Pilar nigdy nie potrafiła kochać.
Widziała miłość jedynie w telewizji, czytała o niej w książkach, gdzie pięknie opakowane w słowa historie przedstawiały uczucia tak silne, że potrafiły zwalczyć każdą przeciwność losu, że powodowały wojny, pokój i istne szaleństwo. Słuchała o tym jak miłość ogłupiała, jak potrafiła kompletnie zmienić człowieka. A dla niej? Dla niej miłość była kompletną
abstrakcją. Czymś nieosiągalnym. Ideą, której jej nigdy nie było dane jej doświadczyć.
Bo jak nauczyć kochać kogoś, kto nigdy nie czuł się
kochany? Kogoś, kogo matka porzuciła godzinę po porodzie, wypierdalając na wycieraczkę jak niechcianą zabawkę, kto nawet nie zasłużył na własne
nazwisko. Kogoś, kogo przez szesnaście lat nie chciał nikt. Absolutnie, kurwa, nikt.
Zbyt narwana, jakaś dziwna, bezczelna, pyskata, z brzydkimi włosami i ten kolor skóry jakiś dziwny. Dzień w dzień wsłuchiwała się w rzeczy, które były w niej nie tak, które powodowały, że czuła się
nie warta kochania. Nie tylko od dorosłych ale przecież i od swoich rówieśników, kiedy topili jej głowę w kiblu, zabierali zabawki i plątali włosy. Nigdzie nie potrafiła znaleźć akceptacji. Dopóki nie zaakceptowała samej siebie. Dopóki nie zaczęła walczyć i zrozumiała, że w tym smutnym, szarym, pełnym zła życiu, mogła liczyć tylko na siebie. Ludzie byli po to, żeby ranić, a ona była swoją jedyną tarczą.
Myślała, że znalazła w tym wszystkim równowagę. Złoty środek, w którym zaakceptowała fakt, że ona nie była na tym świecie po to, żeby być kochana i kochać, a by chronić innych. By bronić tych, którzy nie mogli tego robić sami, by wymierzać sprawiedliwość i chociaż w jednym procencie naprawić ten skurwiały świat. Do tego była stworzona.
Dopóki nie pojawił się on i wypierdolił to wszystko do góry nogami.
Pokazał jej, że w tym całym szaleństwie była jakaś metoda. Że to, że była
pierdolnięta wcale nie było czymś złym. Że dokładnie te cechy, za które wszyscy całe życie ją linczowali, ktoś potrafił pokochać. Nie za świetny seks i kształtną dupę, a za to jak potrafiła złamać nos jednym uderzeniem i zjeść żywego robaka, jak zawsze mówiła to, co myśli, nawet jeśli było to niewygodne, jak walczyła o swoje.
Pokazał jej, że
była warta. Warta uwagi, wysłuchania, poznania, a przede wszystkim
kochania. I chociaż nie zawsze było łatwo, chociaż z początku wzbraniała się od tego nogami i rękami, on o nią zawalczył. I za to Pilar była mu kurewsko wdzięczna.
A najbardziej to za to, że nauczył ją kochać.
W bólach i kłótniach nauczył ją słuchać serca, dać się ponieść, rozjebać ten mur, starannie budowany przez cały życie i pozwolić się porwać.
Miłości. I to była najlepsza decyzja w jej życiu. Wiele swoich decyzji żałowała, ale na pewno nie tej.
I kiedy tak zachłannie całowała jego usta, cała upierdolona w krwi, pocharatana na całej długości ciała, kiedy czerwona ciecz mieszała się z jego gorącym językiem, a serce waliło jak oszalałe, Pilar czuła, że to właśnie tu przy nim był cały jej świat. Cały sens tej jebanej egzystencji. A kiedy przycisnął ją do ściany, zamknął usta dłonią i zaczął mówić, czuła to wszystko jeszcze mocniej, bardziej,
całą sobą. Czuła tą jego miłość
nad życie. Odwzajemniała ją każdą komórką swojego ciała. Pewnie dlatego szarpała się do niego, wijąc pod naciskiem jego ciała. Tylko on wcale nie dawał za wygraną, wciąż ją trzymał, zakneblowaną. I mówił. Mówił dalej, pięknie i bez przerwy, a Pilar czuła jak autentycznie kręci jej się w głowie.
Jesteś mi potrzebna. To zdanie uderzyło ją najmocniej. Było czymś, czego przecież on tak bardzo się wzbraniał. Tyle razy chciał ją odesłać do domu, za każdym pierdolonym razem tak bardzo zarzekał się, że jest tylko kulą u nogi, problemem, słabością, że przecież bez niej byłoby mu łatwiej. A ona uparcie stała obok niego. Walczyła
dla niego. Nie odpuszczała go nawet na krok, nawet kiedy ją od siebie odpychał i teraz słysząc, jak przyznawał się przed nią, że była mu potrzebna, to… było to coś czego ona
potrzebowała. Żeby pozwolił jej
być przy nim, wspierać go, tak jak on zawsze wspierał ją.
Zacisnęła usta w wąską linię na jego ostatnie słowa, gryząc policzek od środka. Nie potrafiła już tego wytrzymać. Miała wrażenie, że jeszcze kilka zdań i ona naprawde się przed nim rozklei. Obnaży do reszty. Chociaż kiedy w końcu
skończył i złączył ich usta w gorącym, stęsknionym pocałunku, wiedziała, że już nie miała siły z tym walczyć. Resztki gardy, którą w sobie miała po prostu legły w gruzach. Złamał ją i całą jej logikę, która trzymała ją w ryzach. Dlatego zaraz odsunęła się od niego i to ona położyła mu dłoń na ustach, przy okazji pociągając nosem.
—
Teraz ty się zamknij i posłuchaj — serce biło jej jak oszalałe. Waliło w piersi tak mocno, jakby zaraz miało pomałać kości i rozerwać skórę, a jej oczy, lekko zaszklone, patrzyły prosto te jego ciemne, obłednie czekoladowe. —
Eres lo más jodidamente maravilloso que me ha pasado jamás —
Jesteś kurwa najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Głos miała stanowczy. Była tego pewna, jak jeszcze nigdy. Nawet bardziej niż kiedy mówiła o tym Esmie jeszcze godzinę temu przy bramie. —
Rozumiesz to? — bo ona kurwa nie rozumiała. Nie rozumiała, jak można było tak bardzo stracić dla kogoś głowę. Kochać tak mocno. —
Nigdy nie chcę cię opuszczać — w końcu tak wiele ludzi już go w życiu zostawiło. Może o tym nie mówił, ale przecież ona doskonale wiedziała, jak zraniony był tym, co zrobiła mu własna matka, jak odczuł zdradę Rosy jeszcze jako dzieciak. —
Chce być obok ciebie, ramię w ramię, zawsze, nawet jak się wszystko pierdoli i muszę ratować ci dupę, bo ty ledwo wiesz, jak trzyma się broń — prychnęła lekko, przewracając oczami. Bo chociaż wcześniej wcale nie było jej do śmiechu, kiedy oboje ryzykowali życie, tak teraz jak ostatni wariaci mogli się z tego śmiać. Znowu pociągnęła nosem i wbiła w niego spojrzenie. —
Chce wierzyć w ciebie tak, jak nikt nigdy w ciebie nie wierzył i kurwa kochać do jebanego bólu — już to robiła. Kochała najmocniej, jak tylko potrafiła, jak nawet nie wiedziała, że umiała. Całą sobą. —
I być z tobą, loco, już kurwa zawsze — bo co to było za życie bez niego? Bez tego przyspieszonego bicia serca, bez adrenaliny i jednej wielkiej niewiadomej. Durne jakieś. —
I nauczyć robić się dla ciebie pierdolone Buñuelos — głos się jej łamał. Nie była przyzwyczajona do takich wyznań. Nigdy przecież nie umiała tego robić, mówić o uczuciach. A jednak teraz nie potrafiła przestać. Upierdolona od góry do dołu w krwi, w szarmach na ciele i podartej sukience, w jakiejś ciemnej, szemranej uliczce, pewnie obok kontenera na śmieci, wyznała mu wszystko, czego wcześniej bała się powiedzieć na głos. —
Y también quiero ser tu esposa algún día.
el que me enseñó a amar