Dla niego była
idealna, taka narwana, taka głośna, taka
nieidealna dla tych ludzi, bo przecież nie dla niego. On ją brał
całą, taką jaka była. Z tym
ognistym temperamentem, ale też z tymi momentami
słabości, bo kurwa przecież każdy je ma. On też miał, chociaż ich nie pokazywał, starał się nie. Za to intensywnie wychodziły z niego te różne wady, które przecież ona też akceptowała, a każda inna już dawno by stwierdziła, że to jest dla niej zbyt
pojebane. Dla niej nie było.
Dla nich to było jakieś takie
normalne, ten pocałunek, który sprawiał, że po skórze szedł przyjemny dreszcz, który miał w sobie ten
ogień, ich żywioł, tak jak ich był kolor
czerwony. I te hiszpańskie słowa, które tak łatwo opuszczały ich usta, nie typowe wyznania miłości. Tylko takie bardziej w ich stylu. Jedyne w swoim rodzaju.
-
Y eso es bueno -
i dobrze, rzucił zaczepnie i tak samo złapał zębami jej dolną wargę. Uwielbiał ją, kochał całym swoim sercem, jak nigdy nikogo w życiu, ale też miał w sobie przecież dużo jakiejś zawziętości, dużo złej krwi, gorącej, ale też złej. I może z którąś próbą by się złamał? Może. Bo może nie, może tą zawziętość przekułby w walkę. Ale też chyba nie chciał tego sprawdzać. Testować jej granic, i tych swoich. Wolał zdecydowanie kiedy było między nimi po prostu
dobrze. Wolał kiedy te ich kłótnie wybuchały całym
ogniem, w jednej chwili, żeby później jednak ten trawiący ogień przerodził się w coś zupełnie innego niż zwady. Jak teraz na przykład.
W te namiętne pocałunki.
Które przerwali, gdy Madox stwierdził, że będzie palił tego jointa. Z nią. Bo on wszystko chciał z nią robić. Rzeczy błahe jak śniadanie, czy kanapki, i trochę bardziej
szalone, jak teraz to palenie zioła.
-
Musy? - jakoś tak się skrzywił i na moment wtulił twarz w jej pierś -
w szpitalu jadłem musy, Eric mi przyniósł chyba z dziesięć - już jej chciał znowu narzekać, że on w takim razie wybiera ciasto, ale wtedy Stewart powiedziała, że
tych deserów to chyba nie będzie miała dosyć. Podniósł na nią spojrzenie, ciemne tęczówki zawieszając na jej pięknych, czekoladowych oczach.
-
Zobaczymy... - znowu się do nie szarpnął, znowu muskając wargami jej pełne, gorące usta, ale krótko, zaczepnie, bo po chwili już trzymał w zębach blanta. Już go odpalał smakując powoli, pozwalając dymowi osadzać się w płucach, na języku i w nosie. Znajomy smak, znajomy
błogostan. Który później jeszcze podkręcił obłędny smak jej ust, miękkich, ciepłych, fantastycznych. Palcami przesunął powoli po jej policzku, opierając je na karku, wplatając w ciemne kosmyki. Nie chciał się od niej odsuwać, wcale. Ale w końcu to zrobił, w końcu znowu krzyżując ich spojrzenia, jakieś takie rozmigotane.
-
Mój też - uśmiechnął się do niej lekko, chociaż Madox to akurat pewnie często jarał w ten sposób. Bo to jakiś taki klubowy klimat, gdzie kolorowe drinki leją się strumieniami, a biały dym tańczy w tych drgających światłach nad głowami. Oplata się wokół szyi, wychodzi z ust jak ten wąż, leniwie.
Ale to jednak nie było to. Bo z Pilar takie rzeczy, które on robił setki razy, które były dla niego jakieś zwyczajne, nabierały zupełnie innego charakteru...
nadzwyczajnego. Wyjątkowego. Jak to uczucie, które miedzy nimi było.
Obserwował ją, kiedy pełne, ogniste wargi oplotły ustnik, jeden kącik jego ust uniósł się do góry. Poprawił ją sobie na kolanach, jeszcze mocniej do siebie przyciągając, kiedy wypuściła białą chmurę, która leniwie zawisła nad ich głowami. Jakby się już na nią niecierpliwił, nie mógł jej doczekać. Tak bardzo go kręciła.
Wsunął rękę pod materiał jej koszulki, tym razem nie delikatnie, tym razem, przesunął krótkimi paznokciami po gorącej skórze na jej plecach, zostawiając na niej czerwone ślady, do zapięcia jej stanika. Szarpnął za nie, w momencie, w którym ona zajmowała się jego guzikami. Chwilę się z tym zapięciem męczył, aż jakieś pełne zniecierpliwienia westchnienie wylądowało w jej ustach, wraz z tym dymem, którym się dzielili. W końcu mu się jednak udało, w końcu sięgnął palcami do jej kształtnej piersi, tylko ona już go wtedy pchała na poduszki. Opadł na nie plecami, i chociaż jego szorstkie opuszki jeszcze przesunęły się po gorącej skórze na jej brzuchu, tak, że nawet odkleił jej jeden plasterek, który został mu na palcu, to później oparł je na jej karku. Przesunął nimi wzdłuż szyi, wplatając w ciemne kosmyki, kiedy jej język przesunął się po jego klacie. Unoszącej się teraz w przyspieszonym rytmie. Ten napis Medellin na jego brzuchu, chodził w górę i w dół, kiedy jej usta muskały jego tors. Nie mógł się zdecydować, czy chcę ją teraz mieć blisko, całować znowu te obłędne usta o smaku zioła. Czy zupełnie gdzieś indziej, zdecydowanie niżej.
Przez moment patrzył na te jej gorące wargi, które oplatały pęta białego, gęstego dymu. Aż z jego piersi wyrwało się ciężkie westchnienie.
Zdecydował się.
-
Ven a mí, quiero sentir tus labios calientes sobre los míos -
chodź do mnie, chce czuć twoje gorące usta, na moich, mruknął i zahaczył palcami o jej podbródek, żeby ją do siebie przyciągnąć, żeby znowu te jej ogniste wargi, wylądowało na tych jego, wraz ze smakiem zioła. Palcami sięgnął do jej pośladków, żeby zacisnąć je na nich, żeby posadzić ją na sobie i przyciągnąć do siebie, bliżej. Wziął od niej tego jointa i teraz między kolejnymi, czułymi, ale również rozgrzanymi pocałunkami, raz jej usta, a raz te jego, pociągały kolejnego małego buszka, którym się dzielili. Wszystkimi się dzielili.
Każdym oddechem, i każdym muśnięciem palców o rozgrzaną skórę. A później ten blant, który już właściwie się dopalał, wylądował gdzieś na kanapie i kiedy on wypalał sobie w niej dziurę, to Madox już całował usta Pilar, namiętnie, bardziej zmy-sło-wo.
Dziko.
Pilar Stewart