-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nawet dobrze, Wyatt zrobił to samo, bo zaraz w ogóle oznajmiał im, że on tutaj jest na randce z nikim innym, jak brunetką, która serwowała im drinki.
Jemu w ogóle nie spodobało się to pytanie z barmanką, bo Galen przecież był na to ostatnio jakiś wyczulony, że wrzucali go do jednego worka z bogaczkami, prezeskami i... księżniczkami. A co z tego wychodziło? No właśnie nic, albo ktoś niekulturalny powiedziałby, że jedno wielkie... gówno.
Już miał coś powiedzieć, ale odezwała się Maya, a Galen tylko wpatrywał się z nią tymi niebieskimi, błyszczącymi ślepiami.
- Rak się czuje przy barze, jak ryba w wodzie, to może powinien być z barmanką? - wtrącił Galen, oczywiście to były jakieś pijackie rozkminy, które wyszły z tej jego ślicznej główki, ale blondynki spojrzały na niego z wymalowaną na twarzy konsternacją. Bo może one teraz rozważały, czy nie ma w tym jakiejś prawdy? Czy to nie jest zapisane gdzieś w gwiazdach.
Ale Wyatt nie zaczekał nawet aż to skomentują, bo on już wyciągał rękę do Majki, już chciał ją porwać na parkiet, a ona się zgodziła. Jeszcze tylko wzruszył ramionami zerkając na blondynki, miał nawet coś powiedzieć, może żeby bawiły się dobrze, ale jednak bez niego? Ale Maya już go ciągnęła na parkiet, a Galen ruszył za nią. Może on czasem potańczył w klubie, kiedy był w podobnym stanie upojenia co dzisiaj, ale raczej do jakiejś klubowej muzyki, bo w Galenie Wyattcie nie drzemał gdzieś głęboko ukryty latynoski ogień, on raczej miał coś z francuskiego pieska.
Więc kiedy Maya znalazła dla nich miejsce, to Galen popatrzył dookoła, nie tańczył nigdy do takiej muzyki, rzadko tańczył w ogóle. No chyba, że na jakiś bankietach walca. Zmarszczył nos, kiedy niesforne loczki brunetki smyrnęły go po twarzy. Ale nawet na milimetr się nie odsunął, niebieskie tęczówki prześlizgnęły się po jej sylwetce. Może Galen wiedział, gdzie ułożyć ręce, ale... chyba nie do tej muzyki. Jeszcze się zastanawiał, jeszcze wczuwał w dziki, ognisty rytm.
Dobrze, że Majka to wyczuła, sięgnęła po jego rękę, a kiedy jego długie, smukłe palce wylądowały na jej kształtnym biodrze, to Galen odruchowo spuścił na nie spojrzenie. Wsunął czubki palców pod materiał jej koszulki przesuwając po jej skórze delikatnie, powoli, na plecy, na których oparł dłoń, wciąż miękko, aczkolwiek, mocniej, kiedy szarpnął ją do siebie, kiedy ich ciała się zderzyły, a płuca Wyatta opuściło ciężkie westchnienie. Bo Galen był na swój sposób delikatny. Ale jak mu tak poleciła, żeby trzymał mocno, to trzymał. Bo może i Galen nie czuł tak tej latynoskiej muzyki, to jednak rytm czuł, a przede wszystkim, no to jakaś nagła bliskość i ruch nie były dla niego w żadne sposób krepujące.
Nawet jej dłoń na jego drogim pasku. Pozwolił jej się poprowadzić, trochę bardziej się wczuwając, niebieskie tęczówki zawieszając na jej pięknych, ciemnych oczach.
Było całkiem... miło.
Chociaż może Wyatt nie zawsze trafiał w rytm, ale jednak się starał, bo on przecież zawsze się starał, zawsze dawał z siebie sto dziesięć procent...
Chociaż kiedy Maya go zapytała, czy często kłamie, to drgnął. Galen nie umiał kłamać, był w tym kiepski, gubił się w zeznaniach, albo wymyślał jakieś niestworzone rzeczy, że ma psa Leopolda na przykład, i mieszka z nim na przedmieściach, z których swoim elektrykiem dojeżdża do pracy w korporacji.
- A... dlaczego? Skąd takie pytanie? - zapytał, bo może i był pijany, ale Galen nie był głupi. Głupa tylko umiał czasem udawać. Że nie wie na przykład kompletnie o co może jej chodzić.
A wiedział. No może nie do końca, ale przecież zdawał sobie sprawę z tego, że miał wiele na sumieniu. Wiedział, co na tym sumieniu ma. Chociaż jeśli o nią chodzi, to chyba tylko to głupie imię.
Gaspard, kto w ogóle się tak nazywa?
Chociaż sam Galen też nie był zbyt popularnym imieniem, aczkolwiek pasowało ono do niego idealnie. Galen Wyatt, śliczny, niebieskooki prezesik.
- Właściwie to czasem, ale jestem w tym kiepski... - no tak, trochę szczerości, żeby jednak zamydlić jej oczy. Te piękne oczy, w które on cały czas patrzył. Przesunął palcami po jej plecach, po nagiej skórze, kiedy delikatnie podwinął jej koszulkę.
- No i nie kłamałem, kiedy rozmawialiśmy o... - zawiesił się, ale chyba oboje doskonale wiedzieli o czym, o samobójstwie - wiesz o czym - dokończył przechylając na bok głowę. W którym momencie go rozgryzła? Ile wiedziała?
Jerry - zaraz o nim pomyślał, co on do niego powiedział. Galen? Wyatt? Wiedziała już, że on jest Galenem Wyattem? Wiedziała, że jej skłamał?
Musiała wiedzieć.
Maya Parker
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wstrzymała na moment powietrze, kiedy jego ciepła dłoń delikatnie sunęła po rozgrzanej skórze pod materiałem koszulki. Skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie poczuła przyjemnego mrowienia, wywołanego jego dotykiem. Było coś elektryzującego w sposobie, jak trzymał ją mocno i w tym samym czasie wcale nie bał się patrzeć jej głęboko w oczy. Zupełnie inaczej niż podczas ich pierwszego spotkania. Bardziej intensywnie. Jakby każde z nich przez te kilka dni faktycznie pomyślało o sobie nawzajem, zaintrygowało się bardziej i liczyło na kolejne spotkanie. Chociaż kiedy Parker o tym myślała, z pewnością nie spodziewała się, że zaraz okaże się, że właściciel obłędnie błękitnych oczu wcale nie miał na imię Gaspard. A jednak tak się stało.
Czy miała mu to za złe?
No właśnie chyba nie. Bo w sumie co? Że przedstawił się po prostu zmyślonym imieniem lasce, którą dopiero co poznał i która zmusiła go do tego, by ukraść kawę z przypadkowej kawiarni? Może właśnie to była jedyna właściwa reakcja, żeby przypadkiem Majka nie chciała okraść i jego. Nawet chciała mu o tym powiedzieć, ale kiedy zobaczyła jego reakcję na jej pytanie, nie mogła się powstrzymać, żeby nie przeciągnąć tego bardziej.
— No jak to skąd to pytanie? — odbiła piłeczkę praktycznie od razu. — Z czystej ciekawości — wzruszyła ramionami, poruszając biodrami do rytmu i zaciskając nieco mocniej palce na skórzanym pasku. — A co ty się tak nagle zestresowałeś, G-a-s-p-a-r-d? — przyjrzała mu się uważnie, przechylając głowę na bok i kładąc nacisk na jego imię. Wiedział, że wiedziała? Domyślał się? Nie miała pojęcia, ale jakieś zwoje w jego głowie ewidentnie pracowały na najwyższych obrotach, nawet w tak pijaniutkiej głowie, bo zmrużył nieco oczy, kiedy na nią patrzył. A potem ponownie się odezwał. Faktycznie był kiepski w kłamaniu, biorąc pod uwagę, że nawet własnym kumplom zapomniał powiedzieć, żeby się przy niej odzywali do niego inaczej.
— A wydawało mi się, że mówiłeś, że Gaspard znaczy strażnik skarbu… — zaczęła, przy okazji sięgając do jego dłoni, która trzymał Majce na plecach, żeby zacisnąć na niej palce i na moment ją od siebie odkleić. — A nie jakiś słaby kłamca — odsunęła się delikatnie wciąż trzymając jego rękę i wymusiła, by pomógł jej w obrocie. Wykonała ich aż dwa, a następnie przyciągnęła się do niego mocno, wpadając prosto na napiętą klatkę piersiową. Jej loki zafalowały, opadając po części na jego koszulę. — Mówiłam, że to imię ci nie pasuje — nie dawała za wygraną, tym razem dłoń sunąc po jego klatce piersiowej aż na kark, który musnęła z wyczuciem i do którego zaraz się przyciągnęła. — Powinniśmy ci wymyślić jakieś inne. Jakieś takie, które znaczyłoby… na przykład spokojny i łagodny? — zaproponowała, przyglądając mu się uważnie. Na jej twarzy jeszcze widniał uśmiech, a palce powoli przesuwały się po jego rozgrzanym karku, głaszcząc skórę. Nachyliła się tak blisko, że wystarczyłoby jej wspiąć się na palce i spokojnie sięgnęłaby jego ust. — Galen na przykład — powiedziała powoli, pozwalając, by jej oddech osiadł na lekko rozchylonych wargach. I wtedy jej twarz zmieniła się z zalotnej i uśmiechniętej na kompletnie poważną. Ściągnęła dłoń z jego karku, odsuwając się delikatnie, jednak wciąż bujając się w rytm muzyki.
— Jak mogłeś mnie okłamać? — rzuciła z wyrzutem, ściągając brwi. — Czuję się okropnie oszukana. Zdradzona. A ja ci głupia wierzyłam, złamałeś mi serce, wiesz… — nawijała jak nakręcona, jakby naprawdę była zraniona tym co zrobił. Tylko im dłużej tak się nakręcała, a jego oczy otwierały się coraz szerzej, sama Maya nie była w stanie już tego wytrzymać, więc finalnie buchnęła śmiechem.
— Nie no kurwa nie moge — oznajmiła z uśmiechem na ustach, ponownie się do niego przysuwając. Tylko on chyba za bardzo dalej nie wiedział, co się właśnie stało — No zgrywam się z ciebie, Galen — pokręciła głową z niedowierzaniem, serio nie mogąc uwierzyć w to, że on to łyknął. — Nie jestem zła — wyjaśniła w końcu. — To znaczy uważam, że to szczyt durnoty dawać sobie na imię Gaspard, bo to kurwa nawet nie brzmi: Gaspard Wyatt?! — przewróciła oczami. — Ale sam fakt, że przedstawiłeś się innym imieniem… nie wiem no, jakbym ja przewoziła ludzi w kontenerach, to chyba też bym nie chciała, żeby ktoś mnie skojarzył — znowu się zaśmiała i wzruszyła ramionami. Może właśnie wychodziła przed nim na kompletną wariatkę, ale Majka również nie miała zamiaru udawać kogoś kim nie była. Miała w to małe kłamstwo szczerze wyjebane, nie ugodziło ją ono na tyle, by robić teraz z tego aferę, a to że chciała go trochę nastraszyć… cóż może przynajmniej następnej lasce, którą będzie chciał oszukać wymyśli chociaż jakieś bardziej wiarygodne imię.
Galen L. Wyatt
-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Myślał o Mayi, gdzieś między kolejnymi nudnymi spotkaniami i w momencie, w którym sięgał do biurka po tego batona, którego mu dała, ale tylko po to, żeby go poprzekładać w palcach. Bo nie wiedział, czy jak będzie go jadł sam, u siebie w biurze, to on wciąż będzie taki zajebisty, czy może już zupełnie nie.
Nie wiedział też dlaczego jej skłamał, odnośnie tego swojego imienia. Kiedy w innych kwestiach, gdy rozmawiali o samobójstwie, o jego pierwszych razach, jego pracy, był z nią kompletnie szczery.
Nelly kłamał cały czas, grał rolę Gasparda, a Majce? Majce podał tylko złe imię. Takie, które swoją drogą kompletnie do niego nie pasowało.
Utkwił w niej niebieskie tęczówki. Maya mogła tego nie wiedzieć. Na pewno tego nie wiedziała... Ale Galen był naiwny, jak dziecko, więc ta jej gierka, to jak wypowiadała to jego zmyślone imię sprawiło, że jakiś dziwny dreszcz przeszedł mu po plecach. Wcale nie przyjemny. Zimny.
I może nawet jakby nie trzymała go za pasek, to już by się ulotnił? Bo przecież Galen nie lubił takich sytuacji. Kiedy nagle wychodziło, że idealny Galen Wyatt nie jest taki idealny, bo jest oszustem. A nawet nie Galen Wyatt, tylko jakiś tam Gaspard.
Czuł, że ona już wie, że ją oszukał, a najważniejsze, że czuł się z tym źle. Zmrużył te niebieskie ślepia, co powinien zrobić? Przeprosić? Uciekać? Zanim ona zrobi mu tutaj jakąś awanturę? Galen zadawał się z takimi wariatkami, że by się chyba wcale nie zdziwił.
Nie odezwał się, te niebieskie tęczówki też nawet na moment nie odwróciły się od jej twarzy, nawet wtedy kiedy wymusiła na nim ten obrót, chociaż może to była jakaś jego szansa na ucieczkę? Skoro był takim słabym kłamcą, a nie strażnikiem skarbu. Ale nie puścił jej dłoni, a kiedy znowu na niego wpadła, kiedy jej ciemne loczki opadły na jego nieskazitelną, białą koszulę, to niebieskie tęczówki odszukały jej ciemne, przenikliwe spojrzenie.
Nabrał mocniej powietrze w płuca, tak, że mogła czuć na twarzy jego oddech, kiedy wypuścił je nosem, a ona przysunęła się do niego bliżej, opierając mu rękę na karku. Przesunął dłońmi po jej biodrach, na plecy, nie zabrał ich nawet, kiedy w końcu jej pełne usta opuściło to słowo, jego imię.
Galen.
Zdecydowanie lepiej to brzmiało niż ten straszny Gaspard, dużo bardziej do niego pasowało. Co prawda trochę jako przeciwieństwo. Ale Galen Wyatt, marzenie większości kobiet w Toronto, tak, to był właśnie Galen.
Z wpatrzonymi w nią niebieskimi ślepiami i ustami zawieszonymi tuż nad tymi jej...
Tylko, że zaraz Majka już się od niego odsuwała. Co go odrobinę zaskoczyło, ale może nie powinno? Skoro odkryła jego sekret?
Tylko, że to co powiedziała później sprawiło, że Galen aż otworzył usta.
- Ja... - zaczął, bo tu wracamy do punktu wyjścia, Majka mogła nie wiedzieć, jak Galen był naiwny - ja przepraszam... - rzucił cicho, chociaż oczy, to już rzeczywiście miał wielkości monet, bo teraz go trochę zszokowała. Tą sceną.
A później tym śmiechem. Po którym Galen ściągnął brwi skonsternowany. To co jednak ją zranił, czy nie?
Galena było tak łatwo w coś wrobić, coś mu nagadać, a on we wszystko wierzył i jej też uwierzył. Do tego stopnia, że kiedy mu powiedział, że się z niego zgrywa, to przewrócił tymi niebieskimi oczami. Już jej nawet miał powiedzieć, że tak nie można, ale chyba to on zaczął?
- Okropnie to brzmi - stwierdził po niej, bo tak było, ale ten Gaspard mu wtedy jakoś tak wpadł, a nie chciał sobie potem wymyślać kilku innych tożsamości, jak on z jedną udawaną miał problem.
Na jej kolejne słowa wypuścił powietrze z płuc ze świstem, tak, że osiadło gdzieś na jej dekolcie.
- To wcale nie chodzi o kontenery... Zresztą ja w nich nie przewożę ludzi, tylko stal... - znowu wywrócił tymi niebieskimi oczami, i znowu sięgnął jedną ręką do jej biodra, żeby przesunąć po nim palcami, trochę z rytmem muzyki, trochę ją do siebie przyciągając - Northex Industries nie projektuje mebli z ludzkiej skóry, a robi mosty, pamiętasz? Już ci o tym opowiadałem - spojrzał w jej ciemne, błyszczące oczy. Galen też już trochę nauczył się z tego żartować. Zresztą on naprawdę czasem był pod wrażeniem, czego to ludzie nie wymyślą.
- No i ostatnio w topce były, zerwane zaręczyny, bo narzeczona Galena Wyatta odkryła w jego szafie trupa, pewnie z tych kontenerów - wzruszył ramionami, a potem znowu ją obrócił, tylko tym razem, kiedy już stanęła do niego przodem, to przyciągnął ją do siebie mocniej, tak, że zatrzymała się na jego klatce piersiowej, na tej bielutkiej, porozpinanej koszuli - więc czytałaś pewnie te stare artykuły, te gdzie dawali te zdjęcia z prawego profilu, lepszy mam lewy - nawet się odwrócił, żeby jej zaprezentować - ostatnio kazałem się fotografować z lewego... - akurat Galen i jego specjaliści o PR dbali o to, żeby jego fotki nie wyciekały. Ta w kajdankach zniknęła już dawno w odmętach internetu. No i rzeczywiście po wpisaniu Galen Wyatt ABS, czy sześciopak, wcale nie wyskakiwały jego nagie zdjęcia. A to dopiero była sztuka, biorąc pod uwagę fakt, że on je pewnie wysyłał na lewo i prawo.
Maya Parker
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Prze okropnie — zaśmiała się, kręcąc głową z niedowierzaniem. — To już gorzej mogłeś wybrać tylko jakiegoś Ambrożego albo innego Eustacha — Eustachy Wyatt, nie no, na pewno żadna by się nie połapała. Chociaż z drugiej strony Maya też nie znała się na towarzystwie, w którym obracał się Galen. Jeśli ludzie tak łatwo łykali kłamstwa jak Wyatt, istniało duże prawdopodobieństwo, że nawet takie odklejki by przeszły.
Pamiętała dokładnie, że jego firma zajmuję się przewozem stali, dlatego zaraz skinęła głową, chociaż przecież jedno wcale nie wykluczało drugiego. W końcu gdyby handlował organami czy ludźmi i tak musiałby mieć jakiś prawdziwy biznes jako przykrywkę, logiczne, nie? No chyba tylko dla Majki. Całe szczęście ona nie była już tak łatwowierna jak jej towarzysz salsy, dlatego ani trochę nie uwierzyła w te wszystkie rzeczy, które pisały tabloidy. A na ten o narzeczonej zaśmiała się głośno.
— Zerwać z kimś, bo trzymał trupa w szafie? — zrobiła wielkie oczy, przyglądając mu się uważnie i kręcąc głową z niedowierzaniem. — DZIWNE — ani trochę nie ruszały ją te bzdury. Może trochę powinny? Może wśród ludzi jego sfer bardziej się to przeżywało? No tylko Majka ani trochę nie była z jego świata. — Głupia jakaś, nie wie, co traci — przesunęła dłonią wzdłuż jego ramienia, kończąc swoją wędrówkę na ciepłym, przyjemnym w dotyku karku. Podobała się jej ta bliskość. Jego dotyk był idealnie wyważony: nie nachalny, a jednak na tyle stanowczy, że skóra przyjemnie mrowiła, szczególnie, kiedy mieszało się to ze spojrzeniem w jego intensywne niebieskie oczy. — Kurwa, gdybym ja chciała znaleźć sobie typa, co nigdy nie jadł Wunderbarów, to pewnie bym się przez lata się naszukała, a ona miała go pod samym nosem — prychnęła i pokręciła głową. Trochę sie z tym wszystkim zgrywała, bo może narzeczona Galena miała jakieś swoje powody, żeby zerwać zaręczyny, ale przecież Majka ich nie znała, tak? A skoro teraz z nim tutaj tańczyła, to on był jej ziomkiem, więc naturalnie stawała po jego stronie i to tamta powinna żałować, że go zostawiła. Proste. W przeciwieństwie do słuchania o tym, że jedną stronę twarzy miał lepszą niż drugą.
— No co ty gadasz — znowu udała zdziwienie, chociaż uśmiech już cisnął się jej na usta. — Pokaż no — oznajmiła i palce, które miała na jego szyi przesunęła na policzek, niby z jakiegoś powodu, ale jednak przełamując jakąś kolejną barierę w ich przestrzeni osobistej. Przytrzymała go sobie kciukiem za brodę i poodbracała na boki, przyglądając się uważnie. — Nie no, jak dla mnie oba zajebiste — oznajmiła, bo szczerze? Za nic nie widziała różnicy. Jego twarz była przystojna na całej długości i szerokości twarzy oraz z każdego profilu. Nawet taka lekko podchmielona. A może taka jeszcze bardziej? Parker lubiła niedoskonałości w ludziach. Nawet uważała, że lepiej mu w tych rozwalonych włosach i rozpiętej koszuli niż wcześniej, kiedy pojawił się przy barze cały ułożony.
— Ej a mój? — spytała nagle, odsuwając głowę nieco do tyłu, chociaż jej klatka piersiowa wciąż mocno przyciśnięta była do tej Galena. Jeśli wciąż miał rękę na jej nagich plecach, mógł poczuć ruch mięśni, kiedy ciało wygięło się w łuk. — Lewy czy prawy? Który mam lepszy? — dopytała i oczywiście w pierwszej kolejności zaprezentowała mu się z prawej strony, potem z lewej, a potem jeszcze raz tylko tym razem bez włosów, które lekko zgarnęła do tyłu, żeby mógł lepiej ocenić już z widoczną szyją i linią żuchwy. Sama była ciekawa, co powie, bo sama Parker nigdy, nawet raz w życiu nie zastanowiła się, który profil miała lepszy. Zawsze do zdjęć stawała po prostu na czuja.
Galen L. Wyatt
-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W biurze był lwem i można powiedzieć, że znał się na ludziach, wyczuwał ich i potrafił podejść. Łatwowierny był poza swoim pięknym biurowcem, kiedy w grę wchodziło jakieś takie normalne życie, do którego Galen przecież był kompletnie nieprzystosowany. Do tego na przykład, żeby kogoś okłamywać w takich sprawach jak jego imię... Pierwszy raz mu się to zdarzyło, drugi... bo jeszcze Nelly, ale ona go nie przyłapała w przeciwieństwie do Majki, więc on za bardzo nie wiedział co ma z tym fantem zrobić. Przeprosić?
Czy rzeczywiście ją to dotknęło?
Galen nie znał się na emocjach. Znał się na pieniądzach, na stali, na drogich, fikuśnych alkoholach i tekstach na podryw, trochę lepszych niż te, które ostatnio prezentował Majce na dachu. Wiedział co wypada, a co nie. Ale prawdziwe emocje... to było dla niego wciąż trudne.
Nie wiedział co robić w sytuacji, kiedy kobieta przyłapuje cię na kłamstwie... na temat zmyślonego imienia. I to taka kobieta, którą widzisz drugi raz w życiu, trzeci może nie zobaczysz, a jednak, gdzieś podskórnie czujesz, że byś chciał. Że może wypada ją w takim wypadku przeprosić?
Kolejne nowości.
Jak tak dalej pójdzie, to on z Mayą zaliczy cały wachlarz pierwszych razów.
Pierwszy raz, kiedy ktoś zrobił mu udawaną scenę też chyba już mogli odhaczyć. Bo czasem wariatki robiły mu jakieś dziwne scenki, ale nie udawały.
Nie wieńczyły tego takim śmiechem, jak ten Majki, który Galena trochę uspokoił. Bo przecież jakby się na niego obraziła, to dałaby mu w twarz, a nie się śmiała, a nie tańczyła by z nim dalej.
- Lepiej w szafie niż pod łóżkiem, albo na stoliku nocnym w postaci lampki, mam w domu z dwanaście szaf, jakby to dobrze rozplanować logistycznie to ten trup by nawet nie przeszkadzał - trochę podłapał ten jej czarny humor, a może ją sprawdzał na ile może sobie pozwolić? A może po prostu Galen Wyatt przy niej mógł sobie mówić co chce, żartować z czego chce? Być tą prawdziwą wersją siebie, którą po prostu lubił?
Na jej kolejne słowa uśmiechnął się delikatnie, pochylił w jej kierunku, a jego smukłe palce musnęły skórę na jaj plecach, gdzieś w kolejnym tanecznym ruchu, bo przecież nie dlatego, że po prostu chciał... A może?
- Podejrzewam... - zaczął zawieszając niebieskie tęczówki na jej pięknych, brązowych oczach - że ona też nigdy nie jadła Wunderbarów i by ich nie doceniła - aż wywrócił oczami. Jak Cherry przy nim pierwszy raz zjadła hot-doga i myślała, że to z psa...
Jego narzeczona nie była zbyt rozgarnięta, zbyt normalna..
Galen też nie był, ale czasem się starał, starał się próbować nowych rzeczy, takich zwykłych.
Chociaż może gadanie o lepszym profilu takie do końca zwykłe nie było? Aczkolwiek Galen uważał, że lepszy ma lewy i nim się ustawiał do zdjęć, na ściankach, czy w jakiś pismach branżowych, bo przecież Galen Wyatt, przed czterdziestką, ze swoim Northex Industries, które obracało skandalicznymi pieniędzmi był... no był obrzydliwie bogaty, dziedzic fortuny. Fotoreporterzy go lubili, bo był też fotogeniczny, co Majka mogła zobaczyć, kiedy tak z bliska oglądała jego twarz, z jednej i drugiej strony. Jej dłoń na jego policzkach wcale go nie krępowała, wręcz przeciwnie, jakoś odruchowo przysunął się do niej ciut bardziej, tak, ze mogła poczuć na twarzy jego ciepły oddech. Szarpnął się, stawiając trochę oporu, żeby musiała mocniej go przytrzymać.
- Czyli możemy puszczać też te prawo profilowe? - zapytał, ale zaraz się uśmiechnął. Przecież Galen doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że był... przystojny. Podobał się kobietom, ze wszystkich stron.
A kiedy Maya się odchyliła to przytrzymał ją mocniej, żeby nie wywaliła się do tyłu oczywiście, poczuł na palcach jak jej mięśnie się spinają, a na biodrach jak te jej przycisnęły się do jego mocniej, kiedy się odchyliła... żeby pokazać mu swoje oba profile.
Uśmiechnął się, kompletnie szczerze.
- Mnie się bardziej podoba lewy - niebieskie tęczówki przesunęły się po jej twarzy, a palce po jej plecach - jest bardziej zadziorny - bo to był ten profil, gdzie miała kolczyk, może dlatego był zaczepny?
Przechylił na bok nawet głowę, kiedy mu się tak prezentowała.
- Ale prawy też jest ładny - stwierdził w końcu - masz piękne oczy - a to już dodał tak... właściwie nie wiedział dlaczego. Ale miała, takie ciemne, błyszczące w tych klubowych światłach, duże, a przede wszystkim to wpatrzone w niego jakoś tak... wesoło.
- I włosy też mi się podobają... - to też dodał, bo tak, bo mu się podobały, kiedy je puściła, a one rozsypały się niesfornie po jej twarzy, a nawet jakiś ciemny kosmyk zaczepił się na jego nieskazitelnej, białej koszuli, musnął nagą skórę na torsie - już wyglądają lepiej niż ostatnio - dodał zaraz, żeby nie było, że on jej tak teraz będzie prawił komplementy. Bo ostatnio jej przecież wypomniał, że powinna zmienić fryzjera. Już tak nie uważał, wcale.
Maya Parker
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Patrz mi w oczy Galen, jak będę ci to mówić — poinstruowała go i nawet wspięła się delikatnie na palcach, by znaleźć się nieco bliżej jego twarzy. — nie była ciebie warta — rzuciła z pełną powagą. — każda kobieta, która nie pokazała ci tych zajebistych batonów nie była ciebie warta — dodała po chwili, wciąż trzymając poważny wyraz twarzy. Nie żartowała. W końcu słodycze, które rozpływały się w ustach były niezbędne dla każdego zdrowego związku, żeby dobrze prosperował. Nic dziwnego, że jego żaden poprzedni nie wypalił. A tak serio, to przecież nie znała go na tyle, żeby snuć jakiekolwiek wnioski i obierać strony. Może tak naprawde Wyatt też miał swoje za uszami? Nie jej to oceniać.
Winny czy niewinny, profile miał oba dobre. Przynajmniej dla Majki, i pewnie nie tylko. Gdyby zgarnąć teraz wszystkie kobiety z lokalu i postawić Wyatta na ladzie, pewnie mało która uznałaby go średnio przystojnego.
— Nie no, prawy profil zostaw dla mnie — oznajmiła zadowolona, jakby to faktycznie było do wykonania. — a lewy dla fotoreporterów — wydawał się to uczciwy podział. Skoro kamera wolała jeden z dwóch, to Majka była gotowa przygarnąć drugi, tak żeby nie czuł się odrzucony. Szczególnie, że zaraz okazało się, że Wyatt też był stronniczy i kiedy ona prężyła się przed nim, pokazując swoją buźkę z obu stron, on jednak był w stanie zdecydować, który wolał bardziej.
— Lewy bardziej zadziorny? — uniosła brwi, przyglądając mu się uważnie i dla upewnienia jeszcze przekręciła głowę w prawo. Chociaż musiała przyznać, że spodobało jej się to stwierdzenie zadziorny. Ludzie zazwyczaj nazywali ją po prostu bezczelną. Albo kryminalistką, jak ostatnio William. Zadziorna o wiele bardziej do niej pasowało. — a prawy jaki? Bardziej słodki? Elegancki? — i znowu mu się pokazała z odpowiedniego profilu. A potem spojrzała na niego swoimi ciemnymi oczami, które zaraz nazwał pięknymi. Powiedzieć, że ją to nie ruszyło, byłoby kłamstwem. Bo ruszyło. Chociaż Majka nie dała tego po sobie poznać. Nie umiała przyjmować komplementów. Wypuściła na twarz jedynie lekki uśmiech, pomimo tego, że mięśnie w podbrzuszu przyjemnie się spięły. Kiedy dorzucił do tego komentarz o włosach, zaśmiała się dźwięcznie, akompaniamentując muzyce z głośników.
— Dzięki. Jakbym wiedziała, że dzisiaj będzie ten dzień, kiedy los nas ze sobą znowu skrzyżuje, to bym się jeszcze ładniej uczesała — rzuciła w odpowiedzi, poruszając nimi na boki. Czy faktycznie by to zrobiła? Może tak, może nie. W końcu to znaczyłoby, że chciała mu się podobać, a sama Maya jeszcze nie zdecydowała, jakie miała w tym temacie stanowisko. A może bardziej nie chciała się przyznać, jakie miała stanowisko. — na czwartą randkę może wyprostuje — udała zastanowienie, chociaż na dobrą sprawę jeśli mieli zamiar już zawsze pozostawiać ich kolejne spotkania przypadkowi, raczej ciężko byłoby się jakkolwiek przygotować, więc finalnie tak sobie tylko gadała. Chociaż w prostych wyglądała o wiele mniej szalonie.
Dj puścił już kolejną piosenkę, a oni cały czas tańczyli. Jego dłonie na nagiej skórze na plecach były przyjemnie. Elektryzujące, pozostawiając na ciele przyjemne mrowienie, szczególnie, że on co chwile przyciągał ją sobie bliżej albo przesuwał je coraz głębiej pod materiał koszulki. Maya za to błądziła dłonią po jego karku, paznokciami delikatnie drapiąc jego potylicę.
— Ty za to masz ładne… — oczy, cisnęło się na język w pierwszej kolejności, bo przecież były hipnotyzujące, ale to pewnie słyszał zawsze. Nie chciała być jak wszyscy i skupić się na tym, co oczywiste. Zamiast tego naprawdę uważnie przyjrzała się jego twarzy. — policzki — dokończyła zdanie, wracając dłonią na wspomniany policzek. — dobrze leżą w dłoni — uargumentowała swój wybór, a następnie przesunęła palce nieco niżej. — a ta linia żuchwy tutaj? — przejechała po całej jej długości, kończąc na brodzie. — b-o-s-k-a — na jej ustach przez cały czas widniał uśmiech, jednak to wcale nie znaczyło, że tylko się z niego naśmiewała. Nic z tych rzeczy. Bardziej podchodziła do tematu z dystansem, dając te komplementy bardziej we własnym, prywatnym stylu. Podjechała kciukiem wyżej i w pełni intencjonalnie zahaczyła opuszkiem lekko rozchylone usta, skupiając na nich wzrok. — i dolna warga też niczego sobie — wyznała, pozwalając sobie na tą drobną zaczepkę. Dopiero po chwili podniosła spojrzenie na jego oczy. — towarzystwo z ciebie też nienajgorsze — dodała na przełamanie gęstej atmosfery, którą jeszcze bardziej podsycała gorąca, latynoska muzyka. Na moment zapomniała, że była w pracy i że w tym właśnie momencie już ją szukali, bo powinna być za barem.
Galen L. Wyatt
-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Prawy profil, batony Wunderbar i porwanie helikoptera, coś jeszcze zarezerwować dla ciebie? Bo może powinienem takie rzeczy odnotować w kalendarzu? - wymienił jej unosząc jedną brew, z delikatnym uśmiechem malującym się na ustach. A przede wszystkim to jakimiś wesołymi iskierkami w tych niebieskich oczach.
Oczach, które zaraz dopatrzyły się, który jej profil jest lepszy, a właściwie bardziej zadziorny, przez co bardziej mu się podobał.
Kiedy zapytała o to jaki jest jej prawy profil, zmrużył na moment te niebieskie ślepia, a potem sięgnął do jej prawego policzka, żeby przesunąć po nim palcami, zgarnąć za ucho jakiś jej niesforny loczek. Zrobił to jakoś tak odruchowo, jakoś tak bez zastanowienia, a przecież Galen zawsze takie gesty używał w odpowiednim momencie. Chociaż może ten był odpowiedni?
- Elegancki - stwierdził luźno z tymi niebieskimi tęczówkami zawieszonymi na jej ślicznych, ciemnych oczach - jakbyś upięła włosy do tyłu, odsłoniła szyję, to idealnie by na niej zagrały diamenty - tak, Galen lubił diamenty na długiej, kobiecej szyi, każdy ma jakieś słabości, a on miał słabość do tego widoku, między innymi.
Do takich ciemnych, pięknych oczu też miał.
A jak się zaraz okazało i do loków.
- A jak to jest ładniej? - zapytał i aż otworzył na moment usta, bo się zastanawiał, czy ładniej się jeszcze da. Może się dało. Chociaż Galen w tym stanie upojenia, nie był pewny. Przechylił na bok głowę przyglądając jej się, a palce jakoś tak odruchowo, naturalnie, bez skrępowania przesunęły się po jej nagiej skórze na plecach, pod materiał koszulki.
- Nie prostuj - stwierdził zaraz, kiedy to powiedziała, że na czwartą randkę może wyprostuje - albo wyprostuj, czwarta randka wtedy będzie wyjątkowa - trochę podłapał ten temat wyjątkowości ich spotkań, i tych ich pierwszych razów.
Nawet przez chwilę wahał się czy nie wziąć od niej numeru telefonu, żeby jednak mogli się umówić na tą czwartą randkę, jak normalni ludzie... Ale doszedł do wniosku, że to by było za proste. Za zwyczajne jakieś.
A oni to też nie byli zwyczajni, i te komplementy Majki też nie były. A kiedy powiedziała to, że Galen ma ładne policzki, to Wyatt parsknął, krótko, ale szczerze.
- Tego jeszcze nie słyszałeś, że mam ładne policzki - uśmiechnął się szerzej, bo to była prawda. O oczach słyszał często. Zdawał sobie z tego sprawę, jak działają i często to wykorzystywał. Teraz trochę może też, wpatrując się w nią bez przerwy.
- Ta linia żuchwy to akurat zasługa francuskich przodków, oni mieli tak zarysowane szczęki - powiedział poważnie, ale zaraz się uśmiechnął, może nawet dodałby coś jeszcze? Tylko, że Majka już przesunęła palec na jego usta. A Galen wypuścił powietrze z płuc przez nos, co mogła poczuć na swojej dłoni.
- Dolna warga też podobno dobrze leży... ale nie w dłoni - znowu się do niej uśmiechnął. Też ją zaczepiając, pochylił się nawet do niej bliżej, tak, że teraz jego ciepły oddech sięgnął jej ust.
Na jej kolejne słowa niebieskie tęczówki też odszukały jej ciemne, przenikliwe spojrzenie.
- To chyba powinniśmy... - zaczął, tylko nie skończył, bo już za nimi wyrosła Maddie. Galen nie znał jej za dobrze, chociaż dzisiaj kiedy przyszła do loży VIP, to się mu przedstawiła. To wypili nawet drinka i chwilę rozmawiali, ale o czym? Galen nie pamiętał, śmiali się na pewno z czegoś, kiedy krążył między nimi skręt przyniesiony przez Jerry'ego.
- Majka koniec przerwy, dziewczyny nie wyrabiają - rzuciła, a o dziwo ton jej głosu przebijał się przez głośną muzykę - Wyatt najebany to do domu - dodała machając długim paznokciem, jakby chciała tutaj wszystkich rozstawiać po kątach.
Galen zanim jeszcze odsunął się od Mayi, to przysunął te niczego sobie wargi do jej ucha.
- Ona jest straszna... - wyszeptał z niebieskimi tęczówkami utkwionymi gdzieś za jej plecami, a później się odsunął. Później przesunął palcami po jej plecach, zahaczył o biodra i zabrał ręce.
- Jeszcze nie zapłaciłem i chciałem zostawić napiwki, ale też zaginęli mi koledzy, widziałaś ich? - zapytał się blondynki, a potem zerknął z ukosa na Mayę - a właściwie to jeszcze bym się napił... soku - wzruszył ramionami, a Maddie przewróciła oczami.
- Nie jestem twoją matką, rób sobie co chcesz - rzuciła, a potem skinęła głową na Majkę - vamos - pospieszyła ją z bardzo kiepskim hiszpańskim akcentem.
- No tan rápido Maddie, te romperás las uñas - nie tak szybko Maddie, bo zaraz sobie tipsy połamiesz, Galen chciał zażartować, jego akcent za to był nienaganny. Dobry. Wyćwiczony godzinami prywatnych lekcji. Ale Maddie go na pewno nie zrozumiała, bo spojrzała na niego mrużąc oczy.
Maya Parker
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Galen najwidoczniej przykładał, tak samo do tego który profil miała ładniejszy, bardziej zadziorny oraz jak powinna się czesać. Wyprostowane na czwartą randkę, żeby było wyjątkowo — zanotowała. Chociaż może pierwsze powinni pomyśleć o trzeciej, albo przynajmniej skupić się na tej, o ile w ogóle można to było nazwać randką, ten lekko pijany taniec podczas krótkiej przerwy za barem. Czymś z pewnością to było, biorąc pod uwagę, że nagle wymieniali się komplementami i zaglądali sobie głęboko w oczy, zaliczając kolejne pierwsze razy. Bo na przykład Majka nigdy nikomu wcześniej nie powiedziała, że miał ładne policzki albo linię żuchwy. I jemu chyba też nie, bo śmiech który wybrzmiał z jego gardła był wyjątkowo szczery. Aż sama Parker się uśmiechnęła.
— Masz francuskich przodków? — zainteresowała się, spoglądając na niego podejrzliwie. Przez moment zastanawiała się, czy nie kłamał jej tak jak z imieniem, ale widziała w jego oczach pewną szczerość. Poza tym, po co kłamać w takich kwestiach. — i co jeszcze masz po tych swoich francuskich przodkach? — czy cokolwiek insynuowała? Absolutnie nie. A to wspomnienie ładnych ust oczywiście wyszło zupełnie przypadkowo, kompletnie nie związane z tematem. Tak samo jak po chwili równie przypadkowo spoglądała na jego rozchylone, pełne wargi, czując, jak oddech spomiędzy nich, osadzał się na jej twarzy. Może i powinni, a może nie powinni… była to chwila, ułamek sekundy, kiedy przez jej głowę przemknął ten kuriozalny pomysł, gdy jej palce zacisnęły się nieco mocniej na jego karku, gotowe przyciągnąć go do siebie jeszcze bliżej, ale wtedy tuż obok wyrosła Maddie.
Westchnęła głośno, przyjmując do wiadomości fakt, że powinna wracać do pracy i po części może wdzięczna swojej przełożonej, że jakby na to nie patrzeć przyszła w odpowiednim momencie? Sprowadziła trochę chłodnej wody na jej rozgrzane ciało, które nawet kiedy ją puścił, dokładnie pamiętało ułożenie ciepłych dłoni na nagich plecach. Skóra wciąż mrowiła przyjemnie, a ciemne oczy zawieszone były na twarzy Galena jeszcze przez kilka uderzeń serca.
— W takim razie będę za barem, gdybyś potrzebował jeszcze jakiegoś… soku — wyciągnęła dwa palce w górę, przystawiła do czoła, a następnie machnęła energicznie, jakby mu salutowała, że oczywiście była do jego usług, po czym ruszyła za Maddie w stronę baru.
Wyatt może i miał zamiar wypić trochę soku, ale nim w ogóle zdążył w pełni zejść z parkietu, dopadł go Jerry i oznajmił, że w loży już czeka na nich cały zestaw szotów i gibon, którego załatwił od Maddie. Kilku kumpli, którzy z nimi przyszli zdążyło się wykruszyć albo załatwić sobie jakieś panienki, którymi postanowili się odpowiednio zająć w lożach obok, dlatego cały alkohol załatwiony przez Jerrego musiał zostać skonsumowany przez ich dwójkę. I nie tylko alkohol, bo jak się po chwili okazało, Jerry zamówił również tancerki, które zaserwowały im prywatny pokaz i zerowanie kieliszków spomiędzy ich pięknych piersi.
Szkoda tylko, że kiedy kumpel Galena w końcu pojawił się przy ladzie, by uiścić rachunek, chciał kupić sobie na noc jedną z barmanek i zrobił to w najgorszy możliwy sposób, czyli szarpiąc ją przy tym za nadgarstek. W Emptiness może i na wiele rzeczy przymykało się oko, ale nigdy na brak szacunku wobec personelu. Była to jedna, jasna zasada, której ochroniarze zawsze przestrzegali, dlatego kiedy tylko złota karta Jerrego skończyła na terminalu, został on wyeksportowany do wyjścia i wywalony na zbity pysk.
Maya natomiast dostała polecenie, żeby posprzątać piętnastkę i przy okazji pozbyć się również tego drugiego, który wciąż siedział uparcie w loży. Bez większych dyskusji złapała za tackę, ścierkę przerzuciła przez sznurek od fartuszka i ruszyła po schodkach. Galen faktycznie siedział rozwalony na mięciutkim siedzeniu, koszulę to miał już prawie całą rozpiętą, a na klacie kilka pojedynczych śladów po szmince, na co Parker jedynie prychnęła pod nosem i pokręciła głową. Musiała tu być niezła impreza.
— Czy złoty książe jest już gotowy, żeby iść do domu? — powiedziała luźno, nadając mu mały przydomek, nachylając się nad stolikiem, żeby pozbierać kolosalną ilość pustych kieliszków. Dopiero po chwili uniosła na niego spojrzenie. — twój kumpel właśnie został wyjebany jak coś — wzruszyła ramionami, przekładając szkło na tackę. Chciała go o tym poinformować, bo skoro został już sam, to może mógł się zbierać? Poza tym, był w takim stanie, że raczej i tak nic już tu po nim. — a na lanie alkoholu dla ciebie i tak już poszedł oficjalny ban.
-
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkisątyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale Galen w swoim świecie diamentów i złotych zegarków mógł nie rozumieć tego, że nie każdego stać na diamenty.
Galen w ogóle był jakby zawieszony gdzieś pomiędzy tym życiem paskudnie bogatych ludzi, a biednych, bo on na dobrą sprawę ani tu, ani tu się nie odnajdywał. Chociaż na imprezach dla bogoli tak, bo po prostu znał ich zasady, aczkolwiek nie był tak ślepo zapatrzony w pieniądze. Ale to pewnie dlatego, że mu ich nigdy nie brakowało, i nigdy nie zabraknie. On nigdy nie musiał się martwić długami, albo tym, że powinien mniej wydać. Wręcz przeciwnie czasem się martwił, czy nie wydał za mało, bo przecież było go stać na więcej.
- Moja matka urodziła się we Francji, a moi dziadkowie to francuska arystokracja - przyznał, szczerze, bo w zasadzie po co miał jej kłamać. I to nawet nie tak, że Galen się tym chwalił, bo tego nie robił, nie mówił o tym nikomu. A jej mówił. Jej wszystko tak łatwo mówił.
- Lubię francuskie... - zaczął, ale nie dokończył.
Właściwie te wszystkie niedopowiedzenia, to wszystko co mogli zrobić, gdzie znowu przestawić granicę przekraczania przestrzeni osobistej, zawisło miedzy nimi, wraz z pojawieniem się Maddie.
Serce trochę szybciej zabiło, myśli trochę zafiskowały się na tym, co mogło się wydarzyć.
Ale z drugiej strony dobrze, że ktoś im przerwał.
Bo chyba oni oboje mieli w sobie jakiś taki pierwiastek, że lubili próbować nowych rzeczy.
- Na pewno przyjdę - zapewnił ją jeszcze, kiedy powiedziała, że będzie na barze, gdyby potrzebował soku.
Ale nie przyszedł, bo kiedy zgarnął go Jerry, kiedy zaczęli kolorowe szoty doprawiać kolejnymi ziołowymi skrętami, to Galena trochę poskładało. On nigdy nie miał za mocnej głowy. Owszem gustował w whisky, a czasem jakiś mocniejszych używkach, nie tylko blantach, ale łatwo go było upić, łatwo go było porobić.
I teraz taki właśnie siedział sobie porobiony w tej loży. W rozpiętej koszuli i włosach zmierzwionych przez te tancerki, ale na dobrą sprawę żadna nie wpadła mu w oko na tyle, żeby zaprosić ją do siebie do apartamentu. A przecież Galen często to robił. Kończył takie imprezy w swoich bajecznych czterech ścianach... Chociaż on mógł mieć tam tych ścian z pięćdziesiąt, tyle pokoi, garderoba większa niż niektóre mieszkania.
Czekał na Jerry'ego bo mieli jeszcze walnąć kreskę na otrzeźwienie, tak naprawdę to Jerry nawet nie miał prochów, ale tak nawykręcał Wyattowi, a on wierzył i czekał. Bo przecież jeszcze miał iść do baru, zagadać Majkę, jak się troszeczkę ogarnie.
Przejrzał się w zgaszonym wyświetlaczu telefonu, przesunął smukłymi palcami po policzkach.
- Ładne policzki... - mruknął sobie pod nosem, a potem nawet miał się zbierać, iść zobaczyć gdzie ten Jerry, ale jak na zawołanie, jakby przyciągnęły ją jego myśli, w loży pojawiła się Maya.
Wyprostował się i poprawił koszulę, ale za wiele to nie dało, chociaż Galen przez moment patrzył się na te swoje małe guziczki, ale... nie było nawet opcji, żeby je zapiął, bo wyglądało to tak, jakby te dziury od guzików się gięły i kręciły w kółko. Co to za dziwna koszula... Jakieś popsute guziki.
- A idziesz ze mną? Skończyłaś już zmianę? - zapytał i też się chciał pochylić nad stolikiem, ale nie wymierzył w niego ręką, tylko obok i prawie się stoczył z tej kanapy. No ale zaraz złapał trochę pionu, opadł plecami na oparcie. Tak było zdecydowanie lepiej, chociaż i tak mogliby wyłączyć to kręcenie jak na karuzeli. Już mogli, bo już go zaczynało od tego mdlić. Nawet miał to powiedzieć Majce, ale ona wtedy powiedziała, że Jerry został wyjebany.
- A za co? - zapytał od razu Galen - za to, że miał prochy? - dopytał wbijając w nią niebieskie, zapijaczone spojrzenie - ja nie mam - dodał zaraz i nawet sięgnął do kieszeni, które były... no nie puste, bo miał telefon. Wyciągnął go, żeby na niego spojrzeć, ale nawet nie mógł odczytać, która jest właściwie godzina.
Westchnął ciężko, ale zaraz znowu patrzył na brunetkę. Na jej kolejne słowa pokręcił głową.
- I tak już nie mogę pić alkoholu, porzygałbym się - powiedział kompletnie szczerze, trochę nieelegancko. Ale Galen już wcale nie wyglądał elegancko, z tymi śladami po taniej szmince na kołnierzyku, nie tylko zresztą tam.
- Ale za to, jeśli byś chciała i mogła... bo ja bym chciał, to może... bym cię odprowadził do domu? - świetny pomysł, Galena Wyatta, który pewnie ledwo stał na nogach, bo na siedząco się zataczał próbując utrzymać pion. Ale on chciał.
Naprawdę.
- Albo może tutaj gdzieś jest numer do takiego pana... - o czym on właściwie mówił? Ciężko stwierdzić. Ale sięgnął po swój telefon i odblokował go palcem, a potem wszedł w numery telefonu. Dużo z nich zapisane było nie odbierać, nie odbierać 1, nie odbierać 2, nie odbierać 18... nie odbierać 49...
- Taki pan co ma samochód, a to jest właściwie mój samochód, ale on nim jeździ... - zaczął jej tłumaczyć, ale przy tym jakoś tak żywo gestykulował tym telefonem, że on mu... wypadł. No i Galen chciał po niego sięgnąć, ale zamiast go podnieść to go kopnął...
A później to już wydarzyła się cała seria niefortunnych wydarzeń, bo telefon sunął się po dywanie między nogami Mayi, tak, że wyskoczył z loży, chyba te lakierki dawały taki odrzut. Oni oboje rzucili się do wyjścia, to znaczy Majka zrobiła to sprytnie jak dziki kot, a Galen bardziej jak jakaś pijana kaczka, ale stanął obok niej. Tylko akurat przechodziła przed lożami jakaś tancerka w tych dwudziestocentymetrowych szpilkach i znowu kopnęła ten telefon. Poleciał do barierek. A Maya i Galen razem z nim. Smartfon poszybował w dół, nie dość, że roztrzaskał się na podłodze, to jeszcze nadepnęło na niego kilka osób, bo akurat na dole toczyła się jakaś bójka i nikt nawet tego nie zauważył. Galen zacisnął palce na barierce, i wychylił się, żeby spojrzeć w dół, ale dobrze, że Majka go przytrzymała, bo może też by tam poleciał, razem z telefonem. Machnął ręką, bo prawda jest taka, że Wyatt zmieniał telefony co rusz, bo kupował sobie nowe, lepsze, fajniejsze. Wszystko miał w chmurze, więc jakoś za bardzo się tym nie przejął, jutro pójdzie do salonu i dostanie nowy.
- Hm... - zamyślił się jednak opierając o barierkę i niebieski tęczówki zawieszając na twarzy Mayi - zapłacę zegarkiem - stwierdził, ale... no nie o to mu chyba wcześniej chodziło. Nie o płacenie. Tylko o podwózkę.
Maya Parker
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Z tobą? — prychnęła, przyglądając mu się znad kieliszków, które zbierała. — a gdzie ty chcesz ze mną iść taki podchmielony, Galen? — nie potrafiła kryć rozbawienia. Przecież on ledwo siedział na kanapie, a nawet na niej bujał się na boki, jakby miał zaraz wywinąć orła. Raczej daleko i tak by nie zaszli. Chociaż faktem było, że zmianę kończyła za niecałe dwadzieścia minut. Może powinna go odwieźć do domu? Albo chociaż zamówić mu taksówkę? Tylko zaraz się okazało, że to on chciał ją odprowadzić na chatę. W swoim stanie.
— Z taką eskortą to żaden typ spod ciemnej gwiazdy by się nie odważył podejść — musiała to powiedzieć, prześmiewczo oczywiście, bo Wyatt wyglądał, jakby w starciu z muchą nie miał najmniejszych szans, a co dopiero, gdyby ktoś faktycznie się do nich doczepił. — ale może ja bym mogła zamówić ci taksówkę? — spytała już o wiele bardziej poważnie. Sama nie wiedziała, dlaczego to zrobiła. Przecież zazwyczaj miała takich nawalonych typów mocno gdzieś, byli ostatnią rzeczą, o którą martwiła się Majka, a jednak… o niego trochę się zmartwiła. Może dlatego, że wydawał się jej taki nieżyciowy? Taki bezbronny? Nie miała pojęcia, o co dokładnie chodziło, ale czuła do niego pewnego rodzaju słabość.
Zmrużyła oczy, kiedy wyciągnął telefon i nagle zaczął szukać jakiegoś numeru. Nie miała bladego pojęcia, czego on właściwie szukał. Podwózki? Chciał, żeby jakiś kumpel go odebrał? Nie no, nie nazywałby kumpla jakimś panem. Próbowała jakoś zajrzeć w stronę wyświetlacza jego telefonu, może byłaby w stanie mu jakoś pomóc z wybraniem numeru, ale Wyatt tak machał ręką, że Majka i tak nie była w stanie nic zobaczyć. A po chwili ten telefon i tak wyleciał w powietrze, wybijając się na lakierku.
— Co ty..… — nawet nie zdążyła dokończyć, bo on już leciał jej między nogami. Odstawiła szybko tackę, próbując go złapałać, ale nim odpowiednio się schyliła, różowa szpilka kopnęła go dalej, tak mocno, że przeleciał przez barierki. I Galen też prawie zaraz poleciał, jak zaczął się wieszać na belce. Aż jej serce na moment stanęło, bo chociaż nie było to bardzo wysoko, to jednak gdyby poleciał na głowę, mógł sobie skręcić kark. — Ty lepiej nie rób takich akrobacji — poprosiła grzecznie, kręcąc głową z niedowierzaniem. Jeszcze kilka godzin temu ten facet był chodzącym porządkiem, a teraz nagle stał się jednym wielkim chaosem. Do tego kompletnie nieporadnym.
Patrzyła na niego uważnie, kiedy prawił o płaceniu zegarkiem, bujając się na boki i ledwo patrząc przed siebie. Normalnie nie miała wielkiego serca, ale… w pewnym momencie wymiękła. Nie mogła go tak zostawić.
— Dobra, słuchaj mnie uważnie — podeszła bliżej i wyciągnęła do niego ręce, łapiąc go za przedramiona. — Siądziesz sobie tutaj jeszcze na krótką chwilę — szarpnęła go delikatnie, bo więcej siły nie było potrzebne i podprowadziła z powrotem do kanapy. Chociaż akurat kiedy próbowała go posadzić, to on ją szarpnął ze sobą i Parker w ostatniej chwili podparła się o stolik, o mały włos nie kończąc na jego kolanach. Zamiast tego tylko nachyliła się nad jego twarzą. — Ja tylko zaniosę te szklanki i znajdę twój telefon. A potem pójdziemy, okej? — skinęła głową i nawet nie czekała na jego odpowiedź, tylko zerwała się do pionu, złapałą za tackę i pomknęła na dół. Wiedziała, że im szybciej to załatwi, tym prędzej będzie mogła po niego wrócić, a jednak Majka była nastawiona na działanie, a nie jedynie zbędne gadanie.
Odstawiła tackę na zmywak razem z całym szkłem i podbiegła do Maddie zapytać się, czy mogła już się zbierać. Trafiłą chyba w odpowiednim momencie, bo dyskutowała z kimś przez telefon i chąc się szybko pozbyć Parker po prostu machnęła na nią ręką, dzięki czemu Majka mogła odwrócić się na pięcie, zgarnąć kurtkę z zaplecza i udać się na poszukiwania telefonu. Znalazła go po jakiś dwóch minutach pod jednym ze stolików. Był kompletnie rozwalony, ale może Galen będzie chciał go sobie dać do naprawy? Wróciła na górę, odnajdując go wzrokiem. Wzdychając z ulgą, widząc, że wciąż tam siedział w jednym kawałku.
— Dobra, zbieraj się złoty księciu — podeszła bliżej, łapiąc go za materiał koszulki. — wychodzimy — oznajmiła i podała mu rozwalony telefon. Ściągnięcie do na dół też nie należało do najłatwiejszych, bo prawie dwa razy wywinął orła, całe szczęście Parker przytrzymała go w ostatnim momencie. Odebranie kurtki z szatni też szło opornie, ale całe szczęście po dziesięciu minutach byli już na zewnątrz.
— Dobra, zobaczmy… — wyciągnęła swój telefon, trochę stary, ale przynajmniej działający, a następnie podniosła wzrok na Galena. — gdzie mieszkasz? — spytała grzecznie, by już po chwili wbić⋆ financial district w kierunek jazdy. Godzina była późna, Emptiness kilka dzielnic dalej i kiedy Majka zobaczyła jaką kwotę będzie musiała zapłacić za jazdę, a do tego że trzeba będzie czekać prawie pół godziny na taksówke zwątpiła. Przecież nie będą tu tyle gnić.
— To twój szczęśliwy dzień — odezwała się nagle, robiąc krok w jego kierunku, bo nie wiedzieć kiedy lekko się oddalił, opierając o murek. — pewnie twój kolejny pierwszy raz… — uśmiechnęła się do niego podejrzliwie, po czym szarpnęła delikatnie, żeby móc złapać jego rękę i przerzucić ją sobie przez ramię. — pojedziemy autobusem nocnym.