-
I'd sell my soul to have a taste of a magnificent life that's all minenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Peach nie wciągała, bo po pierwsze to wolała pigsy, bo była basic bitch, a po drugie to widziała zdjęcia nosów narkomanów po wciąganiu i to jej tak obrzydziło, że w życiu by juz nic nie wciagnela. Do Madoxa to jednak pasowalo, chcoiaz moze nie pół twarzy z dziurą, ale nie chciała mu mówić o tym jak już się nafukał, szczególnie że skakał pod sufit jak jeden z tych skoczków opimpijskich, którzy wygrali na spółkę medal. Peach oczu nie może oderwać od Madoxa, zresztą ją to zawsze fascynowało jak ktoś wyczyniał takie rzeczy, bo ona to jest spięta dupa czasami i w życiu nie chciałaby, żeby ktoś ją nagrał jakby tak skakała.
No w każdym razie posypała jak umiała, Ferrari już siada obok niej i tak kładzie rękę za nią, bo pewnie tak sie czuje najwygodniej, chociaż Peach to akurat nie bardzo się go boi, nawet jak z niego jest taki bydlak wielki, bo jest przekonana że komu jak komu ale kobiecie to on krzywdy nie zrobi. Zaśmiała się jak głupolka, jak chłopaki szukają pingwina i złapała za swój kieliszek.
- Oj chłopcy, co wy, przecież tu nie ma pingwinków. Chociaż ja bym chciała mieć kiedyś jednego jako zwierzątko, to by było wspaniałe prawda Frankie - i tak się do niego uśmiecha słodko i rzęsami wachluje, jakby oczekiwała, że on jej z kieszeni pingwinka teraz wyjmie i ofiaruje. Dobrze, że tak się nim oboje zajeli, to wcale nie skumał co jest w kieliszkach. Tylko zgodnie z toastem wział i wychylił swojego bez mrugnięcia okiem, chociaż patrzył na Mateo ciekawy czy ten cały wypije. Peach wypiła połowę i oblizuje się namiętnie, żeby osłodzić ewnetualną gorzkość trucizny którą wsypali Frankiemu do kieliszka, chyba zadziałało bo nic nie powiedział, tylko polał kolejny.
No ale chłopaki chcieli też znów sobie powciągąć, tylko zanim to zrobili to wszystko na Peach wylądowało. Ona odruchowo buzie otworzyła, ale zaraz zamkneła, zresztą dobrze że już jej Madox wyciera z oczu ten koks, ale jak je otworzyła to pewnie jednak coś jej w te oczy weszło. Niby widzi, ze jej Madox mówi, żeby się nie zaciągała, ale co ona poradzi na to, że już jej coś do buzi wpadło i też przez oczy, energicznie pokręciła głową, ajkby chciała to strzepać z siebie ale wstaje nagle:
- Nie, nie, nie, musze iść się ogarnąć. Frankie gdzie masz łazienkę - ale nie czekała nawet na wyjaśnienia tylko poleciała tam i zaczeła się cała myć nad tą umywalką i oczywiście coś tam ją złapało więc rozmazuje sobie cały ten koks po twarzy, wody to nalała tyle zeby wsadzić całą głowę do środka i tak trzyma ją pod wodą chwilę, prawie się tam utopiła, aż musiała duży oddech wziać jak wyjeła ją w końcu z umywalki i spojrzała w swoje odbicie i już widzi nie Peach która ma 27 lat, tylko Peach która ma 13 lat i pierwszy raz się najebała w klubie. Już sie zastanawia co ona ze swoim życiem robi, przecież była takim słodkim dzieckiem, a skonczyła na jakiejś kryminalnej akcji u mafii, myśli już o tym, że rodzice to by z niej nie byli wcale dumni, a ojciec to pewnie nie będzie nigdy. I tak wisi już na tej umywalce z piętnastą minutę, w końcu się drzwi otwierają, bo pewnie wcale się nie zamkneła.
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale Frankie za to klaska w te wielkie jak bochenki chleba dłonie i coś mówi, że wspaniały pomysł księżniczko, a potem, że jakby z nim pojechała na Biegun to mogliby sobie takiego przywieźć. Noriega aż strzelił oczami, a to o nim mówili, że jest jakiś pojebany.
Ale nie było się czasu nad tym rozwodzić, bo już wznosili toast, a Madox to tak się patrzył na Frankiego, jak on wznosił, że aż mogło to wyglądać dziwnie, że on się tak na chłopa jakiegoś lampi, kiedy ten się oblizuje. No ale nikt nie zauważył, a Noriega się zaraz ucieszył, że poszło tak gładko. To tylko jeszcze krecha koksu i mają go!
Tylko, że kurwa z tym już wcale gładko nie poszło, bo Madox zaraz strzepywał kokainę ze swojej kolorowej, ładnej koszuli, a później to już z gładkich policzków Peach.
Ona zaraz oznajmiła, że idzie to ogarnąć, a Madox został z Frankim. I o czym oni mieli teraz rozmawiać? Rozsiadł się na kanapie w tym miejscu, co przed chwilą siedziała Peach, nonszalancko zarzucił nogę na nogę, a stopa to mu cały czas chodzi po tej kokainie i tak czekają na nią.
- A czym się zajmujesz Franki? - Noriega go zagaduje, a ten mówi, ze jakaś tam branża rozrywkowa i pyta a ty, a Madox kiwa głową, że on też. Zapadła niezręczna cisza, a Peach wciąż nie ma...
No i kurwa o czym tu z nim gadać?
- Peach to niezła laska... - w końcu odzywa się Madox i to już Frankie podłapał od razu, zaraz dyskutują o laskach, jakie są najlepsze, Madox twierdzi, że latynoski, a Frankiemu to jest wszystko jedno, żeby tylko miała dobrą dupę i cycki. Noriega mówi, że wszystkie latynoski mają.
I tak sobie gadają o tych dupach i cyckach Latynosek, że nawet nie zauważyli, że Peach już piętnaście minut nie ma.
Madox w końcu zauważył, bo zerknął na ten swój złoty zegarek na nadgarstku, więc się zaraz zwleka z tej kanapy.
- Pójdę zobaczyć co z Peach... - oznajmił, ale Franki zaraz się pyta czy to jest jego dupa, a Madox się zastanowił, bo lepiej tak? Czy lepiej nie? Jak ją odetnie to zdecydowanie tak, ale jak nie, to nie...
Machnął tylko ręką, że tak, albo nie i poszedł do tej łazienki.
Najpierw zastukał lekko w drzwi, ale cisza, więc zaraz nacisnął na klamkę i wszedł do środka.
- Peach… wszystko dobrze? - zapytał łagodnie i się na nią patrzy, a ona taka cała mokra i ta woda jej spływa z włosów na ramiona, krople nikną w dekolcie sukienki. Nie wygląda to dobrze, więc wciąż jeszcze naćpany Madox, zaraz chwyta jakiś ręcznik i ją wyciera.
- Ja pierdole, co ty zrobiłaś Peach? - trze jej te ciemne rozmierzwione włosy, które teraz to nie są już wcale ułożone, tylko sterczą we wszystkie strony, jak u jakiegoś pudla. A później to już sięgnął po drugi, duży ręcznik i go jej zarzucił na ramiona.
- Wyglądasz jakbyś brała prysznic... - stwierdził, ale nie do końca, no i zresztą jego ciemne spojrzenie zaraz padło na ten zlew pełen wody, w którym ona chyba sobie... nurkowała?
Peach J. Pepper
-
I'd sell my soul to have a taste of a magnificent life that's all minenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
No faza, faza. Peach już była pod wodą i zobaczyła światło, wycofała się z tej podróży, bo jednak chciała jeszcze trochę pożyć. Potem stała nad umywalka i oglądała swoją twarz i widziała zmarszczki a później widziała młoda Peach. Później łza jej poleciała, bo poczuła się ogromnie samotna, pozostawiona sama sobie. Wróciła do wspomnień byłego chłopaka, przez którego pojechała na Bali. Chociaż myślała, że już przepracowała to rozstanie, wciąż czuła się zdołowana tym, że jednak on ją rzucił w momencie, w którym nie była na to gotowa.
Nagle, sto lat świetlnych później, pojawia się w odbiciu lustra nie twarz małej Peach, ale Madoxa. No i przez chwile myślała, że ona i Madox to jedność w sensie chyba zarówno romantycznym jak i KOSMICZNYM. Szczerze, to ta wizja nią nieco wstrząsnęła i podobała jej się jedynie odrobinkę. W sensie takim jej się podobało, bo się poczuła bardzo silna i niezależna, tak jakby wszyscy mogli tylko leżeć u jej stópek i ją po nich całować. Madox który był nią nagle przestał nią być i wychodzi z lustra, a ona siedzi i nie wierzy w to co widzi. Kręci głowa i mówi - chociaż dla Madoxa to było seplenienie, to jej się wydawało, że mu mówi.
- Nie brałam, nic nie brałam - wypiera się nagle bardzo wyraźnie i chyba ją coś trzasnęło bo się zerwała na równe nogi, aż Madoxa prawie przewróciła. Ale tak na prawdę to go nie przewróciła, bo to jest jednak chłop duży z mięśniami. Apropo mięśni to przypomniało jej się, że Frankie Ferrari jest za ścianą. - O nie, tak nie może być, że mnie tak skurwiel ojebal z hajsu. Zapłaci za to, chociażbym miała mu odrąbać jaja sekatorem, to zapłaci! - znów się nakręciła, tak samo jak wtedy kiedy wypiła Espresso Martini w barze Madoxa. Zaraz ten ręcznik który ma na ramionach ściska i zaczyna nim wymachiwać. - Ja temu dziadowi pokaże - i z ogniem w oczach chciałaby przebiec obok Madoxa, ale ufam, że on jeszcze miał jakiś instynkt samozachowawczy albo instynkt Peachzachowawczy i ją złapał, zanim ruszyła atakować Frankiego Ferrari.
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Może on powinien wiedzieć, że jednak ona po zmieszaniu tych prochów i szampana i koksu, to będzie tutaj miała różne dziwne fazy, ale on się przecież nie spodziewał, że tak mało jej wystarczy, ale gdzie ona do Frankiego Ferrariego, jak on był ze dziesięć razy od niej większy kloc? No i Madox też był od niej większy, więc kiedy tak stanął przed nią, kiedy ją już trochę wytarł to tak popatrzył na nią z politowaniem.
- Spoko Peach, niedługo ci zejdzie... - powiedział powoli, żeby go zrozumiała, bo nie wiedział, jaką ona ma teraz dokładnie fazę. Po dużej dawce by ją odcięło, ale po takich mini? Tylko zaraz się okazuje, że chyba ją wystrzeliło kokainowo, bo ona się tak zrywa jak szalona.
- Peach kurwa, przecież mieliśmy się rozejrzeć... - mruknął, a jak ona zaczęła tym ręcznikiem machać, to się trochę odsunął, żeby jednak nie dostać w łeb. Co prawda no to nie bał się ręcznika, bo wiadomo, chłop jak dąb, ale jednak, Peach to teraz się rozszalała. I kiedy ona krzyczy, że pokaże temu dziadowi, to Madox się do niej wyrwał. Złapał ją w pasie i ciągnie do tej łazienki, tylko Peach jakoś tak mu się szarpnęła, wierzgnęła jak dzika łania, czy jakaś antylopa, że Madox się zatoczył. Ale nie puścił jej wcale, bo jednak nie chciał, żeby ona poleciała do tego Frankiego.
I nagle słychać głośny plusk!
Całe marmurowe ściany łazienki zachlapane, w ogóle cała łazienka zalana. Bo kiedy Peach się szarpnęła, to Noriega się cofnął, a jak się cofnął to się potknął o wannę i zaraz oboje w niej wylądowali. Tylko ta wanna to była pełniuśka wody, bo pewnie Peach na fazie musiała jej tam nalać, kiedy jej tak nie było piętnaście minut. Madox to się tej wody aż opił, aż ją puścił, ale zaraz ją wyciągnął, bo to była jakaś taka wielka wanna, z hydromasażem, dwuosobowa pewnie, albo nawet cztero, żeby Franki się zmieścił z kimś. No i jak oni już w tej wannie złapali równowagę, cali mokrzy, do ostatniej nitki, pół wody wychlapali na posadzkę, to Noriega aż się złapał za głowę.
- Ja pierdole... - rzucił, bo teraz to oboje wyglądali, jakby brali prysznic... Nie, oni kurwa wyglądali, jakby się kąpali w ubraniach, bo właściwie to się właśnie stało.
Peach J. Pepper