-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ile razy miał jej jeszcze to powiedzieć? Skoro pięć nie wystarczyło?
Jak jej to wytłumaczyć, że on by jej wszystko powiedział, bo wszystko by dla niej zrobił, ale tego jednego po prostu nie mógł, i to nawet nie zależało od niego. Bo to było gdzieś tam odgórnie ustalone, dawno temu.
I on przez dziesięć lat tak ładnie sobie w tym tkwił, a nagle ma jej powiedzieć? Bo co? Bo widziała go u Eliota? Przecież często bywał na komisariacie, a z Eliotem widywał się jakoś tak regularnie. Tylko, że może nikt na to nie zwracał wcześniej uwagi? Na Madoxa, który się tu kręcił, bo przecież tu bywał. Przecież nie był tutaj kompletnie taki obcy. Dużo ludzi z tego komisariatu robiło z nim jakieś interesy, może nawet kilka osób go lubiło, on też kogoś tam darzył sympatią.
Nawet przez myśl mu przeszło, żeby ją okłamać, zmyślić na poczekaniu jakąś bajkę, jakieś nieistniejące może śledztwo. Ale przecież on jej nigdy nie kłamał, nie oszukiwał jej. Nawet rzadko coś przed nią zatajał, bo była mu bliska, najbliższa na świecie. Opowiadał jej o wszystkim, o swoim dzieciństwie, rodzinie, tak łatwo... Ale o tym po prostu nie mógł.
Nawet kiedy się od niego odsunęła, kiedy wyciągnęła to potężne działo w postaci ukrócenia mu jej bliskości, to co on miał zrobić, kiedy to po prostu było...
Nie do wytrzymania to było.
To jak się od niego odsunęła, jak zostawiła go na tym chłodnym blacie. Odchylił do tyłu głowę, bo wciąż miał w niej ją, ale też to, że nie może jej powiedzieć. Ufał jej jak nikomu na tym świecie, ale co z tego?
Tu nie chodziło wcale o zaufanie, ani nawet nie chodziło o to, że on z tym Eliotem robił jakieś interesy za jej plecami. Bo to była o wiele grubsza sprawa. I to taka, która nie zaczęła się w momencie, w którym on za nią poszedł do tego motelu.
Tylko wtedy ona się bardziej pokomplikowała. Bo już ktoś z góry wymuszał na nim dokładnie to samo, co on musiał zrobić dziesięć lat temu. Wtedy to zrobił. Teraz nie chciał.
Teraz tak bardzo się przed tym wzbraniał.
- Nie słucham się... - rzucił, ale... no przecież się kurwa słuchał. Za bardzo się słuchał czasami.
Na jej kolejne słowa spojrzał na nią, serce zabiło mu jakoś mocniej. Bardzo mu zależało, żeby się nie dowiedziała. Kurewsko bardzo.
Bo ją znał, bo wiedział jak ona zareaguje.
A on przecież nie mógł, nie chciał nawet o tym myśleć, że ona go zostawi. A zostawiłaby pewnie. Jakby się dowiedziała.
Miał taką chwilę zawahania, czy po prostu stąd nie wyjść?
Nie dać jej ochłonąć? I sobie też?
Ale przecież oni nigdy nie bali się ognia, a ten miedzy nimi był przecież aż zanadto wyczuwalny, kiedy jęknęła, gdy on znalazł się bliżej niej, kiedy na nią naparł. Czuł na piersi jej szybko bijące serce, ten jej przyspieszony, urywany oddech. Oboje tego chcieli, to dokończyć. Po co jej to wiedzieć? Nie wiedziała nic od początku, a teraz nagle musiała?
Jeszcze raz się do niej pochylił, jeszcze raz jego ciepły, szybki oddech sięgnął jej policzka, a kiedy podniosła głowę, żeby na niego spojrzeć to wbił w nią intensywne spojrzenie, praktycznie czarne.
- Joder, vete a la mierda - ja pierdolę, kurwa, syknął, kiedy to znowu powiedziała, że albo jej powie, jak on kurwa nie mógł jej powiedzieć. Chciałby, ale naprawdę nie mógł. Jeszcze bardziej się do niej przysunął, kiedy się o niego otarła, jeszcze mocniej dociskając ją do regału, ale to co powiedziała później, że może stąd wyjść, jeśli jej nie powie..., sprawiło, że odepchnął się od tego regału zrzucając z niego jakieś książki. Odsunął się od niej i sięgnął do paska spodni. Spojrzał na nią jeszcze z wyrzutem, bo chciał ją wziąć na tym stole, na regale, w każdej pozycji. Chciał ją pieprzyć i kochać jednocześnie i mieć to wszystko w dupie, to że nie powinien, czy nie mógł.
- To jest w ogóle... - zaczął, ale już naciągał na siebie bokserki, na tę wyprężoną męskość - to w ogóle nie jest tak jak myślisz Pilar, to nie jest to, co ty myślisz - warknął, podciągając spodnie - ta sprawa w ogóle nie dotyczy ciebie - skłamał, bo dotyczyła kurewsko. Nawet też sobie nie wyobrażała jak bardzo.
- Tu nie chodzi o... - zawiesił się i wbił w nią wzrok, ciemne oczy utkwił w tych jej pięknych, brązowych, nabrał mocno powietrze w płuca - nie chodzi o Daltona - dokończył. I to akurat była prawda, chociaż Nicka Daltona też przez chwilę mieli na tapecie w gabinecie Eliota, ale tylko chwilę. Tylko jakieś tam papiery, które on musiał podpisać, z tej całej akcji z Nickiem.
Zapiął rozporek, a potem pasek, poprawił się, ale co z tego skoro na materiale spodni wciąż odznaczała się jego nabrzmiała erekcja?
No ale co miał teraz z tym zrobić?
Jak nie miał zamiaru jej powiedzieć, czyli miał stąd kurwa wyjść, nawet się skierował do drzwi. Oparł rękę na klamce. Miał jej to za złe, że nie mogła go zrozumieć, że po prostu nie może jej powiedzieć, ale bardziej chyba miał jej za złe, że go tak nakręciła i kazała spierdalać.
Ale przecież on sam chciał... od samego początku chciał stąd iść.
Obejrzał się jeszcze na nią, opartą o ten regał i znowu odchylił głowę do tyłu, znowu nabrał mocno powietrze w płuca, bo przecież wyglądała obłędnie, naga od pasa w dół, w tej białej wymiętej koszulce i marynarce, wiszącej na jej ramionach, z zaciśniętymi od pożądania udami.
- Do wieczora - rzucił i teraz to już przekręcił zamek w drzwiach, żeby sobie stąd kurwa wyjść.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gówno prawda.
Oczywiście, że się słuchał. Słuchał się i to kurwa chyba pierwszy raz w życiu, a przynajmniej pierwszy raz, kiedy Pilar była tego świadkiem. Przecież on nigdy tego nie robił. Zawsze był pierwszą osobą, która gotowa była łamać zasady, naginać je i nadpisywać pod własne dyktando, kompletnie nie zważając na konsekwencje. I nagle mu się odwidziało? Nagle była z niego tak ważna wtyka w policji, że nawet jej nie mógł powiedzieć? Jej? Przecież mógł jej zaufać. Jak nikomu innemu na świecie mógł. A jednak wybrał świadome milczenie i nie podzielenie się z nią tym sekretem.
Chyba już wcale nie dzielili wszystkiego na pół.
Dzielili tylko to, co ON uznał za wygodne. To czym chciał się z nią podzielić. Stewart nie miała tutaj nic do gadania. Mogła sobie prosić, wymuszać na nim, nawet doprowadzać go do szału, a to i tak nic nie dawało. Bo on już zdecydował. A decyzja była jasna i jednogłośna: nie powie jej.
I ta jej była równie klarowna i oczywista w przekazie: jeśli wybierze tajemnice i sekrety, mógł się pakować i
Westchnęła głośno, kiedy się odsunął. Serce biło jej jak oszalałe, a oddech był cholernie nierówny. I jak wcześniej było jej niesamowicie gorąco, tak nagle zrobiło się jej kurewsko zimno. Aż zachciała się czymś przykryć.
Była zawiedziona.
Gdzieś w środku liczyła na to, że się ugnie. Że jeszcze się przekona. Że może stwierdzi, że ich uczucie, które dzielili było silniejsze niż jakakolwiek sprawa z Eliotem. Ale nie było. Bo on już zaraz ubierał bokserki i spodnie, już zapinał pasek, a Pilar patrzyła tylko na jego ręce. Patrzyła, niedowierzała i wciąż walczyła z własnym ciałem, by w końcu się uspokoiło. Głowa wiedziała, że nie odpuści, że na dzisiaj to już koniec, a jednak serce wciąż pchało się przed siebie.
To nie jest to co myślisz, Pilar… To nie tak… To nie dotyczy ciebie… bla bla bla. Słyszała jego słowa, docierały do niej, a jednak ona wybrała nie zrobić z nimi absolutnie nic. Tym bardziej, że skoro nie dotyczyło to jej, tym bardziej powinien jej powiedzieć. Tym bardziej nie powinien trzymać tego dla siebie, bo co to za problem w takim razie? Znała go już trochę i naprawdę nie trudno sie było domyślić, że musiało to być nie byle co, jeśli on był gotowy stąd w y j ś ć, byle tylko jej nie powiedzieć.
Odprowadziła go wzrokiem do samych drzwi. Z uwagą obserwowała, jak przekręca zamek i spogląda na nią po raz ostatni. Jak wodzi spojrzeniem wzdłuż jej sylwetki, podczas gdy jego spodnie wciąż odstawały, uwypuklając materiał.
Do wieczora.
— Jeszcze zobacze — mruknęła w odpowiedzi, wwiercająć w niego ciemne spojrzenie. — Może będę dzisiaj spała u siebie. Dam ci jeszcze znać — oczywiście, że nie będzie. Przecież to u niego miała wszystkie rzeczy. Nawet zasraną szczoteczkę. To tam miała ciuchy, które chciała zabrać do Meksyku. Nie było opcji, że wróci tego wieczoru do swojego mieszkania, a jednak wybrałą wbicie mu niewielkiej szpilki, kolejnej już tego dnia. — No co tak patrzysz? Idź już. Chce się ubrać — warknęła, przyciskając się jeszcze bardziej do regału. Naumyślnie wbijając sobie twarde okładki w plecy, by jakoś przekierować ból, który nagle rozlał się w jej sercu.
Nienawidziła się z nim kłócić.
A jednak w tej sytuacji chyba nie było żadnego dobrego wyjścia. Szczególnie takiego, które zadowoliłoby obie strony. Musieli to jakoś przełknąć. Albo wcale nie i leciec do Meksyku kurewsko pokłóceni.
Madox A. Noriega