ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
I always wanted to die clean and pretty, but I'd be too busy on working days - so I am relieved that the turbulence wasn't forecasted, I couldn't have changed anyways.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Johnny –
Joseph. Lazare zawsze uważał, że to imię pasuje do niego znacznie bardziej, że brzmi lepiej, zwłaszcza dla poważnego dziennikarza, który zamiast parać się celebryckimi sensacjami, aspiruje by pisać o rzeczach ważnych i poważnych, i żeby przed śmiercią – w domu starców za siedemdziesiąt lat, albo za rok czy dwa, w głupim i niepotrzebnym wypadku – swoim metaforycznym piórem, i niemetaforycznym sprintem palców po klawiaturze komputera, zrobić na świecie faktyczną, znaczącą różnicę. To prawda, że lubił, jak podwójne en w ksywce Grainiera uderza mu o górne zęby, zwłaszcza kiedy wypowiadał je z dłonią wplecioną we włosy szatyna, i oddechem uciekającym z warg z taką siłą, jakby ktoś uderzył go pięścią w przeponę, ale to nadal było imię dla chłopca, nie dla mężczyzny. W przeciwieństwie do Josepha.

Nieważne.

Ważne, że Johnny Joseph Grainier mieszkał w dzielnicy, której Moreau nie odwiedzał za często, samemu zwykle krążąc w trójkącie między Distillery District, Harbourfront i Church & Wellesley, w domu nie wyróżniających się niczym spośród rzędu innych domów w którym stał, architektonicznie tak prosty, że gdyby był w dwa-de, a nie trzy-de, na dobrą sprawę mogło narysować dziecko. To nie był pierwszy raz, oczywiście, że nie, ale pierwszy po długim czasie, i zamiast nostalgii, która byłaby może wskazana, może uzasadniona, Lazare czuł tylko głód i irytację, i to swędzenie w dłoniach i nadgarstkach, które nigdy nie prowadziło do niczego dobrego.

Przed samym sobą udawał, że wie o Grainierze znacznie mniej niż wiedział w rzeczywistości. A wiedział, że:
- Johnny mieszka z siostrą, młodszą od niego o jakieś pół dekady, myszowatą istotą o wielkich oczach i – ponoć – wielkim sercu, ale cichą jak spokój przed burzą; zawsze wyobrażał sobie, że to właśnie takie istoty doprowadzają do szkolnych strzelanin, choć podobno Joe - Chryste, kolejna z awersją do własnego imienia - miała tylko szlachetne pobudki i zamiast zabijać, chciała ratować ludzkie życia, bla-bla-bla, Lazare nigdy za bardzo nie słuchał, gdy Johnny mu o niej opowiadał;
- Ma na lewym przedramieniu długą, bladą bliznę, której genezy albo nie pamięta, albo nie chce nazywać, i którą Moreau lubił śledzić ustami i palcem, jak traper zmierzający w górę czy dół rzeki, z nurtem lub pod prąd, aż do źródła; źródłem było, zależnie od nastroju, wgłębienie męskiego obojczyka, albo, choć tutaj Lazare musiał trochę zboczyć z kursu, miękki skrawek skóry między kością biodrową i łonową Johnny'ego - najpierw chichot, potem długie, oszałamiające westchnienie;
- Na parterze posiada kuchnię i mały salon, pokój gościnny wielkości, mniej więcej, pudełka na zapałki i jeszcze mniejszą łazienkę z – z tego co pamiętał – puchatym dywanikiem, który wyglądał, jakby nigdy go nie prano i nie ruszano z miejsca; fuj; na piętrze trzy sypialnie, choć Lazare był w tylko jednej z nich, drugą łazienkę, schowek, który pachniał kurzem nawet przed drzwi;
- Ma również zwyczaj, nabyty w dwutysięcznym-dwudziestym-drugim, żeby słuchać lewym uchem, ale nawykowo zawsze najpierw nadstawiać prawe, i potem przekręcać głowę z jakąś dozą rozczulającej rezygnacji (której Lazare nienawidził, bo nienawidził czuć się rozczulony; czuł się wtedy głupi i bezbronny i słaby) - kolejna rzecz, o którą chciał Grainiera spytać, ale nigdy ostatecznie nie spytał, i długo sądził, że nie będzie miał już ku temu okazji;

Oraz to, że Johnny Grainier zniszczył mu życie.
Nie, Lazare. Przecież wiesz, że sam to sobie zrobiłeś.
Johnny Grainier w gruncie rzeczy wyświadczył Ci przysługę.

Nie z roztargnienia, przypadkiem, w chwili nieuwagi. Nie bez powodu. Z premedytacją, z wyrachowaniem, z jakąś dozą wirtuozerii, o którą Lazare go zwyczajnie nie podejrzewał. Szkoda, może, że nie (nigdy) go tak naprawdę nie doceniał.

Kiedy stanął na krawężniku, w prostokącie parterowego okna świeciło się światło. Potem zgasło - może przypadkiem, a może w wyniku josephowej paranoi, nigdy nie było do końca wiadomo. Lazare chwilę stał i myślał, ale nie o tym, co go tu sprowadziło, i nie o tym, co planował zrobić, ani czego chciał od Johnny'ego (czego? przeprosin? te już dostał, i napluł na nie, przynajmniej we własnej głowie). Nie mógł sobie przypomnieć, czy zjadł dzisiaj kolację. I lunch. W zasadzie, czy miał w żołądku cokolwiek oprócz trzech ginów z martini, co mogło być ważną informacją, jeśli zamierzali się dziś pieprzyć.
Chryste, Lazare. Przestań.

Sąsiedzi Grainierów mieli klomb z hortensjami, teraz łysawy po zimie, ale dostarczający idealnego zapasu małych, kształtnych kamyków. Moreau zebrał ich całą garść, były zimne i przyjemne w dotyku.
Stuk!
Jak nastolatki w filmach dla nastolatków. Jak nastolatki w nastoletnich marzeniach nastolatków. Jak nastolatki w nastoletnich marzeniach Lazare, któremu nigdy nie wolno było być dzieckiem, i nie wolno było być nastolatkiem, i, ponad wszystko, nie wolno było być romantykiem, bo romantyzm nie wygrywał nikomu medali.
Stuk!
Mógł pomyśleć o tym wcześniej, i zamiast mikrych okrąglaków przynieść sobie cegłę. Owinąć ją jutowym sznurkiem, przytwierdziwszy do przedmiotu list z pogróżkami. Anonim z literami wyciętymi z gazety.

sSiJ pAłĘ GrAiNiEr!

DuPa a NiE DzIeNnIkArZ

ZdYcHaJ PiSmAkU


Roześmiał się pod nosem, cicho i gorzko. Bo to w zasadzie było śmieszne, prawda?
Celował w okno na parterze, ale trafił w to na piętrze. Niegroźnie. Mógł spróbować mocniej.
Stuk!

- Grainier! – Głos jak zgrzytnięcie nienaoliwionego zawiasu. Smutne: był późny wieczór, a Lazare z nikim jeszcze dzisiaj nie rozmawiał – Grainier, do cholery! Wiem, że tam jesteś!

Johnny Grainier
joachim
przemocy względem zwierząt i rażąco niedbałej interpunkcji; poza tym, nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
dziennikarz, reporter śledczy CBC Toronto
Awatar użytkownika
This was not about failure or success. This was always going to be horror. I should not have suggested it, and you should not have listened to me.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie pamiętał, kiedy zasnął – musiało być już bardzo późno albo dopiero bardzo wcześnie, musiało się coś wydarzyć, choć nie potrafił powiedzieć co, jedynie że bolała go głowa i żołądek, a zimna podłoga, na której leżał, sprawiała, że zdrętwiały mu lędźwie. Nie miał siły się podnieść, jeszcze nie, więc odetchnął tylko głęboko, próbując sobie przypomnieć – wiedział, że Joe miała długą zmianę w szpitalu, jedną z tych, kiedy nie było jej w domu przez całą dobę, wiedział, że był wtorek albo środa, że kończył się luty albo ledwie rozpoczął marzec, wiedział, że gorzki smak, który czuł w ustach, miał to samo źródło co tępy ból w skroni, wiedział, że miał na sobie mokre spodnie i że leżał w odległości dwóch kwadratowych kafelków od miejsca, w którym umarła jego matka. Zacisnął powieki, czując jak napięcie, które uwierało go w gardle, przesunęło się powoli w stronę żuchwy – przez chwilę oddech rwał mu się w krtani, jakby miał się rozpłakać, ale uspokoił się, zanim oczy zdążyły zajść mu łzami. W łazience było zapalone światło – pomyślał o rachunku, który będzie musiał opłacić i nagle poczuł roztargnioną złość na samego siebie, że pozwolił otumanić się codzienności, poddał się niezrozumiałej słabości ciała i leżał na brudnej podłodze przez tyle godzin bezczynnie. Podniósł się gwałtownie dociskając palce do włącznika – żarówka zgasła, a on odniósł wrażenie, że w tej samej chwili usłyszał zza okna cichy brzęk i na chwilę zamarł w miejscu, nasłuchując. Kręciło mu się w głowie i pokój stopniowo, ale bardzo powoli odzyskiwał wyraźne kontury.

Twoja wyobraźnia – szepnął pod nosem i zacisnął powieki, zupełnie niepotrzebnie, bo dźwięk rozległ się ponownie, jak szczękanie zębów lub stukot palców na grubym szkle. Zgarbił się i podparł ręką o ścianę, bezmyślnie zdrapując okruszki zielonej farby, odsłaniając paznokciami biały regips, który znajdował się pod spodem. Ktokolwiek stał na dworze – czy zdążył zobaczyć go przez okno? Powinien był je zasłonić, zapomniał. Joe była zła, kiedy ostatnio je zasłonił – zabrał z kuchni folię spożywczą i okleił nią okna i ściany, aż cały pokój był błyszczący i srebrny, szeleścił mu pod palcami. Mroczki zniknęły mu spod powiek, nagle poczuł się zupełnie trzeźwy. Ktoś na dworze go zawołał i wszystkie jego mięśnie odruchowo zacisnęły się mocniej wokół kości – znał ten głos, poza tym mało kto zwracał się do niego po nazwisku, wszyscy wybierali drogę na skrót, na przełaj, Johnny było wygodne, bo pozwalało im na więcej, brzmiało, jakby zwracali się do dziecka. Pierwsza myśl: Lazare przyszedł, żeby go zabić. Zdjął pospiesznie brudne spodnie i wrzucił je do kosza na pranie, po czym przesunął się korytarzem z plecami przypartymi do ściany – był czujny, nawet we własnym domu – dopiero w pokoju zrywając z drucianych wieszaków komplet ubrań i pospiesznie zakładając czyste, choć wyraźnie znoszone warstwy odzieży, wsuwając niezdarnie stopy w zdarte, czerwone trampki, omal nie przewracając się przy tym i przy utracie równowagi uderzając czołem o kant stolika. Ból sprawił, że załzawiło mu prawe oko – otarł je rękawem. Stukot rozległ się ponownie.

Podszedł do drzwi wejściowych i zacisnął palce na klamce, ale zawahał się, zanim ją nacisnął. Nie widział Lazare od wielu miesięcy, od zawodów – jego ostatnich – lub od następnego dnia, kiedy próbował go przeprosić, bo czuł, że popełnił błąd, zdradził jego i siebie, ale on nie chciał go słuchać, trzasnął drzwiami, pozostawiając go w progu, gdzie krzyczał i płakał, dopóki ktoś nie zagroził, że zadzwoni na policję. Przełknął ślinę i rozchylił drzwi, nie szerzej niż na kilka centymetrów, choć Moreau, gdyby tylko chciał, mógł otworzyć je na oścież siłą. Stał bliżej, niż się spodziewał i przyszło mu do głowy, że odruch, żeby spojrzeć mu w oczy, niczym nie różnił się od impulsu, który mógłby odczuć, stojąc na krawędzi dachu i myśląc o tym, aby z niego skoczyć. Nie zmienił się bardzo – wciąż miał szerokie ramiona, przeszywające, niebieskie oczy i uśmiech, który wyglądał, jakby używał go przede wszystkim na ludziach, których wcale nie darzył sympatią. Próbował przypomnieć sobie, za co go nienawidził, ale nie był dłużej pewien, jego emocje zdążyły ostygnąć, serce spowolniło. Nie czuł się dobrze, tętno uwierało go pomiędzy żebrami – zmniejszył szparę w drzwiach, powstrzymując się, aby nie zatrzasnąć ich zupełnie, jakby obchodził się z drapieżnym zwierzęciem i uważał, aby przypadkiem go nie sprowokować. Pomyślał, że nie miałby dokąd uciec – wszystkie zamki w drzwiach były dawno zepsute.

Co robisz? – próbował zabrzmieć poważnie, stanowczo. Nie było sensu – Lazare znał jego prawdziwy głos, ten, który wychodził na jaw, kiedy było się chorym, zdesperowanym lub zakochanym. – To wygląda źle. Zawsze wygląda źle, kiedy wracasz. – pokręcił nerwowo głową, zaciskając palce mocniej na klamce. Kiedyś czuł potrzebę, żeby ostrzegać go przed dziennikarzami, ale nigdy nie ostrzegł go przed samym sobą. W głębi duszy czuł się od nich lepszy, jego motywacje były czystsze, a działania bardziej usprawiedliwione – zrujnował mu życie i przekonywał się, że Lazare na to zasłużył. Że nie spotkają go za to żadne konsekwencje.

lazare moreau
Ostatnio zmieniony czw lut 26, 2026 10:27 pm przez Johnny Grainier, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Jackrabbit
33 y/o
For good luck!
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
I always wanted to die clean and pretty, but I'd be too busy on working days - so I am relieved that the turbulence wasn't forecasted, I couldn't have changed anyways.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Zabić go?
Cóż. Może to byłoby jakieś rozwiązanie.
Ale co potem? Pójść siedzieć? W więzieniu, zaskakująco podobnie do czasów jego sportowego rygoru, przynajmniej posiadałby przewidywalny, ułożony za niego plan dnia podzielony na równe, sensowne ćwiartki czasu, który w jego aktualnej rzeczywistości zwyczajnie przelewał mu się przez palce. Ktoś wybierałby za niego ubrania, skład posiłków, ciąg zajęć wypełniających godziny od pobudki aż po dobranockę. Jak w dzieciństwie, w armii, albo w szeregach reprezentacji narodowej. Nie musiałby się też martwić o powoli topniejące oszczędności, bo żyłby skromnie, ale za pieniądze, których nie musiał zarabiać, oszczędzać albo liczyć. Ciężej mogłoby mu być ze znalezieniem sobie znajomych - Moreau nie był pewien, jak wielu neurotycznych biseksualistów trafiało się zazwyczaj w przeciętnej grupie więźniów, a poza tym nawet gdyby ich zasób był obfity, jaka była gwarancja, że z kimkolwiek dogadałby się na bazie tego właśnie podobieństwa? Ale miałby bibliotekę, siłownię i kablówkę. I darmową opiekę medyczną. Więc może spędzenie reszty życia w pierdlu nie było wcale takim złym pomysłem?
Oczywiście pozbywszy się Grainiera, Lazare mógłby również pozbyć się samego siebie. Trochę dramatycznie, ale w sumie w zgodzie z jego permanentnym kompleksem głównego bohatera. Po ucichnięciu skandalu, w gazetach nie pisano o nim wcale już od wielu miesięcy, więc miło byłoby zaliczyć jeszcze ten jeden, jedyny nagłówek. Którego oczywiście sam by nie przeczytał.
To nie tak zresztą, że nie rozważał tego wcześniej - niezależnie, czy jego samobójstwo wiązałoby się z wcześniejszym morderstwem popełnionym na Johnny'm albo kimkolwiek innym, czy też nie - a jednak za każdym razem jakoś się rozmyślał. Czegoś mu do tej decyzji brakowało - może odwagi, może jeszcze jednego skandalu, może świadomości, że Nadir naprawdę nigdy już nie wróci, bo przecież zawsze ostatecznie wracał, przynajmniej jak do tej pory.
Ale czy - ze wszystkich ludzi na świecie - Joseph Grainier był tym, za którego Lazare chciał gnić w kajdanach albo w ziemi? Na tym etapie, wiele miesięcy po zdradzie, jakiej Johnny się na nim dopuścił, to nie byłoby zabójstwo z pasji, tylko z nudów. Czym innym było przyjść tutaj z nadzieją, że będzie mógł wyładować na dziennikarzu kombinację własnej frustracji i desperacji. Czym innym skazywać jego biedną siostrę na zbieranie tego, co by z Johnny'ego zostało, z podłogi. Czy nie robiła czegoś podobnego już wystarczającą ilość razy?

Dobrze znał tę szamotaninę Johnny'ego, której świadkiem właśnie znów się stawiał, tę jego walkę z samym sobą, kiedy Grainier starał się panować nad własnymi emocjami, nad niemal atawistycznymi odruchami ciała, w końcu i tak zazwyczaj padając ich ofiarą. Czasem następstwem była przyjemność, innym razem panika. Zaskakująco często za ponoszoną przez dziennikarza klęską stał nikt inny, jak Lazare właśnie. Cóż, dobrze było pomyśleć, że przynajmniej w tym kontekście byli kwita.
- Nie wracam, nie schlebiaj sobie - powiedział, wzruszając ramionami. Wychodząc z domu kipiał amalgamatem skrajnych uczuć; wychodząc, zostawił za sobą śnieżący ekran telewizora, przecięty na wskroś długą, brzydką rysą. Ale w drodze ku The Junction ochłonął na tyle, że teraz był już prawie spokojny. Na tyle, by dłoń (babcia, matka jego matki, mówiła mu że ma dłonie złodzieja albo krupiera, długie i szczupłe, niesłychanie zwinne wynikiem hipermobilności stawów, utrapienia wszystkich jego trenerów) wsunąć w szparę zostawioną przez Johnny'ego między kantem drzwi i framugą, wsunąć z niemal niepokojącą gracją. Ot, paszcza lwa. Gdyby Joseph zechciał, mógłby mu teraz połamać palce, ale Lazare wiedział - u f a ł ? - że mężczyzna tego nie zrobi. Zwłaszcza, że za chwilę zsunął dłoń niżej, na klamkę, w to samo miejsce, gdzie zaciskała się na niej ręka Johnny'ego. Jego palce były suche i zimne. Lazare pociągnął nosem i naparł na drzwi ramieniem na tyle, by otworzyć je szerzej - Trochę śmierdzisz, Johnny. I w ogóle nie wyglądasz najlepiej - stwierdził bez emocji, lub też z emocjami skotłowanymi na wysokości przepony, poniżej serca. Nie wszedł do środka, ale wyglądał, jakby zamierzał to zaraz zrobić - Ciężki czas, hm?

Johnny Grainier
joachim
przemocy względem zwierząt i rażąco niedbałej interpunkcji; poza tym, nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
dziennikarz, reporter śledczy CBC Toronto
Awatar użytkownika
This was not about failure or success. This was always going to be horror. I should not have suggested it, and you should not have listened to me.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Wcześniej nie przyszło mu do głowy, że wstyd mógł mieć zapach – śmierdział stęchlizną i alkoholem, a on był pewien, że przylegał do wszystkich miękkich miejsc na jego ciele. Nigdy nie przyznał się, że za nim tęsknił, choć kiedy się rozstali, jego życie okazało się nagle małe i puste, jak życie owada, którego ludzie strzepywali niedbale ze skóry lub zabijali uderzeniem otwartej dłoni, nie zastanawiając się, czy odszedł z tego świata szybko i bez bólu – bo kto myślał o śmierci tak drobnej, pojedynczej, krótkiej i niewidocznej? Kto myślał o takim życiu? Nienawidził go, kiedy się rozstali – za każdy, wyrwany spomiędzy zębów przecinek śmiechu, każdy okrutny, nieuważny gest i każde pogardliwe spojrzenie. Sprzątnął tamtego dnia całe mieszkanie, włącznie z lustrem w łazience, bo poprzedniego wieczoru Lazare się w nim przeglądał, a potem położył się na podłodze i płakał i czuł się żałosny, bo płakał, choć wiedział, że nie powinien i bo Lazare go nie kochał lub kochał go niewłaściwie, kochał go tak, jak nieszczęścia kochały dotykać ludzi, którzy nigdy na nie nie zasłużyli. Joe gładziła go po włosach i powtarzała, że to tylko mężczyzna, nikt ważny, a on zaczął się śmiać, dopóki jego śmiech znów nie zmienił się w łzy, ciężkie i brudne, takie, których wstydziłby się przed innymi ludźmi i których wstydził się przed samym sobą następnego dnia. Gdyby Lazare próbował zabić go wtedy, być może wcale by go nie powstrzymał – otworzyłby drzwi szeroko lub wcale by ich nie zamknął, a potem odchyliłby głowę, odsłaniając przed nim miękkie gardło, tak, aby łatwo było poderżnąć je nożem. Być może nie patrzyłby też na niego w ten sposób i wszystko wyglądałoby inaczej, tylko wstyd byłby ten sam – ciężki i gęsty, całkowicie, bezsprzecznie i nieodwracalnie jego.

Moreau wsunął dłoń przez szparę przy framudze, a on zacisnął palce mocniej na klamce, ale nawet nie spróbował go przestraszyć – nie poruszył ramieniem, żeby pomyślał, że zamierzał zatrzasnąć drzwi i połamać mu palce, nie przyszło mu to do głowy, oboje wiedzieli, że tego nie zrobi. Było to dziwne uczucie, zatrzymywać go na zewnątrz – dawniej zawsze pragnął zatrzymać go w środku, bo wymieniał z nim ciepłe, zachęcające pocałunki za zamkniętymi drzwiami, ale jego stosunek zmieniał się zawsze tuż za progiem, jakby w świetle zapalonego na korytarzu światła przypominał sobie, kim był i nie mógł dłużej na niego patrzeć. Powtarzał sobie – wielokrotnie – że nie miało to żadnego znaczenia, nie potrzebował być kochany, a Lazare nie był człowiekiem, którego można było złapać za rękę i zatrzymać przy sobie. Był tylko mężczyzną, przytaczał w głowie słowa Joe, nikim ważnym – mimo to, zesztywniał, kiedy jego ramię sięgnęło głębiej, a dłoń zacisnęła się na jego dłoni. Nie był to czuły uścisk – miał długie, zimne palce, które objęły go za nadgarstek jak metalowe kajdanki. Drzwi skrzypnęły żałośnie i rozchyliły się szerzej, pchnięte ciężarem jego ciała, a on wciąż stał w miejscu, nie poruszając się, żeby wpuścić Moreau do środka, ale też nie robiąc niczego, żeby uniemożliwić mu wejście – gdyby Lazare go pchnął, przewróciłby się jak plastikowa zabawka.

Zostaw mnie, nie jestem dzisiaj sobą – odparł głosem wyrażającym pewien stopień desperacji, jakby wyrwanym prosto z przepony. Zrobiło mu się zimno, nie założył kurtki – mięśnie drżały mu płytko pod skórą i poczuł się żałośnie na myśl o tym, co Lazare musiał widzieć, kiedy na niego patrzył, jego potargane włosy i zmęczone spojrzenie, czerwone wybroczyny na policzkach, nerwowe dłonie i cerę w barwie ulewy. Powiedział mu kiedyś, że był człowiekiem niepełnych zmysłów, a on był na niego zły, bo nie chciał, żeby to była prawda, ale nie potrafił zapanować nad swoim ciałem ani nad swoimi myślami, nie kontrolował nerwowych tików, które sprawiały, że drgała mu powieka lub nagle potrząsał głową i nie zauważał swoich emocji, dopóki nie sprowadzały go do stanu, w którym leżał nieprzytomny na łazienkowej podłodze. Odchrząknął cicho, przeczesując rękami włosy, odgarniając je z czoła. – Nie chcę cię tutaj. – prosił go, prawie błagał. Lazare zawsze lubił, kiedy go błagał.

lazare moreau
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Jackrabbit
33 y/o
For good luck!
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
I always wanted to die clean and pretty, but I'd be too busy on working days - so I am relieved that the turbulence wasn't forecasted, I couldn't have changed anyways.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Może to i lepiej - odparował szybko, z pewną przyjemnością orientując się, jak prędko jest w stanie wygenerować w swoim wnętrzu złośliwość i ironię podczas gdy ostatnimi czasy wydawało mu się, że zaczyna tracić tę zdolność, że staje się zbyt miękki i delikatny, niczym gładka skóra na brzuchu odwróconego na plecy zwierzęcia, ale być może po prostu jego perwersyjnemu okrucieństwu brakowało tylko obiektu. Teraz obiekt znalazł się prawie sam, to znaczy: Lazare nie musiał go szukać, bo przecież wiedział dokładnie, gdzie go znaleźć, i stał przed nim w niby czystych, ale mimo to i tak nieświeżych i pomiętych ubraniach, z takim wyrazem twarzy, jakby Lazare naprawdę przyszedł tu po jego życie - Gdybyś był sobą, musiałbym się bać, co jeszcze postanowisz wypaplać - odruchowo, bo nauki matki i guwernantek werżnęły się w dzieciństwie w jego behawior tak bardzo, że nad wieloma z nich po prostu nie panował, otarł podeszwy butów o zjechaną wycieraczkę. Przydałoby się ją wymienić, bo teraz - i to z wątpliwym skutkiem - pełniła tylko funkcję dekoracyjną, z włosiem wyślizganym od częstego użytku, i kompletnie spłaszczonym - Albo, że zadzwonisz po psy - tchórzu jeden, chciał dodać, ale nie musiał. Obydwoje wiedzieli, że Johnny się go boi, i Moreau nie był pewien, czy go to cieszyło, podniecało, czy obrzydzało, czy może w dreszczu, który rozchodził się teraz szczytami jego ramion mieszały się wszystkie te trzy uczucia jednocześnie.
Korytarz był tym węższy, że na wieszaku zawieszonym na jednej ścianie kłębiły się nieodwieszone do szafy, czy nieodprowadzone na pawlacz okrycia wierzchnie na każdą możliwą pogodową ewentualność. Nie czekając aż Joseph zamknie drzwi, i nie sprawdzając, czy za nim podąży, blondyn ruszył do kuchni, po klaustrofobicznych nieco włościach Grainierów poruszając się na pamięć. Zawsze czuł się tu jak w odcinku serialu obyczajowego, bo jakby uzurpował sobie prawo do podglądania rzeczywistości ludzi, których życia nie mogły bardziej różnić się od jego. I pewnie łatwiej było zresztą myśleć o codzienności Grainierów jak o sztafażu, gdzie mały, odrapany na kantach z lakieru stół, zawieszona nad nim tablica korkowa, na której rozpisano podział domowych obowiązków jakie ostatecznie w większości i tak wypełniała Joe, brzydkie i nierówne nieco szafki w pistacjowej barwie i fikus zdychający na parapecie w kamionkowej doniczce za pięćdziesiąt centów były tylko rekwizytami, tylko częścią scenografii, tylko na niby.

Odsunął sobie krzesło, gwałtownym przesunięciem przedmiotu po posadzce spłoszywszy rude kocisko przycupnięte póki co pod stołem. Nie przeprosił, choć jako młody chłopak zwykł lubić mówienie do zwierząt, i najczęściej przemawiał przy tym do nich o wiele czulej niż do ludzi. Usiadł, odchylając się na oparciu. Omiótł wnętrze spojrzeniem, i się skrzywił: wymownie, niesubtelnie i brzydko.
- Nic mnie to nie obchodzi - poinformował gdy Johnny powiedział, że go tutaj nie chce, i była to prawdopodobnie najszczersza wypowiedź jaką posłużył się w ostatnim czasie (gdy go pytano jak się ma, na przykład, mówił, że generalnie w porządku, i było to kłamstwo tak wierutne, że za je jedno mógł się pójść smażyć w piekle). Wbrew wszystkiemu, tak, z Johnny'm to była miłość, jeśli (już) nie teraz, to przynajmniej wtedy, choć nigdy jak z Nadirem -

I love thee with the passion put to use
In my old griefs, and with my childhood’s faith.
I love thee with a love I seemed to lose
With my lost saints. I love thee with the breath


- bo Grainiera Lazare kochał bez niewinności i marzycielskiego idealizmu, ale tak, jak kochać można rozdrapywanie starej rany. Raniąc jego, ranił siebie, a ból zawsze w jakiś sposób wiązał się dla Lazare z przyjemnością, która z kolei niosła za sobą upojenie i ulgę, i na pewnym etapie trudno już było rozróżnić jedno od drugiego. Zmrużył oczy.
- Zrób mi - krzywdę, pomyślał, bo w tym Johnny był niespodziewanie dobry, albo chociażby laskę, ale Grainier wyglądał, jakby nie mył zębów od tygodnia, i była to trochę obrzydliwa wizja, którą Moreau rozpędził zaraz machnięciem ręki - Drinka. Muszę się napić.

Johnny Grainier
joachim
przemocy względem zwierząt i rażąco niedbałej interpunkcji; poza tym, nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
dziennikarz, reporter śledczy CBC Toronto
Awatar użytkownika
This was not about failure or success. This was always going to be horror. I should not have suggested it, and you should not have listened to me.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie był złym człowiekiem – niezupełnie, nie w sposób, w jaki źli byli niektórzy mężczyźni i nie w sposób, w jaki źli byli niektórzy dziennikarze – ale czasem zastanawiał się, czy to prawda. Stawał się wtedy milczący i zamyślony, spędzał dużo czasu, wpatrując się w jeden punkt, aż oczy zachodziły mu wilgocią i musiał zamrugać kilka razy, zanim wzrok znów mu się wyostrzył. Philippe powiedział mu kiedyś, że źli ludzie nie martwią się tym, czy są źli, lecz nie do końca mu wierzył, bo zdanie brzmiało jak jedna z tych rzeczy, które się powtarza, ale w które się nie wierzy. Mimo to, czasem wciąż próbował się usprawiedliwiać – czy mógł bronić się, nie atakując? Spojrzał na Lazare uważnie – nie wyglądał, jakby sytuacja go zraniła, wciąż miał te same, szerokie ramiona i te same, silne dłonie. W przeciwieństwie do niego, nosił czyste, wyprasowane ubrania i nie śmierdział alkoholem – niezmiennie towarzyszył mu ten sam, intensywny zapach piżma, drzewa sandałowego i kozieradki. Podejrzewał, że wciąż trenował, ubrany w ten sam, ciasny gorset swoich przyzwyczajeń – było mu łatwiej wyobrażać sobie, że to prawda, byleby nie brać winy bezpośrednio na własne barki, przeczuwając podskórnie, że prawdopodobnie nie byłby w stanie jej unieść.

Przesunął się odruchowo, kiedy Lazare przekroczył próg – zawsze mu ustępował, we wszystkim, wzruszał ramionami i powtarzał, że to nie szkodzi, choć zazwyczaj szkodziło, jak wszystko, czego nie mógł wytrzymać ani zmienić. Przez chwilę stał w miejscu, nasłuchując ciężkiego odgłosu kroków, kiedy mężczyzna wszedł po schodach na piętro, tam, gdzie na strychu znajdował się jego pokój, tam sam, odkąd skończył sześć lat i ojciec uznał, że był już za duży, żeby spać w tym samym pokoju z matką. Pamiętał, że wstydził się tego pokoju, kiedy Lazare po raz pierwszy stanął w progu ich ciasnego mieszkania i wyglądał bardziej jak komornik, niż jak znajomy, który przyszedł do nich w odwiedziny – skośny sufit sprawiał, że w niektórych miejscach trzeba było się garbić, żeby sięgnąć do szafek albo nie uderzyć głową w drewniane deski.

Wiatr sprawił, że drzwi, które wciąż stały otwarte, zaskrzypiały cicho – musiał się zamyślić, dopiero teraz zdał sobie sprawę, że robił przeciąg i że drżały mu ramiona. Ruszył powoli po schodach, zastanawiając się, czy stawiał stopy w tych samych miejscach, w których przed chwilą postawił je Lazare. Zatrzymał się w progu sypialni, pozwalając, żeby Moxie otarł się czule o jego nogawki, po czym wziął go na ręce, nieco zbyt kurczowo przyciskając miękkie, kocie ciało do własnej piersi.

To nie moja wina – odparł, kiedy milczenie wydawało się już trwać wystarczająco długo, aby wszystko, co mógł powiedzieć, zabrzmiało niezręcznie i sztywno. – Winny jesteś tylko ty, Lazare. Sam do tego doprowadziłeś. Byłeś wystarczająco dobry, nie potrzebowałeś tego. Ale prędzej czy później napisałby o tym ktoś inny. – jego własny głos wydał mu się obcy, jakby do niego nie należał i choć brakowało w nim złości – tej prawdziwej, ludzkiej złości, która była tak oczywista wtedy, rok temu, kiedy stał pod drzwiami do jego apartamentu i nie wiedział, czy chciał, żeby Lazare mu wybaczył, czy żeby go uderzył, tym razem mocniej niż poprzednio – czuł znajomy, bolesny ucisk w piersi i słyszał cichy pisk, który stopniowo narastał, wypełniając wnętrze prawego ucha. Chciał go zapytać, gdzie był Nadir, czy znowu zniknął i czy dlatego tu dzisiaj był, ale wiedział, że żadne z tych pytań nie przeszłoby mu przez gardło, podobnie jak żadna z możliwych odpowiedzi nie przeszłaby mu przez serce. Próbował przypomnieć sobie, jak to było – czuć i wierzyć, że Lazare go kochał. Mieć świadomość, że ktoś znał jego ciało – nawet jeżeli była to znajomość, którą mógłby pochwalić się jedynie rzeźnik. Zignorował jego prośbę i powolne, niezadowolone poruszanie kociego ogona – wciąż stał nieruchomo w progu.

Nie bądź głupi. Joe niedługo wróci do domu, nie będzie chciała cię tu widzieć.

lazare moreau
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Jackrabbit
ODPOWIEDZ

Wróć do „#102”