Joseph. Lazare zawsze uważał, że to imię pasuje do niego znacznie bardziej, że brzmi lepiej, zwłaszcza dla poważnego dziennikarza, który zamiast parać się celebryckimi sensacjami, aspiruje by pisać o rzeczach ważnych i poważnych, i żeby przed śmiercią – w domu starców za siedemdziesiąt lat, albo za rok czy dwa, w głupim i niepotrzebnym wypadku – swoim metaforycznym piórem, i niemetaforycznym sprintem palców po klawiaturze komputera, zrobić na świecie faktyczną, znaczącą różnicę. To prawda, że lubił, jak podwójne en w ksywce Grainiera uderza mu o górne zęby, zwłaszcza kiedy wypowiadał je z dłonią wplecioną we włosy szatyna, i oddechem uciekającym z warg z taką siłą, jakby ktoś uderzył go pięścią w przeponę, ale to nadal było imię dla chłopca, nie dla mężczyzny. W przeciwieństwie do Josepha.
Nieważne.
Ważne, że
Przed samym sobą udawał, że wie o Grainierze znacznie mniej niż wiedział w rzeczywistości. A wiedział, że:
- Johnny mieszka z siostrą, młodszą od niego o jakieś pół dekady, myszowatą istotą o wielkich oczach i – ponoć – wielkim sercu, ale cichą jak spokój przed burzą; zawsze wyobrażał sobie, że to właśnie takie istoty doprowadzają do szkolnych strzelanin, choć podobno Joe - Chryste, kolejna z awersją do własnego imienia - miała tylko szlachetne pobudki i zamiast zabijać, chciała ratować ludzkie życia, bla-bla-bla, Lazare nigdy za bardzo nie słuchał, gdy Johnny mu o niej opowiadał;
- Ma na lewym przedramieniu długą, bladą bliznę, której genezy albo nie pamięta, albo nie chce nazywać, i którą Moreau lubił śledzić ustami i palcem, jak traper zmierzający w górę czy dół rzeki, z nurtem lub pod prąd, aż do źródła; źródłem było, zależnie od nastroju, wgłębienie męskiego obojczyka, albo, choć tutaj Lazare musiał trochę zboczyć z kursu, miękki skrawek skóry między kością biodrową i łonową Johnny'ego - najpierw chichot, potem długie, oszałamiające westchnienie;
- Na parterze posiada kuchnię i mały salon, pokój gościnny wielkości, mniej więcej, pudełka na zapałki i jeszcze mniejszą łazienkę z – z tego co pamiętał – puchatym dywanikiem, który wyglądał, jakby nigdy go nie prano i nie ruszano z miejsca; fuj; na piętrze trzy sypialnie, choć Lazare był w tylko jednej z nich, drugą łazienkę, schowek, który pachniał kurzem nawet przed drzwi;
- Ma również zwyczaj, nabyty w dwutysięcznym-dwudziestym-drugim, żeby słuchać lewym uchem, ale nawykowo zawsze najpierw nadstawiać prawe, i potem przekręcać głowę z jakąś dozą rozczulającej rezygnacji (której Lazare nienawidził, bo nienawidził czuć się rozczulony; czuł się wtedy głupi i bezbronny i słaby) - kolejna rzecz, o którą chciał Grainiera spytać, ale nigdy ostatecznie nie spytał, i długo sądził, że nie będzie miał już ku temu okazji;
Oraz to, że Johnny Grainier zniszczył mu życie.
Nie z roztargnienia, przypadkiem, w chwili nieuwagi.
Kiedy stanął na krawężniku, w prostokącie parterowego okna świeciło się światło. Potem zgasło - może przypadkiem, a może w wyniku josephowej paranoi, nigdy nie było do końca wiadomo. Lazare chwilę stał i myślał, ale nie o tym, co go tu sprowadziło, i nie o tym, co planował zrobić, ani czego chciał od Johnny'ego (czego? przeprosin? te już dostał, i napluł na nie, przynajmniej we własnej głowie). Nie mógł sobie przypomnieć, czy zjadł dzisiaj kolację. I lunch. W zasadzie, czy miał w żołądku cokolwiek oprócz trzech ginów z martini, co mogło być ważną informacją, jeśli zamierzali się dziś pieprzyć.
Chryste, Lazare. Przestań.
Sąsiedzi Grainierów mieli klomb z hortensjami, teraz łysawy po zimie, ale dostarczający idealnego zapasu małych, kształtnych kamyków. Moreau zebrał ich całą garść, były zimne i przyjemne w dotyku.
Stuk!
Jak nastolatki w filmach dla nastolatków. Jak nastolatki w nastoletnich marzeniach nastolatków. Jak nastolatki w nastoletnich marzeniach Lazare, któremu nigdy nie wolno było być dzieckiem, i nie wolno było być nastolatkiem, i, ponad wszystko, nie wolno było być romantykiem, bo romantyzm nie wygrywał nikomu medali.
Stuk!
Mógł pomyśleć o tym wcześniej, i zamiast mikrych okrąglaków przynieść sobie cegłę. Owinąć ją jutowym sznurkiem, przytwierdziwszy do przedmiotu list z pogróżkami. Anonim z literami wyciętymi z gazety.
DuPa a NiE DzIeNnIkArZ
ZdYcHaJ PiSmAkU
Roześmiał się pod nosem, cicho i gorzko. Bo to w zasadzie było śmieszne, prawda?
Celował w okno na parterze, ale trafił w to na piętrze. Niegroźnie. Mógł spróbować mocniej.
Stuk!
- Grainier! – Głos jak zgrzytnięcie nienaoliwionego zawiasu. Smutne: był późny wieczór, a Lazare z nikim jeszcze dzisiaj nie rozmawiał – Grainier, do cholery! Wiem, że tam jesteś!
Johnny Grainier