Zawsze był
nierozważny, i to wcale nie tak, że przy Pilar stał się bardziej. Może odrobinę?
A może wcale. Bo przecież on taki już był, nie myślał, działał, nie roztrząsał, tylko szedł na przód. Może to się trochę zmieniło, bo kiedy dzisiaj siedzieli tutaj na tym korytarzu na dziesiątym piętrze, to trochę jednak myślał o tym co się wydarzyło, trochę to
roztrząsał.
Do momentu, w którym ona nie zajęła wszystkich jego myśli. Kiedy nie zaczęły się kręcić tylko wokół tych jej słów
Te amo mucho, bo on też
kochał ją bardzo.
Wcale nie uważał, że jest
bezużyteczna, bo to przecież nie była jej wina, w ogóle. Przecież ona nie wiedziała co planuje Dalton, a to, że podał jej jakieś prochy, dał ich jej za dużo... To wszystko była wina Nicka Daltona. Karetka przyjechała w ostatniej chwili, a jakby była później?
Przecież ona też walczyła o życie, walczyła o oddech.
Oboje stoczyli walkę, oboje ją wygrali, może nie powinni tego rozdrapywać? Madox nie lubił
rozdrapywania ran, chociaż dzisiaj robił to cały dzień, cały dzień się obwiniając, że nie zareagował wcześniej.
Ale to przejdzie. Jemu to na pewno przejdzie, łatwo. Bo nie ma co oglądać się wstecz. Tak zawsze żył, bez oglądania się za siebie. Patrząc tylko w przyszłość.
A teraz ta przyszłość mogła już być tylko...
lepsza?
Powinna być lepsza. Bo przecież na to zasługiwali. (nie widzę tu świetlanej, lepszej przyszłości, ale cóż)
Może chociaż przez chwilę mogli pożyć złudną nadzieją o lepszym jutrze.
Zapomnieć o tym co się wydarzyło, zabić te nieprzyjemne myśli, kolejnymi gorącymi pocałunkami, takimi, które smakowały jeszcze lepiej niż te dwa dni temu. Jakby miały w sobie jeszcze więcej tej
miłości. Więcej niż wtedy, kiedy musiał jej tłumaczyć, że on żadnej swojej byłej nie powiedział tego, że ją kocha. Bo czy teraz Pilar miałaby jakiekolwiek wątpliwości, że to co do niej czuł było
wyjątkowe? Jedyne w swoim rodzaju? Chyba nie.
I te pocałunki też takie były, blendowały w sobie ten ich typowy
ogień, ale też
miłość, taką prawdziwą, jedyną w swoim rodzaju.
Z taką właśnie miłością sunął szorstkimi opuszkami po jej gładkiej skórze. Skórze, której fakturę znał na pamięć, a która teraz była nieco inna. Jakby uczył się jej od nowa, ale z takim samym zapałem jak poprzednio, jak za każdym razem.
Kochał ją.
Bardzo. W każdym pocałunku, który smakował jej skórę, który zostawiał na niej mokre ślady i budził te znajome iskry pod skórą. Iskry, które on też już czuł, z każdym jej dotykiem na chłodnej wciąż skórze. Skórze naznaczonej siniakami, czuł jej palący dotyk jeszcze intensywniej. Tak właśnie jak lubił, przecież.
Lubił ją też bez koszulki, dlatego wcale się nie zastanawiał, kiedy ją z niej ściągał. Co z tego, że w szpitalu?
Chociaż może to nie było najlepsze miejsce na takie ekscesy?
Zastanowił się jedynie moment, kiedy zaczęła, kiedy jej pełne, gorące wargi opuściło jego imię.
-
Tú -
Ty, ale co? Na moment podniósł na nią spojrzenie, ale tylko na chwilę, chociaż przez myśl mu przeszło, że może jednak nie? Nie jest gotowa?
Z tymi jej kolejnymi słowami spuścił głowę, wypuścił powietrze z płuc prosto w jej pierś, bo z jednej strony mu ulżyło, że jednak nie chodziło o to, że jego dotyk jej nie odpowiada. Ale z drugiej...
Wcale tego nie rozumiał. Bo przecież to nie ona. To Nick Dalton mierzył do niego z broni. Nick Dalton chciał z tej chorej zazdrości rozwalić mu łeb. Zrobić krzywdę, tak jak jej zrobił.
Siniaki, ślady po ugryzieniach, po jego palcach, które sunęły po jej ciele, bez krzty delikatności. Brutalnie, ale nie mając w sobie nic z tej agresywnej, dzikiej, nieokiełznanej miłości, którą oni też się dzielili. Bo Nick Dalton nie kochał. A może kochał? Ale bez wzajemności.
Nie tak jak oni, gdzie oddawali sobie
wszystko. I teraz też Madox liczył, że ona w końcu się w tym zatraci, w tych pocałunkach,
odda mu je. Tylko, że ona już ciągnęła do góry jego głowę. Jego ciemne tęczówki momentalnie odszukały jej piękne, czekoladowe oczy. Oczy, w których widział, że ona rzeczywiście się tym przejmowała.
-
Entiendo...no pasaría -
rozumiem... nie stałoby się, to dopiero było rzucanie słów na wiatr. Bo Madox... on zawsze był nieostrożny. Zawsze pchał się tam, gdzie wcale nie powinien. Robił to, co mogło go dużo kosztować. Sięgnął do jej policzków, żeby oprzeć na nich na moment dłonie.
-
Pilar yo... no sé hacerlo de otra manera -
Pilar ja... nie umiem inaczej, powiedział kompletnie szczerze, bo taka była prawda. Przecież on nie umiał inaczej żyć, bez ryzyka. Bez tej myśli, że kiedyś coś przypłaci życiem. Tylko, że... akurat ona była jedyną taką rzeczą, z którą warto by było to życie oddać. Jedyna na świecie.
Do tego stopnia, że w pierwszej chwili wcale się nie przejął tym bólem ręki, ani nawet tym, że poczuł spływającą po niej krew, dopiero kiedy Stewart zwróciła na to uwagę, to spuścił spojrzenie z jej twarzy na dół, na swoją rękę.
-
Mierda... - mruknął i zaraz podniósł ją do góry, teraz to już spłynęła mu po całej ręce.
Krew.
Wszędzie krew. Na materacu, na ręce i na jej brzuchu.
Przycisnął mocniej tę jej koszulkę opierając palce na jej dłoni.
-
Karen to zawsze coś odpierdoli - wywrócił oczami zerkając na kroplówkę, ale zaraz przeniósł spojrzenie na Stewart, na jej oczy. Serce biło mu szybko, od tych kilku godzin, kiedy zwolniło krytycznie, ono jeszcze chyba tak nie biło. Nie rwało się tak, do niej.
Nawet do niej sięgnął ręką, tylko, że to już chyba był koniec, bo ta krew wcale nie chciała przestać lecieć. No i rana wyglądała źle. Aż mu się zrobiło jakoś słabo.
Powoli się zsunął z łóżka, żeby stanąć na ziemi, a krew kapała już na podłogę. Dużo krwi, jak na taką ranę.
-
Idę na dół - stwierdził, ale zaraz usiadł z powrotem na łóżku, bo znowu mu się zrobiło słabo.
Dzisiaj był słaby, a ta
krew i jeszcze do tego myśli, że zaraz znowu go będą kłóć, bo przed nim jeszcze kilka kroplówek, wcale nie pomagały.
-
Boli - mruknął jak jakieś dziecko, bo jak wcześniej mu to nie przeszkadzało, żaden ból mu nie przeszkadzał, tak teraz to poczuł. Bolała go ręka. A miał uważać na tę kroplówkę.
Pilar Stewart