-
Nie ma śliczniejszej, no i ja lubię jak mnie wkurwiasz - przekręcił głowę, żeby szczypnąć zębami opuszek jej palca, gdy jej dłoń sunęła przez jego policzek, po szyję i kark. Może czasami rzeczywiście wkurwiała go do tego stopnia, że ciężko mu było nad sobą zapanować, jak na przykład wczoraj, gdy powiedział jej, że ją nienawidzi, ale przecież tak naprawdę to wciąż ją kochał. Nie przestał nawet na moment. Nawet jak go wkurwiała, czasami tym go też bardziej prowokowała, grając mu trochę na nerwach. Bo przecież Madox nie lubił jak było nudno, on był uzależniony od bodźców i z nią je miał, całą gamę. Paletę tak różnych i skrajnych uczuć, emocji, że to było fascynujące. Od tego wkurwiania, po bezgraniczną miłość.
Nad życie.
Dla niego trwało to długo.
DWA DNI. Jak on czasem potrafił rozkochać w sobie kobietę na jednej randce, a z nią jednak potrzebował tych dwóch dni... Chociaż to też nie jest tak do końca, bo im ta chemia towarzyszyła już dużo, dużo, wcześniej. Już w klubie, kiedy tańczyli salsę, a może jeszcze wcześniej?
Teraz to on prychnął na to jej stwierdzenie, że jakby pozwoliła na więcej to by się zakochała.
-
Mi by wystarczył raz... żebyś się zakochała - tylko ciekawe jak on to liczył, jak jemu często raz to było
mało. I chociaż oni trochę robili do siebie podchody, to przecież jak już się w końcu na to zdobyli, jak się ze sobą przespali, to cały czas było im
mało. Nawet jak przykleiła go taśmą do łóżka to nie umiał się jej oprzeć, a może zwłaszcza wtedy nie umiał?
I teraz też wyrwał się do niej i już chciał ją pocałować, tylko kiedy zaczęła to
ja po prostu..., to zatrzymał się i zawisł nad jej pełnymi, gorącymi ustami. Słuchał jej, chociaż klatka piersiowa unosiła mu się już agresywnie w górę i w dół. Już mu się cisnęły na usta jakieś głupoty, jakieś żarty, bo przecież Madox w takich momentach często strzelił coś głupiego. On nie umiał być poważny. Ale teraz się postarał, oparł palce na jej policzku i przesunął nimi powoli na jej kark.
-
Cieszę się, że mi je oddałaś - powiedział przysuwając się do niej, opierając czoło o jej skroń i znowu chciał się do niej przybliżyć, zamknąć te dzielące ich nieznośne milimetry w pocałunku, ale się nie udało, bo przerwała im stewardesa.
A później to już wjechały te wszystkie potrawy, i chociaż Madox zaczął od drinka, to kiedy Pilar zbierała mu frytki z ud, on pomyślał od razu o deserze. Cuba libre wyzerował jeszcze zanim stewardesa przyniosła im wszystko, więc poprosił o następne. A to podobno Stewart miała jakieś problemy z piciem. Podobno.
-
Daj spróbować - oczywiście, że musiał spróbować tego jej makaronu, za bardzo nie przejmując się tym, że spadł mu na brodę, a nawet na tą koszulkę z napisem
łobuz kocha najbardziej, powinien taką kupić Pilar z napisem
łobuziara, bo ona zawsze go całego upierdoliła tym jedzeniem.
Słuchał jej i tylko kiwał głową, bo akurat już się zjadał tym swoim stekiem i dopychał go frytkami.
-
Brzmi zajebiście - rzucił z pełną buzią, ale w końcu przełknął, popił nawet szampanem, bo jakiegoś zwykłego picia to im nie dali wcale -
a myślisz, że nie trzeba umieć gotować? - dopytał, bo nie był pewien, on akurat prowadził klub, ale umiał i robić drinki, i tańczyć, czyli można powiedzieć, że się na tym znał? A jak się na czymś nie znał, to się nauczył. Z knajpą też by się mogli nauczyć. Może nawet jakiegoś kolejnego popisowego dania, lepszego niż jajko sadzone.
Na to jej
chcesz uniósł jedną brew, bo to przecież było oczywiste, było kilka takich rzeczy, których on nigdy nie odmawiał. Jedzenie, alkohol, prochy i seks. No i jej też z reguły nie odmawiał, cokolwiek by nie wymyśliła. Raz mu się zdarzyło.
Oblizał truskawkę językiem tak, żeby zahaczyć nim też o jej palec, a potem objął ją wargami i zabrał z jej dłoni, zjadł ją i była całkiem dobra, ale Noriega zdecydowanie wolał na przykład mango, albo marakuję. Kiedy zasugerowała, że się ubrudził, to zrobił zeza i chciał spojrzeć na swoje usta, ale zobaczył tylko nos. Nawet miał to zetrzeć wierzchem dłoni, ale Pilar zrobiła to za niego i to o wiele przyjemniej. Kiedy jej język wylądował na kąciku jego ust, to ten momentalnie skoczył do góry, a już gdy go całowała, to uśmiechnął się szeroko, muskał wargami jej słodkie, ciepłe usta, w krótkich, miękkich pocałunkach. Ale to było
mało. Więc zaraz oparł palce na jej karku, przytrzymując ją przy sobie i pogłębiając ten gorący pocałunek.
Pierwszy od wczorajszego popołudnia. Druga jego dłoń wylądowała na jej udzie, przesunął nią wyżej, tylko, że zaraz znowu usłyszał chrząkanie za swoimi plecami, a stewardesa powiedziała, że zbliżają się do lądowania i powinni zapiąć pasy. Zapytała też czy może pozbierać ich talerze, a Madox oczywiście wpakował sobie do buzi jeszcze truskawkę, a drugą Pilar, chociaż wcale mu za specjalnie nie smakowały.
Na lotnisku w Meksyku było głośno, kolorowo, wszyscy nadawali po hiszpańsku, ale przede wszystkim było ciepło, nie to co w Kanadzie. Może nie jakieś upały, ale to dwadzieścia pięć stopni, aż Noriega powachlował się koszulką, kiedy wychodzili z terminala. Podwinął ją ukazując na moment ten napis Medellin na jego brzuchu. Może nie było to właśnie Medellin, ale też było fajnie. Mexico City od razu uderzyło w nich znajomymi zapachami, dźwiękami i tą ciekawą... fascynującą... intensywnością, którą przecież oboje tak lubili.
Madox włączył telefon i zerknął na wyświetlacz, oczywiście miał jakieś połączenie z meksykańskiego numeru. Zerknął na Pilar nad wyświetlaczem.
-
Umówić nas... umówić się na dzisiaj? - zapytał ją, bo sam nie był tego taki do końca pewny. Niby chciał mieć to z głowy, żeby o tym nie myśleć, ale z drugiej strony, co jeśli okaże się, że to jego matka? Czy będą mogli wciąż przejść nad tym do tej wakacyjnej części ich wyjazdu?
Nie wiedział, dlatego się wahał czy jednak nie dać im chociaż tego jednego wieczoru.
-
Czy lepiej na jutro? - dopytał i złapał jej piękne, przenikliwe spojrzenie.
Pilar Stewart