Tym samym egoistą, który nie potrafił przejść obojętnie obok żadnego psa. Zwłaszcza w potrzebie, a błąkający się przy stacji benzynowej kundel wyglądał na takiego, którego ktoś ewidentnie tam porzucił.
Średniej wielkości suczka o brązowo-rudej sierści z ciemniejszymi dodatkami.
Spragniona ludzkiego dotyku i przestraszona tak bardzo, że nie mógł jej tam zostawić, po prostu nie. Zatankował, kupił sobie kawę, do tego jakąś kiełbasę i wodę, cokolwiek mieli w małym, przydrożnym sklepiku gdzieś daleko za Toronto – dla niej rzecz jasna, bo wyglądała jakby nie jadła i nie piła od co najmniej kilku dni. Nakarmił, napoił, już wsiadł do auta, już miał odjeżdżać…
Kurwa, pomyślał, tylko przez chwilę mając też wrażenie, że tego pożałuje. Otworzył drzwi od strony pasażera, wołając psa. Wskoczyła na siedzenie merdając ogonem i ciesząc się do tego stopnia, że kupiona wcześniej kawa zalała mu spodnie.
To nic.
Zajechał do York Mills po trzeciej w nocy, przypuszczając, że Georgina będzie już dawno spała, ale światło na dole było zapalone. Albo nie mogła zasnąć, albo na niego czekała, choć wcale nie dał jej znać, o której mniej więcej wróci. Zgarnął w dłonie kurtkę i podróżną torbę, kierując psa do przejścia z garażu.
— No, tutaj — mruknął, otwierając drzwi do domu.
Wleciała do środka z podekscytowaniem, obwąchując przy okazji każdy kąt po drodze. Przez korytarz, aż do salonu i kanapy, na której siedziała Gigi. Nowy człowiek musiał przejść chrzest ataku miłości. Zaraz za nią wszedł Percy, patrząc na ten widok z miną skrzywdzonego szczeniaka. Rzucił torbę na ziemię. Spojrzał na Georginę. Nic nie powiedział, ale jego oczy mówiły wszystko.