Właściwie natychmiast umiała wyrobić sobie opinię na temat poszczególnych ludzi. Nie wystarczyło jej, że ktoś zyskuje przy bliższym poznaniu, bo dla niej pierwsze wrażenie było niepodważalnym wskaźnikiem wartości człowieka. Była przekonana, że prawdziwa natura ujawnia się w sposobie, w jaki ktoś wykonuje swoje obowiązki, a każdy, kto pozwalał sobie na niedbalstwo w pracy czy brak inicjatywy, automatycznie znalazł się w jej oczach poza granicą szacunku.
Miller nie tolerowała przeciętności ani pośpiechu wykonywanego kosztem jakości i nawet najmniejsza niedoskonałość w działaniu drugiej osoby wywoływała w niej poczucie irytacji. Nie przemawiały do niej żadne argumenty o tym, że ktoś może zrobić fatalne pierwsze wrażenie, a później odkryć w sobie zalety, które zrównoważą początkowy brak ogłady. W jej świecie, w którym każdy szczegół miał znaczenie, czasami nawet drobny błąd w dokumentacji, nieczytelny komentarz czy nieodpowiednie spojrzenie były wystarczające, żeby uznać kogoś za niekompetentnego.
Ten perfekcjonizm nie ograniczał się wyłącznie do jej własnej pracy, oczekiwała tego samego od wszystkich, którzy mieli z nią styczność, począwszy od śledczych, przez techników laboratoryjnych, aż po analityków. Miała też wyjątkowo wyostrzony zmysł obserwacji. Wystarczył drobny grymas, niechlujnie złożone papiery i niestosowny ton głosu, żeby w jej głowie załączyła się czerwona lampka. Takie szczegóły nie umykały jej uwadze. Każde działanie musiało być precyzyjne i zgodne z najwyższymi standardami. Tolerowanie błędu, choćby tego najmniejszego i niezamierzonego, byłoby sprzeczne z jej zasadami. No bo jak można przeoczyć coś, co mogło zagrozić zarówno pracy zespołu, jak i bezpieczeństwu procesu śledczego?
Denat niewątpliwie nie mógł trafić lepiej. Pewnie zabrzmiałoby to zajebiście nieskromnie, ale Zaylee była świadoma swoich umiejętności i potencjału. Była jedną z najlepszych koronerek w prowincji. A może nawet w Kanadzie? Wszyscy śledczy, z którymi kiedykolwiek przyszło jej współpracować, zawsze wychwalali ją pod niebiosa.
Ponownie przyklęknęła przy zwłokach. Ciało było wychłodzone, ale ubrania na denacie suche. Uwzględniające warunki otoczenia, temperaturę, jaka była teraz i biorąc pod uwagę, że nocą zeszła nawet do kilkunastu stopni poniżej zera, to z szybkiej kalkulacji wynikałoby, że śmierć nastąpiła koło północy. Ale bardzo prawdopodobne, że ciało ktoś tutaj przywlókł. Może nawet z jakiegoś pomieszczenia.
—
Przetarcia linowe urywają się w przy pomoście. Może ktoś przetransportował je łodzi. Ale to już działka śledczych — skinęła głową, przypominając sobie, żeby nie bawić się w samozwańczego detektywa. Za często współpracowała ze swoją narzeczoną z wydziału zabójstw. —
Gdyby faktycznie stąd spadł, dostrzegłabym jakieś urazy. Więcej wykaże sekcja, ale nie widzę połamanych kończyn ani rozłupanej czaszki. Ilość krwi i wydzieliny jest śladowa. Jeśli ktoś chciał upozorować upadek z wysokości, to niespecjalnie się postarał — mruknęła, wyciągając ręce denata z odzienia wierzchniego i obróciła go na brzuch.
Podciągnęła mu koszulkę, odnajdując odnajdując kilka siniaków, ale one też nie miały nic wspólnego z upadkiem. Ktoś musiał go kopać. Albo okładać czymś ciężkim. Może metalową rurką? Krwiaki były owalne i nabierały zielonego koloru, więc nie powstały w przeciągu kilku godzin. Bardziej kilku dni.
—
Długo pracujesz w policji? — zagadnęła Daphne, która dalej zabezpieczała ślady. Skoro przyszło im być tutaj razem, warto jakoś zapełnić czas rozmową. O ile dziewczyna była tak wielofunkcyjna, jak Miller.
Daphne van Laar