-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Strzela oczami. Oczywiście, typowy facet zawsze wszystko przeciąga na własną stronę. Jej chodziło o jedno. Gdyby nie była prowokowana, nic z tego by się nie wydarzyło. Nie poszłaby na jego rodzinny obiad, nie psułaby imprezy. Zatrzymałoby się to w charakterze nieznośnych sąsiadów.
— Przestań zgrywać dupka Will — warczy finalnie Kovalski, mając dość jego pojazdu słownego. Jak dotąd nigdy jego słowa nie trafiały tak mocno, teraz bardziej przypominały rozdrapywanie starej rany. Jasne, raniła go, ale on nigdy nie był jej dłużny. Pod nosem zaczynały wybrzmiewać polskie przekleństwa, które dla Patela pewnie brzmiały jak prawdziwa czarna magia.
— To trzeba było wziąć taksówkę, a nie ZAPEWNIAĆ mnie, że umiesz jeździć — krzyczy, bo to miała mu chyba najbardziej za złe, zaraz po kwestii związanej z jej ojcem — wiesz, ile to auto kosztowało?! — a co najgorsze był to jedyny prezent, który od niego dostała na zakończenie studiów. Nigdy nic od niego nie dostała. Każdy prezent był od matki, a wtedy wybrzmiewało od niego coś z rodzaju dumy. Chociaż oto nikt nie byłby go w stanie podejrzewać. Zaraz strzela oczyma, widząc wichajster. A ten co? Aktówka robiła mu za torbe Hermiony Granger, albo po prostu kobiety? Co on w niej jeszcze trzymał? I do czego William Patel był właściwie zdolny...
— Im dłużej to powtarzasz, tym mniej Ci w to wierzę William — warczy jeszcze na sam koniec Lotte, po czym słyszy alarm — kurwa — mruczy pod nosem i już zaczyna kręcić głową. Finalnie ma dosyć. Głowa rozbolała ją od samego hałasu, a ona finalnie ma wszystkiego dosyć. Wzdycha ciężko, a zobaczenie ochroniarzy wcale nie poprawia jej humoru. Znając życie, zostanie powiązana z tą męską wywłoką...
I miała kurna rację.
— Ale ja jestem niewinna, John — mruczy od razu Lotte, unosząc ręce ku górze. Teraz czujnie ostateczny poziom wstydu. Chyba już przespanie się z Patelem należało do mniejszych problemów. Unosi ku górze dłonie, czekając na ostateczny werdykt. Zabierają ich ze sobą, skrzydło zablokowane. To była tylko niczemu bogu winna sprzeczka wraz z niewinną próbą otwarcia drzwi. Jeśli coś miało pójść źle, musiało się tak stać.
Dawno nie najadła się takiego wstydu w sądzie. Spuściła wzrok na własne szpilki i pierwszy raz ich stukot nie wybrzmiewał tak dumnie jak wcześniej. Pierwszy raz tak mocno bolało ją serce, bo zdała sobie sprawę z jednego. Jakakolwiek sprawa z Patelem związana była z problemami. One zawsze wcześniej, czy później się pojawiały. Nawet nie wysłuchała wykładu ochroniarzy, którzy jasno dali im do zrozumienia, że coś takiego nie mogło się powtórzyć. Lotte była wręcz nieobecna, bo im bardziej zaczynała analizować, tym bardziej miała dosyć Patela... Może łatwiej byłoby się wyprowadzić?
— Musisz cały czas przyciągać problemy? — pyta niemalże od razu, kiedy tylko wyszli z pokoju ochroniarzy. Co on sobie myślał? Trzeba było grzecznie poczekać, aż ktoś im łaskawie otworzy, a nie robić za jakiegoś złodzieja. Niejeden terrorysta próbował już odwiedzić sąd w Toronto. Ludzie takie sprawy traktowali poważnie — co następnym razem zrobisz? Znajdziesz przypadkowo trupa? — prychnęła, kręcąc głową. Dobrze, że o tym nie wiedziała, bo musiałaby zostać jego adwokatkę, by zamilknąć na ten temat — trzymaj się ode mnie z daleka Patel — warczy na sam koniec i obraca się na pięcie, by zniknąć z sądu. Później już tylko zamyka się na cztery spusty we własnym mieszkaniu, a po sekundzie chwyta za butelkę wina.
z/t x 2