Może wyglądała, jakby była z
porcelany, ale przecież nie była. No kurwa nie była. A po tym alkoholu to już w ogóle była
niezniszczalna. A przynajmniej tak się jej wydawało. Bo nie dość, że nic jej wtedy nie bolało, to i głowa była spokojniejsza. Nie myślała. Nawet nie dopuszczała do siebie tych okropnych myśli, które wywoływały u niej ataki paniki. Było
d o b r z e, wiec Pilar za grosz nie przeszkadzał ten stan, w jakim trwała.
Nawet nie przeszkadzało jej to, że nie mogła sama dojść do lodówki. Że zawiesiła się na nim jak małpa i kazała się zanieść. Bo skoro on tak bardzo chciał się o nią troszczyć, chciał się nią zająć, no to proszę bardzo, akurat teraz miał do tego idealną okazję i wywiązał sie z niej całkiem dobrze, bo przecież jej tyłek wylądował na chłodnej powierzchni w jednym kawałku.
—
Może być — skinęła głową. Co prawda było nieco
twarto, ale nie miała zamiaru wybrzydzać. W tym stanie było jej w sumie obojętne. Jakby jej tu kazał dzisiaj spać, to z pewnością też nie miałaby z tym problemu. Bo co to za problem? No żaden.
Czego nie można było powiedzieć o tej nieszczęsnej koszuli, której Stewart za grosz nie potrafiła rozpiąć. Gizuk. Co to był dla niej taki guzik? Niby nic, a jednak okazał się jej jebanym Nemezis, pierdoloną piętą Achillessa, słabym punktem, z którym nie umiała sobie poradzić. Jasne, mogła to rozerwać, ale przecież wtedy nie miałaby w czym wracać, a poza tym…
—
Lubię ją — mruknęła, spoglądając w dół z konsternacją na twarzy. Nawet oczy przymrużyłą i przekręciła głowę, gdy tak się przyglądała materiałowi. —
Wyglądam w niej zajebiście poważnie — oznajmiła nagle i spojrzała na Madoxa. Gniewnie oczywiście, żeby on też mógł zobaczyć, jaka była w niej
poważna. Zajebiscie poważna, tak jeszcze w ramach doprecyzowania. Idealna koszulka, żeby podkreślić swoją niezależność i co by wszyscy dokoła brali ją na poważnie. Chociaż ostatnio mało kto brał. Szczególnie, kiedy była taka spruta. No może oprócz tego jednego ochroniarza Madoxa, któremu wykręciła ostatnio łapsko. On już z pewnością brał ją na poważnie!
A sam Madox? Chyba niekoniecznie. Bo kiedy ona mrużyła na niego oczy, on na swojej twarzy malował przeloty uśmiech. Widziała go. Widziała ten bezczelny uśmiech rozbawienia, więc Pilar wydęła swoje usta jeszcze bardziej i czoło nawet zmarszczyła, żeby się wystraszył, ale to chyba nic nie dało, bo on już zaraz dobierał się do jej
poważnej koszuli.
Odpinał ją powoli, ostrożnie, jak nie on, a Pilar chociaż wciąż chciała się na niego gniewać, tak nie mogła pozostać obojętna na jego dotyk. Na sposób, w jaki ciało reagowało na jego szorstkie palce. Spuściła wzrok w dół, by przyjrzeć się temu procesowi, jednak gdy jego dłonie wylądowały na jej ramionach, podniosła spojrzenie do jego ciemnych oczu. Tych obłędnie czekoladowych oczu, podczas gdy on pozbawiał jej koszulki. I już nic nie mogła poradzić na oddech który nagle przyspieszył i serce, które wyrwało się do niego w ułamku sekundy.
—
Do kościoła? — uniosła brew, a wraz z tym i nogi, które zaplotła za jego udami, by zaraz przyciągnąć go do siebie bliżej. —
Jak ja jeszcze nawet nie zaczęłam grzeszyć — to z czego miała się spowiadać? Chociaż kiedy on tak ładnie pozbawiał ją koszulki, miała ochotę. Dlatego zaraz podniosła niezdarnie rękę i umieściła ją na torsie Noriegi, by następnie przesunąć nią w dół, aż do materiału spodni. Zahaczyła paznokciem o skórzany pasek i szarpnęła w swoją stronę. —
A powiedział mi kiedyś taki jeden, że podobno jestem warta każdego grzechu — ciekawe który. Na pewno żaden z tych wcześniejszych ośmiu, bo oni jedynie ograniczali się do tego, że była
śliczna, gorąca, seksowna, ale nigdy
warta grzechu. Madox był pierwszym, który jej tak powiedział. I może ciągnęłaby to dalej, może nawet podjęła próbę rozbrojenia chociaż jednego z jego guzików, ale wtedy on powiedział, że jego goryle również jej nie lubili i chcieli, żeby była bezpieczna bla bla bla, a Pilar aż westchnęła głośno.
—
Przynajmniej w jednej kwestii jesteśmy zgodni — pokręciłą głową. Oni nie lubili jej, ona ich no i kurwa super. Tylko teraz powinien nastąpić ten moment, kiedy ludzie, którzy się nie lubią, się unikają. A oni robili coś zupełnie odwrotnego. Bo przecież łazili za Stewart i ciągle jej
pilnowali. —
Ale oni nie muszą pilnować mojego bezpieczeństwa, Madox — podniosła na niego spojrzenie i odsunęła się nieznacznie, kiedy on grzebał w apteczce. —
Umiem sobie sama poradzić. Całe życie radziłam sobie sama i wcale nie potrzebuje nagle jakiś… goryli, żeby za mną łazili — rzuciła ostrzej, może nawet z lekkim wyrzutem. Czy teraz była dla niego aż taka bezbronna? Była słaba w jego oczach? Ta myśl momentalnie ją ugodziła. Aż odwróciła na moment spojrzenie, wbijając je w jakąś szafkę z syropami. Ostatnie czego chciała, to żeby miał ją za kogoś, kim trzeba się zaopiekować. Przecież umiała się sobą zająć. Umiała walczyć. Ale on chyba uważał inaczej.
Nic nie powiedziała, gdy oznajmił, że
może piec. Miała to gdzieś. Chociaż faktycznie piekło. Piekło kurwa jak skurwysyn, ale przecież ona nie była jakimś słabeuszem, za jakiego on ją miał, żeby ją to ruszyło! Dlatego zacisnęła tylko mocniej palce i wciąż na niego nie patrząc, starała się przełknąć pieczenie, które rozpościerało się na całej długości brzucha.
Dopiero kiedy ponownie się odezwał, odwróciła głowę w jego stronę. Dopiero wtedy wbiła w niego ciemne, ogniste spojrzenie. Bo chyba miał świadomość tego, że przecież nie przejdzie obok tego obojętnie.
—
Jacy wszyscy? — rzuciła, nabierając w płuca więcej powietrza. —
Jacy wszyscy, Madox? — powtórzyła, odsuwając się do tyłu. Może jej matka, która zostawiła ją trzydzieści lat temu na wycieraczce? Albo ojciec, którego nigdy nie miała? —
I o co się martwią? — to był kolejny temat, którego nie rozumiała. Albo raczej nie chciała rozumieć i dopuścić do własnej świadomości. —
Przecież wszystko jest w jak najlepszym porz-ądku — oczywiście, że czknęła na ostatnie słowo. Bo przecież los nie mógł poczekać, aż skończy swoją wypowiedź. Musiał rzucić jej piachem w oczy jeszcze w trakcie. —
Wszystko jest okej — powtórzyła już nieco lepiej, chociaż przecież wiedziała, że on i tak jej nie uwierzy. Za każdym razem było to samo. Ona mówiła, że jest okej, a on kiwał głową, chociaż jego oczy mówiły coś zupełnie innego. Więc po co było w ogóle zaczynać ten temat? Jakby nie mogli iść się po prostu razem pobawić?
—
No kleisz to czy nie? — spytała niecierpliwie, chociaż chyba bardziej po to, żeby zmienić temat. —
Daj, ja to zrobię — wystawiła rękę i wyrwała mu z ręki jeden z kolorowych plasterków. Tylko odkleiła to jakoś tak niezdarnie, że zamiast zakleić sobie ranę, to pokleiła sobie całe palce.
Madox A. Noriega