-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Potem jeszcze się obejrzał na tancerkę, kiedy William robił interesy, bo nawet nie chciał wiedzieć ile on za te prochy płaci. Ale wiedział doskonale, bo w Toronto, to on zawsze załatwiał towar, odwrócił się dopiero, kiedy William zapytał to co, rzeczywiście głupie pytanie.
- Kok... - nawet nie zdążył powiedzieć do końca, a Patel już mu dawał tego Trumpa, Madox tylko obrócił go w palcach. Dobra, jak szaleć to szaleć, umieścił sobie pikse na języku i też napił się drinka - jak będę się lepił do jakiś lasek, to strzel mnie w łeb, zawsze jestem po emce jakiś kurwa przytulaśny - stwierdził, bo coś w tym było. On się wtedy robił taki miły, a zresztą wtedy wszyscy dookoła mu się wydawali mili i mięciutcy. Na to fu, ale ohyda Williama, Madox tylko wzruszył ramionami, dla niego to nie było jakieś bardzo ohydne, zresztą on wychodził z założenie, że im bardziej gorzkie, tym lepiej klepie, a o to chyba chodziło?
Dostał woreczek z koksem od Williama i od razu usiadł sobie przy stoliku, a potem wyjął swoją zdezelowaną kartę kredytową i tak jej nigdy nie używał, bo wolał płacić gotówką, więc zaraz ją użył do robienia kresek.
- Ja jebie, William nie bierz dwóch, wiesz jak to się skończy - trochę chamsko, że tak gadał o tancerkach, jakby to była... cola. Ale Madox wiedział jak to się skończy po pigułach, bo już nie raz je we dwóch żarli. Oczywiście Madox się wcale nie wtrącał w rozmowę z panienką, bo on i tak nie zamierzał dotykać, bo on sobie zamierzał tylko posypać tutaj kokainy, na ten stolik właśnie, sobie i Williamowi.
Szczerze to Noriega nawet nie rzucił okiem na tą drugą, bo właśnie zrobił na stoliku dwa zgrabne szczury, grubasy, potężne. Dopiero ta ich rozmowa o tym dzieleniu się sprawiła, że podniósł na nich ciemne tęczówki.
- Dobra kurwa, to cztery? - zapytał, ale już wiedział, że tak. Musiał dosypać, a jak zaczął dosypywać, jeszcze troszeczkę i jeszcze... To wyszły z tego cztery potężne krechy. Madox zwinął stówkę w rulonik, bo on tancerkom skąpił, ale wciągał zawsze stówami. Taki po prostu był. No i też taki, że najpierw dał dziewczynom. Najpierw tej co wbijała w niego ciemne spojrzenie. Pochyliła się nad stolikiem tak, że Noriega mógł jej z powodzeniem zajrzeć... w cycki, ale ona się pochylił i zaglądał, czy ona mu tych kresek nie psuje, bo takie były równiutkie i piękne. Wciągnęła, na dwie dziury, aż ją otrzepało, a Madox się uśmiechnął, bo mimo wszystko go to trochę kręciło. Później wciągała ta druga, a William na pewno ją obłapiał, bo miała mu przecież pozwolić, jak się podzielą, a ładnie się dzielili...
Trzeci był Madox, który pierdolnął całego szczura na jedną dziurkę, a jak poczuł koks w mózgu i podniebieniu, to aż się zerwał i podskoczył, ciarki mu przeszły po plecach. Dobry towar, ale dużo, dużo, dużo...
Wcale nie tak dużo słabszy niż w Kolumbii, bo zaraz siedzieli przy stoliku we czwórkę, a brunetka nawijała coś o tym, że to dobry towar, bo ona czuje, bo ona się zna.
- Ja to się kurwa znam, matka mnie na kokainie chowała... - rzucił Madox, a ta się na niego spojrzała, William to już się lizał z tą blondi. Bo też im się akurat trafiła blondynka i czarnulka - no jak mały byłem, to mieliśmy w domu w chuj koksu i czasem jak się bawiliśmy w chowanego to mnie na nim sadzała - tak jej wyjaśnił, ale ona chyba nie czai i przechyla na bok głowę.
- Fajny masz kapelusz - nagle wypaliła i do niego sięga, a Madox się odchylił do tyłu.
- Nie no kurwa, ale to jest od Dolly Parton, nie ruszaj - rzucił...
A jakieś trzy minuty później, kiedy emka się zaczęła wczytywać, to brunetka już siedziała w tym jego kapeluszu, a Madox pochylał się nad stolikiem zaglądając jej... w oczy.
- Fajnie wyglądasz, pasuje ci - no bo jej pasował, ale w sumie to... teraz to mu już wszystko pasowało chyba. Do tych zaszklonych przez piguły oczu.
William N. Patel
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy William klepnął tą laskę w dupę, a ona wierzgnęła i zatrząsła stolikiem, to Madox oczywiście, że się (ł)obruszył, bo jakby mu te kreski zniszczyli, to by się wkurwił. Pewnie na Williama, bo czemu na jakąś boguducha winną tancerkę?
Ta co siedziała z Noriegą przy stoliku to też była taka dość niewinna, bo ona się tylko tak przysuwała, Madox się odsuwał, ale no nie proponowała mu jakiś tańców, czy lizania. No i w sumie dobrze, bo musiał by jej odmówić.
A może nie musiał?
- Widziałem Dolly Parton w samolocie, i dała mi ten kapelusz, bo jej zaśpiewałem Jolene, rozumiesz? - Madox nawija tej tancerce, a ona już się do niego pochyla nad stolikiem w tym jego, to znaczy Dolly Parton, kapeluszu.
- Serio, umiesz śpiewać? - zapytała i bawi się ciemnymi włosami, a palcami sunie po szyi i dekolcie. A oczy Madoxa same za nimi podążają, bo ona ma takie paznokcie neonowe, które w tym ultrafiolecie świecą. Po prostu świecą.
- No kurwa, dużo różnych rzeczy umiem... - jeszcze jej powiedział, ale William już go wołał, żeby patrzył, no to spojrzał. A tamta blondi to rzeczywiście na tej rurze umiała takie rzeczy, że on nigdy czegoś takiego nie widział, a też prowadził klub z dziewczynami. Aż był w szoku i się trochę zawiesił, ale potem to już ciemnowłosa striptizerka zaczęła się do niego przysuwać, a on się odsuwał, ale zaraz koło niego siada William, a na jego kolanach blondi, a z drugiej strony brunetka. Madox w środku. I zaraz już mu wszyscy opierają ręce na ramionach, a on czuje jak ta pozytywna energia spływa z ich rąk, prosto na jego serce, hiszpańskie corazon, które może było trochę złamane, ale teraz to nie powinno być, bo wszechświat taki miał plan. Zerknął najpierw na Williama, a potem na brunetkę, a potem na blondynę.
- No... - zaczął i drapie się po głowie, bo od czego tu zacząć? - W ogóle to jest długa historia - powiedział, ale ta brunetka już mu zaciska palce na bicku, żeby mówił - bo ponad dziesięć lat temu, jak jeszcze mieszkałem w Kolumbii i nie miałem wcale brody - teraz już trochę miał, ogolił ją w Meksyku, ale trochę mu odrosła - no i tych tatuaży - przesunął palcami po szyi i odchylił trochę koszuli, no a wiadomo, że tam miał najfajniejsze tatuaże, na klacie, bo lwa, aż mu ta brunetka westchnęła do ucha - no to się oświadczyłem takiej Rosie - miał chyba mówić o Pilar? Ale chuj, to się wszystko łączy. A skoro miał im opowiedzieć całą historię, no to od początku.
- I wiecie co? To miał być piękny ślub, już wszystko było gotowe, kaplica, sukienka, koks... No ale ta Rosa zdradziła mnie z moim świadkiem, najlepszym przyjaciele, prawie bratem, na tyłach kaplicy - westchnął ciężko, bo niby już to wybaczył Ticiano i nawet był mu wdzięczny, że się nie ożenił z Rosalindą, no to jednak wiadomo, dla Madoxa dwadzieścia trzy, to była ogromna drama. Przysunął sobie szklankę, żeby się napić drinka, ale nawet nie mógł, bo teraz to już ta brunetka go ściskała za kolano, a blondyna zsunęła się z kolan Williama między nich i go zaraz łapie za rękę. No i niby Madox by się pewnie wkurwił, ale Trump go już chyba zmiękczył, więc nawet się nie ruszył.
- No co ty? Co za suka - mówi czarna.
- Ojezu a jak wygląda takie kolumbijskie wesele? - pyta blondi, a Madox odwraca się do niej.
- No zajebiście, jak tutaj tylko, że jeszcze jest orkiestra - tak rzucił, a laski wzdychają - i w sumie teraz drugi raz się chciałem oświadczyć, na plaży, w Meksyku, tylko, że ona nie przyjęła tych oświadczyn... - jeszcze miał coś powiedzieć. Pewnie wyjaśnić coś więcej, ale obie tancerki już go głaskają po włosach, że taki biedny.
William N. Patel
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I teraz też już tak marszczy brwi, kiedy słucha tej blondi.
- Co ty pierdolisz... - rzucił tylko i chciał wstać, ale dziewczyny go usadziły, a Madox to po pigułach już był bardziej przytulaśny, niż kłótliwy, wiec usiadł i wszyscy wpatrując się w Williama, kiedy on tak krzyknął kurwa, dobrze gada. No i on zaczyna gadać, trochę z sensem, ale trochę bez, bo kiedy mówi to, że on by się dał za nią pokroić, a ona co, to Madox otwiera usta.
- Ale ona... - no bo przecież ona też za niego by się dała zabić i mu to już udowodniła nie raz. Tylko William zaraz gada dalej jak nakręcony, o tych zdradach, o oszukiwaniu i zwodzeniu za nos, a te dwie striptizerki kiwają głowami, że tak jest właśnie.
- Jak to kurwa zdradza?! - aż się uniósł i jebnął pięścią w stół - z kim? Zajebie go - i tu jeszcze przemawiał przez niego narwany Madox, ale zaraz chyba obudził się Trump i jakaś wielka empatia, dla tej brunetki, bo skoro blondynka była fajna, a ona nie? - Ty też jesteś fajna, bardzo masz ładne oczy - i nawet ją pogłaskał po policzku, a ona się uśmiechnęła, bo pewnie zawsze jej mówią, że ma fajne cycki, a Madox jej powiedział o tych oczach, ale romantyk.
William dalej się nakręca, a Noriega wodzi za nim spojrzeniem, brunetka go głaska już po karku i wsuwa mu te długie paznokcie pod koszulę, już mu kurwa prawie wszystkie guziki poodpinała, albo może Madox to zrobił sam? Nawet nie wiedział kiedy, tak czy siak.
Słuchali we trójkę tego Williama, jak na jakimś tureckim kazaniu, a Madox w końcu mówi.
- Prawda - chociaż tak się nie do końca z tym zgadzał, ale trochę się zgadzał. No bo kiedy będzie kurwa odpowiedniejszy moment? Tamten był zajebisty, taki emocjonujący, szykowali się na trudną akcję, no i znowu to był taki moment, że on się przed nią odsłonił, całe serce miał kurwa na dłoni. Opadł plecami na oparcie, a czarna już mu opiera rękę na piersi, a serce to mu wali tak, jakby miało wyskoczyć, jak do Pilar mu czasem wali, ale teraz od prochów i od tych emocji, różnych. Słuchał Williama, i gość to miał dużo racji, a jak stał nad nimi z tymi mokrymi włosami, w kolorowej koszuli, to wyglądał jak jakiś Bóg. Nie że piękny bożek, ale Bóg Jah na przykład, albo jakiś inny cpuński bóg.
- No w sumie... - mruknął Madox i się rozciągnął na tej kanapie, bo akurat mógłby się na niej rozpłynąć, taka była mięciutka, a ta ręka brunetki na jego tatuażach też był miękka, za bardzo trochę nawet.
Na całe szczęście William wali tym tekstem, że go kocha jak brata i żeby się przytulił, a Madox jak się zerwał, to ten stolik aż się zatoczył, ale blondynka go przytrzymała, a brunetka flaszkę, bo by się wszystko poszło jebać. Noriega wtedy wstał i już przytula Wiliama, ale tak po bratersku, bo jednak Patelek nawet w tej swojej najpiękniejszej boskiej odsłonie, to go wcale nie pociągał. Tylko, że co? Że Madox po emce to jest bardzo prztulaśny, i nawet tak klepie Willa po pleckach i mu te włosy mokre potargał.
- Ja ciebie też kocham stary, jesteś boski - tak mu powiedział, no i się odsunął, ale jeszcze się jedną ręką przytrzymuje Williama, bo go trochę zatoczyło, trochę podłoga się ugina jakby... Trumpy jednak były kurewsko mocne. Bo Madox już spojrzał na dziewczyny jednym okiem, bo jak patrzył dwoma to mu się rozjeżdżały. One coś tam gadają o kaplicy, a Madox kiwa głową.
- Musimy to zrobić - stwierdził, bo czuł jakby mu wszechświat wskazywał taką drogę, do Williama, a tak naprawdę to Patel stał pod jakąś lampą i to światło tak na niego padało, ale w naćpanym umyśle Noriegi wciąż to wyglądało bosko - dobra, zróbmy to - aż złapał Williama za koszulę i go przyciągnął do siebie i już mieli iść, ale jeszcze... - a mój kapelusz... - już miał go zabrać tej dziewczynie, ale jak spojrzał w te jej ciemne, duże oczy, to zaraz się zatrzymał - albo chodź z nami... Chodźcie z nami - zerknął też na blondynkę, bo mu się jakaś klepka w mózgu otworzyła z napisem empatia, zaraz zaczął grzebać po kieszeniach i wyjmuje te siedem stów, co mu William dał - masz, to dla ciebie, wystarczy? - i patrzy się zaraz na Williama, czy starczy, czy nie, ale...
Wystarczyło, i chociaż Madox i William byli wyćpani i po drodze zatrzymywali się wszędzie, przy barze, przy rurze, przy ludziach, przy maszynkach, na środku i pod ścianą, to finalnie przy asekuracji tancerek trafili do kaplicy. Za kontuarem stał jakiś gościu, który powiedział im, że za piętnaście minut mają wolny termin i za trzy stówki mogą wziąć swój wymarzony ślub.
- O kurwa trzy stówki William, rozumiesz? To jak za darmo - Madox aż szarpnął Willa za rękę, bo to on miał płacić, wiadomo. A facet mówi, że za dodatkową opłatą pięćdziesiąt dolarów, ślubu może im udzielić Elvis. Madoxowi aż oczy zaświeciły, no bo ZAJEBIŚCIE!
- A kto jeszcze, a może Dolly Parton? - to by już było tematycznie, ale gościu coś tam posprawdzał i powiedział, że Dolly jest zajęta, ale wolny jest...
- Co kurwa Shrek?! - teraz to Madox już ciągnie Williama za ręką - Willi błagam cię kurwa, na wszystkie świętości kolumbijskie, niech to będzie Shrek.
William N. Patel
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Później jest ta seria pytań i Madox nie ogarnia, bo akurat sobie ogląda te pierścionki swoje, który może dać Willowi, bo on je wszystkie lubi, ten z zielonym kamieniem - lubi, ten z wężem - lubi, bo mu się kojarzy z Pilar, ten z M - lubi. A ten ze wzrokiem - tak sobie. Ale wtedy pada to pytanie o nazwisko i Madox patrzy na Williama.
- Po... - i już miał mu powiedzieć, że go pojebało, że on ma ładne nazwisko i nic nie będzie zmieniał, ale William się tak ucieszył, to Madox mu powiedział, to samo co on - podwójne! - no i chuj no i cześć. Ważne, że Noriega zostaje. Najlepsze nazwisko w całej Kanadzie. Madox się uśmiechnął, kiedy William powiedział to, że czytają sobie w myślach i on teraz sobie myśli, że tak, tak Patelku. Ale potem sobie pomyślał, że co? On teraz też będzie Patelek? Madox Patelek. Aż odchylił do tyłu głowę i ściąga usta w wąską linię i myśli nad tym chwilę. No ale dobra.
Mają czekać aż Shrek się przygotuje, więc Madox chciał sobie iść do tych tancerek, żeby się trochę poprzytulać, bo akurat mu jest znowu miękko, nawet rękę do nich wyciągnął, ale wtedy podchodzi do nich jakaś babka i się pyta, czy może ich nagrywać. A Madox w tej chwili to by się zgodził na wszystko, nawet chyba na to obciąganie przez Shreka, bo znowu mu ten Trump zrobił paćkę z mózgu. Aż się zachwiał i zaraz obejmuje Williama ramieniem.
- Ja pierdole, stary... A jak ja wyglądam? Widać po mnie? - złapał Wiliama za ramiona i mu zagląda w oczy, tak samo wyćpane na sto osiem, jak te jego. Widać po nim w chuj, nie tak jak po Patelku, bo Madox to jednak nie jest taki upocony, ale on za to ma czarne, wielkie, błyszczące gały, a czasem to one mu się nawet rozjeżdżają, mruży się, wystawia język, próbuje łapać ostrość, ale na próżno. Zaraz tamte tancerki coś gadają, że się cieszą, bo będą świadkami pierwszy raz, a William wyjmuje z kieszeni popersa.
- No fajnie, ty będziesz moją... a ty moją - najpierw pogłaskał po głowie brunetkę, a potem blondynkę, a potem Williama też, no i jeszcze tą laskę co im przyniosła jakieś papiery do podpisania - bardzo masz ładny nos - powiedział jej, bo jednak przyjemniaczek Madox to sypie komplementy jak z rękawa. Aż mu w ustach zaschło od tego, wiec tak zacmokał kilka razy, a potem się opiera o Williama - dawaj, odkręcę ci - no i mu zabrał tego popersa i teraz on się siłuje, ale jemu też nie wyszło i Madox z miną zbitego szczeniaczka wyciąga rękę do ciemnowłosej tancerki. No oczywiście, że wzięła i mu to odkręca w trzy sekundy.
- Ja pierdole, z nią też powinniśmy się ożenić - powiedział jeszcze do Williama i mu oddaje popersa, ale zanim on się nawet sztachnął, to już zagląda na nich z pokoju ceremonii... Shrek.
William N. Patel
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- I mądra - bo to chodzi o to, że tam było zabezpieczenie przed dziećmi i dlatego oni tego nie otworzyli, Madox to sobie teraz myśli, że to trzeba być jakimś super inteligentnym, żeby takie rzeczy otwierać. Pilar pewnie też by umiała. Ale potem sobie myśli, że jak oni nie umieli z Willem to są trochę głupi, albo kurwa... wypierdoleni w jakiś kosmos. I on teraz taki kosmos ma właśnie w głowie. Tak dużo różnych emocji, jakby był jakimś Bogiem, który teraz ma w sobie wszystkie uczucia, wszystkich ludzi na świecie. A one wszystkie się kotłują w nim jak w jakimś młynie... diabelskim.
Zanim coś powiedział na ten bukiet, to już się trzymają z Williamem pod ręce, i bardzo dobrze, bo jeden się zatacza w lewo, a drugi w prawo i razem to nawet im to prosto idzie. Ta podróż po kilometrowym, czerwonym dywanie do celu. Osioł śpiewa basem, no i przygrywa na keyboardzie, a Shrek za to odzywa się cienkim głosikiem, aż Madox się musiał pochylić, żeby się lepiej przyjrzeć, bo mu się wydaje, że to jest kobieta. Ale miał... miała? Wąsy. Noriega szturcha Willa w bok ramieniem i chciał mu to powiedzieć, że ich Shrek to chyba kobita, ale nie zdążył, bo zaczęła się ceremonia. A jak Shrek zaczął gadać o tym bagnie, to Madox aż wstrzymał powietrze, bo tak to autentycznie było i miłość to czasem było bagno. Pokiwał głową i patrzy na Williama, ale jak Shrek powiedział, że jest baśniowym stworem, to przecież musiał się zapytać.
- A jakim mogę być stworem? Bo ja nie chcę być chyba ogrem... - powiedział, ale zaraz klepie Shreka po ramieniu - bez urazy Shrek - ale Shrek się chyba nie obraził. Za to jedna z tancerek, ta czarna mówi Noriedze, że może być księciem, a blondi, że osłem. Zdania się podzielone. Dyskusja trwa z osiem minut. W końcu dochodzą do wniosku, że Madox jest Spidermanem, bo tak chciał, a William jest Czarodziejem. No i dobra, mogą z tym jechać dalej. Godzą się obaj, żeby wziąć siebie za mężów, a potem mają wymieniać pierścionkami, no i Madox tak ogląda swoje, ale w końcu dał Williamowi ten z zielonym kamieniem, najdroższy i najnowszy, i najpiękniejszy. Chociaż piękniejszy i ulubieńszy to jednak dał Pilar, nawet chciał przez chwilę do niej napisać "co tam?", ale się zmacał po kieszeniach i się okazało, że nie ma telefonu, jak zwykle. Popatrzył na ten pierścionek, co dostał od Williama, no piękny też jest, nawet mu pasował do kapelusza, jakoś tematycznie, chociaż bardziej by pasował z koniem.
- A masz z koniem Will? - zapytał, ale nie miał, no to już cóż. Shrek powiedział, że na mocy królestwa Zasiedmiogórogrodu mogą być już swoimi mężami i mogą się pocałować. Madox się skrzywił, ale William go zaraz cmoka w oba policzki. No to okej, to Madox też go cmoknął, chociaż po tym buziaku w usta to znowu się krzywi i wyciera ręką. Bo może William to się kiedyś przelizał z facetem po pijaku, wszyscy o tym słyszeli, ale Madox to nie miał takich przygód, i chyba nawet nie chciał mieć...
Chociaż jak go tak William objął ramieniem, to Noriega też go objął i czochra te spocone włosy Patelka.
- A to jest mój piękny mąż - jeszcze go poklepał po ramieniu, ale zaraz potem pokazuje wszystkich palcem po kolei - i ty też jesteś piękna... - najpierw brunetkę, potem blondi - i ty - dwie księżniczki - i ty też, i ty - i nawet Shreka z osłem - i ty, i ty - czyli wszyscy są. Dostali papiery do podpisania, ale Madox nawet nie miał zamiaru ich czytać, bo od tego miał adwokata, który teraz jeszcze dodatkowo był jego mężem. To raczej go nie oszuka, nie?
- Ej Will git? - jeszcze się zapytał trzymając w ręce długopis z serduszkiem, ale Patelek kiwa głową, że tak, no to Madox walnął tam podpis, ale jeszcze spojrzał na Shreka - a mogę tu jebnąć serduszko? - zapytał, bo mu tak pasowało... tematycznie.
- Nie, bo to dokumenty urzędowe - powiedział poważnie Shrek, jakby codziennie odpowiadał na takie pytania.
- I na dokumentach urzędowych nie wolno? - zapytał Madox mrużąc oczy.
- Nie wolno - powtórzył Shrek, no to cóż. Nie wolno, to nie wolno.
William N. Patel
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Madox A. Noriega