-
Masz rację, u mnie znowu tyle się wydarzyło... - rzucił od razu na te jej słowa, że
dawno się nie widzieli, bo to była akurat prawda. Chociaż... Może przeciętny człowiek w tym samym czasie nie przeżyłby tyle co Galen Wyatt? Może.
Ale Galen nie był przeciętny. On nawet spotkania ze swoją terapeutką miał nietypowe, to dzisiejsze też się tak zapowiadało. Znowu powiódł dookoła tymi niebieskimi ślepiami, ale kiedy Mara się odezwała, to wbił w nią wzrok. Przeczesał palcami te idealnie ułożone włosy błyskając drogim zegarkiem.
-
Wspieramy akcje charytatywne, w zeszłym roku przeznaczyliśmy na nie pół miliona dolarów - nie chwalił się, po prostu ostatnio przeglądał te statystyki, bo planował też dopięcie tegorocznego budżetu -
wiem, że to kropla w morzu, ale zawsze to coś - dla Galena było to niewiele? Może. W końcu jego firma generowała takie pieniądze, że nieprzyzwoitym byłoby chociaż o tym myśleć, a co dopiero mówić, na głos.
-
Byłem też w domu dziecka, wiesz? - tym razem trochę się chwalił, nawet uśmiechnął się delikatnie -
fajnie było - Galen też miał w sobie coś z dzieciaka, może dlatego on tak dobrze dogadywał się za małolatami? Pewnie tak.
Znowu skupił się na jej słowach, słuchał jej ściągając do siebie brwi. Zdawał sobie sprawę z tego, ale jakoś to do niego nie docierało, że można być biednym i szczęśliwym? Ale może można? Galen miał wszystko podane na złotej tacy, jemu nigdy nawet przez myśl by nie przeszło, że mógłby stracić dach nad głową.
-
Ale ci tutaj... - rozejrzał się dookoła, nie było tutaj za wesoło, zdecydowanie inna atmosfera panowała w sierocińcach, bo tam dzieciaki patrzyły na niego z zaaferowaniem, zadawały mu setki pytań, a tutaj... miał wrażenie, że nie jest tu mile widziany -
a może mógłbym wybudować kilka domów? Takie wiesz małe osiedle? - zastanowił się na głos, bo pewnie by mógł, biorąc pod uwagę fakt, że niedawno chciał stawiać swój dom. Bajecznie drogi. Pewnie podobna wycena jak takie skromne osiedle.
Zawiesił spojrzenie na jej oczach, bo może wychwycił w nich cień smutku? Galen był dobrym obserwatorem, nie do wszystkiego jednak od razu się przyznawał.
Znowu się zamyślił na jej kolejne słowa, odrobinę zasępił i podrapał po karku dłonią uwieńczoną tym drogim zegarkiem.
-
Wiesz... Ja też robiłem sobie zdjęcia w tym domu dziecka, ale moja specjalistka od PR mi to doradziła, czy to znaczy, że jestem złym człowiekiem? - zapytał, bo dla niego Mara to była jakimś wyznacznikiem dobrych uczynków, w ogóle wyznacznikiem tego co dobre, a co złe. Jakby była nie tylko jego terapeutką, ale jakimś głosem rozsądku? Bo może była.
Na to jej
nigdy nigdy?, wzruszył ramionami z jakąś przepraszającą miną. Nigdy. On nawet na obozy jeździł dla bogatych dzieciaków, gdzie zamiast uczyć ich utrzymywania porządku, to wysyłali ich na jakieś zajęcia językowe, czy szermierkę. Więc gdzie? Na studiach miał gosposię, w domu służbę, wakacje spędzał w najlepszych hotelach. On po prostu nie miał gdzie tego robić.
Słuchał uważnie instrukcji Mary, chociaż kiedy powiedziała to, że niektóre naczynia trzeba myć ręcznie, to aż przełknął ślinę, grdyka mu zadrgała. Już nawet miał pytać jak to ręcznie, ale ona mu wtedy wręczyła te rękawiczki i Galen spojrzał na nie, poprawił fartuch, a potem wciągnął je na ręce.
-
Dobra, chyba ogarnę... - mruknął i ścisnął gąbkę, jeszcze raz zerknął na Marę, a później złapał za garnek i tak jak mówiła zamoczył go wodą, to mu nawet wyszło, tylko kiedy przyszło do płynu, to Galen oczywiście nawalił go na gąbkę tyle, że można było nim umyć pewnie ze dwadzieścia takich garnków, ale nie wiedział ile to jest
trochę. Wzdrygnął się kiedy dotknął gąbką tego brudu, ale zaraz przejechał po nim, raz, drugi i trzeci. No i go zmył, ale później zafiksował się na jakiejś rysie na dnie garnka, której już nie dało się zetrzeć, a on usilnie próbował, męczył się z tym, aż podniósł spojrzenie na Marę. A no i oczywiście zapomniał, że ma wyłączyć wodę i ona się cały czas lała, aż mu się w tym zlewie narobiło mnóstwo piany, od tego płynu, który dodał.
Jeśli Mara się zastanawiała, czy kogoś może przerosnąć mycie naczyń, to tak... Miała tego przed sobą właśnie żywy dowód.
Ale Galen się nie poddawał, on się nigdy nie poddawał zresztą. Zamknął wodę, bo załapał, że ona nie powinna się lać, ale zaraz znowu ją puścił, żeby zmyć pianę. Może ten pierwszy garnek nosił na sobie jeszcze kilka śladów po pianie, ale nie wyglądał najgorzej. Galen uniósł go w górę pytająco, ale kiedy Mara wskazała mu suszarkę na naczynia, to go na nią odłożył, oczywiście, że źle, ale i tak był dumny. Złapał za następny, ale tym razem już nie puszczał wody, kiedy go namydlał, tylko zwilżył, no i nie dodawał płynu, bo miał wrażenie, że jest go i tak za dużo. Przechylił na bok głowę słuchając Mary.
-
Źle - rzucił od razu i westchnął ciężko. Galen zawsze w okresie świątecznym kogoś sobie przygruchał, a w tym roku był sam. Nawet sam poszedł na bal bożonarodzeniowy.
-
Chociaż dostałem pod choinkę samochód, od siebie, ale wiesz... Zawsze święta spędzałem z kimś, z jakąś... przyjaciółką, a w tym roku sam, nawet sam byłem na bankiecie firmowy, wynudziłem się - znowu westchnął i znowu szorował garnek chyba dłużej niż powinien, ale się zagapił. Niebieskie tęczówki utkwił w twarzy Mary.
-
A Ty? Jak spędziłaś święta? Fajnie? - liczył, że lepiej niż on. Co wcale nie było trudne. Wyszorował następny garnek i przyszło do spłukiwania, tylko tym razem Galen za mocno odkręcił wodę i cały się opryskał, fartuch, spodnie, koszulkę, odskoczył do tyłu. To woda, więc jakoś za bardzo się nie przejął, ale był mokry.
Mara Lakefield