ona była, żeby to komentować. Poczekała aż skończy, władowała go na wózek i wywiozła na korytarz.
Musimy jeszcze poczekać na wydruki badań — oznajmiła mu, tak gdyby się zastanawiał, dlaczego jeszcze nie kierowali się prosto do windy. — Maks pięć minut — dodała, jakby chciała przewidzieć jego kolejne pytanie. Przysunęła wózek do samotnej, białej ławki, na której sama przysiadła. Oczywiście po turecku.
Miałam ci powiedzieć o jednej rzeczy — uniosła w górę rękę i poprawiła sie na ławce. I tak czekali na wyniki, to równie dobrze mogli sobie jeszcze chwilę porozmawiać, prawda? Może tym razem to on się z niej pośmieje. — Kiedyś miałam zajawkę na ostatnie słowa, jakie ludzie mówili przed śmiercią — spojrzała na niego przelotnie. — Wiesz, na przykład Churchill powiedział: znudziło mnie to wszystko, o albo Beethoven że to czas na oklaski, bo komedia sie skończyła. Jak byłam na praktykach, nawet miałam taki zeszycik, w którym zapisywałam najciekawsze ostatnie słowa pacjentów, albo takie, które mnie ruszyły — wzruszyła ramionami, spoglądając przed siebie. Nie miała pewności, że go to w ogóle zainteresuje, ale skoro pisał nekrologi, to może znalazł w tym dziwnym hobby coś ciekawego?

Donnie A. Bowen
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jakby Donnie wiedział o tej żarówce, to na sto... na dwieście, procent by o nią wypytywał, ale on mało widział, to znaczy sporo, bo podróżował, bo właził tam gdzie nie powinien, ale na pewno mniej niż Abby.
Chociaż kiedy tak mu powiedziała, że to brzmi super, to jego pisanie nekrologów, to uniósł obie brwi. Bo pierwszy raz się z tym spotkał, zazwyczaj to mu mówili, że to trochę straszne. Że śmierć jest straszna i przygnębiająca i jak on może coś takiego robić? A dla niego to było przyjemne, takie ostatnie pożegnanie, ostatnie kilka dobrych słów, które odprowadzały zmarłego na tamten świat. Lubił to na swój pokręcony sposób. No i kiedy blondynka to doceniła, to zaplusowała sobie u niego niesamowicie.
Wstrzymał powietrze, kiedy zaczęła, że też ma takie jedno, jedno co? Co to takiego? Już chciał pytać, tylko ona mu wtedy powiedziała, że się dowie po badaniu.
- Ale to jest nie fair. Przecież jak ja będę mógł się skupić na badaniu, kiedy będę się cały czas zastanawiał o co chodzi - rzucił, kiedy wyprowadzała go z windy. Jeszcze pod drodze próbował coś z niej wyciągnąć.
- Jedno dziwactwo? Jedno dziwne znamię? Jedno śmieszne drugie imię? - co z tego, że gadali o swoich zainteresowaniach, tym co robili, o dziwnych zajawkach, kiedy jego wyobraźnia stworzyła już sto kompletnie odjechanych scenariuszy - jedną myśl? Jednego zabawnego wujka? - cały czas jej nawijał, kiedy pozbywał się swoich rzeczy, ale kiedy pielęgniarka spojrzała na niego dziwnie, to wzruszył tylko ramionami i zaraz się zamknął.
Ale później się poruszył na badaniu, bo się zastanawiał cały czas, co ona mu chciała powiedzieć, to wina blondynki, że się poruszył. Nawet chciał jej to powiedzieć, ale kazali mu się nie ruszać, bo muszą powtórzyć badanie. Teraz to już się skupił.
Prawie tam umarł, ale się skupił.
- To jest to jedno coś, co chciałaś mi powiedzieć? - zapytał, gdy powiedziała to, że zawsze wyobraża sobie, że w coś gra, uniósł jedną brew - ja wyobrażam sobie, że stoję w windzie... Odliczam ile to jeszcze pięter - dlatego może on był taki niecierpliwy? Przecież żadna winda aż tyle nie jedzie. Może jednak sposób z grami był lepszy?
- Grasz w strzelanki? - zapytał, kiedy już poodpinała mu ten kołnierz. Jemu wystarczyło rzucić coś kompletnie od czapy, jakieś jedno zdanie, a on już musiał wiedzieć, już się interesował. Chociaż najbardziej to go ciekawiło wciąż to jedno, ale zaczął zbierać swoje rzeczy, ładować śmieci do kieszeni i kiedy już był gotowy, to znowu ruszył do niej. Bo on przecież już się czuł zupełnie dobrze, ale wtedy podsunęła mu ten wózek. No nic, usadził znowu na nim swoje cztery litery. I jak tylko przekroczyła próg, to już miał jej pytać o co chodziło, tylko, że ona wtedy powiedziała to, że muszą czekać na wydruki badań, a on przecież już otwierał usta, żeby pytać jak długo. Tylko, że go ubiegła, sprytnie.
Intensywnie zielone tęczówki przesunęły się po jej sylwetce, kiedy siadła przed nim po turecku, no i znowu otwierał usta, żeby zadać jej kolejne siedem pytań, ale wtedy ona powiedziała to, na co on tak bardzo czekał. Aż pochylił się do przodu i zawiesił jakoś tak bliżej niej.
- Wal - rzucił jakby mu miała zdradzić jakąś tajemnicę wszechświata, czy coś. Ale w zasadzie to był tego tak ciekawy, że aż go skręcało.
Słuchał jej uważnie, a zielone ślepia wbił w jej usta, jakby czytał z nich każde jedno słowo. Spoważniał i przez chwilę jego twarz nie zdradzała żadnej emocji, a w końcu wypuścił powietrze z płuc.
- Brzmi za-je-bi-ście - powiedział powoli, a później się zamachnął i klepnął ją w kolano, bo tak bardzo mu się podobała jej zajawka, bardzo w jego stylu... Chociaż nie powinien się tak spoufalać chyba ze swoją lekarką, więc zaraz się odsunął.
- Ach, sorry - mruknął i już się oparł o oparcie wózka, wyprostował - masz ten zeszyt? Muszę go zobaczyć - ostatnie słowa ludzi przed śmiercią. A on przecież pisał ostatnie słowa po śmierci. Aż odchylił do tyłu głowę i się zastanowił.
- Mógłbym go zobaczyć? - znowu spojrzał na nią - nie wiem, w zamian... pokaże ci moje nekrologi, chociaż one i tak są drukowane w gazecie i na stronie Toronto Sun - wzruszył ramionami, a później już znowu pochylał się do przodu, ale nie tak blisko jak wcześniej, ściszył głos - zapłacę ci - rzucił konspiracyjnym szeptem, bo to mogło źle brzmieć, w szpitalu, do lekarza. A czy jeśli chodzi o jej zeszyt z ostatnimi słowami, to brzmiało lepiej? Chyba niekoniecznie...
Ale Donnie się tym nie przejmował. Chociaż zaraz już prostował się na tym wózku, kiedy pielęgniarka wyszła na korytarz z wydrukami.
- I jak? - zapytał, jakby to ona się na tym znała, ale chyba się nie znała, bo zaraz dała je blondynce, a on przesunął znowu na nią to intensywnie zielone spojrzenie. Był ciekaw co mu tam siedziało w głowie, miał nadzieję, że nic... Nie brzmi to najlepiej, że nic groźnego, o.
Chociaż siedziało teraz jedno, że on musi zobaczyć ten jej zeszyt z ostatnimi słowami.

Abby Wallace
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odliczanie pięter brzmiało… durnie. Szczególnie jeśli by tak wziąć pod uwagę fakt, że przeciętne badanie tomografem trwało dobre czterdzieści minut. To ile pięter on musiał mieć w głowie? Tysiąc? Cóż, Abby uważała, że jej sposób jest o wiele lepszy, a już na pewno bardziej skuteczny. Bo taką windą to co, zaczniesz od złego piętra, a potem co? Jedziesz na ujemne jak źle obliczysz? B e z s e n s u.
To już lepiej bawić się w strzelankę.
Nie gram w strzelanki — odpowiedziała spokojnie. — Wole gry przygodowe — wyjaśniła po chwili. Z tymi strzelankami, to wyobrażała je sobie tylko dlatego, że dźwięki tomografu przypominały karabin, ewentualnie pack-mana, ale to wcale nie dlatego, że była zagorzałą fanką tego typu gier. Jak już grała, to zdecydowanie wolała poeksplorowac postacią otwarty świat, niż staczać wielkie walki. Ale tak poza tym, to Abby najzwyczajniej w świecie nie miała na to czasu. W ciągu dnia swój czas wolny w głównej mierze wykorzystywała na sen, a kiedy nie spała, zdecydowanie wolała zrobić ze sobą coś bardziej pożytecznego.
Jak na przykład prowadzić zeszycik ostatnich słów. Chociaż kiedy zdecydowała się powiedzieć o tym Donniemu, wcale nie spodziewała się tak pozytywnej reakcji. Kiedy wspomniała o tym grupce znajomych, to w pierwszej kolejności nazwali ją walniętą, a zaraz potem stwierdzili, że to przerażające. Tylko Abby serio nie rozumiała, co w tym takiego strasznego. W tym, że ktoś zapisał czyjeś ostatnie słowa. Osobiście uważała to nawet za wyjątkowe. Szczególnie, że nie raz przekazywała je rodzinie, jeśli to było coś istotnego lub łapiącego za serce.
Zdziwił ją entuzjazm Bowena, a tym bardziej fakt, że zaraz chciał go zobaczyć. Na krótką chwile spuściła wzrok na swoje kolano, na którym przez krótki moment znajdowała się ręka pacjenta, by zaraz potem podnieść spojrzenie na jego ciemne oczy.
Nie mam go przy sobie — wzruszyła ramionami. Na to akurat nie było rany. Już dawno przestała go nosić do pracy i po prostu czasami po przyjściu do domu zapisywała te najciekawsze przypadki, które zapadły jej w pamięć. — Ale jak najbardziej mógłbyś go zobaczyć — zaśmiała się, a kiedy zaproponował jej łapówkę, to już w ogóle prychnęła tak głośno, że głowa poleciała do tyłu i prawie miała bliskie spotkanie z chłodną ścianą, o którą się opierała. — Nawet za darmo, serio, ale nie noszę go już ze sobą do pracy. Ale jak jeszcze kiedyś nasze drogi się przetną, to ci pokaże — rzuciła luźną obietnicę, chociaż nie liczyła na to. Donnie nie był pierwszym i pewnie też nie ostatnim pacjentem, z którym dobrze się rozmawiało i z którym w ramach luźnej rozmowy snuła plany na kolejne spotkania, które i tak nigdy nie dochodziły do skutku. Ich z pewnością również czekał ten sam los, ale przecież pogdybać sobie zawsze można.
Moim ulubionym z zeszłego miesiąca był taki jeden Gaspard spod piątki, który powiedział, że ziemniaki z groszkiem były tak obrzydliwe, że wolałby… — nie dokończyła, bo zza drzwi wyszła Marie z wynikami i Abby od razu zerwała się z miejsca, by odebrać od niej kopertę. Marie była spoko, ale po ostatniej aferze z Knoxem, Wallace wolała nie ryzykować, że zaraz ktoś mu znowu nakabluje, że była niewystarczająco profesjonalna przy pacjentach i się z nimi zbyt spoufalała.
Dzięki — rzuciła krótko i nim jeszcze dobrze otworzyła kopertę, już pchała Donniego do windy. Nie będzie przecież stawiać mu diagnozy w korytarzu, szczególnie, że w świetle pokoju ciężko było cokolwiek zobaczyć na podglądzie. — Nie wiem, na pierwszy rzut oka wygląda, że będziesz żył — dodała krótko, bo on ciągle mamrotał coś pod nosem, że już chciałby wiedzieć i całą drogę w windzie o tym nawijał, do tego stopnia, że kilka osób, z którymi jechali, popatrzyli na nich krzywo, a dokładniej to na Abby.
Dopiero kiedy wrócili do gabinetu, zaparkowała go tuż przy łóżku i sama podeszła do biurka, a dokładniej do ściany, na której znajdowała się specjalna, podświetlana ramka do oglądania zdjęć z rezonansu. Przyczepiła zdjęcie głowy Donniego i wykonała krok w tył, przyglądając się temu uważnie. Dosłownie zaglądając mu do głowy.
Wygląda dobrze — mruknęła w końcu, wciąż trwając w skupieniu. — Nie żadnych większych urazów ani wstrząsu — spojrzała na niego i uśmiechnęła się delikatnie. — Tamte zawroty musiały być po prostu spowodowane tym, że szybko zerwałeś się z łóżka. Czasami tak się dzieje — nie musiała mu tego tłumaczyć, ale przecież chyba dobrze, żeby wiedział. — To zostały nam już tylko badania krwi. Jak wszystko będzie git, to cię puszczę. Brzmi okej? — pytać też się go nie musiała. Ale spytała. Chociaż to wcale nie tak, że miał coś do gadania.

Donnie A. Bowen
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”