Wtedy -
Lazare tak bardzo schlebiało przecież, że przy nim, Nadir nie musiał się martwić.
Niczym. Ani nieumiejętnością wymówienia nazw wykwintnych alkoholi, w czym Lazare wyręczał go bez mrugnięcia okiem i choćby jednego, złośliwego słowa, nim Al Khansa mógłby się zakłopotać albo potknąć na obcej mu plątaninie zgłosek. Ani tym, kto za te wszystkie luksusy zapłaci, bo Moreau szybko nauczył się niebotyczne niekiedy rachunki uiszczać subtelnie i szybko, poza polem nadirowego widzenia, pod ladą, za plecami bruneta, lub zwyczajnie wówczas, gdy ten poszedł odebrać ich płaszcze, albo do toalety. Ani tym, że kiedykolwiek przyjdzie mu martwić się koniecznością egzystencji bez tego najważniejszego, największego mięśnia, dzień w dzień niezmordowanie pompującego krew we wszystkie zakamarki rozwijającego się jeszcze, bo tak młodego przecież, ciała. Gdyby Nadirowi jakimś cudem zabrakło własnego serca - gdyby ktoś mu je ukradł, złamał, albo pożyczył na wieczne nieoddanie - Lazare przecież od razu oddałby mu własne. Bez zawahania, bez cienia wątpliwości.
Wtedy.
Teraz, bo najwyraźniej Lazare miał nigdy już nie przestać porównywać w myślach przeszłości do teraźniejszości, i tego, jak różnie w obydwu tych kontekstach przedstawiała się jego relacja z Nadirem, blondyn nie wiedział, czy - w razie potrzeby - miałby jeszcze cokolwiek, co mógłby w ogóle oddać młodszemu mężczyźnie. Czasem wydawało mu się, że gdyby ktoś miał rozłupać mu pierś - rozłożyć żebra jak wachlarz, obrać boki z tkanek tak, jak dojrzały owoc obiera się z cierpkiej skórki, i zajrzeć do środka - zamiast jakiegokolwiek życiodajnego organu znalazłby w jego wnętrzu wyłącznie małą, twardą pestkę. Niejednokroć myślał, że jeśli kiedykolwiek mieszkała w nim jakaś Dusza - a dusze mieszkały podobno gdzieś ponad mostkiem, właśnie w okolicach serca - wyniosła się już dawno, przy którymś z kolejnych odejść Nadira, najpewniej, być może to brunetowi starając się towarzyszyć w tułaczce, tym samym zostawiając dawnego właściciela z beznadziejną pustką w sercu.
Czy to dlatego Johnny nazywał go czasem bezdusznym?
Lazare patrzył na Al Khansę spode łba, przez jakąś chwilę pozwalając mu się miotać i zarzekać, że wcale nie zamierzał przysiadać się na dłużej. Potem uniósł głowę, a wraz z nią zarówno wzrok - teraz spojrzeniem chłodno-błękitnych tęczówek znów lustrując Nadira trochę jak na randce, a trochę jak na policyjnym przesłuchaniu, uważnie, choć nie bez dodatku jakiejś dziwnej, ostrożnej czułości - a na koniec też szklankę z własnym, niedopitym wcześniej na rzecz Penicyliny, trunkiem. Zwilżył wargi, żałując, że nie był jeszcze bardziej pijany. Pod wpływem alkoholu błędy do złudzenia przypominały czasem rozsądne i dobrze przemyślane decyzje. Aż do następnego ranka, kiedy zaczynało się - w świetle dziennym, i na kacu - dostrzegać prawdziwe ich konsekwencje. Teraz, niestety, Lazare był jeszcze zdecydowanie zbyt świadomy otaczającej go rzeczywistości, by zrobić choćby połowę rzeczy, na których zrobienie naprawdę miał ochotę.
Nie było przecież niczym nowym, że patrząc na Nadira, często równie mocno chciał go tak pobić, jak pocałować, zwykle lądując na poziomie jakiegoś nieporadnego kompromisu między jednym, i drugim.
- Może - podchwycił, choć nie miał pojęcia, jakich innych panaceów mógłby jeszcze spróbować. Nie pomagały leki - ani te nasenne, ani przeciwlękowe, ani codzienne pobyty na siłowni i zdrowa dieta. A jego ostatnia próba powrotu na psychoterapię zakończyła się randką z prowadzącą ją psycholożką... Lazare trochę więc zaczynały już kończyć się pomysły na inne cudowne antidota na własne nieszczęście, którymi mógłby się posiłkować. Wzruszył lekko ramionami - Może powinienem spróbować jogi. Albo EMDR, i seksu tantrycznego.
O ironio, ze wszystkich trzech, ta ostatnia opcja wydawała mu się najtańsza, a od niedawna przecież i on musiał zacząć przejmować się rzeczami tak nudnymi przyziemnymi, jak koszty codziennego życia.
Obserwował, jak Nadir rozprasza się widokiem jego dłoni, zapominając tym samym o niedawno prowadzonym przez nich preludium do słownej potyczki, teraz już - wydawało się - kompletnie zahipnotyzowany miejscem, które nadal niekiedy przypominało o sobie tępym, pulsującym bólem. Mimo, że Lazare zdawał się w ostatnich miesiącach robić niemalże w s z y s t k o by jej to utrudnić, pozostawiona mu przez Nadira rana zdążyła się już zasklepić i zblednąć, tak bardzo, że teraz łatwo można było ją pomylić z jakąś dodatkową linią na dłoni, gotową do odczytania w ramach chiromancji.
- Prawie - przyznał. Zastanawiał się, czy Nadir myśli o tym samym, co i jemu przyszło teraz do głowy - że przecież mógł go dotknąć. Nie czekać, nie pytać. Samemu, po prostu, sprawdzić, jak nowe zbliznowacenie układa się pod naciskiem jego palców. Nie liczył jednak na cud tego rodzaju. Dawno już chyba przestał w nie wierzyć - Czasami jeszcze tylko trochę boli.
Nie dodał jednak, że czasem sam celowo przyciska (nie)dawny uraz palcem by przypomnieć sobie o ich przedostatnim spotkaniu i upewnić się, że naprawdę nie było ono tylko snem albo fatamorganą.
Chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, lakonicznie i kwaśno, na granicy z cynizmem, ale kolejne słowa bruneta wytrąciły go z rytmu i równowagi. Zamilkł nim zdążył wydać z siebie jakikolwiek dźwięk oprócz głębokiego, zmęczonego wydechu - oddech prawie zaświszczał, przekraczając barierę zębów i ślizgając się po poduszeczkach jego pełnej, dolnej wargi.
Nadir miał tupet, było jego pierwszą myślą. Ale znał też Al Khansę za dobrze - lub też chciał wierzyć, że zna go na tyle - by posądzać go teraz o manipulację lub zwyczajne, wierutne kłamstwo. Nadir wyglądał jak zawsze, kiedy mówił szczerze - młodziej i mniej pewnie niż na co dzień, ze wzrokiem ślizgającym się po konturach rzeczywistości jak spojrzenie nieopierzonego, początkującego złodzieja.
- Zaczynam rozumieć... - zaczął po chwili namysłu. Tak, chyba naprawdę zaczynał rozumieć, choć za mało, i za późno niż powinien - Zaczynam rozumieć, że może po prostu nie potrafisz inaczej - z żalem do życia, ale bez pretensji do Nadira. Rozplótł palce dłoni do tej pory okalającej sylwetkę szklanki, i podniósł obydwie dłonie ku własnej twarzy. Potarł palcami skronie, a potem kciukiem i palcem wskazującym ucisnął nasadę nosa. Zamrugał ciężko - Mam rację?
Jeśli tak -
Jeśli miał rację, w tej samej chwili prawdopodobnie tracił jakąkolwiek szansę na szczęście.
nadir al khansa