-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Podczas ostatniego pobytu w SPA, gdzie przeprowadzała terapię z Galenem, zasiał on w jej głowie pewien pomysł. Chodził on za nią przez wiele tygodni, ale niestety przez okres świąteczny i zawirowania miłosne, ciężko jej było to zrealizować. Jak już zdążyła zauważyć - swoją pracę zsunęła na drugi plan skupiając się na swoim niesamowicie skomplikowanym życiu uczuciowym. Zdanie sobie sprawy, że od lat kochało się mężczyznę, który zawsze był tylko jej przyjacielem, a teraz został narzeczonym jej siostry, wcale nie było łatwe. Pocieszanie tej samej siostry po zerwaniu zaręczyn, bo i on odkrył swoje uczucia do Mary, było jeszcze trudniejsze. Wyznanie nawzajem swoich głęboko skrywanych uczuć, spędzenie wspólnie namiętnej nocy, a następnie rozstanie się jakby to był tylko sen? Najtrudniejsze. Potrzebowała chwili, by pogodzić się z tą całą sytuacją i zamknąć za sobą ten rozdział.
Teraz postanowiła się skupić w pełni na pracy. Jednocześnie nie zamykała swojego jeszcze poharatanego serca, ale jednak pacjenci byli teraz u niej największym priorytetem. Przejęła pacjentów koleżanki, która urodziła dziecko i zaczęła też prowadzić grupy wsparcia. Była otwarta na nowe wyzwania zawodowe. Dlatego przyszedł czas na kolejne spotkanie z Galenem i jak zwykle - w dosyć nietypowym miejscu. Zawsze to pacjenci zapisywali się do niej na spotkanie, ale jej relacja z Wyattem była dosyć nietypowa, więc pewnego dnia otrzymał smsa z zapytaniem czy nie chciałby porozmawiać w miejscu bardzo odbiegającym od dotychczasowych. Podała mu adres, więc bez problemu mógł sprawdzić w Internecie, co się znajduje w budynku i zasugerowała, aby ubrał się dosyć luźno i roboczo.
Sama założyła na siebie zwykły T-shirt, wytarte jeansy i darując sobie makijaż zjawiła się chwilę wcześniej. Znała dyrektora schroniska, ponieważ czasami przychodziła w weekendy pomóc na kuchni bądź przy wydawaniu posiłków. Okazało się też, że w okresie świątecznym w ludziach nagle budzi się potrzeba pomagania innym. Tak silna, że w grudniu musieli odsyłać już wolontariuszy do domu. Niestety tego zapału brakowało na resztę roku, więc teraz znowu każda para rąk była na wagę złota.
Akurat zawiązywała z tyłu fartuch, gdy jeden z kucharzy w oddali wskazał na nią Galenowi. Uśmiechnęła się szeroko i pomachała do niego, by podszedł bliżej.
- Cieszę się bardzo, że przyszedłeś- powiedziała wręczając mu fartuch. Nie była pewna jak się z nim przywitać. Podanie ręki po wspólnym masażu było bardzo oficjalne. Natomiast cmoknięcie w policzek zbyt intymne. Dlatego wybrała najbezpieczniejszą opcję.- Podczas ostatniego spotkania poruszyłeś kwestię tego jak byłbyś traktowany będąc biedny. Uznałam, że w takich okolicznościach może być nam łatwiej porozmawiać bardziej na ten temat- wytłumaczyła z ciepłym uśmiechem na twarzy skąd ten pomysł. W tym czasie związywała też włosy w wysoki, niedbały kok, aby nie przeszkadzały jej przy pracy.- Potrzebują dzisiaj pomocy na chwilę obecną na dwóch stanowiskach - mycie naczyń oraz obieranie warzyw. Co wolisz?- dała mu wybór. Woli się pobrudzić i ryzykować skaleczenie czy trochę pomoczyć? Była ciekawa co wybierze. Nie mogła ukryć, że Galen Wyatt ją zaskakiwał nie raz, więc ciężko jej było teraz przewidzieć jego ruch.
Galen L. Wyatt
-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
Żyć trochę inaczej, w zgodzie ze sobą, tak, żeby ten pieprzony film który wyświetla się przed oczami tuż przed śmiercią był trochę lepszy niż tanie porno, wymieszane ze słabą komedią.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Only whether he showed up.
Zastanawiał się jednak, czy on się tutaj odnajdzie, w schronisku dla bezdomnych. Owszem, Galen pomagał, odwiedzał domy dziecka, może z bezdomnymi też miał styczność, a jednak ten luźny strój? Nie wiedział czego on ma się spodziewać. Może będzie pomagał budować domy, skoro to schronisko dla... bezdomnych? A przecież Galen całkiem mógł się znać na stawianiu domu, chciał to zrobić. Chciał budować swój wspólny dom z Charity Marshall. Kiedy o tym myślał, to znowu te niebieskie oczy zachodziły jakąś dziwną mgłą. I gdzie wtedy lądował Galen Wyatt?
Tak, Galen Wyatt ostatnio odrobinę wracał do swoich niezdrowych przyzwyczajeń, lądowania w swoim apartamencie z długonogimi blondynkami, bo był sam. Mógł sobie na to pozwolić. Chociaż prawda jest taka, że próbował się też umawiać z pewną brunetką, i to wcale nie była ta dziewczyna, która ściągała go z mostu, kiedy chciał z niego skakać. Znowu miał Marze tyle do opowiedzenia. Akurat wymieniał z nią wiadomości, kiedy jakaś blondi robiła jogę, albo inne rozciąganie, na jego ogromnym łóżku. Oczywiście napisał w końcu, że przyjdzie, a potem jeszcze nawet powiedział swojej nowej koleżance, że idzie pobiegać, bo już mu się znudziło.
Galen się tak szybko nudził, i dzisiaj zanim on jeszcze nawet wszedł do tej kuchni, to też już stwierdził, że chyba nie czeka go tutaj nic ciekawego. Jacyś tacy smutni ludzie łypali na niego spode łba, kiedy on w tych swoich drogich jeansach i koszulce za kilka stówek, która wyglądała na zwykły czarny tshirt, wszedł do tego przybytku. Może chodziło o tą jego drogą kurtkę, z wielkimi metkami chyba z każdej strony. Ale przecież ją zdjął, powiesił na jakimś wieszaku, chociaż przez głowę mu przeszło, że może jej już nie odzyskać, dlatego wypchał kieszenie spodni portfelem i telefonem, żeby jednak nie zostawiać ich w kurtce. Zapobiegawczo. Kiedy jakiś wolontariusz wskazał mu Marę, to znalazł się przy niej w kilku krokach.
- Mara... - zaczął, kiedy powiedziała, że cieszy się bardzo, że przyszedł, miał powiedzieć coś innego, ale te słowa sprawiły, że kącik jego ust od razu wygiął się w uśmiechu - bardzo? - powtórzył po niej i wziął fartuch. Właściwie Galen pewnie wymyśliłby jakiś sposób na przywitanie jej, pewnie taki, w którym znowu przekroczyłby jakieś granice, ale zagadała go. A poza tym on cały czas rozglądał się dookoła, bo jakoś tutaj nie pasował. Pachnący perfumami za kilka koła, z tymi swoimi miękkimi włosami tak starannie ułożonymi, jakby właśnie zszedł z jakiegoś bilbordu reklamującego szampony.
- Tak myślisz? - niebieskie tęczówki w końcu spoczęły na jej twarzy - Mara dlaczego biedni ludzie są tacy nieszczęśliwi? Mam wrażenie, że się na mnie gapią - wywrócił tymi intensywnie błękitnymi ślepiami. Może jeśli oni są naprawdę nieszczęśliwi, to on wcale nie chciał być biedny? No nie chciał, nie wyobrażał sobie tego nigdy. Chociaż... fakty były takie, że udawał teraz biednego przed Nelly.
Powiódł spojrzeniem ze jej dłońmi, kiedy wiązała te rude kosmyki nad karkiem, nawet była taka chwila, że Wyatt się zawahał, żeby pomóc jej je z niego zebrać, ale tego nie zrobił. Jakiś postęp. Założył ten fartuch, chociaż oczywiście miał problem z zawiązaniem go, poplątał z tyłu sznurki, bo Galen umiał w pamięci wyliczyć ile stali potrzebuje na trzynastopiętrowy budynek, a nie umiał tak prozaicznych rzeczy jak wiązanie fartuszka. Nigdy tego nie robił, ale jakoś się udało. A już na pewno nigdy w życiu nie mył naczyń i nie obierał warzyw, więc kiedy Mara mu o tym powiedziała, to rozejrzał się na boki. Żeby tylko nikt tego nie usłyszał, dla pewności pochylił się w jej kierunku, blisko, tak, że mogła poczuć na sobie jego oddech, ale też usłyszeć jego ściszony głos.
- Mara, ale ja nigdy tego nie robiłem, ani tego, ani tego, nawet nie wiem jak się do tego zabrać - wypuścił powietrze z płuc mocniej, tak, że mogło posmerać ją po szyi, a jego niebieskie tęczówki wpatrzone były w jej piękne, zielone oczy. Fartuszek, który zawiązał, a właściwie to zaraz okazało się, że wcale nie, zsunął mu się z bioder na buty, więc Galen zaraz po niego sięgnął.
- Te naczynie trzeba lać wodą? Czy jest zmywarka? - zapytał prostując się. Wyatt u siebie w apartamencie miał zmywarkę, tylko prawda jest taka, że on nawet nigdy jej nie pakował samodzielnie. Jak on od tych wszystkich nudnych rzeczy miał gosposię.
Mara Lakefield
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tak, dawno się nie widzieliśmy- przyznała z uśmiechem nie zwracając uwagi na użycie słowa bardzo albo że mogło to zabrzmieć nieco dwuznacznie. Mówiła z głębi serca, a prawda była taka, że lubiła spotkania z Galenem. Nie tylko dlatego, że odbywały się one w restauracji czy salonie SPA. Oczywiście to dodawało im wiele plusów, bo nie tylko płacił wtedy więcej za terapię, ale opłacał także dodatkowe usługi jak masaże czy manicure. Lecz szczególnie ceniła sobie czas spędzony z nim z tego względu, że był interesującą osobą. Było to dla niej rozwijające zawodowo, ale także prywatnie mogła wiele wynieść z ich znajomości. Nie było co ukrywać, nie był jej typowym pacjentem. Relacja między nimi była dosyć specyficzna i pewnie wielu psychologów uznałoby, że Mara przekracza granicę etyki zawodowej. Cóż, nie każdy jest idealny. Nawet Mara Lakefield.
- Może dać nam ciekawą perspektywę podczas spotkania, a jeżeli nie, to i tak czas spędzony na pomocy potrzebującym jest zawsze dobrze wykorzystany- przynajmniej w jej postrzeganiu. Może Galen wcale tak nie uważał? Może dla niego to była strata czasu. A może jeszcze nie miał okazji tak spędzić czas, więc musiał się przekonać na własnej skórze. Mara lubiła przychodzić tutaj od czasu do czasu. Nie tylko pomagając na kuchni czy wydaniu, ale nie raz siadała i po prostu rozmawiała z nimi bądź jadła posiłek. Żeby poczuli chociaż namiastkę zwykłego wyjścia z kimś do restauracji. Czasami rozmawiali o ich problemach, a czasami o takich sprawach jaka dzisiaj była pogoda. Mara nigdy niczego nie narzucała. Po prostu była i słuchała.
- Bezdomnym brakuje przede wszystkim dachu nad głową. Ale jeżeli człowiek jest biedny, to nie jest z założenia nieszczęśliwy. Możesz wynajmować małe mieszkanie i nie móc sobie pozwolić na zagraniczne wakacje, ale być w szczęśliwym związku i ze zdrowym dzieckiem na rękach- może sama nie zarabiała kroci i nie było jej stać latać dosyć często za granicę, ale nie była też ani w związku ani nie mogła mieć upragnionego dziecka. Na jej koncie znajdowały się dolary, miała dach nad głową, ale nie była bogata. Brakowało tych najważniejszych aspektów w jej życiu. Dlatego mówiąc to jej uśmiech nieco opadł, a oczy przygasły. Wróciła wspomnieniami do czasu chociażby sprzed pięciu lat, gdy snuli z mężem plany o dzieciach. Wszystko wydawało się wtedy takie łatwe , pewne. Niestety takie nie było.
- A patrzą się na Ciebie, bo zazwyczaj ludzie o Twoim statusie majątkowym wolą zrobić przelew. Niektórzy przychodzą też, aby zrobić sobie tylko zdjęcie i wrzucić na instagram chwaląc się swoim zaangażowaniem w sprawy społeczne. Jednak Mark wpuszcza tutaj do pomocy ludzi, którym wie, że może zaufać i którzy przyszli tutaj, aby faktycznie zrobić coś dobrego, a nie się wypromować na czyjejś tragedii- dodała przyglądając mu się, gdy nieporadnie wiązał ten fartuszek i już miała mu zaproponować pomoc, ale najwyraźniej sobie poradził, skoro po chwili stał już nad nią nachylony tak bardzo, że wyczuwała te złote perfumy bez problemu. Uderzały do głowy. Spojrzała mu w oczy z małą niepewnością i zaskoczeniem. Do tego, że Galen bez problemu przekraczał przestrzeń osobistą zdążyła się już przyzwyczaić. Tym bardziej, że lubiła jego towarzystwo. Jednak w tym momencie chodziło o to co powiedział.
- Nigdy nigdy? Trochę zazdroszczę- dodała na koniec z uśmiechem puszczając mu oczko. Chciała mu dodać odwagi, skoro miał problem z zawiązaniem fartuszka, a do tego szeptał jakby się wstydził braku doświadczenia.- Jest zmywarka, ale tylko dwie, które chodzą non stop, więc część naczyń, a szczególnie te duże jak garnki, zmywamy ręcznie. Zacznijmy od tego, bo przy tym jest mniejsze prawdopodobieństwo rozlewu krwi- wytłumaczyła i ruchem głowy wskazała, aby podeszli do zlewu. Podała mu rękawiczki oraz gąbkę. - Najpierw polej trochę po garnku wodą , aby zwilżyć brud. Następnie na gąbkę nalewasz trochę płynu i szorujesz każdą część i zakamarek. Czasami przy większym brudzie musisz czynność powtórzyć. Na koniec wszystko opłukujesz. A i pamiętaj, żeby podczas szorowania gąbką woda się nie lała z kranu, bo Mark zabije nas za rachunek za wodę i jest to mało ekologiczne- wytłumaczyła wszystko spokojnie bez żadnej oceny w głosie. Zmywanie naczyń dla większości osób było tak podstawową czynnością, że człowiek czasami zapominał, że niektórzy mieli od takich rzeczy służbę. Stała obok niego wskazując wszystko palcem i obserwując ruchy jego dłoni, czy dobrze sobie radzi. Zamierzała pójść zaraz obierać warzywa, ale na razie chciała się upewnić, że Galen sobie tutaj sam poradzi.
- Jeżeli nie masz pytań do tej części, to może ja zadam jak Ci minęły święta?- uniosła na niego oczy z lekkim uśmiechem. To była chyba jeszcze bardziej nietypowa forma spotkania niż ostatnio. Galen w samym ręczniku? Był przystojny, nie mogła tego mu odmówić. Ale w takich zwykłych strojach i przy zwykłej czynności? W tej prostocie było coś uroczego.
Galen L. Wyatt
-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
Żyć trochę inaczej, w zgodzie ze sobą, tak, żeby ten pieprzony film który wyświetla się przed oczami tuż przed śmiercią był trochę lepszy niż tanie porno, wymieszane ze słabą komedią.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale Galen nie był przeciętny. On nawet spotkania ze swoją terapeutką miał nietypowe, to dzisiejsze też się tak zapowiadało. Znowu powiódł dookoła tymi niebieskimi ślepiami, ale kiedy Mara się odezwała, to wbił w nią wzrok. Przeczesał palcami te idealnie ułożone włosy błyskając drogim zegarkiem.
- Wspieramy akcje charytatywne, w zeszłym roku przeznaczyliśmy na nie pół miliona dolarów - nie chwalił się, po prostu ostatnio przeglądał te statystyki, bo planował też dopięcie tegorocznego budżetu - wiem, że to kropla w morzu, ale zawsze to coś - dla Galena było to niewiele? Może. W końcu jego firma generowała takie pieniądze, że nieprzyzwoitym byłoby chociaż o tym myśleć, a co dopiero mówić, na głos.
- Byłem też w domu dziecka, wiesz? - tym razem trochę się chwalił, nawet uśmiechnął się delikatnie - fajnie było - Galen też miał w sobie coś z dzieciaka, może dlatego on tak dobrze dogadywał się za małolatami? Pewnie tak.
Znowu skupił się na jej słowach, słuchał jej ściągając do siebie brwi. Zdawał sobie sprawę z tego, ale jakoś to do niego nie docierało, że można być biednym i szczęśliwym? Ale może można? Galen miał wszystko podane na złotej tacy, jemu nigdy nawet przez myśl by nie przeszło, że mógłby stracić dach nad głową.
- Ale ci tutaj... - rozejrzał się dookoła, nie było tutaj za wesoło, zdecydowanie inna atmosfera panowała w sierocińcach, bo tam dzieciaki patrzyły na niego z zaaferowaniem, zadawały mu setki pytań, a tutaj... miał wrażenie, że nie jest tu mile widziany - a może mógłbym wybudować kilka domów? Takie wiesz małe osiedle? - zastanowił się na głos, bo pewnie by mógł, biorąc pod uwagę fakt, że niedawno chciał stawiać swój dom. Bajecznie drogi. Pewnie podobna wycena jak takie skromne osiedle.
Zawiesił spojrzenie na jej oczach, bo może wychwycił w nich cień smutku? Galen był dobrym obserwatorem, nie do wszystkiego jednak od razu się przyznawał.
Znowu się zamyślił na jej kolejne słowa, odrobinę zasępił i podrapał po karku dłonią uwieńczoną tym drogim zegarkiem.
- Wiesz... Ja też robiłem sobie zdjęcia w tym domu dziecka, ale moja specjalistka od PR mi to doradziła, czy to znaczy, że jestem złym człowiekiem? - zapytał, bo dla niego Mara to była jakimś wyznacznikiem dobrych uczynków, w ogóle wyznacznikiem tego co dobre, a co złe. Jakby była nie tylko jego terapeutką, ale jakimś głosem rozsądku? Bo może była.
Na to jej nigdy nigdy?, wzruszył ramionami z jakąś przepraszającą miną. Nigdy. On nawet na obozy jeździł dla bogatych dzieciaków, gdzie zamiast uczyć ich utrzymywania porządku, to wysyłali ich na jakieś zajęcia językowe, czy szermierkę. Więc gdzie? Na studiach miał gosposię, w domu służbę, wakacje spędzał w najlepszych hotelach. On po prostu nie miał gdzie tego robić.
Słuchał uważnie instrukcji Mary, chociaż kiedy powiedziała to, że niektóre naczynia trzeba myć ręcznie, to aż przełknął ślinę, grdyka mu zadrgała. Już nawet miał pytać jak to ręcznie, ale ona mu wtedy wręczyła te rękawiczki i Galen spojrzał na nie, poprawił fartuch, a potem wciągnął je na ręce.
- Dobra, chyba ogarnę... - mruknął i ścisnął gąbkę, jeszcze raz zerknął na Marę, a później złapał za garnek i tak jak mówiła zamoczył go wodą, to mu nawet wyszło, tylko kiedy przyszło do płynu, to Galen oczywiście nawalił go na gąbkę tyle, że można było nim umyć pewnie ze dwadzieścia takich garnków, ale nie wiedział ile to jest trochę. Wzdrygnął się kiedy dotknął gąbką tego brudu, ale zaraz przejechał po nim, raz, drugi i trzeci. No i go zmył, ale później zafiksował się na jakiejś rysie na dnie garnka, której już nie dało się zetrzeć, a on usilnie próbował, męczył się z tym, aż podniósł spojrzenie na Marę. A no i oczywiście zapomniał, że ma wyłączyć wodę i ona się cały czas lała, aż mu się w tym zlewie narobiło mnóstwo piany, od tego płynu, który dodał.
Jeśli Mara się zastanawiała, czy kogoś może przerosnąć mycie naczyń, to tak... Miała tego przed sobą właśnie żywy dowód.
Ale Galen się nie poddawał, on się nigdy nie poddawał zresztą. Zamknął wodę, bo załapał, że ona nie powinna się lać, ale zaraz znowu ją puścił, żeby zmyć pianę. Może ten pierwszy garnek nosił na sobie jeszcze kilka śladów po pianie, ale nie wyglądał najgorzej. Galen uniósł go w górę pytająco, ale kiedy Mara wskazała mu suszarkę na naczynia, to go na nią odłożył, oczywiście, że źle, ale i tak był dumny. Złapał za następny, ale tym razem już nie puszczał wody, kiedy go namydlał, tylko zwilżył, no i nie dodawał płynu, bo miał wrażenie, że jest go i tak za dużo. Przechylił na bok głowę słuchając Mary.
- Źle - rzucił od razu i westchnął ciężko. Galen zawsze w okresie świątecznym kogoś sobie przygruchał, a w tym roku był sam. Nawet sam poszedł na bal bożonarodzeniowy.
- Chociaż dostałem pod choinkę samochód, od siebie, ale wiesz... Zawsze święta spędzałem z kimś, z jakąś... przyjaciółką, a w tym roku sam, nawet sam byłem na bankiecie firmowy, wynudziłem się - znowu westchnął i znowu szorował garnek chyba dłużej niż powinien, ale się zagapił. Niebieskie tęczówki utkwił w twarzy Mary.
- A Ty? Jak spędziłaś święta? Fajnie? - liczył, że lepiej niż on. Co wcale nie było trudne. Wyszorował następny garnek i przyszło do spłukiwania, tylko tym razem Galen za mocno odkręcił wodę i cały się opryskał, fartuch, spodnie, koszulkę, odskoczył do tyłu. To woda, więc jakoś za bardzo się nie przejął, ale był mokry.
Mara Lakefield
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Natomiast na wspomnienie o zdjęciu w domu dziecka, twarz Mary nieco spochmurniała. Nie powinna po swojej mimice przedstawiać mu swojej opinii na jakiś temat. W końcu była jego terapeutką, a nie przyjaciółką. Chociaż ta granica już dawno przestała między nimi istnieć i Lakefield tylko się oszukiwała w tym temacie. - Oczywiście, że nie jesteś złym człowiekiem- powiedziała tuż po tym jak głośno westchnęła, ale spojrzała mu w oczy z pełną powagą. Nie były to puste słowa pocieszenia, naprawdę tak sądziła.- Z tymi zdjęciami, a szczególnie w domu dziecka, jest nieco skomplikowana sprawa. Po pierwsze, czy byłeś tam, aby cyknąć sobie fotkę jak wręczasz czek i po minucie siedziałeś już w swoim Porsche, a tekst pod zdjęciem donosił, że spędziłeś tam pół dnia bawiąc się z dziećmi?- próbowała mu wytłumaczyć co miała na myśli. Mógł się z tym zgadzać bądź nie. To też trochę odbiegało od tematów standardowej terapii indywidualnej, ale Mara lubiła rozmawiać z Galenem na wiele różnych tematów i wymieniać się wiedzą, doświadczeniem i punktem spojrzenia. - Po drugie, kto był na zdjęciu? Uważam, że bardzo ważna jest ochrona prywatności dzieci. Ludzie bezmyślnie wrzucają zdjęcia swoich pociech w czasach AI, gdzie wystarczy kilka minut na ich przerobienie. A nawet jeśli zdjęcie nie zostało sfałszowane, to czy to dziecko wyraziło świadomą zgodę na udostępnianie swojego wizerunku? W dodatku mówimy o dzieciach z domu dziecka, które nie mają rodzin- kontynuowała wypowiedź nie dając mu na razie dojść do słowa. - Nie jesteś złym człowiekiem, ale możesz mieć nieodpowiednie osoby wokół siebie. Nie wiem jak wyglądało to zdjęcie i w jakich okolicznościach było robione, ale pozwalaj też dochodzić do głosu własnej intuicji. Pamiętaj, że ostatecznie to Ty jesteś kowalem własnego losu- zakończyła posyłając mu ostatecznie przyjacielski i pokrzepiający uśmiech. Nie chciała brzmieć jakby dawała mu reprymendę. Chciała mu tylko naświetlić swój punkt widzenia, a jeżeli on się z nią nie zgadzał, nie zamierzała siłą go przekonywać do jego zmiany. Mógł mieć swoje własne spostrzeżenia i podejmować własne decyzje.
Gdy zabrał się za zmywanie jej wzrok był utkwiony w zlewie. Przyglądała się jak to robi i momentami miała ogromną ochotę mu zwrócić uwagę, ale widziała , że się stara i próbuje za każdym razem nieco inaczej, aby wypróbować własne metody. Miała mu właśnie zaproponować pokazanie jak to się robi, ale zaczął mówić o świętach i Mara spojrzała na niego z otwartymi oczami. - Boże, właśnie mi przypomniałeś o czymś! Daj mi proszę chwilę, zaraz będę - powiedziała szybko i pobiegła do szatni do swoich rzeczy. Wyjęła z torebki mały pakunek i wróciła do kuchni. - Nie jest to samochód , ale Mikołaj uznał, że prezenty nie powinny się powtarzać- zaśmiała wchodząc do kuchni i mówiąc, a skończyła akurat, gdy woda zaczęła pryskać jak szalona obryzgując nie tylko Galena, ale i ją. Zamknęła oczy i całe szczęście nie miała dzisiaj makijażu, więc mogła spokojnie przetrzeć z nich wodę. - W sumie zapomniałam chyba dodać, że miałeś się skupić na myciu naczyń, a nie całej kuchni i nas- skomentowała wesoło, bo nie widziała powodu dlaczego miałaby się wkurzać. To tylko woda, nic się nie stało. - Idź do szatni, a ja pójdę załatwić jakieś suche ubrania- poinstruowała go nie zastanawiając się nad tym z kim w ogóle właśnie rozmawia. Rozstawiła tabliczkę ostrzegającą przed kałużą i poszła im załatwić czyste ubrania.
Po kilku minutach przyszła do szatni z ciuchami na zmianę. Były to czyste, świeżo uprane białe spodnie i granatowe koszulki dla pracowników kuchni. - Nie jest to Gucci, ale chyba Twój rozmiar- powiedziała wręczając mu ubrania i odkładając prezent na ławeczkę. Wołała go nie zostawiać już przy zmywaku. Sama nie krępując się z obecności Galena obróciła się tyłem do niego i ściągnęła mokrą koszulkę oraz stanik, aby następnie założyć na siebie suchą. Czy było to profesjonalne? Ani trochę. Ale hej! Podczas masażu również nie miała na sobie wiele.
Galen L. Wyatt
-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
Żyć trochę inaczej, w zgodzie ze sobą, tak, żeby ten pieprzony film który wyświetla się przed oczami tuż przed śmiercią był trochę lepszy niż tanie porno, wymieszane ze słabą komedią.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Trochę. Wiesz czym się zajmuje Northex Mara? - chyba nigdy jej o to nie pytał, a to przecież nie było takie oczywiste - stalowe konstrukcje i to nie jest tylko tak, że my przewozimy w kontenerach stal - niebieskie tęczówki spoczęły na jej oczach, już nawet miał coś dodać odnośnie tych kontenerów i handlu żywym towarem, o który był podejrzewany, ale się powstrzymał - tylko my je stawiamy, no i ja czasem nadzoruje ważniejsze budowy... - to nie była jego praca, bo Galen miał od tego ludzi, ale po prostu lubił to robić. Zaglądać od czasu, do czasu na budowy, robić coś innego niż same spotkania z kontrahentami.
- Więc można powiedzieć, że się znam - może Galen nie był budowlańcem, ale pewnie miałby swój wkład w projekt chociażby, i takie rzeczy. A od reszty to już jednak musiałby mieć ludzi, jak on nawet naczyń nie umiał umyć, a co dopiero malować ściany, czy kłaść panele? Ale może tego też by się nauczył? Gdyby w końcu budował ten swój dom. Może jeden pokój pomalowałby własnoręcznie? W końcu to jakieś nowe doświadczenie, a Galen lubił nowe doświadczenia.
Słuchał uważnie słów Mary, kiedy tłumaczyła mu jej punkt widzenia odnośnie tych zdjęć w domu dziecka, widział jej minę, że tego nie popierała. Ale Wyatt miał wrażenie, że ona wielu rzeczy, które były jakąś integralną częścią jego życia to jednak by nie popierała.
- Bawiłem się z dziećmi - od tego zaczął, bo dla niego to właśnie było najfajniejsze, ten czas spędzony z dzieciakami - wiesz, to był kulig ze skuterami śnieżnymi, byłem przebrany za Mikołaja i rozdawałem prezenty, no i siedziałem tam cały dzień, a zdjęcia robiła April, ale ona zna się na robocie. Głównym celem było ocieplenie wizerunku po tej aferze z kontenerami - skrzywił się, bo to jednak wciąż się za nim ciągnęło. Chociaż po tych słowach Mary pomyślał, że może nie powinien do tego wykorzystywać dzieci? Ale wszyscy tak robili, wspierali akcje charytatywne dla ocieplenia wizerunku. Chociaż Galen przecież robił to też bez tego, nie wszystkim się chwalił, a jednak tym postanowił.
Zamyślił się nad tym przez chwilę, może następnym razem, kiedy spotka się z April, to sam jej zaproponuje coś innego? Coś, w co nie będą wciągać dzieci z domu dziecka.
Coraz lepiej mu chyba szło to mycie, a przynajmniej Galen miał takie wrażenie, że z sekundy, na sekundę idzie mu coraz lepiej, chociaż Mara zaraz powiedziała, że coś jej się przypomniało, Galen tylko skinął głową. Starał się skupić na tym myciu, ale oczywiście wciąż zerkał za Marą, bo przecież zdecydowanie lepiej mu szło, kiedy ona stała obok. Co zresztą zaraz i ona zobaczyła, kiedy ta woda prysnęła dookoła. A może prysnęła, bo ona powiedziała o tym prezencie i Galen się tym jakoś bardzo przejął?
On dla niej nic nie miał. Dlaczego o tym nie pomyślał?
- Ech, wybacz, to nie tak miało wyglądać - wytłumaczył się i otrzepał z tej wody, która spływała mu nawet po włosach. Zdecydowanie nie tak.
- Nie są takie mokre... - rzucił i zacisnął palce na swojej koszulce, można była ją wyżąć, więc finalnie jednak Galen ruszył do tej szatni. Usiadł na ławce i od razu sięgnął do telefonu, bo on się zastanawiał, co teraz mógłby dać Marze, teraz w tej chwili.
Wstał jednak kiedy weszła do pomieszczenia, wziął od niej ubrania, od razu czuł, że nie były tak miękkie jak jego ciuchy, ale przecież nie będzie narzekał. Zresztą to było miłe, że w ogóle przyniosła mu coś suchego, że w ogóle się nim tak przejęła.
- Dzięki, są świetne - zerknął na te ubrania, chyba rzeczywiście jego rozmiar, zaraz jego spojrzenie padło na ten prezent, nawet miał coś powiedzieć, ale Mara odwróciła się, żeby się przebrać. Galen zrobił to samo, bo może on w pewnym stopniu był prowokujący, uwielbiał przekraczanie granic, nawet jeśli chodzi o fizyczność, to był też dobrze wychowany. I to siedziało w nim chyba głębiej niż wszystko inne. Sam też zdjął najpierw te mokre spodnie i wciągnął na siebie te, które przyniosła mu Mara. Te jego pewnie kosztowały krocie, bo dopiero kiedy je zdjął, to można było dopatrzyć się tych markowych metek. Zdjął też koszulkę...
No i chyba tyle było z Galena dżentelmena, ale on po prostu znowu cały czas się na tym fiksował. Więc kiedy zakładał na siebie tę suchą koszulkę, to on już stał obok Mary, która przecież miała na sobie wciąż jedynie... tą nową, suchą koszulkę.
- Mara... ale ja dla ciebie nic nie mam - odezwał się, bo go to gryzło. Wciągał przez głowę koszulkę, tylko, że się zaplątał, więc chwile to się siłował z tą koszulką stojąc przed Marą z gołą klatą. W końcu mu się udało i te jego intensywnie niebieskie oczy spoczęły na jej twarzy.
- Ale może mógłbym... Spełnić jakieś Twoje marzenie? Cokolwiek. W Internecie napisali, że katalog marzeń to dobry prezent. Jakie masz marzenia Mara? - zapytał, a jego spojrzenie zjechało na ten pakunek, który przyniosła - mogę go otworzyć? - zapytał, bo oczywiście był ciekawy co tam jest. Galen to jak dziecko.
Mara Lakefield
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Podziw jego osoby był coraz większy, gdy zaczął opowiadać o dniu spędzonym w domu dziecka. Jej oczy rozbłysły, gdy opowiadał co robili. - Wow, to cudowne- była pod ogromnym wrażeniem jego empatii. Niewielu ludzi było do tego zdolnych. Niewielu chciało poświęcić swój czas dla innych. Łatwiej było wypisać czek, aniżeli spędzić dzień z kimś potrzebującym. Jej serce i duma rosły z każdym kolejno wypowiadanym słowem, aż zakończył swoją wypowiedź.- Oh…- wyrwało się z jej ust na koniec, a uśmiech zniknął z jej twarzy. Najpierw była zaskoczona, potem wyraźnie zawiedziona, ale przez chwilę nic nie mówiła. Analizowała w głowie to co usłyszała i jak się z tym czuje. A czuła się źle. - Co to za afera z kontenerami?- spytała ostatecznie w żaden sposób nie komentując celu jego akcji charytatywnej. Przynajmniej na razie. Potrzebowała jeszcze paru chwil, aby to przetrawić i przemyśleć, co chce mu powiedzieć.
Mimo wszystko Galen wciąż był jej pacjentem, klientem i… przyjacielem? Nie do końca by tak go nazwała, bo on o niej wiedział niewiele. Ale na pewno nie był tylko pacjentem, z którym prowadziła terapię w dosyć niestandardowej formie. Był też kimś, na kim jej zależało bardziej niż na pozostałych pacjentach. Mieli pewną więź, którą ciężko jej było wytłumaczyć. Ale ona chyba już tak miała - przekraczała czasami granice profesjonalizmu. Nie była idealna, popełniała błędy i przywiązywała się za bardzo do ludzi. Lecz czy w ogóle istnieli ludzie idealni? Nie.
Dlatego Mara wciąż stała z uśmiechem rozmawiając z mężczyzną i przyglądając mu się jak zmywa, a faktycznie jak na pierwszy raz szło mu całkiem nieźle. Początkowa zbyt duża ilość płynu była czymś normalnym. Nie sądziła jednak, że zostawienie go raptem na chwilę spowoduje coś takiego. Na całe szczęście to była tylko woda i nikomu nic się nie stało. Wytłumaczy to jakoś Markowi, który też był wyrozumiały i trochę się nawet pośmiał z Galena, że Golden Boy nie potrafi się posługiwać gąbką i wężem ze zlewu, ale i tak był wdzięczny za ich wsparcie w dniu dzisiejszym, więc dał im jak najmniej znoszone ubrania.
- Są suche- Mara uśmiechnęła się szerzej słysząc, że Wyatt nazywa ubrania świetnymi. Wiedziała, że takie nie są tak naprawdę w jego mniemaniu i po prostu stara się być miły, co bardzo doceniała. Założyła suchą koszulkę i właśnie ściągnęła spodnie, gdy pojawił się obok niej walcząc ze swoją własną. Mara rzuciła szybkie spojrzenie na jego gołe ciało i przełknęła ślinę, chwytając za rogi ubrania i pomagając mu przecisnąć je przez głowę.
- Galen, daj spokój. Niczego nie potrzebuję i to nie musi tak działać - prezent za prezent. Czy oprócz prezentu, który kupiłeś samemu sobie, dostałeś w ogóle coś na święta od innych?- powiedziała całkowicie szczerze, bo nic nie potrzebowała. Znaczy gdyby miała nieograniczone środki pewnie kupiłaby sobie nowe auto, bo to jej ostatnio coraz częściej odmawiało posłuszeństwa. Ale poza tym cieszyła się ze wszystkiego co miała.
- Tak, oczywiście- odwróciła się , aby chwycić prezent o którym znowu zapomniała. Podała mu go przyglądając się mu uważnie, gdy go rozpakowywał. Jego oczom ukazał się notes w czarnej, skórzanej oprawie i ze złotymi jego inicjałami w prawym dolnym rogu. - Możesz oczywiście wykorzystać ten dziennik jak tylko chcesz, ale moim założeniem było, żeby to był dziennik wdzięczności. Czyli chodzi o to, żebyś zapisywał w nim wszystkie małe i większe rzeczy za które jesteś wdzięczny. Coś albo ktoś, co sprawiło, że było Ci miło. To może być na przykład ciepła, dobra kawa albo same zielone światła, gdy się gdzieś spieszyłeś- zaczęła mu tłumaczyć i czuła się nieco… speszona. Może przez to, że zapomniała założyć spodni? Albo że prezent mu się nie spodoba? Albo że już ma coś takiego? Dziwnie się czuła tak stojąc i aż zaczęła wyginać palce ze zdenerwowania.
Galen L. Wyatt
-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
Żyć trochę inaczej, w zgodzie ze sobą, tak, żeby ten pieprzony film który wyświetla się przed oczami tuż przed śmiercią był trochę lepszy niż tanie porno, wymieszane ze słabą komedią.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tymi, które teraz były utkwione w Marze, kiedy mówiła o nim z tym podziwem, bo przecież Galen lubił, kiedy ktoś go doceniał, on łaknął tego, jak dziecko.
A zaraz później jej o tych dzieciach opowiadał, i to był naprawdę miło spędzony czas, dobrze się bawił z tymi dzieciakami. Chociaż entuzjazm Mary w końcu zniknął, no ale przecież nie zamierzał jej kłamać, wciskać kitu, że robił to tylko i wyłącznie dla dzieciaków... Chociaż, on przecież robił to dla nich. A to ocieplanie wizerunku było jakimś takim dodatkowym elementem.
Kiedy zapytała o te kontenery uniósł jedną brew. Mówiła poważnie? Nie słyszała o tej aferze? Spojrzenie utkwił gdzieś tam w zlewie.
- Kilka miesięcy temu w kontenerze Northexu znaleźli kilkanaście martwych kobiet... - wyjaśnił jej spokojnie, ale przecież pisali o tym w gazetach, Internet huczał, to nie była żadna tajemnica - wyprowadzili mnie z biura w kajdankach - to już trochę była, bo chociaż zrobili mu zdjęcia, to jego dział PR zadbał o to, żeby jednak zginęły gdzieś w odmętach netu - sprawa jest w toku, więc nie mogę za bardzo o tym mówić, ale chodziło o handel ludźmi - to też już się rozniosło, że te kobiety miały dotrzeć do Kanady żywe, ale coś nie wyszło. Spuścił na moment głowę, bo przecież Galen rozmawiał z jedną z tych dziewczyn, wiedział, gdzie one lądują i to było dla niego cholernie ciężkie, ale o tym wcale nie mógł mówić. To była jego tajemnica, jego i Stewart.
Dopiero po chwili podniósł wzrok na Marę.
- Nie jestem oskarżony, nie mają dowodów, ale sprawa wciąż trwa - wyjaśnił jej, gdyby miała co do niego jakieś wątpliwości.
Ludzi mieli, tylko Galen już nauczył się trochę z tym żyć, bardzo tym nie przejmować. Zawsze o nim plotkowali, teraz tylko dodawali sobie, że robi meble z ludzkiej skóry, czy tworzy armię zombie. Różne były teorie spiskowe na ten temat.
Bo może Galen rzeczywiście był takim trochę złotym chłopcem, o którym po prostu lubili gadać? A który nie umiał posługiwać się gąbką i wężem ze zlewu.
Umiał za to być miły. Zawsze tego od niego wymagali, jakiś takich słów na miejscu. Bycie grzecznym, ułożonym i chociaż Galen przecież wiele razy próbował się buntować, to mimo wszystko, to siedziało w nim zbyt głęboko, dlatego powiedział, że te ubrania są świetne.
Teraz z tymi świetnymi ubraniami właśnie się siłową, kiedy stał już koło Mary, a kiedy mu pomogła, to skinął głową w podziękowaniu, poprawił koszulkę, wygładzając ją jakby, miał na sobie co najmniej Armaniego. Bo Galen nawet w takiej znoszonej koszulce, to miał w sobie coś takiego, co sprawiało, że wciąż był... elegancki? Jak facet z rozkładówki. Może to te niebieskie oczy? Intensywnie błękitne.
- Ale... ja lubię dawać prezenty, a właśnie w tym roku nikomu nic nie dałem - spojrzał prosto w jej duże, piękne oczy, ale zaraz pokręcił głową - nie, rzadko dostaję prezenty, a moje... przyjaciółki, często myślały, że wystarczy jak się obwiążą czerwoną wstążką - wywrócił oczami, bo tak zazwyczaj było. Wyatt kupował diamenty, a dostawał w zamian...
Właściwie nie narzekał, z jego uzależnieniem od seksu, to nawet mógł być trafiony prezent.
- A ty co dostałaś? Co chciałabyś dostać? - znowu spróbował. Ale zaraz już pytał ją o ten prezent dla niego, bo zdecydowanie było to coś innego niż czerwona wstążka.
- Dzięki, to jest... - zaczął, ale przecież nawet jeszcze go nie otworzył, zacisnął palce na papierze - wybacz, najpierw otworzę - powiedział. Chociaż dla niego już sam fakt, że cokolwiek dostał, był wyjątkowy. Szarpnął za papier i odsłonił ten notes, od razu przesunął po czarnej skórze palcami, po tych złotych inicjałach, aż wstrzymał na moment powietrze.
- To jest... - zaczął, ale nie umiał znaleźć na to nawet odpowiednich słów, bo to było naprawdę jakieś dla niego wyjątkowe. Miłe.
A przecież on ostatnio te miłe rzeczy to doświadczał wyjątkowo rzadko.
- Dziennik wdzięczności? - uniósł jedną brew, a te niebieskie tęczówki utkwił w jej błyszczących, zielonych oczach. Słuchał jej uważnie, kiedy to tłumaczyła.
- Dziękuję, to jest naprawdę... wyjątkowy prezent - uśmiechnął się do niej i znowu przesunął palcami po okładce. Powiódł spojrzeniem dookoła i wzrok zatrzymał na jakimś stoliku pod oknem, na którym stały kubki z długopisami.
- Zaczekaj - zaraz do niego odszedł i sięgnął po jeden, a później otworzył ten notes na pierwszej stronie, włączył długopis przyciskając go do szorstkiego policzka, a już po chwili na pierwszej pozycji, całkiem ładnymi literami, mającymi w sobie jakieś takie kaligraficzne zacięcie, napisał...
Mara Lakefield
Niebieskie oczy znowu zatrzymały się na jej twarzy.
- Nie wiem, czy dobrze to zrobiłem... - stwierdził nie spuszczając z niej spojrzenia. Dawno nie spotkało go coś tak miłego, jak ten prezent od niej, którego przecież wcale nie musiała mu dawać. Dziennik wdzięczności, w którym na pierwszej pozycji pojawiła się ona.
Mara Lakefield
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Teraz będzie chyba potrzebowała trochę czasu, aby dojść do siebie po tym co właśnie usłyszała od Galena. Obiła jej się o uszy sprawa z jakimiś ciałami i kontenerami, ale nie zagłębiała się w szczegóły, bo same nagłówki mroziły krew w jej żyłach. Dlatego nie wiedziała, że chodzi o jego firmę. To był dla niej szok, którego nie była w stanie powstrzymać. Było ono wymalowane na jej twarzy. Chyba nawet nie chciała udawać, że wszystko jest w porządku w związku z tymi wiadomościami.
- Poczekaj poczekaj… czyli zrobiłeś sobie zdjęcie z dziećmi w domu dziecka, bawiłeś się z nimi… żeby ocieplić wizerunek po zarzutach o handel ludźmi??- spytała brzmiąc pomału na poirytowaną, a nie powinna. Cholera! Była jego terapeutką i nie powinna się wyrażać do niego w taki sposób. Powinna być bardziej obiektywna i oczywiście mogła wyrazić swoje zdanie w tym temacie, ale w odpowiednim tonie, a nie jak urażona… przyjaciółka? Mara jednak jak już wszyscy wiedzą - nie była typowym psychoterapeutą.
- Wiesz co… To jest tak… nieetyczne? Paskudne, że aż brakuje mi słów- dodała będąc dalej wstrząśnięta tą wiadomością i miała problem ze znalezieniem odpowiednich słów, żeby brzmieć przede wszystkim profesjonalnie. Potrzebowała chwili, by trochę ochłonąć. - Nie znam się na biznesie Galen ani na PR czy marketingu, ale myślę, że istnieje wiele innych sposobów na ocieplenie wizerunku niż wykorzystywanie do tego niewinnych dzieci, które już na samym starcie zostały porzucone przez dorosłych- irytacja była wciąż wyczuwalna w jej głosie, ale nie aż tak jak początkowo. Nie mogła jednak udawać, że ta informacja ją nie obeszła.
Mimo wszystko nie skreślała przecież Galena jako człowieka. Wierzyła w jego niewinność- przynajmniej dopóki nie udowodnią mu winy mocnymi dowodami. Nieco się zawiodła na nim, bo ona jednak miała nieco inne zasady moralności według których żyła, ale to nie oznaczało, że któreś z nich było gorsze. Wciąż darzyła go szczególną sympatią i chciała utrzymywać z nim kontakt. A Mara miała to do siebie, że rzadko kiedy gryzła się w język. Zawsze twierdziła, że lepsza jest brzydka prawda aniżeli piękne kłamstwo, więc wprost powiedziała mu co myśli o jego ruchu z dziećmi i całą tą sesją. Lecz nie uważała go za złą osobę i dlatego kontynuowała z nim spotkanie i z wielką przyjemnością mu wręczyła prezent. Lubiła sprawiać ludziom przyjemność.
Musiała też przyznać, że Galen faktycznie wyglądał świetnie we wszystkim. Mieli niby te same koszulki, ale jego na nim wyglądała sto razy lepiej i sto razy drożej. Skłamałaby mówiąc, że mu nie zazdrości tego.
- No cóż, czerwoną wstążką się dla Ciebie nie obwiążę- uśmiechnęła się zadziornie słysząc o jego dziewczynach. Sama kiedyś też takie prezenty wręczała mężowi i to nawet bez okazji. Teraz jednak zostały jej samotne wieczory przed telewizorem bądź z książką w ręku. Ewentualnie jakieś jednorazowe przygody. Chyba czas się pogodzić z tym, że tak już będzie wyglądało je życie.
- Świąteczne skarpetki, których nie cierpię oraz kilka książek- odpowiedziała bez ani krzty żalu. Skarpetki wrzuciła na dno szuflady, ale z książki zawsze była zadowolona. W dodatku dla niej najlepszym prezentem była możliwość spędzenia świąt z rodziną.
Obserwowała go uważnie, gdy rozpakowywał prezent i gładził złote litery na notesie. Dostrzegała każdą reakcję i jej serce przyśpieszyło widząc, że prezent przypadł mu do gustu. Zrobiło jej się o tyle milej, że wiedziała że to był w tym roku jedyny prezent, który dostał. Chociaż zdążyła go poznać na tyle, że podejrzewała, że nawet gdyby dostał mnóstwo drogich prezentów, to doceniłby każdy z nich o ile byłyby dane od serca. Przynajmniej chciała w to wierzyć.
Prawdopodobnie nie myliła się w tym, skoro właśnie patrzyła jak na pierwszej stronie zapisuje jej imię i nazwisko. Zrobiło jej się tak ciepło na sercu, że automatycznie uśmiechnęła się szeroko, a jej oczy wręcz zaświeciły. Może nawet zaszkliły…- Oh… To bardzo miły prezent z Twojej strony, dziękuję- powiedziała nie spuszczając spojrzenia z jego błękitnych oczu, które były takie spostrzegawcze, przeszywające, a zarazem tajemnicze. Było w nich coś, co nie pozwalało jej oderwać od nich wzroku.- Też jestem wdzięczna Galen, że pojawiłeś się w moim życiu- dodała z ciepłem w oczach. To była naprawdę nietypowa sceneria - ona bez spodni, w jeszcze wilgotnych włosach, a on w używanych, tanich ubraniach w szatni schroniska dla bezdomnych. Wdzięczni sobie nawzajem za bycie w życiu drugiej osoby. Życie pisało naprawdę przeróżne scenariusze.
Mara jednak poczuła się nieco speszona, gdy zdała sobie sprawę, że nie do końca jest ubrana. Odchrząknęła i zaczęła zakładać spodnie. - Dobra, może teraz spróbujemy z obieraniem ziemniaków?- spytała spoglądając na niego trochę z dołu, gdy się pochylała akurat, by włożyć stopy w nogawki.
Galen L. Wyatt