ODPOWIEDZ
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Jak to Pilar? - warknął Pablo, czy wszystkie Pilar miały w sobie coś takiego, że takie łobuzy traciły dla nich głowę?
Madox nawet nie zdążył się nad tym zastanowić, ale sądząc po tonie Gonzalesa, po tym jego spojrzeniu, w którym Noriega teraz dostrzegł prawdziwy ogień, to trafił w jakiś czuły punkt. I Pablo o niczym nie wiedział. O tym, że zamiast blondynki pod magazynem pojawiła się brunetka, w zasadzie to Madox podejrzewał, że to była taka szybko podmianka ze względu na jego osobę. Bo meksykańska Pilar od samego początku się do niego odrobinę przymilała. A jak on myślał, że robiła to na złość Gonzalesowi, to może jednak wcale nie? Może już ten tekst, który szeptała mu na ucho, że golf to gra dla podstarzałych impotentów, powinien dać mu do myślenia?
Teraz mu dał...
- No wiesz... stary - tylko Pablo był rzeczywiście stary, a nie tak jak William na przykład, dzieliło ich ponad dwadzieścia lat, a to jednak robiło różnicę - ona jest taka śliczna, taka gorąca... Nie mogę przestać o niej myśleć - akurat coś w tym było, bo Madox myślał o Pilar, ale o tej, która do Meksyku z nim przyleciała. Ile czasu potrzebuje? Czy jej się uda zrobić cokolwiek, skoro było tam tylu goryli Pablo? Miał się zająć Gonzalesem, ale przecież przy okazji mógł też ściągnąć na siebie trochę więcej uwagi? Powinien. Zerknął przez ramię w kierunku drzwiczek, które Pablo za nimi zamknął, były tylko przymknięte.
- Jak to kurwa Pilar tam była? Miała być Sofia, dzwoniłem do klubu... - Gonzales był zły, bo najwidoczniej Pilar to była bardziej jego prywatna zabawka, przesunął palcami po czole, jakby zmywał z siebie tą złość. Najwidoczniej meksykańska Pilar jednak nie była tego warta, nie dzisiaj kiedy na ogrodzie odbywały się urodziny jego ukochanej córeczki, nie na tyle, żeby się o nią kłócić ze swoim wspólnikiem w interesach. Madox już wiedział, że trzeba podkręcić atmosferę. Dorzucić coś jeszcze do ognia. Podsycić żar... I wiedział też jak.
- Dawno nie posuwałem takiej dupy... - Pablo podniósł na niego spojrzenie, ale zrobił tylko pół kroku w przód - a ona też... powiedziała, że ty już nie dotrzymujesz jej tempa... amigo - powiedział bezczelnie, spiął się, a Gonzales zrobił to, na co liczył Madox, bo rzucił się na niego. Złapał go za koszulę, Noriega się cofnął, prosto na te drzwiczki, które miał za plecami. Pociągnął za sobą Pablo, na tę równiutko przystrzyżoną trawę. Wypadli z tej szopki z hukiem, bo Madox trochę podkoloryzował ten upadek, też chwycił Gonzalesa za koszulę i walnął mocniej niż powinien, a kiedy jego plecy dotknęły soczyście zielonego podłoża, to aż stęknął, bo walnął na nie z całej siły. Oczywiście, że już po chwili stało nad nimi kilku ochroniarzy. Ale to Pablo leżał na Madoxie, no i co mieli ściągać swojego szefa? Trochę zgłupieli.
Gonzales chyba też bo zamachnął się bardziej na oślep i przywalił pięścią w trawnik, kiedy Madox się przesunął. Noriega mógł go zrzucić jednym sprawnym ruchem, a drugim złamać mu nos, ale chyba nie o to mu chodziło. Jeszcze nie.
- Pablo por favor, to ona tak powiedziała, że jesteś impotente - krzyknął Madox i zasłonił się rękami. Czy ochroniarze zgłupieli jeszcze bardziej? Oczywiście.
Dodatkowo ruszyli się też jacyś goście, żeby zobaczyć co się tam dzieje. A działo się tyle, że Pablo szarpnął Madoxa za koszulę odrywając mu od niej kilka guzików, znowu chciał go uderzyć, ale Noriega tym razem zablokował i mu oddał. Kurwa, odruchowo mu oddał, łokciem. Za mocno bo Pablo się zatoczył, a goryle ruszyli.
Nie zupełnie o to mu chodziło.
- Ta mała dziwka, nie powinna oczerniać swojego kochanka - kochanek, kochanek, kochanek, przeszło jakimś szeptem po gościach, aż Pablo się zawiesił. I tylko jego wściekłe spojrzenie utkwione było w Madoxie, chociaż zaraz spojrzał na ochroniarzy. W jednym momencie do Noriegi doskoczyło dwóch goryli wyciągając go za fraki spod Gonzales, dźwignęli go nad ziemie tak, że nawet kiedy się szarpnął to nie miał za bardzo szans, żeby się oswobodzić, ale chyba nawet nie chciał...
Pablo pozbierał się z ziemi, poprawił koszulę i marynarkę, dostał w wargę, na której wykwitła kropla krwi, ale na szczęście nie mocno, bo to był odruch, przecież Madox nie chciał go zbić, bo na pewno by się to tak nie skończyło.
- Przepraszam państwa za to małe przedstawienie, bawcie się dalej... Próbowaliście już tortu? - Pablo zwrócił się najpierw do gości. A goryle odciągnęły Madoxa na bok, ale on się cały czas szarpał, przyszło kolejnych dwóch, żeby go ubezpieczać.
- Pablito por favor, nie może nas poróżnić jakaś mała trapo - rzucił trochę dramatycznie, ale Pablo spojrzał na niego wściekły. I o to mu właśnie chodziło.
- Do mnie, do gabinetu! - warknął. A ochroniarze trzymając Madox za fraki pociągnęli go na górę. Noriega nawet na moment spuścił spojrzenie, jakby rzeczywiście skapitulował, poddał się, ale kiedy tylko ochroniarze go wlekli koło tego stolika, gdzie stały kieliszki z szampanem... Tak sobie ładnie stały, równiutko ustawione, a obok wieża z nich. Zjawiskowa, że też wcześniej Madox jej nie zauważył, przecież on uwielbiał takie wieże. Znowu się szarpnął, odbił od ziemi i wywalił prosto w ten stolik z szampanem kopniakiem, a potem drugim w wieże. Dobrze go trzymali, to wyprowadził tak ładnego kopa, że stolik wraz z zawartością poszedł w górę, a wieża... pierdolnęła na pół ogrodu. Dźwięk tłuczonego szkła zagłuszył nawet muzykę i wszystko inne pewnie też. A goście zaczęli się ulatniać w popłochu. Madox liczył na to, że dziewczyny wykorzystają okazję, bo na kolejną to już chyba nie było co liczyć. On też powinien ją wykorzystać.
Czterech ochroniarzy. Dosłownie było ich teraz przy nim czterech, bo reszta starała się uspokoić gości, ktoś nawet wyciągnął broń, ktoś z gości. Tym też musieli się zająć. Ktoś inny zatrzymał Pablo na dole schodów, a Madox już był na górze, już koło tego pięknego tortu.
Teraz, albo... nigdy?

dalo todo, bebé <3
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie było czasu.
Pilar to wiedziała. Esme to wiedziała. Szkoda tylko, że Aura miała go aż za dużo. Biegała po pokoju nie mogąc się zdecydować, co powinna ze sobą zabrać do tego stopnia, że Esme pozwoliła zabrać jej tak dużo, jak tylko da rade wsadzić do plecaczka. Ku ich zdziwieniu było to zdecydowanie więcej niż cztery przedmioty. Upchała tam chyba z osiem koni, kilka miśków i zdjęcie w ramce, które przedstawiało ją, Pablo i Esme w ogrodzie.
Pilar westchnęła głośniej. Czuła, że Emse wcale nie odbyła z nią jeszcze żadnej rozmowy o tym, że trzeba będzie wyjechać, że to prawdopodobnie ostatni raz, kiedy widziała swojego ojca… Ruszyło to Stewart. Może i nie powinno, ale ją to ruszyło. Doskonale wiedziała, jak to jest tęsknić za rodzicami, a swoich przecież nawet nie znała. Co dopiero musiało przechodzić dziecko, które przez siedem lat zdążyło się do kogoś przyzwyczaić, pokochać całym sercem? Aura kochała Pablo. Było to widać gołym okiem. Tylko to teraz nie było już ważne.
Gotowe!! — krzyknęła w końcu dziewczynka, poprawiając plecak i podskakując w miejscu. — Co teraz? — spytała, zawieszając wielkie oczy na swojej mamie. Ona zaś spojrzała na… Pilar. Jasne, kurwa. Westchnęła głośno i przykucnęła przy Aurze, malując na twarzy wymuszoną ekscytację.
Teraz będzie najfajniejsza część zabawy! — rzuciła przyciszonym głosem, a Aura aż zapiszczała.
A jaka?! — z jednej strony chciała ją uciszyć, a z drugiej… to dobrze, że była głośna i przekrzykiwała muzykę. To sprawiało, że ochroniarze mieli pewność, że świetnie bawi się za drzwiami, co dawało im nieco więcej czasu.
Będziemy bawić się w… tajnych agentów!!! — rzuciła, poprawiając jej pasy od plecaka, żeby nieco mocniej przylegały do drobnych plecków. — Podoba ci się taki pomysł? — dopytała, a dziewczynka pokiwała energicznie głową. — W takim razie naszą misją jest… dotarcie do domu obok, ale tak, żeby nikt nas nie zauważył. Myślisz, że damy radę?
No pewnie. Łatwizna — machnęła drobną rączką, jakby dla niej to naprawdę miało być jedno wielkie nic, chociaż Stewart wcale nie była aż tak optymistycznie nastawiona. Trzeba jednak było się cieszyć, że chociaż Aura nie będzie stanowić problemu.
Dobra, w takim razie ja ide pierwsza, będe waszym takim ochroniarzem, a ty trzymaj mamę cały czas za rękę i pod żadnym pozorem nie puszczaj, okej? — dziewczynka skinęła głową. — I pamiętaj, musimy być bardzo cichutko — przystawiła palec wskazujący do swoich ust, a Aura zrobiła dokładnie to samo. Następnie obie podniosły wzrok na Esme — ona również wykonała ten gest i wszystkie trzy ruszyły do łazienki.
Pilar szła przodem. Serce waliło jej jak oszalałe. W międzyczasie odpięła zapięcie torebki, żeby mieć łatwiejszy dostęp do broni, gdyby cokolwiek się wyjebało. Przy okazji rzuciłą okiem na telefon i wysłała kilka wiadomości, a potem przeszła kolejne drzwi, wchodząc do wielkiej sypialni.
Na szybko odwróciła się do Esme, łapiąc z nią spojrzenie, jakby tym chciała się dowiedzieć, czy ona też potrzebowała zabrać jakieś rzeczy, ale ta jedynie pokiwała przecząco głową.
Ruszyły dalej.
Wyjście z sypialni znajdowało się kilka dobrych metrów od pokoju Aury, jednak korytarz był w miarę na prosto, dlatego istniało duże ryzyko, że przebiegnięcie do schodów wcale im się nie uda.
Przekręciła ostrożnie klamkę, dosłownie minimalnie uchylając drzwi i wyglądając przez szparę. Dwóch goryli stało na baczność przy drzwiach. Muzyka z pokoju, którą puściły była słyszalna nawet tutaj, jednak w pewnym momencie poruszenie na ogrodzie przebiło te dźwięki, pewnie dlatego, że jedno z okien było uchylone. Pierwszy z goryli podbiegł do szyby, zobaczyć, co się dzieje, a zaraz potem zawołał drugiego mówiąc coś o jakiejś bójce.
Nawet nie chciała o tym myśleć. Nie mogła. Musiała skupić się na Esme i Aurze, a dopiero potem na bezpieczeństwu Madoxa. Poradzi sobie. Nie z takimi rzeczami sobie radził. Wiedziała to. A jednak to wcale nie powstrzymało przyspieszonego bicia serca i uczucia niepokoju, które zagościło w jej ciele.
Skup się, Stewart.
Goryle przykleili twarze do okna i to było ich zielone światło. Otworzyła szerzej drzwi i machnęła ręką by Esme i Aura poszły za nią. Wszystkie na miękkich, lekko ugiętych kolanach skierowały się w stronę schodów. Pilar na moment kazała im zaczekać, schodząc kilka stopni i zaglądając, czy teren był czysty. O dziwo nie stał tam żaden z ochroniarzy. Nie było nawet gości. Najwyraźniej cokolwiek działo się w ogrodzie, było wystarczająco ciekawe, by ściągnąć uwagę prawie wszystkich obecnych.
Zeszły powoli po schodach i Pilar od razu wepchnęła je za wielki filar tuż obok. Żeby przejść do kuchni, musiały minąć wejście do salonu. Miały tylko jedną szansę. Wystarczył jeden zły krok, jedno spojrzenie niewłaściwej osoby, żeby je zauważono. Ale innego wyjścia nie było. Przetrzymała je jeszcze chwilę, jakby czekała na odpowiedni moment i wtedy z salonu wybrzmiał dźwięk tłuczonego szkła. Ogromny huk, który spowodował jeszcze większe poruszenie. Jak na zawołanie. Ludzie ścisneli się bardziej do środka, a Pilar szarpnęła Aurę za wolną rękę, ciągnąc je w stronę wejścia do kuchni.
Głowę miała nastawioną na wyprowadzenie dziewczyn, a jednak gdzieś z tyłu Madox coraz bardziej zaczął zajmować jej myśli. Co on tam kurwa robił? Wałkowała z samą sobą, że powinna się skupić. I zrobiła to naprawdę resztkami samokontroli.
Tędy — rzuciła, popychając z całej siły drzwi do kuchni i wciągając do środka Aurę z Esme. Kelnerzy popatrzyli na nie zaskoczone, a kucharz nawet przypalił sobie palec na patelni.
Co się patrzycie? — tym razem to Esme się odezwała. — Wracać do roboty! — ryknęła ostrzej, już o wiele bardziej przypominając siebie z wczoraj.
Pilar nawet nie czekała aż ktokolwiek z nich odpowie — znowu szarpnęła Aurę za rączkę i pociągnęła do drewnianych drzwi. W pierwszej kolejności wychyliłą głowę,sprawdzając teren — było czysto. Znajdowały się na kompletnym poboczu hacjenty, dookoła były róże i jedynie samotna wydeptana ścieżka do starej bramki. Tu już nie było się co zastanawiać. Rzuciła się do niej, przebiegając na drugą stronę, a kiedy Esme i Aura również znalazły się na terenie domu kucharki, Stewart zamknęła bramkę i opadła na nią plecami. Na chwilę. Kilka dzikich uderzeń serca, które wyrywało się do Madoxa.
Ale czad!!! — krzyknęła Aura, co momentalnie sprowadziło Pilar na ziemie.
Cichutko! — doskoczyła do niej, układając rękę przy jej drobnych ustach. — To jeszcze nie koniec — wyjaśniła spokojnie i zaraz złapała jej dłoń, by tym razem udać się do wyjścia na ulicę z drugiej strony budynku. W pewnym momencie przeskoczyła za Aurą i zrównała się ramię w ramię z Esme.
Posłuchaj mnie — sięgnęła do torebki, wyjmując kluczyki i podała kobiecie. — Odprowadzę was do auta, ale nie mogę z wami pojechać — podniosła spojrzenie na ciemne spojrzenie kobiety. — Muszę się tam wrócić. Nie zostawię go tam samego. Ja… nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś mu się stało — mówiła jak najęta, czując, że każde kolejne słowo przychodzi jej z trudem. Zamknęła się dopiero, kiedy Esme umieściła jej dłoń na policzku.
Myliłam się co do ciebie — zaczęła spokojnie, przystając przed bramką prowadzącą na ulice. — Może jednak jesteś najlepszym, co go spotkało — uśmiechnęła się ciepło. Inaczej. Szczerze.
On na pewno jest — rzuciła prawie od razu, czując uścisk w żołądku. — Najlepszym, co mnie spotkało — uderzyły ją własne słowa, jakoś bardziej niż powinny. I może zastanowiłaby się nad tym, co to właściwie znaczyło, ale na to naprawdę nie było czasu. — Jedźcie do domu. Lopez powinien tam czekać. Przyjdziemy do was, jak tylko uda nam się stąd wydostać.

Madox A. Noriega
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Znowu się szarpnął, wyrwał do przodu palce zaciskając na gładkim materiale obrusa, który stał pod tortem, pociągnął go, a właściwie to pomogli mu ochroniarze, którzy jego też szarpali, i tort zsunął się ze stołu, na ziemie, a właściwie to na jednego z goryli, który poślizgnął się na śmietanowej brei i wyrżnął na plecy. Można powiedzieć, że jednego mniej, ale jeszcze trzech. Zanim ten leżący na ziemi się zebrał, to Madox odwrócił się i walnął łokciem w brzuch jednego z tych, którzy go trzymali, puścił, Noriga się zamachnął i drugiemu wyprowadził cios w nos. Był wolny?
Bo wykorzystał swoją szansę?
Gwar, który wytworzyli panikujący goście przeciął huk wystrzału, panika podniosła się jeszcze większa, teraz już nikt nie patrzył na nikogo, wszyscy uciekali w popłochu. Wszyscy oprócz Madoxa, bo on już stał z rękami w górze. A na przeciwko niego wściekły Pablo, z bronią wycelowaną gdzieś... prosto w serce? Noriega wiedział, że Gonzales się nie zawaha, zwłaszcza, że w jego spojrzeniu wciąż widać było wściekłość, ale ręka zaciskała się pewnie na pistolecie. A Pablo dobrze strzelał. Madox tylko wypuścił powietrze z płuc, a już dwóch goryli dopadło do niego, tych, którzy od niego dostali, teraz to on dostał, podcięli go i zmusili do tego, żeby upadł na kolana. Pablo podszedł bliżej.
- Pablo amigo... - zaczął Madox, ale tylko dostał za to w twarz rękojeścią pistoletu, od Gonzalesa, który już stał przy nim. Chyba już nie byli przyjaciółmi?
- Zamknij się Matteo, co to kurwa miało być?! Co ty odpierdalasz? - teraz się połapał? Chyba tak, ale to nawet dobrze. Madox myślał przez chwilę, musiał się z tego jakoś wykręcić?
Wykręci się?
Poczuł na języku metaliczny posmak krwi, bo Gonzales też rozciął mu wargę, obił ten gładki policzek. Splunął na ziemie krwią.
- No jak to co? - zaczął i ciemne tęczówki wbił w Gonzalesa - trochę zamieszania z pozdrowieniami od Frankiego - szarpnął się, ale przycisnęli go mocniej do ziemi. Nie było szans, że wstanie, poza tym już koło niego było nie dwóch ochroniarzy, a co najmniej pięciu i Pablo... z bronią, którą wciąż do niego celował.
- Od Frankiego? - Gonzales się zdziwił, ale Madox już musiał w to grać, zgonić na tego półgłówka.
- Myślisz, że Ferrari jest taki głupi? - Madox tak myślał - i nie wie jak go kurwa robisz w chuja?! - krzyknął. A Gonzales spojrzał na niego gniewnie, jakby nie wiedział o co mu chodzi. Bo może nie robił Frankiego w chuja? Madox i tak miał to gdzieś, teraz to już musiał iść w zaparte. Liczyć na to, że coś się jeszcze wypierdoli. Albo może... coś się wreszcie uda? Niby patrzył na Gonzalesa, ale zastanawiał się jakie ma szanse. W kieszeni miał nóż, żyłkę, ale co z tego, skoro dookoła miał pięć spluw? A może jakby jedną przechwycił? Zagroził Gonzalesowi. Jedyna... jego... szansa.
Znowu się szarpnął sprawdzając, czy uda mu się uwolnić, znowu wykręcili mu mocniej rękę.
- Przecież Franki... - zaczął Pablo, ale Madox nawet nie pozwolił mu dokończyć.
- Robisz nas w chuja Gonzales i co?! I myślisz, że jesteś kurwa najmądrzejszy? Pablo Gonzales ze swoim pierdolonym monopolem na handel bronią, nie jesteś kurwa jedyny... stary... dziadu! - przegiął, teraz to wiedział, że przegiął, ale przecież o to mu chodziło. Ochroniarze popatrzyli po sobie, poczuł luz na plecach. A Pablo się zamachnął, znowu chciał go walnąć. I to była jego jedyna szansa. Może już ostatnia?
Teraz, albo... teraz!
Wyszarpnął się i chwycił tą broń, którą Pablo chciał go walnąć w twarz, i chociaż gdyby Gonzales nacisnął na spust, to broń była teraz wycelowana prosto w głowę Madoxa, nie zdążył tego zrobić. Nie zdążyli zareagować ochroniarze, bo Noriega zaraz ugiął nogę w kolanie i się wybił i już to on zaciskał ramię na szyi Pablo, a do głowy przykładał mu pistolet. Nie do końca wierzył, że to wyjdzie, za dużo miał dzisiaj już tego farta, ale... Teraz też go miał... Ciekawe jak długo?
Pablo się szarpał, ale co z tego, skoro akurat w takim starciu z Madoxem nie miał szans, no a teraz ta broń dawała mu kolejną przewagę.
- Nie szarp się Gonzales bo strzelę - wbił mu mocniej w policzek lufę i pociągnął go za sobą do ściany. Plecami do ściany. Pięciu ochroniarzy popatrzyło po sobie.
Nie ruszyli się, nie ryzykowaliby przecież życia Pablo. To nie jakiś gruby, czy nawet Lopez, to był ich szef. Celowali w Madoxa, ale on tylko przesunął palcem po spuście.
- Każ im kurwa rzucić broń, bo rozwalę ci łeb! - krzyknął mu do ucha Noriega, ale Pablo nic sobie z tego nie zrobił, roześmiał się.
- No i co ci to da Matteo? Przecież i tak stąd nie wyjdziesz... - i w zasadzie Pablo mówił z sensem, bo teraz trzeba było wymyślić coś, żeby mógł stąd wyjść. Tylko tego chciał, wyjść stąd i mieć już to wszystko w dupie. Cofnął się do ściany tak, że oparł o nią plecy.
- Razem stąd wyjdziemy - rzucił powoli, a potem odchylił pistolet od twarzy Gonzalesa, a zaraz zamachnął się, żeby wbić mu lufę z impetem w skroń - każ im rzucić bron, to może skończy się bez mózgu rozjebanego na ścianie - warknął, ale Pablo był nieugięty.
- I tak wiem, że nie strzelisz Matteo...

tirador profesional
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odprowadzenie dziewczyn do samochodu wcale nie było na tyle proste, jak zakładał plan. Bo chociaż w środku zrobiło się wystarczające zamieszanie, żeby zgarnąć większość ochroniarzy, tak ci, którzy mieli swoją zmianę przed domem wciąż obstawiali ulicę. Całe szczęście, że przez sytuacje z samochodem, Madox zaparkował dwie ulice dalej, jednak, żeby tam dojść, trzeba było albo przejść główną ulicą koło hacjendy, albo przedrzeć się przez krzewy drogą na około. Oczywiście Esme z Pilar zdecydowały się na drugą wersję. Nie należało to do najłatwiejszych, bo Aurze bardzo szybko przestała podobać się zabawa w szpiegów. Chciała wracać do domu, na imprezę, do taty.
Tylko nie było już otworu.
Dlatego Pilar trzymając ją na rękach i zasłaniając własnym ciałem, przeciskała się przez kłujące krzewy, słysząc przy uchu jak mała zanosi się płaczem. Ciężkie to było doświadczenie — przyjmowała na siebie wszystkie zadrapania, na nagie ramiona, uda i nawet twarz, przy okazji próbując jakoś uspokoić dziewczynkę. Esme też próbowała. Powtarzała jej, że zabierze ją na najlepsze wakacje na świecie. Że polecą w super miejsca i zobaczą najpiękniejsze konie w innych krajach, jednak bezskutecznie.
Uspokoiła się dopiero w samochodzie, kiedy Stewart szczelnie zapięła ją pasem. Po raz ostatni spojrzała Esme w oczy i obiecała, że pojawią się w domu najszybciej, jak to tylko możliwe. Kobieta zaś powiedziała, że postarają się na nich poczekać. A potem zrobiła coś, czego Pilar za nic się nie spodziewała. Przytuliła ją. Mocno. Zacisnęła się na niej, łącząc ich łomoczące serca w jedno i wyszeptała kilka dodatkowych słów prosto na ucho.
Na więcej nie było czasu. Stewart nie miałą czasu, bo jedyne o czym myślała, to Madox. Spychała znajome uczucie przerażenia w głąb swojej podświadomości na tyle, na ile tylko była w stanie. A kiedy tylko Esme wsiadła do auta i bezpiecznie odjechała, Pilar dała długą przez krzewy, już kompletnie nie przejmując się zadarciami, które robiła sobie na skórze.
Kiedy znalazła się przed furtką, poczuła, jak w torebce dzwoni jej telefon. Powiedzieć, że na niego nie czekała, byłoby kłamstwem. W końcu jedną rozmowę wymieniła już rano, a potem sukcesywnie przez cały dzień wymieniała wiadomości. Podniosła komórkę do ręki i nacisnęła zieloną słuchawkę.
— Gdzie wy kurwa jesteście? — warknęła z chwilą, gdy przystawiła telefon do ucha. — Nie mam czasu. Znaleźliście magazyn? Weszliście do środka? Nie wiem kurwa, co się tam teraz dzieje, bo jestem przed domem, ale chyba nie jest dobrze. Większość gości wybiegła. Za ile? — ostatnie pytanie rzuciła już ciszej, przechodząc przez bramkę i kładąc dłoń na drewnianych drzwiach prowadzących do kuchni. — Wchodze tam. Nie kurwa, nie będę czekać. Po prostu się ruszcie — wycedziła ostatnie słowa przez zęby po czym cisnęła telefon do kieszeni i zamiast niego złapała w dłonie w pistolet. Sprawdziła magazynek, a następnie przeładowała broń.
Już miała wchodzić do środka w ten sam sposób, jak wychodziła, jednak w ostatniej chwili postanowiła spróbować jednak od ogrodu. Wejście do kuchni było zaraz przy wnęce do salonu. Wystarczyło, że zobaczyłby ją jeden z goryli i wszystko mogło pójść się jebać. Musiała wykorzystać to, że było już ciemno, szczególnie w miejscach, gdzie były wysokie krzewy.
Po cichu przeszła wzdłuż domu, ostrożnie stawiając każdy krok aż nie znalazłą się z tyłu domu. Na ogrodzie nie było nikogo, za to drzwi były otwarte na oścież, dzięki czemu zanim w ogóle była w stanie zajrzeć do środka, mogła usłyszeć głosy.
Nie szarp się Gonzales, bo strzele.
Wszędzie poznałaby jego głos. Serce stanęło jej na kilka sekund. Dosłownie się zatrzymało i Pilar sama nie wiedziała, czy to z powodu tego, że przynajmniej wiedziała, że żył, czy może że brzmiało to tak, jakby to Madox miał Pablo w garści.
Przesunęła się ostrożnie wzdłuż krzewów i znalazła miejsce zaraz za szopą. Przy odpowiednim wychyleniu, była w stanie zajrzeć do środka. Nie widziała twarzy Madoxa, za to miała doskonały widok na wszystkich pierdolonych goryli, którzy w niego mierzyli. A dokładniej to w Pablo, bo to nim zasłaniał się Noriega.
Ja pierdole.
Wiedziała, że nie mogła tam wejść. Jakkolwiek samolubna nie chciała właśnie być, doskonale zdawała sobie sprawę, że byłaby jedynie słabością i wystarczyłaby sekunda nieuwagi Madoxa, żeby Pablo wyszarpał mu broń. A wtedy już na pewno byłoby po nim. I po niej pewnie też. Tu już przyjaźń i wspólne interesy nie istniały.
Czuła jak telefon wibruje jej w torebce, jednak nie dała mu nawet sekundy swojej uwagi. Za bardzo skupiona była na tym, co działo się w salonie. Madox był stanowczy w swoich żądaniach, a jednak oni zdawali sie kompletnie nie słuchać. Wciąż mierzyli, każdy z nich trzymał palec na spuście. A Pablo? Pierdolony Pablo był przekonany, że Noriega nie strzeli. Oczywiście kurwa, że nie strzeli, bo przecież wtedy skończyłby równie martwy co Gonzales. Wtedy goryle nie mieliby już nic do stracenia. I chyba Pablo miał tego aż za dużą świadomość.
Daję ci ostatnią szansę Matteo! — ryknał z uśmiechem na ustach. — Oboje wiemy, że nie strzelisz. A jak strzelisz, to twój mózg rozpierdoli się na tej ścianie szybciej niż zdążysz mrugnąć. Jesteś kurwa w dupie, przy-ja-cie-lu — zaśmiał się bezczelnie, a dłonią, którą trzymał wzdłuż tułowia, dał jakiś sygnał jednemu ze swoich ochroniarzy.
Madox nie mógł strzelić.
Ale ona mogła.
I nie miała zamiaru ryzykować, że którykolwiek z tych goryli postanowi poświęcić swojego szefa albo spróbują faktycznie go zabić, zanim on zabije Pablo. Musiała to zrobić. Zadziałać. I kurwa liczyć na jebany szczyt swoich umiejętności.
Całe szczęście kostki były z nami, dlatego kiedy tylko jeden z facetów drgnął, Pilar nie czekała już ani sekundy dłużej — wyprowadziła pierwszy strzał. Celny. Prosto w dłoń, która trzymała broń. Facet ryknął w sekundę z bólu, a pistolet upadł na podłogę. Krew polałą się z jego dłoni, a nim inni zdążyli się chociażby odwrócić w stronę ogrodu, Stewart ściągnęła kolejnego. Znowu, nie celowała, by ich zabić, a po prostu żeby ich obezwładnić. Drugiego trafiła pierwsze w przedramię, a zaraz potem w udo. Osunął się na podłogę. Trzeciego już nie dała rady, bo wszyscy pochowali się po bokach. W środku zrobiło się poruszenie, ale nie tylko, bo nagle zza domu wyszło dwóch uzbrojonych facetów, którzy zaczęli strzelać i do niej. Od razu odskoczyła, chowając się za deskami szopy. Nie miała już możliwości, żeby oddawać celne strzały, celowała bardziej chaotycznie, chociaż i tak była w stanie ściągnąć jeszcze jednego.
Zginiesz suko! — krzyknął jeden z nich, po czym znowu oddał kilka strzałów w jej stronę. Dwóch kolejnych wypadło z drugie strony domu, a Pilar… skończyły się naboje. Pierdolone naboje. Trzeba było wziąć jakąś lepszą broń, kiedy byli na strzelnicy, a nie to gówno, które dał jej Lopez.
Kurwa.
Bez broni nie miała najmniejszych szans. I może to byłby jej jebany koniec. Może w końcu, których z nich podszedłby na tyle blisko, żeby faktycznie ją odstrzelić, tylko wtedy do środka domu i zza ścian wdarła się… policja.
Przez moment zapanował chaos. Strzałów było o wiele więcej, chociaż po chwili okazało się, że żadna ilość ludzi Gonzalesa nie była w stanie poradzić sobie z ilością meksykańskiego SWAT. Otoczyli ich z każdej strony, tak samo w środku, obezwładniając każdego, pierdolonego gangusa w hacjendzie. W tym również Madoxa. Pilar też wychyliła się zza szopy i zaraz została przygnieciona do ziemi. Dopóki w salonie nie pojawił się Montoya.

lo mejor que la ha pasado en la vida
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Daję ci ostatnią szansę Matteo… Oboje wiemy, że nie strzelisz, musiał kurwa strzelić, nie w głowę, bo wiedział doskonale, że wtedy i jego mózg zdobiłby te piękne ściany. Ale musiał pokazać Pablo, że on nie blefuje, że jest gotowy zrobić mu krzywdę. Był, przesunął broń niżej celując w stopę Gonzalesa, palec zacisnął mocniej na spuście, ale wtedy padł pierwszy strzał. W rękę ochroniarza, który zaraz puścił broń. Krew buchnęła na piękne, marmurowe posadzki. Pablo się szarpnął, ale Madox go przytrzymał. Kolejny ochroniarz dostał w ramię, a zaraz potem w udo. Noriega doskonale zdawał sobie sprawę, że to Pilar. Bo kto inny? Nikt nie miał takiego cela, jak ona. Pablo też o tym wiedział...
- Zabijcie ją! - rzucił i się szarpnął i to był ten moment, kiedy Madox się rozproszył, na jedną krótką chwilę serce zabiło mu jakoś mocniej, wyrwało się do niej, a Gonzales to wykorzystał, chciał mu wyrwać broń, która finalnie poleciała na podłogę. Gdzieś pomiędzy ochroniarzy, którzy chowali się za wysokimi kolumnami, którzy celowali w stronę ogrodu.
Ogrodu, gdzie pojawiło się więcej uzbrojonych goryli.
Ci w salonie spanikowali, chowali się przed ostrzałem nie zdając sobie sprawy z tego, że Stewart zabrakło już kul. Madox też sobie nie zdawał. Stał na przeciwko Pablo, a między nimi leżała ta spluwa, w kałuży krwi tego z ochroniarzy, który dostał w rękę. Wciąż ciepłej, świeżej krwi.
Noriega rzucił się na podłogę pierwszy, ale Pablo też to zrobił, i chociaż to Madox zacisnął palce na pistolecie, to Gonzales chwycił mono jego rękę. Oni też wylądowali w tym szkarłacie, który brudził ich jasne marynarki. Szarpali się na ziemi, na brudnej w czerwieni posadzce. Dopiero po chwili Madox się zamachnął, tym złotym kastetem, który miał cały czas w kieszeni, a teraz już na palcach, walnął Pablo w skroń, zamroczyło go...
To była jego szansa, żeby wyrwać mu pistolet, żeby się mu wyrwać i znowu go unieruchomić.
Tylko, że już wtedy do domu wpadł oddział szturmowy. Dwóch funkcjonariuszy w pełnym uzbrojeniu dopadło od razu do Gonzalesa przyciskając go do ziemi. Dwóch do Madoxa, bo miał broń, chociaż wypuścił ją momentalnie, to jego unieruchomili. Nie szarpał się, ale czuł, że spięły mu się wszystkie mięśnie, a serce waliło w piersi jak szalone. Słyszał je nawet w uszach, to serce, które rwało się do niej. Bo Pablo leżał zabezpieczony na ziemi, w kałuży krwi, nie swojej, ale nie miał już żadnych szans. Wykonali zadanie. Ale to nie było teraz wcale ważne, bo ważna była Pilar.
- Montoya! - rzucił od razu Madox, kiedy do salonu wszedł detektyw, w kamizelce kuloodpornej, z odznaką na piersi i bronią spuszczoną wzdłuż uda.
- Puśćcie go, on... - ale nawet nie zdążył dokończyć, bo kiedy policjanci poluzowali uścisk, to Noriega już zbierał się z ziemi, a potem biegł schodami w dół, do ogrodu, tam skąd padały strzały. Do tej drewnianej szopki, obok której też leżało kilku unieruchomionych gangusów. Po drodze minął jeszcze żonę Montoyi, która też chciała coś powiedzieć. Ale go to nie obchodziło. Właściwie nic, go już nie obchodziło, tylko to, żeby ją znaleźć. I kiedy ją zobaczył, a przed nią jakiegoś agenta SWAT, to odepchnął go od niej.
- Puszczaj ją, kurwa - facet nawet przez moment chciał się mu odwinąć, ale Montoya gwizdnęła na niego na palcach, a potem dała jasno do zrozumienia, że robotę mają w środku. Zbierali z ziemi ochroniarzy Pablo, ale właściwie wszyscy nagle zrobili się potulni, jakby wiedzieli, że nie mają szans.
Madox dopadł do Pilar, na tej soczysto zielonej trawie, upadł przy niej na kolana, a dłonie od razu oparł na jej twarzy. Całej podrapanej. Jego nie wyglądała lepiej, była poobijana, a do tego on wszędzie miał krew, nie swoją, tego ochroniarza. Na policzku, w jasnych włosach, na szyi i na marynarce. Tarzali się w niej z Pablo, więc nie było w tym nic dziwnego. Gonzales pewnie wyglądał podobnie, chociaż on jeszcze dostał kastetem w gębę, Madox dostał tylko... spluwą. Ale to nie było teraz wcale ważne, bo ważna była...
- Ja pierdole Pilar, ja ty wyglądasz... - przesunął palcami po jej podrapanych policzkach, zgarniając z nich ciemne kudły, które wyszły spod misternego upięcia. Ciemne tęczówki odszukały jej piękne, czekoladowe spojrzenie. Serce waliło mu w piersi tak mocno, że miał wrażenie, że zaraz z niej wyskoczy. Była cała, żywa, to najważniejsze, ale...
- Co ty zrobiłaś? - opuszki jego palców przesunęły się po zadrapaniach na jej skórze, wzdłuż nagich ramion, żeby odszukać jej dłonie, na których zacisnął palce. Jeszcze raz spojrzał jej w oczy, ale już nie wytrzymał, bo już po chwili po prostu szarpnął ją do siebie i przytulił, wtulił się w nią tak mocno, że na falującej w szybkim oddechu piersi, mogła doskonale czuć to serce, które kołatało się pod dzikim tatuażem lwa. W rytmie równie szalonym, co to jej. Gładki, obity policzek oparł o jej głowę, a palcami przesunął po odkrytych, podrapanych plecach, przytulając ją do siebie jeszcze mocniej. Nie dało się mocniej...

qué hiciste?
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedziała, że musiała to zrobić.
Oddanie strzałów nie było w żadnym procencie próbą pokazania się, umiejętności czy nawet głupoty. To była czysta logika i skupienie. Wiedziała więcej niż Madox, miała informacje od policji, z którą przez cały dzień była w kontakcie. Na bieżąco wysyłała im wszystkie zdjęcia, które zrobiła w magazynie, jak i przed, gdzie ciężarówka z niby warzywami wywoziła kolejne dostawy.
Wiedziała też, że w końcu się pojawią, że byli już w drodze. Nie znała dokładnego czasu przyjazdu, bo przecież tego typu akcje rządzą się swoimi prawami, ale tylko angażując się, wykonując strzały mogła zminimalizować szanse, że Madox zarobiłby kulkę. Widziała przecież, jak jeden z goryli się na niego zamierzał. Strzeliłby. Naprawdę by kurwa strzelił. Dlatego ona strzeliła pierwsza.
Kto wie, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby szturmowcy przyjechali dziesięć minut później. Może już byłaby martwa? Nic nie mogła zrobić z brakami w magazynku. Nie miała nawet pola do ucieczki, bo przecież za plecami był wysoki płot i krzewy, a przed nią otwarta przestrzeń, z której z pewnością by ją ściągnęli. Tak. Z pewnością byłaby martwa.
Ale nie była.
Zamiast tego była przygniatana do połogi przez jednego z komandosów. Czuła jego wielką spluwę przy swojej potylicy i suche polecenia, że miała się nie ruszać, chociaż i tak wbrew temu na moment podniosła jeszcze głowę, by zobaczyć, czy Madox był cały. Nie widziała. Z tej perspektywy nie widziała absolutnie nic, jedynie jakieś ciała poplamione krwią, ale zaraz nawet ten widok jej zabrali, kiedy karabin przesunął się na czubek jej głowy. Myślała, że ją pojebie. Wiedziała, że takie są procedury, ale kurwa autentycznie miała wrażenie, że lada moment zwariuje.
Dopiero kiedy jego głos wybrzmiał w uszach, serce Pilar znowu się wyrwało. Dziko. Jak szalone. Aż ciche stęknięcie wyleciało niekontrolowanie spomiędzy jej ust. Zerwała się na kolana praktycznie od razu i podniosła na niego ciemne spojrzenie. Oczywiście, że pierwsze, co rzuciło się jej to oczu to krew. Szkarłatna, intensywna, pierdolona krew. Był w niej cały. Od razu wystawiła roztrzęsione ręce i zaczęła go dotykać we wszystkich taktycznych miejscach, by sprawdzić, czy był cały. Oczy miała przepełnione przerażeniem.
Dostałeś gdzieś? Jesteś ranny? — nawijała, jakby była w jakimś transie. Dopiero kiedy jej dłonie zbadały już ramiona, klatkę piersiową i zatrzymały się na głowie, uświadomiła sobie, że było okej. Że ta krew po prostu na nim była, ale wcale się nie mnożyła. Był cały. Nawet nie zauważyła momentu, kiedy jej oczy zaszły wilgocią. Kurwa. W życiu się tak o kogoś nie martwiła. W całym jebanym życiu nigdy nie zależało jej na kimś tak bardzo, jak na nim.
A kiedy w końcu ją do siebie szarpnął, kiedy przytulił mocno do piersi, poczuła tak mocne uderzenie różnych emocji, że gdyby nie leżała w jego ramionach, autentycznie by się przewróciła. Fala gorąca momentalnie zalała ciało, a Pilar… a Pilar po prostu zacisnęła powieki i się w niego wtuliła, przyjmując i na siebie czerwoną ciecz. W dupie miała te wszystkie zadrapania i szramy, i nawet to, że mogła zginąć, bo on był cały i zdrowy.
Co ty zrobiłaś?
To co trzeba — mruknęła gdzieś w jego klatkę piersiową. Ręce jej się całe trzęsły, ale jakoś odnalazła jego gładkie policzki i odsunęła się delikatnie, by móc spojrzeć mu w oczy. Bo powiedzieć mu, że jego matka i siostra również były całe i zdrowe. — Pojec…
Gdzie one są? — Montoya wyleciał na ogród, wchodząc jej w pół słowa. Stewart złapała więcej powietrza w płuca i ostatkami sił zeszła z Madoxa i podniosła się do pionu.
Kto?
Nie pierdol, Stewart. Dobrze wiesz, o kogo mi chodzi — machnął ręką, wyciągając do niej palec wskazujący, a teraz potem przeniósł go na dom. — Gdzie jest dziewczynka i prawdziwa Marisol?
A skąd ja mam to wiedzieć? — wzruszyła ramionami, spoglądając na niego jak na wariata. — Jakbyś nie zauważył byłam trochę… zajęta tutaj na dole, żeby jeszcze pilnować jakieś kobiety z dzieckiem. Nie wiem, może zwiały, jak zrobiła się strzelanina. Do czego ci one potrzebne? — spytała głupio, chociaż doskonale wiedziała, do czego. Sama przecież prowadziła niezliczoną ilość podobnych spraw.
Mamy dowody świadczące o tym, że ona również mogła być w to zamieszana — odparł chłodno i skrzyżował ręce na piersi. Spoglądał na nich podejrzliwie, jakby nie do końca wierzył w ten cały kit, który był mu właśnie wciskany. — Chce ją mieć na komisariacie.
A my chcemy trochę świętego spokoju i co? — wtrąciła mu się praktycznie od razu. Może i był bezczelna, można nie powinna, w końcu nie była u siebie a wraz z Montoyą nie byli wieloletnimi znajomymi, ale taka już była. Nic nie mogła na to poradzić. — Pomogliśmy ci przechwycić faceta odpowiedzialnego za handel bronią. Mało ci? Mało zrobiliśmy? — nie odpuszczała. Chciała jakoś przekierować uwagę na Pablo, ale detektyw zdawał się być nieugięty. Chociaż z Pilar chyba już skończył, bo tylko spojrzał na nią z politowaniem, a potem już w stu procentach skupił się na Madoxie.
A ty co mi powiesz?

mi amor
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pokręcił tylko głową na te jej pytania, bo słowa więzły mu w gardle, kiedy tylko ją zobaczył, to, że była cała. Jakby jej się coś stało, to by sobie tego w życiu nie wybaczył. I to już nie chodziło o to, że mu zarzucała, że ma gdzieś jej bezpieczeństwo. Nie miał, nigdy nie miał. Ale nie umiał z tym walczyć. Posadzić ją, odsunąć od siebie, odesłać do Toronto. Chociaż czasem przecież czuł, że powinien, to była jego rodzina, nie jej. Jego sprawa.
A on ją wiecznie wciągał w te swoje sprawy, wiecznie ją narażał, a dzisiaj to już... Już kurwa bardziej się chyba nie dało, bo to nie był jeden pierdolony psychopata z bronią, tutaj ich było... pewnie kilkunastu. Przytulił się do niej zaciągając znajomym zapachem jej ciała, adrenaliny, która krążyła w żyłach, wymieszanej z zapachem jakiś perfum jego matki. Nawet przez moment o niej nie pomyślał, o matce, czy o Aurze, chociaż przecież robili to wszystko dla nich. Ale jakby teraz mógł cofnąć czas... wypisałby się z tego bez mrugniecie okiem. Bo żadna z nich, ani nawet one obie, nie były dla niego tyle warte, co Pilar. Odsunął się od niej dopiero, gdy jej rozdygotane dłonie ułożył się na jego gładkich policzkach. Dużo rzeczy jej chciał powiedzieć, ale na pewno nie przeszło mu przez myśl, żeby pytać o Esme, miał ją gdzieś. Była jego matką, ale to ona ich na to wszystko naraziła, ona ich tutaj sprowadziła, do tej pierdolonej różanej hacjendy, pełnej krwi i psów. Róże w ogrodzie i na komodach, krew na posadzkach i ścianach i czarne kruki w postaci agentów SWAT.
Spojrzał w piękne, czekoladowe oczy Stewart i mimo, że nie dokończyła, to chyba wiedział o co jej chodzi, skinął głową. Ale zaraz już stał nad nimi Montoya, nie mogli dać im chociaż odrobiny spokoju? Madox wywrócił oczami i niechętnie puścił Pilar, jeszcze przesunął palcami po jej ręce, jeszcze zahaczył nimi o jej dłoń.
Wstał zaraz po niej trochę się ociągając, poprawił poplamioną krwią marynarkę, nie nadawała się do niczego. Nawet nie spojrzał na Montoyę, kiedy pytał Stewart o jego matkę. To było pewne, że jak złapią Pablo, to ją też, dlatego musiała uciec wcześniej. Zerknął z ukosa na Pilar, kiedy powiedziała to, że oni chcieliby trochę świętego spokoju, byłoby fajnie. Chociaż Madox trochę zaczynał w to wątpić. Schował do kieszeni kastet, a prochy wyjebał gdzieś na trawę, kiedy nikt na niego nie patrzył, przestąpił z nogi na nogę. Ale kiedy Montoya to w niego wbił spojrzenie, to Madox się wyprostował, zrobił krok w kierunku detektywa.
- Wyjebane w to mam, ja zrobiłem swoją robotę, raportuję Eliotowi, idę do domu - wzruszył ramionami. Montoya też zrobił krok w jego kierunku, tak, że prawie zetknęli się klatkami piersiowymi.
- Jesteś... - zaczął, ale Madox się odsunął, nie miał zamiaru się szarpać, czy kłócić, czy w ogóle tutaj sterczeć.
- Gówno jestem, za mnie odpowiada policja w Toronto, tam sobie dzwoń - bo w zasadzie Madox z Montoyą rozmawiał bardziej o tym, że ma się kontaktować z Toronto, właściwie niewiele mu dał i gdyby nie Pilar, to by pewnie tutaj zginęli. Ale to był Madox, on nigdy nie myślał o takich rzeczach. Chociaż... Eliot też już dostał wszystko co mieli, wiedział wszystko, uczestniczyła w tym też Maddie, która nawet napisała Noriedze, że Franki też został zatrzymany. Przeczytał to w tym momencie, gdy zerknął na telefon.
- Jak się już zbierzemy, to jeszcze zdążymy na imprezę na plaży - teraz podniósł spojrzenie na Pilar, ale Montoya znowu ruszył się w jego kierunku.
- Noriega skończ pierdolić! - warknął, a Madox aż uniósł jedną brew, ale w sumie zaraz znowu wywrócił oczami.
- Montoya... - zaczął, bo jak po nazwisku, to po nazwisku, tak - to ty skończ pierdolić, stawiasz nam jakieś zarzuty, czy nie? Bo jak nie to ja spierdalam - Montoya się wkurwił, sięgnął do tej niebieskiej, upierdolonej marynarki Madoxa, zacisnął na niej palce.
- No na przykład takie, że ukrywacie... - zaczął, ale teraz to Noriega nie dał mu nawet skończyć, bo parsknął i szarpnął się do tyłu.
- No kogo ukrywamy? Jakąś sukę, która chciała nam rozwalić łby? Pojebało cię... - znowu wygładził marynarkę, była już tak styrana, oderwana podszewka, guziki i ta krew, dużo krwi.
- To twoja mat... - i znowu nie dokończył, bo tym razem Madox zrobił krok w przód. Dwa wściekłe psy, które chętnie rzuciłyby się sobie do gardeł, ale musieli... stwarzać pozory. Przyjaźni?
- Gówno, nie moja matka. Moja matka umarła dziesięć lat temu, a drugi raz umarła kurwa wczoraj rano, ja nie mam matki - miał. Matkę i siostrę, które teraz może pakowały najpotrzebniejsze rzeczy, żeby stąd wyjechać. Wierzył w to, liczył na to, że nie były głupie i nie czekały na nich. On by nie czekał.
Spojrzał jeszcze raz na Pilar, a potem na Montoyę.
- Jeszcze coś? - detektyw nawet chciał coś powiedzieć, bo już otworzył usta, ale wtedy podeszła do niego jego żona.
- Nie ma Lopeza, to on pomógł Esme uciec... - wyszeptała mu gdzieś do ucha, ale wszyscy to słyszeli. Montoya popatrzył po nich, ale zaraz odwrócił się do swojej żony - musisz coś zobaczyć - dodała kobieta i wskazała głową w kierunku domu. Zerkając tylko przelotnie na Madoxa i Pilar.
- Ale teraz... - zaczął Montoya, ale dzisiaj nic nie było mu dane dokończyć, bo zaraz małżonka spojrzała na niego znacząco. A kiedy ruszyli w kierunku schodów do domu, to Madox cofnął się do Stewart, sięgnął do jej ręki, żeby spleść jej palce ze swoimi, chociaż spojrzeniem jeszcze odprowadził detektywów, a Montoya chyba kazał komuś ze szturmówki się nimi zająć, bo skierowało się do nich dwóch policjantów.
- Spierdalamy... Przez ogród - tylko tyle jej szepnął na ucho, a potem pociągnął ją biegiem przez ten różany ogródek, prosto do tylnej bramy, przez którą wypadli na ulicę. I dalej, prosto po drodze. Oczywiście, że Montoya za nimi krzyknął, a ktoś ze SWATu nawet sięgnął po broń, no ale przecież ich nie zabiją. Bo to nie oni tutaj byli ci źli. Finalnie to Pani Montoya kazała dać im spokój.
I dobrze.

vamos a salir de aquí, a través del jardín 🌹
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może to i była jego rodzina. Jego sprawa. Ale przecież Pilar też była jego. A on był jej. Problemy Madoxa były jej problemami. Nie wyobrażała sobie zostawić go w jakimkolwiek momencie, odpuścić i pozwolić, żeby musiał stawiać nim czoła sam. Bo przecież byli razem. Dzieli wszystko na pół. Dosłownie wszystko. Nie tylko dobre chwile pełne uniesienia, przyspieszonych bić serc i dobrej zabawy, ale przede wszystkim te ciężkie. Problemy dzielili na pół — i czy on tego chciał czy nie: dopełniali się. Kurewsko dobrze szła im współpraca.
Kurwa, kto inny potrafiłaby odwalić taką akcję jak oni dzisiaj? I żeby to jeszcze jedną… oni zrobili to całe trzy razy. T r z y. W jeden dzień. Pierwsze na polu golfowym i strzelnicy, potem podczas odbicia Lopeza i teraz tutaj. I żadna, ale to kurwa żadna z tych misji nie powiodła by się tak dobrze, gdyby drugiego nie było obok. To akurat było niepodważalne. Nie uwolniłby Adresa, gdyby wsadził Pilar do samolotu do Toronto, a tym bardziej nie uratowałby matki i siostry, tym samym wsadzając gangusa za kratki za handel bronią. Nie dałby rady w pojedynkę. I jakkolwiek psychopatycznie to nie brzmiało: ona cieszyła się, że mogła to robić właśnie z nim. Ramię w ramię. Na pół. Po równo.
Szkoda tylko, że Montoya nie cieszył się razem z nimi. Że zamiast docenić to, że praktycznie odjebali za nich całą brudną robotę i podali na tacy jednego z większych gangusów w Meksyku, on teraz stał i wydzierał się na nich. Pierwsze na Pilar, a potem jak nic nie ugrał to zwrócił się do Madoxa. I co on myślał? Że z nim mu pójdzie prościej? To bardzo szybko się przekonał, że wręcz przeciwnie.
Z początku stała z boku, jedynie wsłuchując się w ich wymianę zdań. Dopiero kiedy oboje zaczęli podchodzić w swoją stronę, a Montoya szarpnął Noriegę za fraki, Pilar zerwała się z miejsca.
Chyba się kurwa trochę zapominasz — warknęła, spoglądając na niego gniewnie. — Prawie kurwa umarliśmy, załatwiając za was robotę — złapała za dłoń detektywa akurat w momencie, kiedy Madox sam się wyszarpał. — Może chociaż jakieś dzięki?! — chociaż pewnie nawet i na to nie mogli liczyć. Stewart nie siedziała w tym od wczoraj. Doskonale wiedziała, jak policja lubiła przypisywać sobie wszystkie zasługi, nawet jeśli to ktoś inny odjebał za nich większość roboty. I ona wcale nie chciała tych podziękowań, w sumie nic od niego nie chciała, jedynie tego, żeby dał im święty spokój. Mało dzisiaj przeszli? Mało zrobili? Kurwa, cały ten dzień zrobili więcej niż jakiekolwiek służby przez l a t a. Pomnik im tu powinni postawić. Portrety powiesić w ratuszu. Rondo nazwać ich imieniem! A ten jeszcze się pruł…
I może Stewart powiedziałaby coś jeszcze, jakoś zareagowała, tylko wtedy pojawiła się Pani Montoya. Ją lubiła o wiele bardziej. Nie bez powodu zresztą, bo efektywnie odciągnęła swoje męża od ich dwójki i zaczęła nawijać o Lopezie, jak to pomógł Esme uciec. Niesamowite było, jak mało oni wiedzieli. Ale to dobrze.
Pozwoliła Noriedze złapać się za rękę, a kiedy oznajmił, że spierdalają przez ogród, Pilar nawet na moment się nie zastanawiała. Ruszyła pędem przed siebie, po raz kolejny tego wieczoru przedzierając się przez krzaki. Plus był taki, że te wcale nie charatały jej ciała, a futrka pozwoliła im po prost uwylecieć na opustoszałą ulice. Niebieskie migające światło odbijało się od okien, świadcząc od kolosalnej ilości radiowozów przed hacjendą, a oni biegli przed siebie. Dopiero kawałek dalej, Pilar zatrzymała się na chwilę, tylko po to, żeby ściągnąć z nóg szpilki i dalej biec boso.
Serce waliło jej w piersi mocno. Kurewsko mocno. Tylko tym razem jedynie do Madoxa. I to wcale nie z przerażenia, a z czystego szczęscia, bo to, że im się to wszystko tak dobrze udało to… to było jakieś niesamowite. Pojebane. Nieprawdopodobne. Do tego stopnia, że Pilar gdzieś w pół drogi po prostu zaczęła się śmiać. Autentycznie kurwa śmiać. Głośno. Gdyby ktoś teraz spojrzał na nich z boku, na tą całą krew i rany, mógłby pomyśleć, że zbiegli z jakiegoś zamkniętego zakładu, wcześniej wybijając cały personel.
Harley Quinn i Joker. Dwójka szaleńców, którzy nie mieli w sobie chyba żadnych limitów. A przynajmniej nie teraz. Bo teraz, na tej adrenalinie, z Noriegą przy boku, Pilar czuła, jakby mogła zrobić dosłownie wszystko.
I może właśnie dlatego w następnej chwili po prostu szarpnęła go w jakąś ciemną uliczkę pomiędzy zamknięte już sklepy i przycisnęła do chłodnej ściany. Mocno. Przyległa do niego całym ciałem, dysząc głośno i zaglądając w jego obłędne, ciemne oczy. Jej klatka piersiowa energicznie uderzała w tą jego, a dłonie przesunęły się w górę, na rozgrzany, ubabrany od krwi kark.
Maldita sea, cómo te amoKurwa, jak ja cię kocham, rzuciła ledwo łapiąc oddech, zaglądając mu głęboko w oczy i kręcąc głową z niedowierzaniem. Jakby nie potrafiła zrozumieć tego, jak mocne było to uczucie. Jak doszczętnie wypełniało całe jej ciało. Każdą, pierdoloną, komórkę. Wszystko. Nie potrafiła tego nawet opisać, dlatego… po prostu podniosła się palcach i najzwyczajniej w świecie wpiła się w jego usta. Mocno i zachłannie. Jakby od tego pocałunku miało zależeć całe jej życie, a serce w piersi wyrwało się tak mocno, że aż zabolało ją w mostku.

Maldita sea, cómo te amo
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Temu nie dało się zaprzeczyć, że tworzyli naprawdę dobrany duet. Dopełniali się. To czego nie dogadał Madox, to Pilar dostrzelała. Albo on robił chaos po to, żeby ona mogła działać logicznie i zgodnie z planem. Potrzebowali siebie nawzajem, bo osobno to bym im na pewno nie wypaliło. Chociaż Madox by się do tego w życiu nie przyznał i pewnie by kręcił, że da radę sobie sam. Nie dałby, bo to już były rzeczy, które go w pojedynkę przerastały. Niestety.
Cała brygada antyterrorystyczna musiała się tym zająć, a oni to zrobili we dwoje. Chociaż jakby nie wpadła tu policja, to mogliby skończyć marnie. No i to też była zasługa Pilar. Madox dużo jej zawdzięczał, bo to przecież nie pierwszy raz, kiedy ratowała mu życie.
I teraz kiedy doskoczyła do nich, gdy Montoya go szarpnął, to Madox od razu spojrzał na Stewart. Kącik jego ust mimowolnie drgnął do góry. Nie oczekiwał żadnego dziękuję, bo przecież jemu i tak nikt nigdy nie dziękował, bo wiecznie było musisz to zrobić, zrób to. Rozkazy, jak nie ze strony policji to półświatka. Ale lubił to... uwielbiał to w Pilar, że ona zawsze chciała być taka sprawiedliwa.
- Dzięki Pilar, gdyby nie ty, to pewnie Pablo spakowałby walizki i uciekł razem z Esme... - rzucił trochę teatralnie zerkając na Stewart, w te jej piękne, ogniste, brązowe oczy. A potem na Montoye. Da się? No jak widać, to da się. Nawet taki gangus jak Madox umiał podziękować... Chociaż może powinien to zrobić mniej na pokaz, ale na pewno jeszcze to zrobi. Jak już uda im się stąd zmyć...
Mieli swoją szansę, kiedy podeszła do nich Pani Montoya. Głupi byliby gdyby jej nie wykorzystali. Ale nie byli, ruszyli przed siebie, przez ogród, który Madox omiótł ostatnim spojrzeniem, zerkając na niego przez ramię, gdy wybiegali przez furtkę. Ostatnie spojrzenie na hacjendę, w której szybach odbijały się policyjne koguty, a potem już tylko przed siebie. Chociaż nie, obejrzał się na Pilar, kiedy zdejmowała szpilki i nawet przez chwilę wahał się nad tym, żeby nie złapać jej na ręce, ale ona już biegła na bosaka. Po rozgrzanym bruku, który oddawał z siebie ciepło, którego nałapał przez ten cały gorący... pojebany... dzień.
Zdecydowanie był to pojebany dzień, drugi... bo to się zaczęło już wczoraj, ale teraz mieli to już za sobą, zostawili gdzieś za plecami.
Wyglądali strasznie, a te uśmiechy, które malowały się na ustach, ten jej głośny śmiech, który przeciął cisze, mieszał się z syrenami policyjnymi, które zawyły gdzieś niedaleko, brzmiał... kurewsko pięknie. Dopełniał tego obrazka dwójki szaleńców.
Kiedy pociągnęła go w boczną uliczkę, kiedy jego plecy dotknęły ściany to wbił ciemne tęczówki w jej piękne, czekoladowe oczy. Objął ją ramieniem przyciągając do siebie jeszcze mocniej. Ale mocniej się nie dało, bo ich piersi unosiły już się w jednym szaleńczym rytmie, mocno bijących serc i przyspieszonych oddechów.
Już miał jej coś powiedzieć, odpowiedzieć na te słowa, bo przecież on kochał ją tak samo. Nie do uwierzenia, jak bardzo. Ale ona już wpiła się w jego usta, z tą całą zachłannością, a on wcale nie był jej dłużny, odpowiedział jej agresywnie, tak jakby te jej gorące, pełne wargi były... jego jedynym powietrzem, tym, co sprawiało, że żyje, że serce bije w piersi, tak mocno, jak nigdy. Obrócił ją, tak, że to jej plecy dotknęły szorstkiej ściany przycisnął ją do niej, mieszając na językach słodki smak jej ust, ale i ten typowy, znajomy, metaliczny posmak krwi. Chociaż zaraz się od niej odsunął, zaraz na jej pełnych, gorących wargach wylądowała jego dłoń, zamknął jej nią usta.
- Poczekaj... - wydyszał jej w policzek, bo nie mógł złapać oddechu, bo umiejętnie kradli go sobie w tym kurewsko intensywnym pocałunku - te amo... más que a la vida misma - kocham cię... nad życie, mówił jej już to tyle razy, a to wciąż się nie zmieniało, tylko jeszcze z każdą taką chwilą rosło coraz bardziej. Pojebane. Pokręcił głową, kiedy chciała mu się oswobodzić i tylko przesunął palcami po jej ustach, bo jeszcze nie skończył.
- Kurewsko zależy mi na twoim bezpieczeństwie i nie chciałbym cię narażać, ale nie umiem... No puedo hacerlo sin ti - nie umiem bez ciebie, no bo nie umiał, a ten dzisiejszy dzień mu to uświadomił. Dobitnie. I to nawet nie chodziło o to, że on by żyć bez niej nie umiał, gdyby jej się coś stało. Chociaż to też. Ale teraz chodziło mu o to...
- Jesteś mi potrzebna, bo jakby nie ty, to dzisiaj by się nic nie udało, wszystko by się wyjebało, już na strzelnicy, bo ja kurwa wcale nie umiem strzelać. A potem jakby nie ty to bym nie wyprowadził Lopeza. A w tym domu pewnie Pablo rozwaliłby mi łeb, gdyby nie ty, Pilar - przysunął się do niej, ale jeszcze nie zabrał ręki - gracias por estar aquí - dziękuję ci, że jesteś, ciemne tęczówki znowu odszukały jej piękne, przenikliwe spojrzenie, a on w końcu zabrał rękę, i oparł skroń o jej czoło - conmigo - ze mną, skończył, wreszcie, chociaż jeszcze się od niej nie odsunął, bo już znowu jego wargi zamknęły te jej miękkie, gorące usta w kolejnym pocałunku. Wytęsknionym, szczerym, tak jak te jego wszystkie wyznania, każde jedno słowo. Które może powinno paść w trochę bardziej romantycznych warunkach, niż jakaś ciemne, boczna uliczka. Ale.. kto by sie tym przejmował? Na pewno nie oni. A zresztą na ich pojebany sposób było to romántico.

te necesito
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pilar nigdy nie potrafiła kochać.
Widziała miłość jedynie w telewizji, czytała o niej w książkach, gdzie pięknie opakowane w słowa historie przedstawiały uczucia tak silne, że potrafiły zwalczyć każdą przeciwność losu, że powodowały wojny, pokój i istne szaleństwo. Słuchała o tym jak miłość ogłupiała, jak potrafiła kompletnie zmienić człowieka. A dla niej? Dla niej miłość była kompletną abstrakcją. Czymś nieosiągalnym. Ideą, której jej nigdy nie było dane jej doświadczyć.
Bo jak nauczyć kochać kogoś, kto nigdy nie czuł się kochany? Kogoś, kogo matka porzuciła godzinę po porodzie, wypierdalając na wycieraczkę jak niechcianą zabawkę, kto nawet nie zasłużył na własne nazwisko. Kogoś, kogo przez szesnaście lat nie chciał nikt. Absolutnie, kurwa, nikt. Zbyt narwana, jakaś dziwna, bezczelna, pyskata, z brzydkimi włosami i ten kolor skóry jakiś dziwny. Dzień w dzień wsłuchiwała się w rzeczy, które były w niej nie tak, które powodowały, że czuła się nie warta kochania. Nie tylko od dorosłych ale przecież i od swoich rówieśników, kiedy topili jej głowę w kiblu, zabierali zabawki i plątali włosy. Nigdzie nie potrafiła znaleźć akceptacji. Dopóki nie zaakceptowała samej siebie. Dopóki nie zaczęła walczyć i zrozumiała, że w tym smutnym, szarym, pełnym zła życiu, mogła liczyć tylko na siebie. Ludzie byli po to, żeby ranić, a ona była swoją jedyną tarczą.
Myślała, że znalazła w tym wszystkim równowagę. Złoty środek, w którym zaakceptowała fakt, że ona nie była na tym świecie po to, żeby być kochana i kochać, a by chronić innych. By bronić tych, którzy nie mogli tego robić sami, by wymierzać sprawiedliwość i chociaż w jednym procencie naprawić ten skurwiały świat. Do tego była stworzona.
Dopóki nie pojawił się on i wypierdolił to wszystko do góry nogami.
Pokazał jej, że w tym całym szaleństwie była jakaś metoda. Że to, że była pierdolnięta wcale nie było czymś złym. Że dokładnie te cechy, za które wszyscy całe życie ją linczowali, ktoś potrafił pokochać. Nie za świetny seks i kształtną dupę, a za to jak potrafiła złamać nos jednym uderzeniem i zjeść żywego robaka, jak zawsze mówiła to, co myśli, nawet jeśli było to niewygodne, jak walczyła o swoje.
Pokazał jej, że była warta. Warta uwagi, wysłuchania, poznania, a przede wszystkim kochania. I chociaż nie zawsze było łatwo, chociaż z początku wzbraniała się od tego nogami i rękami, on o nią zawalczył. I za to Pilar była mu kurewsko wdzięczna.
A najbardziej to za to, że nauczył ją kochać.
W bólach i kłótniach nauczył ją słuchać serca, dać się ponieść, rozjebać ten mur, starannie budowany przez cały życie i pozwolić się porwać. Miłości. I to była najlepsza decyzja w jej życiu. Wiele swoich decyzji żałowała, ale na pewno nie tej.
I kiedy tak zachłannie całowała jego usta, cała upierdolona w krwi, pocharatana na całej długości ciała, kiedy czerwona ciecz mieszała się z jego gorącym językiem, a serce waliło jak oszalałe, Pilar czuła, że to właśnie tu przy nim był cały jej świat. Cały sens tej jebanej egzystencji. A kiedy przycisnął ją do ściany, zamknął usta dłonią i zaczął mówić, czuła to wszystko jeszcze mocniej, bardziej, całą sobą. Czuła tą jego miłość nad życie. Odwzajemniała ją każdą komórką swojego ciała. Pewnie dlatego szarpała się do niego, wijąc pod naciskiem jego ciała. Tylko on wcale nie dawał za wygraną, wciąż ją trzymał, zakneblowaną. I mówił. Mówił dalej, pięknie i bez przerwy, a Pilar czuła jak autentycznie kręci jej się w głowie.
Jesteś mi potrzebna. To zdanie uderzyło ją najmocniej. Było czymś, czego przecież on tak bardzo się wzbraniał. Tyle razy chciał ją odesłać do domu, za każdym pierdolonym razem tak bardzo zarzekał się, że jest tylko kulą u nogi, problemem, słabością, że przecież bez niej byłoby mu łatwiej. A ona uparcie stała obok niego. Walczyła dla niego. Nie odpuszczała go nawet na krok, nawet kiedy ją od siebie odpychał i teraz słysząc, jak przyznawał się przed nią, że była mu potrzebna, to… było to coś czego ona potrzebowała. Żeby pozwolił jej być przy nim, wspierać go, tak jak on zawsze wspierał ją.
Zacisnęła usta w wąską linię na jego ostatnie słowa, gryząc policzek od środka. Nie potrafiła już tego wytrzymać. Miała wrażenie, że jeszcze kilka zdań i ona naprawde się przed nim rozklei. Obnaży do reszty. Chociaż kiedy w końcu skończył i złączył ich usta w gorącym, stęsknionym pocałunku, wiedziała, że już nie miała siły z tym walczyć. Resztki gardy, którą w sobie miała po prostu legły w gruzach. Złamał ją i całą jej logikę, która trzymała ją w ryzach. Dlatego zaraz odsunęła się od niego i to ona położyła mu dłoń na ustach, przy okazji pociągając nosem.
Teraz ty się zamknij i posłuchaj — serce biło jej jak oszalałe. Waliło w piersi tak mocno, jakby zaraz miało pomałać kości i rozerwać skórę, a jej oczy, lekko zaszklone, patrzyły prosto te jego ciemne, obłednie czekoladowe. — Eres lo más jodidamente maravilloso que me ha pasado jamás Jesteś kurwa najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Głos miała stanowczy. Była tego pewna, jak jeszcze nigdy. Nawet bardziej niż kiedy mówiła o tym Esmie jeszcze godzinę temu przy bramie. — Rozumiesz to? — bo ona kurwa nie rozumiała. Nie rozumiała, jak można było tak bardzo stracić dla kogoś głowę. Kochać tak mocno. — Nigdy nie chcę cię opuszczać — w końcu tak wiele ludzi już go w życiu zostawiło. Może o tym nie mówił, ale przecież ona doskonale wiedziała, jak zraniony był tym, co zrobiła mu własna matka, jak odczuł zdradę Rosy jeszcze jako dzieciak. — Chce być obok ciebie, ramię w ramię, zawsze, nawet jak się wszystko pierdoli i muszę ratować ci dupę, bo ty ledwo wiesz, jak trzyma się broń — prychnęła lekko, przewracając oczami. Bo chociaż wcześniej wcale nie było jej do śmiechu, kiedy oboje ryzykowali życie, tak teraz jak ostatni wariaci mogli się z tego śmiać. Znowu pociągnęła nosem i wbiła w niego spojrzenie. — Chce wierzyć w ciebie tak, jak nikt nigdy w ciebie nie wierzył i kurwa kochać do jebanego bólu — już to robiła. Kochała najmocniej, jak tylko potrafiła, jak nawet nie wiedziała, że umiała. Całą sobą. — I być z tobą, loco, już kurwa zawsze — bo co to było za życie bez niego? Bez tego przyspieszonego bicia serca, bez adrenaliny i jednej wielkiej niewiadomej. Durne jakieś. — I nauczyć robić się dla ciebie pierdolone Buñuelos — głos się jej łamał. Nie była przyzwyczajona do takich wyznań. Nigdy przecież nie umiała tego robić, mówić o uczuciach. A jednak teraz nie potrafiła przestać. Upierdolona od góry do dołu w krwi, w szarmach na ciele i podartej sukience, w jakiejś ciemnej, szemranej uliczce, pewnie obok kontenera na śmieci, wyznała mu wszystko, czego wcześniej bała się powiedzieć na głos. — Y también quiero ser tu esposa algún día.


el que me enseñó a amar
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”