-
let me cook
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dołożył sobie wyzwanie, ot, żeby mieć trochę więcej zabawy z tej sesji; odpoczywał tylko wtedy, jeśli runda trwała mniej niż 10 minut. Jeśli skończył w 8, odpoczywał, łapał oddech i generalnie pozwalał sercu zejść na niższy poziom pracy, a potem ruszał znów. Tak naprawdę jedyne na co patrzył przez cały ten czas, to ciężary przed sobą, swój zegarek pokazujący tętno i sufit, kiedy równał oddech między rundami. Jej prośba do sił wyższych o usunięcie koszulki z grzbietu też została wysłuchana. W okolicach rundy numer 6, definitywnie było mu zbyt ciepło, a podkoszulek zaczął służyć za ręcznik, którym czasem ocierał twarz, a który porzucał przy pierwszej stacji na swojej liście. Dobra, może nie był to najmądrzejszy pomysł na świecie, bo jednak klimatyzacja, wiatraki plus wilgotna skóra to podobno nie było najlepsze połączenie, ale jeszcze nigdy się nie przeziębił na siłowni, więc..
Kondycjonowanie postanowił zakończyć podciąganiem się, do momentu w którym poczuł, że palce zaczynają mu się poddawać, a barki podnosić; najpierw forma, potem cała reszta, tak. Z koszulką przerzuconą przez ramię, przeszedł przez salę, by wskoczyć na front bieżni zajmowanej przez Cynthię.
- Podziwiam, bieżnia jest najnudniejszą rzeczą na siłowni. - rzucił pół żartem, bo gdyby ktoś mu powiedział, że da mu stówkę za spędzenie 20 minut na bieżni, to nie, wciąż by go to nie przekonywało. Nie, nie miał koszulki, a skóra świeciła mu się od potu, trochę fuj. Tak, teoretycznie pojawił się znikąd zaraz przed nią, wskakując na część maszyny, na której nie raz i nie dziesięć widział personalnych trenerów. Nawet nie pomyślał, że mógłby ją przestraszyć, zniesmaczyć, czy wywołać w niej jakąkolwiek inną, bardziej dramatyczną reakcję, bo.. Bo czasami miał pół mózgu? Tak.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Prośba do bogów okazała się być najgorszą, co mogła samej sobie zrobić. Widziała przecież wiele ciał. Najczęściej bladych i zimnych, w końcu pracowała jako lekarka sądowa. Nie raz widziała dobrze zbudowanych mężczyzn, ale ciało Theo przyciągało ją zdecydowanie bardziej. Nie było lodowate, a wręcz parowało od gorąca. Może to była jedynie kwestia ćwiczeń, tylko rzadko przyłapywała samą siebie na tak bezwstydnym zawieszaniu na nim wzroku.
W pewnym momencie odwróciła wzrok, próbując skupić się na biegu oraz rytmie własnego oddechu. Zaczęła narzucać sobie odpowiednie tempo. Bieganie dawało jej swego rodzaju relaks. Czuła, jak mięśnie powoli się rozluźniają, a z głowy zaczynają znikać losowe myśli, których nie potrzebowała. Pewnie byłaby tak w stanie biec całymi godzinami, nie zatrzymując się nawet na moment. Tylko gdy otworzyła oczy, zobaczyła Theo. Źrenice od razu stały się szersze, a oddech zamarł. Nie była przygotowana na taką bliskość, ceniła sobie dystans. Jej ciało mimowolnie dostało swego rodzaju paraliżu, a bieżnia przestała wydawać się prosta.
W końcu runęła wprost na inną maszynę, a wraz z nią po siłowni rozniósł się delikatny hałas. Spadła wprost na łokieć, z którego praktycznie od razu zaczęła lecieć krew. Na twarzy Cynthii wymalował się grymas bólu.
— Boli — syczy krótko pod nosem, unosząc rękę. Każdy ruch powodował jedynie odrobinę większy ból oraz większe zmarszczenie brwi na jej twarzy. Drugą dłonią zdjęła sobie słuchawki, a wzrok powędrował od razu w stronę Theo — nie musiałeś mnie straszyć Theo — jej głos był cichy, ale bez żadnych wyrzutów. Zwyczajnie się go nie spodziewała. Widok krwi jej nie obrzydzał, bardziej sam ból powodował dyskomfort. Niektóre siniaki po wypadku nie zdążyły zejść. Próbowała podnieść się do siadu, ale nawet to wymagało od niej dużego wysiłku.
-
let me cook
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uderzył w duży, czerwony przycisk bieżni, by się zatrzymała i nie stanowiła dalszego zagrożenia, zaraz potem zeskoczył z maszyny i sprawnie znalazł się obok niej, kucając.
- Przepraszam. - "nie chciałem" przeszło mu przez myśl, ale właściwie nie było ważne teraz już czy chciał czy nie chciał. Zmarszczył lekko brwi, myśli zwolniły, zaostrzyły się, podobnie jak spojrzenie, wyrażające jedynie skupienie. - Co cię boli? - zapytał prosto, chociaż nie przyszło mu do głowy, żeby dać jej znać, że położy na niej łapy; najłatwiejszym sposobem na to, by sprawdzić, czy skądś krwawiła, był dotyk. Położył jedną dłoń na jej ramieniu, by powstrzymać od ewentualnych porób podniesienia się z podłogi zbyt szybko, wolna dłonią wsunął w jej włosy, badawczo dotykając skóry na głowie, w okolicach potylicy, dalej na barku, ramieniu. Wyglądało na to, że zraniła tylko łokieć, który uniosła po drugiej stronie; nie czuł krwi nigdzie indziej. - Uderzyłaś się w głowę po drodze, czy złapałaś się na tamtej ręce? - wzrok skierował na jej twarz, krótko oceniając, czy gdzieś oberwała, ale wydawało mu się, że było w porządku.
Na poczucie winy będzie miał czas później, jak już się upewni, że nic poważniejszego się jej nie stało. Duża, industrialna apteczka wisiała na ścianie kawałek dalej, zaraz obok losowo postawionego krzesła; nie daleko, ale wolałby, żeby nie podnosiła się sama zbyt szybko.
- Opatrzę ci tą rękę, okay? - tak czy siak, najpierw musiała wstać i przejść z nim te kilka kroków. Przesunął się za nią, by wesprzeć jej plecy i w razie potrzeby być jej znacznie bardziej miękkim lądowaniem, gdyby zakręciło jej się w głowie. Dłonie wsunął pod jej ramiona, dalej na plecy, by pomóc podnieść się do siadu. Pozwolił Cynthii oprzeć się plecami o jego klatkę. - Do góry, hop. - przytrzymał jej bark przy swoim obojczyku, stabilizując w razie, gdyby postanowiła chybnąć się do przodu, drugą ręką przytrzymał ją przy sobie w talii, zaraz potem podnosząc się z nią do pionu, dając moment, by jej ciało ogarnęło zmianę pozycji. - To metalowe pudło, o tam? Tam idziemy. - pochylił się przez jej ramię, by jego głowa znalazła się bliżej jej, gdy wskazywał dłonią w stronę apteczki. Jedna z jego dłoni nadal znajdowała się w jej talii, wciąż znajdował się blisko jej pleców; stabilny i skupiony, spokojny, pewny kolejnych kroków.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Nie ma za co — mruknęła cicho pod nosem, siląc się na uniesienie jednego kącika ust. Mogła być królową mroku, ale nie lubiła nikomu sprawiać jakichkolwiek problemów. Podobnie było w tej sytuacji. Mimo że przez jej ciało przechodził nieznośny ból, nie widziała w tym winy Bachmanna. Bardziej własną, bo powinna bardziej skupić się na bieganiu. Potknęła się, biegnąc po prostej drodze jak typowa idiotka.
— Raczej co mnie nie boli? — rzuciła lekko ironicznie. Fakty jednak przemawiały za tym, że nie była w stanie odnaleźć jednoznacznie źródła bólu. Każda komórka ciała przepełniała ją delikatnym bólem, którego jasno nie była w stanie wytłumaczyć. Mogły to być stare siniaki, albo nowe rany po upadku. Tylko raz wstrzymała oddech. Mogła spodziewać się dotyku, ale to było coś innego niż zwykłe badanie. Wpatrywała się w Theo jak zahipnotyzowana. Przegryzła dolną wargę, a oddech delikatnie przyśpieszył.
— Nie wiem, to było... szybkie — powiedziała cicho, spoglądając w jego tęczówki. Dla niej chwila upadku zlała się z jedną. Mogła o coś uderzyć, skoro jedyne co miała w głowie to Theo.
— Dobrze, Theo — odpowiedziała krótko. Widziała, że krew leciała, a z kapiącym łokciem ani nie wsiądzie do jego auta, ani nie usiądzie przy żadnej maszynie. Dziwnie się czuła ze świadomością dotyku Bachmanna. Jego ciepło było wręcz dla niej parzące. Przed oczyma pojawiły się jej obrazy, kiedy ćwiczył, a ona wpatrywała się w jego mięśnie. Spoglądała na niego z dużą... fascynacją. Kiwnęła krótką głową na znak, że idziemy. Niby jego pomoc wydawała się tak automatyczna, ale ona nie była w stanie myśleć o niej inaczej. Czuła w powietrzu dziwny, niewypowiedziany głośno podtekst. Widziała to pudło. Podobnie jak poczuła jego zapach, a przede wszystkim ciepły, spokojny oddech. Odwróciła się głową, by móc zajrzeć wprost do jego oczu. Sprawdzić, czy jest w stanie zobaczyć w nich coś więcej i właśnie wtedy runęła drugi raz. Tym razem wprost w ramiona mężczyzny.
-
let me cook
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Okay, skup się. Patrz w przód, nie na mnie. - normalnie rzuciłby idiotycznym komentarzem w stylu "lecisz na mnie" czy coś podobnie dziecinnego, ale, po raz kolejny, jego myśli zajęte były kolejnymi pięcioma minutami za bardzo, by aktywować poczucie humoru. Poprawił uchwyt, czekając aż pewniej stanie na nogi, zanim ruszył z nią w przód.
- Dobra, teraz możesz patrzeć ile chcesz. - rzucił z lekkim rozbawieniem, kiedy dotarli do krzesła; kilka metrów, a wydawało się drogą bez końca, a wszystko przez to, że na jego ramionach wisiała odpowiedzialność za to, by dostarczyć ją na miejsce bez kolejnych wypadków. Nie tracąc czasu, jedną dłonią wciąż ją asekurował, żeby nie runęła na to krzesło jak worek ziemniaków i mogła się go złapać w razie potrzeby, drugą sięgał w bok, by otworzyć apteczkę i zerknąć do środka. Gazy, plastry, dziane bandaże, sodium chloride.. Bardzo dobrze, miał z czym pracować. - Kręci ci się w głowie? - zagadnął przy okazji, skoro miała problem z podniesieniem się do pionu i utrzymania tego pionu, kiedy już ją pozbierał z podłogi.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ward nie była osobą, która przywykła do dotyku kogokolwiek. Przywykła do trzymania ludzi na spory dystans. Łatwiej było się jej skupić, kiedy miała trzeźwy umysł bez żadnych niepotrzebnych myśli. Tylko dotyk na nią działał. Dlatego wolała go unikać, a dla większości ludzi był on w stosunku do niej nieosiągalny. Nawet jej przyjaciele jej nie przytulali, kiedy witali siebie w ten sposób, dając jeszcze po buziaczku. Może z tego powodu działał na nią mocniej, niż sama zamierzała. Czuła te przedziwne dreszcze przechodzące po jej ciele, pod wypływem dotyku Bachmanna. Było to ciepłe, zdecydowane. Tego potrzebowała i może właśnie z tego powodu nie mogła oderwać od niego oczu.
— Mhm — mruknęła pod nosem, odwracając głowę. Raz, dwa, trzy odliczała w głowie kroki, które musiała przeżyć w dojściu do pudła. Bolał ją tyłek, dupa, a właściwie każda możliwa część ciała. Przy każdym poruszeniu się na jej twarzy malował sie delikatny grymas. Nie mogła go powstrzymać, a bardzo chciała. Nie chciała, żeby on się nią przejmował. Widzenie w ludzkich ludziach troski wobec niej było dziwne. Wręcz niewytłumaczalne.
— Nie żartuj tak sobie — wydukała pod nosem, odwracając pierwszy raz od niego głowę. Czuła, jak poliki zaczęły ją delikatnie parzyć, a zaraz potem pojawiły się delikatne rumieńce. Ich nie była w stanie w żaden sposób zatrzymać. Zdawała sobie sprawę z własnej reakcji, próbowała powstrzymać krótkie spojrzenia na ciało Bachmanna. Był zdecydowanie zbyt blisko. Czuła zapach jego ciało, a jego ciepło w ogóle jej nie pomagało.
— Nie, po prostu wszystko mnie boli — mruczy Cynthia — no popatrz na to — unosi delikatnie materiał sportowej koszulki, a po nim kryje się sporo starych siniaków. Dachowanie samochodu zaliczyła wcale nie tak dawno temu. Dalej miała na sobie jego ślady, które cały czas się goiły. Jeden poważny wypadek zostawił na niej odcisk, przed którym nie była w stanie w żaden sposób uciec. Nawet teraz odciskał piętno na jej samopoczuciu. Mimo to uniosła delikatnie kąciki ust, bo ktoś się nią zaopiekował.
-
let me cook
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Widzę, widzę.. - przytaknął jej trochę nieobecnie, bo pokazywała mu coś, na co nie mógł nic poradzić. Goiło się już od jakiegoś czasu, nijak nie mógł tego procesu przyspieszyć, opatrzeć, żeby goiło się lepiej... Nah, jedyne, co wymagało jego uwagi, to ten łokieć. Przykucnął przed nią, opierając jedną dłoń na jej dłoni, tej, którą podwinęła koszulkę. - Na to nic nie mogę poradzić, niech się goi. Dawaj ten łokieć. - z kucków postanowił przysiąść na własnych kolanach, bo dawało mu to większą swobodę ruchu. Przesunął się nieco w bok, by mogła usadowić się wygodniej i pozwolić mu pracować.
Otworzył małą buteleczkę sodium, przyłożył papierowy ręcznik pod ranę, by nie ubabrać przekrwionym płynem wszystkiego wokół, zaraz potem szczodrze polał jej łokieć, marszcząc brwi, oceniając ranę. Nie wyglądało źle. Zadrapanie jak każde inne, szczerze myślał, że krwawiło bardziej niż zwykle, bo jeszcze przed chwilą biegała, podnosząc sobie ciśnienie.. Wyprostował się w swojej klęczącej pozycji, wsuwając swój łokieć pod jej dłoń, by ułatwić pozycjonowanie jej ramienia i dopiero kiedy był zadowolony, a rana umyta zabrał się za bandażowanie.
- Czyli mówisz, że nie kręci ci się w głowie, tak? - podłapał, zerkając w bok, by złapać spojrzeniem jej oczy. Wcześniej słaniała się na nogach, runęła na niego i wydawała się opierać większość ciała na jego klatce... Nie powstrzymał głupiego uśmiechu, szczerząc się trochę jak chochlik, spojrzeniem wracając do bandażu. Gaza na ranie, dziany bandaż zaplatany ósemką w dół przedramienia i w górę ramienia powinien zrobić robotę trzymania wszystkiego pod kontrolą. - Czyli po prostu na mnie lecisz. - gra słów, głupi żarcik, normalka. - To dobrze, znacznie lepsza opcja niż wstrząs mózgu. - dodał radośnie, wyraźnie z siebie dumny. Punkty minusowe za podejście do pacjenta.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
To skupienie delikatnie ją budowało. Theo wydawał się jej zawsze radosną osobą, trochę takim głupkiem, który raz na jakiś dłuższy okres czasu powodował pojawienie się na jej twarzy delikatnego uśmiechu. Pierwszy raz spotkali się poza barem, a ona już przysporzyła mu niepotrzebnych problemów. Przecież doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Trudno jej było pojąć, dlaczego to zawsze ona musiała być problemem. Przecież wiele rzeczy mogłoby pójść nie tak, a ona tak zwyczajnie przestraszyła się jego nagłą bliskością, która teraz wydawała się wręcz magnetyczna.
— Dziękuję Theo — mruknęła, kiedy zaczął opatrywać jej ramię. Nie spodziewała się po nim umiejętności prawdziwego medyka, a jednak potrafił jeszcze ją zaskoczyć. Kilka razy mrugnęła oczyma, wzdychając ciężko. Kilka razy syknęła, kiedy ją opatrywał. Nie była przyzwyczajona do takiego dotyku, wydawał się jej czymś totalnie dziwnym, wręcz obcym. Ludzie jej nie dotykali, o ile nie chcieli jednego. Później znikali, ale Bachmann... wydawał się wręcz nią całkowicie niezainteresowany i delikatnie zaczynało ją to uwierać.
— Tak — nie kręciło się jej w głowie. Na pewno na nią nie upadła. Samodzielnie była w stanie analizować własne ciało, poszukując każdego za i przeciw.
— Miałeś sobie nie żartować — wypomniała mu praktycznie od razu, strzelając przy tym oczyma. Zaraz ten delikatny rumieniec zamienił się w większy. Ludzie nigdy nie mówili do niej w ten sposób. Za każdym razem próbowała ich od siebie odepchnąć na każdy możliwy sposób, tylko nie była w stanie. Zresztą Theo nie byłaby w stanie. Przypominał jej odrobinę szczeniaczka, którym trzeba było się zaopiekować.
— Przepraszam, że popsułam Ci trening — wymruczała finalnie pod nosem, unosząc na niego delikatnie badawcze spojrzenie. Mógł przecież jeszcze ćwiczyć, a zamiast tego zajmował się nią. Może Cynthia nie była zbyt socjalną osobą, ale zdawała sobie sprawę, jaki był cel zebrania jej tutaj. Spędzenie wspólnie czasu, ale przede wszystkim ćwiczenia. Teraz mogła jedynie spoglądać na niego, jeśli zdecydowałby się na kolejne ćwiczenia. Uniosła o kilka milimetrów kąciki ust, bo nie spodziewała się takiego obrotu sprawy.
-
let me cook
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uśmiechał się w swoim rozbawieniu, zerkając na nią krótko, gdy po raz kolejny kazała mu sobie nie żartować... Nawet jeśli wcale nie żartował! Uważanie jego zwykle całkiem skromnej osoby za atrakcyjnej było znacznie lepsze, niż wstrząs mózgu; to było całkiem proste, nawet jeśli ta "atrakcyjność" była bardzo powierzchowna i spowodowana jedynie faktem, że był dobrze zbudowany. Jej rumieńca nie dało się nie zauważyć. Podświadomie złapał głębszy oddech, a powietrze wypuścił krótkim westchnięciem.
- Nie polecam. Lecieć na mnie to znaczy. - przyznał szczerze, uznając, że lepiej było postawić bardzo jasne granice wcześniej, niż później. Nie chciał się bawić w związki, randki czy inne pierdoły; spotkał się z nią, bo chciał ją poznać w ten prosty, platoniczny sposób i nic więcej. Wolał, by wiedziała od samego początku, zamiast wyobrażać sobie nieistniejące rzeczy, które nie miały prawa bytu w prawdziwym świecie.
- Nah, nie przejmuj się, skończyłem co miałem zrobić. Twój łokieć też już naprawiony. - odpowiedział, upewniając się jeszcze tylko, czy każda warstwa bandaża rozkładała się równo... No, dobra robota. Skinął nawet głową do samego siebie, podnosząc się z kolan i przechodząc krok w bok, by umyć dłonie w zlewie zaraz pod metalową apteczką. - Unikaj kąpieli i nadmiernej aktywności przez następne dwa dni, prysznic jest okay, tylko żeby ta rana miała szansę zacząć się porządnie goić, okay? - dodał jeszcze, nawet jeśli był prawie pewny, że doskonale wiedziała, jak się zająć głupim zadrapaniem, nie? Meh, musiał powiedzieć swoje.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Cynthia rzadko kiedy dopuszczała kogokolwiek do siebie. Większość czasu wolała trzymać ludzi na dystans, obawiając się zranienia. W ten sposób było zdecydowanie łatwiej funkcjonować, kiedy nie zastanawiasz się, co może stać się później oraz czy ludzie w jakiś konkretny sposób chcą Cię zranić. Niedopuszczanie ich do siebie sprawiało, że powstała ściana, przez którą mało kto był w stanie się przebić. Może dotyk powodował w niej rozszczelnienie? Przecież sama muskulatura nie sprawiłaby pojawienia się na jej twarzy rumieńców.
— Myślałam, że ja tu jestem od marudzenia — mruknęła cicho pod nosem. Theo wydawał się jej dobrym facetem. Z pewnością wiele kobiet zawieszało na nim swój wzrok. Przecież był wysokim, atrakcyjnym kucharzem. Co mogłoby pójść nie tak? Zdecydowanie było dużo więcej gorszych typów, na które kobiety mogłyby lecieć. Może dlatego niezbyt przejęła się jego słowami. Nabrała do płuc głębokiego oddechu, obserwując go jeszcze przez chwilę badawczo.
— Jeszcze raz przepraszam za kłopot — mruknęła pod nosem. Samą siebie od dawna uważała za największy kłopot, na który można było trafić. Nienawidziła tego przedziwnego uczucia, kiedy ktoś jej pomagał. Czuła się dłużna, ale w jaki sposób mogłaby się odwdzięczyć? Ej Theo, jak trafisz na mój stół, obiecuję wykonać rzetelnej sekcji? Nawet nie miałaby w sobie tyle humoru i uśmiechu, by wypowiedzieć to głośno — Theo, mam Ci przypomnieć, że jestem lekarzem? — spytała, wysłuchując jego rad i po chwili dodała — co prawda od martwych, ale umiem o siebie zadbać — wykształcenie medyczne miała takie samo jak każdy lekarz. Co prawda patologia była przedziwną specjalnością, w trakcie której nie miało się kontaktu z pacjentem. Za to znała podstawy, wiedziała, co robić, żeby rany odpowiednio się goiły.
— Zabierzesz mnie do domu? — spytała finalnie cichy tonem, unosząc oba kąciki ust o milimetry. Nie chciała już być na siłowni, tylko usiąść na własnej kanapie i obejrzeć jakiś nędzny serial. Tak po chwili też się stało, odprowadził ją do przebieralni, a potem do jej apartamentu.
z/t x 2