On chyba też czuł to
pierdolone połączenie dusz, lepiej by tego nie ujął w słowa, nie opisał. Bo to było coś ponad to wszystko co on zawsze doświadczał, coś zupełnie innego. Jakby rzeczywiście oni byli dla siebie stworzeni. Znaleźli się w tym brudnym, dziwnym świecie, dwoje dzikusów,
szaleńców, którzy przecież tak bardzo odstawali od normy. Bo on całe życie słyszał jesteś taki, czy siaki, jesteś
zbyt, impulsywny, narwany, agresywny, głupi. A dla niej był akurat. Tak samo jak ona dla niego.
Idealna.
Do tego stopnia, że życie by za nią oddał,
wszystko by oddał. Żeby była spokojna, żeby była szczęśliwa, żeby była
bezpieczna.
Spełniona.
I teraz to spełnienie czuł pod opuszkami palców, w drżeniu jej ciała, w każdym tym oddechu, w bijącym w piersi sercu. Czuł, że to nie jest już tylko i wyłącznie pociąg fizyczny, to już nawet nie jest ta chemia w głowie, która pojawiła się w Medellin, kiedy on wyznawał jej miłość szczerze nią zauroczony. Wtedy jeszcze będąc na tym haju towarzyszącym pierwszemu zbliżeniu, kiedy jeszcze okystocyna buzowała w żyłach, bo to był już jakiś zupełnie nowy poziom.
Wyczuł to. Czuł to, tak samo jak ona.
Kiedy zbierał ją z tego rozgrzanego blatu, kiedy znowu lądowała w jego ramionach. Kiedy jego ciemne tęczówki błądziły po jej twarzy, a usta wyginały się w mimowolnym uśmiechu. Kiedy z jego ust padło to krótkie wyznanie miłości, tak kompletnie szczere, a ona się spięła, czuł to przecież, to jak jej ciało się spina pod jego palcami.
-
Hermoso - powiedział to powoli. Bo to było najpiękniejsze, co on kiedykolwiek widział. Ona była kurwa najpiękniejsza. Żadnej innej, nigdy nie chciał. Już.
A kiedy to odwzajemniła, to
te amo, kiedy zamknęła ich usta w tym czułym pocałunku, to poczuł jak wzdłuż kręgosłupa przechodzi mu ten przyjemny dreszcz, jak serce wyrywa się w piersi tak mocno, że prawie boleśnie, do niej.
A kiedy wylądowała na jego kolanach, odruchowo się w nią wtulił, objął ją przyciskając do siebie, opierając szorstki policzek na jej piersi. Jego palce nie sunęły już po jej skórze gwałtownie, wcale, delikatnie głaskały jej uda, jej plecy, z wdzięcznością, którą ona też mu zaraz przekazała w tym krótkim
gracias, które znaczyło dla niego tak wiele. Jakby wiedział, że przecież to dla niej jest coś zupełnie innego, nowego. Dla nich obojga.
Bo on też przecież nigdy nie chciał być, nie chciał zostawać, a z nią chciał, na zawsze. Co by się nie działo i nie wydarzyło. Zadarł głowę do góry, kiedy jej dłoń spoczęła na jego brodzie i chociaż chciał coś powiedzieć, może, że nie pozbędzie się go tak łatwo?
To nie zdążył, bo jej gorące, pełne usta już wylądowały na tych jego, w tym długim, głębokim pocałunku, który zdawać by się mogło, że dotykał gdzieś tam samego dna duszy. Jej
dobrego serca i tego jego
czasem dobrego, które teraz biły jednym rytmem. Ten pocałunek był inny, a jednak kiedy się od niego odsuwała, to szczypnął zębami jej wargę zaczepnie.
-
A miało być dużo deserów... - mruknął, ale tylko udawał niezadowolenie, bo zaraz chwycił w palce jej rękę, splótł jej palce ze swoimi, uniósł ją do góry i musnął wargami jej wierzch raz... -
chociaż burger brzmi zajebiście - jego żołądek też chyba tak stwierdził, bo aż zaburczało mu w brzuchu. Znowu jego wargi znalazły się na jej dłoni, drugi.
-
Chociaż ten deser... - jeszcze raz spojrzał w te jej bajeczne, czekoladowe oczy -
ale mówiłaś, że jest ciasto tak? - i teraz to już wstał ustawiając ją do pionu, trzymając za tą rękę, którą sobie oparł na karku, jeszcze raz się do niej pochylił, żeby tym razem musnąć wargami jej zmysłowo rozchylone usta. No i może zrobiłby to jeszcze raz... A potem kolejny, tylko, że znowu zadzwonił ten jego telefon, tylko, że wcześniej chyba przez przypadek włączył w nim dźwięk i w pokoju wybrzmiała jakaś latynoska muzyka.
Wywrócił oczami w sufit i w końcu się ode niej odsunął.
-
Może odbiorę? - zaproponował, a zaraz znowu cmoknął ją zaczepnie -
a ty zacznij - i ruszył po telefon, po drodze zbierając z podłogi swoje bokserki, które wciągnął na siebie jedną ręką, bo w drugiej już trzymał smartfona.
Wreszcie. W końcu. Przesunął na zieloną słuchawkę i odebrał. Oparł telefon na ramieniu, podciągając się i zbierając w podłogi jej majtki. Wyciągnął je w jej kierunku.
-
Nie musisz ich zakładać i tak je zdejmę... - mruknął, ale kiedy wystawiła do niego rękę, to je do niej rzucił, bo już zaraz odezwał się do słuchawki po hiszpańsku.
-
Si... - skierował się do sypialni, żeby porozmawiać, bo kiedy głos w słuchawce zaczął mu coś tłumaczyć, to momentalnie spoważniał. Ściągnął do siebie brwi.
-
Sí, ese soy yo -
tak, to ja, mogła jeszcze usłyszeć zanim zamknął za sobą drzwi sypialni.
To nie do końca tak, że chciał coś przed nią zataić, że miał coś do ukrycia, tylko kiedy usłyszał w jakiej sprawie do niego dzwonią, to stwierdził, że to może być trudna rozmowa.
Była trudna, chociaż trwała może z dziesięć minut, może nie? Jemu wydawało się, że za długo. Jakby czas znowu na moment się zatrzymał.
I on też, kiedy wyszedł z sypialni, to stanął przy drzwiach, drapiąc się po policzku.
-
Pilar… - zaczął, nie za bardzo wiedząc jak ma jej to powiedzieć, ale może po prostu? -
muszę lecieć do Meksyku.
Pilar Stewart