Uśmiechnął się delikatnie, kiedy powiedziała to
przy nikim nigdy się tak nie czułam, bo on czuł dokładnie to samo. Ta sama myśl odbiła mu się echem pod czaszką, wgryzła gdzieś pod skórę powodując, że znowu wyrwał się do niej bliżej, szarpnął, tak, żeby znaleźć się przy niej, tak blisko, że na własnej klatce piersiowej unoszącej się w niespokojnym oddechu, czuła jego szybko wciąż bijące serce.
-
Delante de cualquiera -
przy nikim, powiedział powoli, prosto w jej usta. I to chyba naprawdę znaczyło dużo, jeśli chodzi o nich, o to, że oboje nie stronili od seksu. Jego wszystkie poprzednie partnerki razem wzięte nie dawały mu tego co ona. A jej... osiemnaście? Musiałby to policzyć, też nie...
Nie liczył, nie myślał o tym wcale, o NIKIM innym.
Nawet nie myślał o tym dlaczego tu przyjechali, bo przecież nie na wakacje. W jednej chwili on o wszystkim zapomniał. O matce. O Eliocie. O tym co powinien. Co musiał. I co chciał zrobić.
Bo on teraz chciał tylko trwać przy niej.
Nie na łóżku, na tym szezlongu, z tym bajecznym widokiem gdzieś w tle. Chociaż i tak lepszy miał właśnie przed swoimi oczami, które leniwie prześlizgnęły się po jej wciąż rozgrzanym ciele, kiedy już ułożył wygodnie głowę na jej brzuchu. Mruknął jak kot, kiedy wplotła palce w krótkie, jasne włosy. Na jej pytanie wywrócił oczami, ale zaraz ponownie utkwił je w jej ciemnym, przenikliwym spojrzeniu.
-
Orgazmów - rzucił, ale zaraz szczypnął zębami skórę gdzieś na jej brzuchu -
ale pieprzenie się brzmi nawet lepiej... - znowu się uśmiechnął, kiedy poruszyła biodrami i znowu wypuścił mocno powietrze nosem w jej rozgrzaną skórę. Ale zaraz parsknął tłumiąc śmiech w okolicach jej pępka, kiedy powiedziała o Giuli i Matteo.
-
Ja nawet podejrzewam, że jakbyśmy tu zostali dłużej, to mogliby jeszcze raz próbować nas przekonać do połączeni sił - rzucił i nawet zerknął w kierunku sufitu, bo coś nad ich głowami gruchnęło, ale zaraz towarzyszyły temu jakieś inne odgłosy, więc chyba żyli. Chyba nie trzeba było interweniować. Zresztą to by mogło być rzeczywiście ryzykowane.
Dopiero z jej kolejnymi słowami znowu zadarł głowę, żeby znowu na nią spojrzeć, prosto w jej piękne, czekoladowe oczy. Uniósł jedną brew i musnął wargami jej pępek.
-
El era jodidamente caliente -
był w chuj caliente, Madox też był pewny siebie, no i oczywiście ze swoim słownictwem na poziomie... Emptiness, żeby nie powiedzieć rynsztoka. Ale on taki po prostu był, czasem ubierając wszystko w piękne słówka, a czasem używając tych wulgarnych. I ich seks też właśnie taki był, momentami piękny na wskroś, a momentami wyuzdany do granic.
Kiedy powiedziała to, że oczywiście, że idą na kolację, to przesunął palcami po wewnętrznej stronie jej uda wyżej, ale finalnie zabrał rękę.
-
W sumie to jestem głodny - stwierdził i znowu szczypnął zębami jej skórę, ale zaraz też musnął ją ustami, czule. Podniósł spojrzenie na jej twarz i zmarszczył brwi, kiedy zapytała o tą salsę.
-
Wszędzie się ją tańczy, nawet w Kanadzie - pewnie Meksyk nie słynął salsą tak jak Kolumbia, ale dla chcącego nic trudnego. A oni radzili sobie nawet w Toronto.
Już otworzył usta, już miał ją pytać, czy założy na siebie jakąś czerwoną sukienkę, bez majtek oczywiście, bo mu to przecież obiecała, ale wtedy ona powiedziała o tym, co on chciał jej pokazać. Zapomniał o tym, nie myślał o tym kompletnie, bo przecież chciał z nią spędzić ten czas jakoś przyjemniej. Na kolacji, na tańcach, kolejnych orgazmach, albo chociaż na basenie.
Ale chciał jej też to pokazać, czuł, że powinien, skoro przecież już zaczął temat, skoro ona była tu z nim. To powinna wiedzieć tyle co on. Nabrał mocno powietrze w płuca i przesunął szorstkim policzkiem po jej gładkiej skórze, ale podniósł się podpierając na ręce. Usiadł na skraju leżanki.
-
To nie jest nic nadzwyczajnego, to znaczy... Ja sam nie wiem, no i zresztą... - zaczął odwracając się przez ramię, żeby spojrzeć jej w oczy. Ale stwierdził, że najpierw jej to pokaże, bo jednak Pilar zawsze była lepsza w takim zimnym osądzie niż on. On działał instynktownie, gwałtownie. Wstał podpierając ręce na kolanach, aż mięśnie na plecach mu się napięły eksponując tatuaże. Powiódł spojrzeniem dookoła, bo nawet nie wiedział, gdzie oni mieli te swoje walizki, ale stały sobie przy drzwiach, jakby nigdy nic. Madox rzucił swoją na łóżko, chwilę w niej grzebał, bo oczywiście, że pakował się na ostatnią chwilę, kiedy wrócił z klubu. Bardzo chaotycznie.
-
Kurwa nie mam... - mruknął, i już wywalał jakieś swoje ciuchy na materac. Ale znalazł, w końcu go znalazł. Trzymał w dłoni jakiś pognieciony, stary list. Koperta, a w środku pocztówka... przedstawiała jakiś widoczek, ale Madox do tej pory myślał, że to Hiszpania, ale równie dobrze mógł to być Meksyk, Guadalupe, miasteczek pod taką nazwą było dużo zarówno tu i tu.
Wrócił do niej i usiadł na skraju szezlongu, a później obrócił kopertę w palcach. Wyjął pocztówkę i dał jej ją. Była cała zapisana, od góry do dołu, maleńkimi literkami, które w pewnych miejscach się rozmazały, ale sens był taki...
Że ten ktoś nie miał wyboru. Że to nie było takie proste, że wyrwało mu dziurę w sercu. Potem dużo słów przeprosin. Jakieś zdania w stylu, że zawsze był jej dzieckiem, najlepszym co ją w życiu spotkało, ale za bardzo wdał się w ojca. Później było coś o tym ojcu, który był potworem, któremu należał się taki los. A na koniec jeszcze znowu błaganie o wybaczenie. I podpis... Mama.
Madox nawet dokładnie tego nie czytał, próbował, czytał po trochu, z dziesięć razy wyrzucił ten list, raz nawet wyniósł go do śmietnika, a później za nim grzebał w śmieciach.
Wrócił do niego po tym telefonie z Meksyku. I wtedy to zauważył. Na kopercie nie było adresu. Tak na pierwszy rzut oka, bo jednak kiedy biały papier naznaczył grafitem z ołówka pojawiały się jakieś litery. Adres. Niedaleko Acapulco. To nawet nie musiał być jej adres, ale kiedy tu jechał, kiedy pakował ten list, to obiecał sobie, że jeśli jej nie pochowa, jeśli okaże się, że to nie ona. To to sprawdzi.
Przesunął się bliżej Stewart i podłożył jej pod nos kopertę.
-
Zobacz, to mi się rzuciło w oczy ostatnio, to w zasadzie nie jest daleko stąd... - zaczął i utkwił w niej ciemne tęczówki, w jej twarzy.
Pilar Stewart