Rosario znowu się krzywi i znowu wargi nadyma i już jej może tak zostanie przy tym Ricardo, bo on jej tylko cały czas tak gada, jakby jej dopiec chciał.
-
No i ty na ten długi urlop, miesiąc nasz miodowy, przyjechałeś do Kanady? - bo jej to się trochę wierzyć w to nie chce. Przecież jakby był zakochany w niej tak, jak ona w nim była, to by ją olejkiem smarował po pleckach, a nie ruszał na drugi koniec świata. Może on jednak ją zdradza z jakąś rudą wywłoką? Aż tak do niego podeszła i mu się przygląda, i bliżej coraz, bliżej, aż w końcu to oczy otworzyła, i te usta karminowe, jak jakaś ryba, aż powietrze nabiera do płuc i sięga mu do ramienia.
-
A co to jest Ricardo?! - bo jakiś włos mu ściągnęła z tej białej koszulki! Chyba rudy właśnie.
Ale zaraz mu się tak przygląda pod słońce, bardzo badawczo, jak doktorka prawdziwa i widzi, że ciemny, nawet jej chyba, więc go rzuciła na podłogę.
No i ona już jest w ogóle cała zadowolona, jak on tak jej mówi
la doctora, bo ona też uwielbia ten jego gorący hiszpański akcent, tylko mu nigdy nie mówi o tym, bo dziewczyny to nie powinny chłopakom tak dużo komplementów dawać. A zwłaszcza takiemu Ricardo, bo on się wtedy rozleniwia i wcale o nią nie zabiega.
-
No musisz wszystkim mówić króliczku, że twoja żona jest lekarzem, to będą cię traktować poważnie - bo ona uważała, że jak on mówi, że jest kucharzem, to nikt go nie traktuje. Ona nie traktowała na przykład.
Ale on też wcale nie traktuje tego jej dyplomu, i ona zaraz się znowu nadyma i już ma mu mówić, że pójdzie do takiej szkoły, gdzie zdobędzie ten dyplom z blowjobizmu, a ona była w szkole i na studiach prymuską, zawsze się starała dziewczyna. Tylko on wtedy jej mówi, że jest najmądrzejsza i ją całuje, a jej zaraz serce topnieje i robi się na nim tak jakoś cieplutko, łapie jego policzki w obie rączki i też go całuje długo, aż jej nóżka do góry idzie jak w jakimś filmie romantycznym.
A zaraz jak w takim filmie już stoją w tej małej kuchni. Rosita to się krzywi, bo w willi mają ładną i dużą, no ale cóż, na razie musi być tak jak jest, przecież zaraz sobie wrócą do domu, swojego pięknego, bo ona zakładała, że przyjedzie tu po niego i zaraz wracają do Puerto Rico.
Zagląda do tej szafki co jej kazał, ale nie ma tam blendera, tylko jakaś patelnia jedna i garnek bez ucha.
-
Nie ma, to jutro mu trzeba powiedzieć, żeby kupił - bo wiadomo, że oni mu nie kupią, bo są skąpi, ale mogą mu przypomnieć, że potrzebuje blendera. Chociaż Rosario to miała jakieś zniżki w sklepach z blenderami, bo ona w domu miała trzy. Różowy. Szklany. I taki bierz i blenduj.
Już miała się ładować na szafkę koło Ricardo, ale on jej wtedy zapytał o to Toblerone i ona wbija w niego ślepia, te piękne, brązowe, błyszczące jak milion gwiazd.
-
Mam - mówi mu dumna z siebie, bo zapamiętała, żeby mu kupić, a potem w podskokach jak jakaś ulijanka idzie do walizki. Przerzuca te wszystkie seksowne majtki, a w nich ma zakopane wielkie Toblerone.
-
Nie wiedziałam misiu pysiu które ty lubisz najbardziej, więc mam dwa - pół walizy jej to zajęło, ale idzie z tymi czekoladkami do niego i mu je kładzie na blacie przed nosem. A potem się podciąga na ten blat, żeby usiąść koło niego jak będzie kroił pomidory, tylko, ąe ona jest przecież taką małą, słabą kobietką, więc musi sięgnąć rączką, jak się podciąga, i się na nim zeprzeć, akurat paluszki zaciskając na jego bicepsie, i tak go głaska po tym mięśniu i się uśmiecha zalotnie, bardzo kokieteryjnie.
-
Ojacie ćwiczyłeś chyba tutaj bejb? - mruga tymi oczami pięknymi. Może z Madoxem ćwiczył?
Ona też by mogła z nimi jakąś jogę potrenować na przykład.
No i już siedzi na tej szafce macha nóżkami, a tu Ricardo jej mówi o tej fabryce Toblerone. Odchyliła się tak do tyłu, podparła ręką na blacie i myśli długo.
-
Jakby było we Francji to tak, ale jak w Szwajcarii to tam jest chyba tak samo jak tutaj - no bo zimno, flagi mają podobne, jakaś nudna ta Szwajcaria chyba. Jak zaczął gadać do głośnika, to ona zaraz marszczy brwi, a później leci ten audiobook, a ona go słucha taka oczarowana cała.
-
O jezu Richie to jest Dwór cierni i róż, zostaw to - no i oczywiście, że ona słucha machając przy tym nóżkami, aż go kopnęła w kolano niechcący -
to jest taka romantyczna książka. Jak nasza miłość Ricardo - i znowu się na niego patrzy -
tylko tam na końcu taki chłopak zdradza taką dziewczynę i ona go zabija... to jest smutne zakończenie - jak to powiedziała, to aż głowa kręci, a potem sięga do jego karku, żeby go po nim podrapać tymi czerwonymi, długimi paznokciami -
ale nas to nie dotyczy, bo ty byś mnie nigdy nie zdradził misiaczku - no i jeszcze się bawi jakimś łańcuszkiem na jego szyi, ale sobie myśli, że jakby ją zdradził to by go nim udusiła. Ale nie zdradzał, to nie musiała.
Ricardo Martinez