ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
179 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

This is the way the world ends
Not with a bang but a whimper


Jeśli istniała jedna rzecz, którą Joe Grainier wiedziała o końcach świata, było nią to, że końce świata nigdy nie wyglądały tak, jak je sobie człowiek pierwotnie wyobrażał. Można było, na przykład, spodziewać się prawdziwej apokalipsy, takiej, o której pisano w Biblii, i o której szaleńcy prorocy zwykli krzyczeć na ulicach Toronto, przechadzając się nimi na bosaka, w podartych ubraniach, i z pesymistycznymi sloganami wypisanymi markerem na kawałkach kartonu, która to przebiec miała z udziałem plag, pożarów, potopów i wszech-destrukcji, ale prawdziwe, personalne, życiowe hekatomby ostatecznie okazywały się wyglądać o wiele mniej spektakularnie.
Jak wtedy, gdy podczas lekcji matematyki, tuż po długiej przerwie, Pani Thompson wezwała Joe do szkolnego gabinetu i powiedziała, że był wypadek, i że tata już po nią jedzie.
Jak wówczas, gdy dźwięk dzwonka u drzwi zdawał się zwiastować to co zawsze: listonosza przynoszącego ulotki i jeden list z przychodni, sąsiada przychodzącego pożyczyć wiertarkę albo szklankę cukru, jakiegoś domokrążcę starającego się sprzedać Grainierom nową (i niepotrzebną) kosiarkę albo odkurzacz, ale gdy Joe otworzyła drzwi, za progiem stało dwóch policjantów w pełnym umundurowaniu, pytających gdzie znajdą jej ojca.
Jak za każdym razem, gdy zwykły, niezapowiadający niczego szczególnego dzień, niósł złe wieści i zmiany katastrofalnych rozmiarów, po których nic już nigdy nie mogło być takie samo.

W wieku dwudziestu-sześciu lat, Joan lubiła myśleć, że nie tylko przyzwyczaiła się do nieprzewidywalności życia, ale też udało jej się jakoś ją zracjonalizować i zaakceptować. It is what it is, lubiła mówić - czasem w myślach, a czasami na głos - ilekroć czuła się bezsilna i pozbawiona kontroli nad okolicznościami targającymi jej losem. Podczas gdy jej brat nadal zdawał się przeciwko temu w jakiś sposób stawiać, Joe wmówiła sobie, że nieprzewidywalność egzystencji nauczyła się traktować z dojrzałym ponad wiek stoicyzmem.
W przeciwieństwie do Cassandry, chociażby, której Joe nadal zarówno współczuła, jak i zazdrościła jej relacji ze światem. Tego, jak Cass zawsze zdawała się buntować przeciwko losowi, walczyć o swoje, zmieniać strategię ilekroć ta poprzednia zaczynała ją zawodzić. Nawet, jeśli znacznie częściej niż Joe wciągało ją to w najróżniejsze tarapaty, brunetka zdawała się przynajmniej mieć coś, czego Joe coraz częściej i bardziej zaczynało w życiu brakować.
Nadzieję?

Było późno, kiedy udało jej się wreszcie skończyć zmianę - w niezgodzie z regulaminem, który to przecież obiecywał regularne zmiany i rozsądny czas pracy, ale o którym i tak większość studentów medycyny zmuszonych by raz po raz udowadniać swoją wytrwałość i wytrzymałość zdawała się permanentnie zapominać. Była tak zmęczona, że nie fatygowała się nawet założeniem ubrań żartobliwie nazywanych tu cywilnymi - zdjęła tylko górną część błękitnego uniformu, zastępując ją spraną lekko koszulką z logo uwielbianego przez Johnny'ego przed laty zespołu, ale pozostała w bawełniano-wiskozowych spodniach i nieatrakcyjnych, gumowych chodakach. Cóż, przynajmniej były wygodne.
Gdy opuszczała oddział, neon nad dyżurką mrugał na do widzenia tak słabo, jakby miał się zaraz wypalić. Ziewając raczej niesubtelnie, Joe pomyślała, że rozumie go aż za dobrze.
A potem, typowym sobie zwyczajem, sennym ruchem dłoni sięgnęła po telefon.

JOEEEE ODBIERZ TO PILNE!!!!!!!!!
JA WIEM ŻE TAK ZAWSZE PISZE
BŁAGAM ODBIERZ
JOE?????
PROSZĘ ODBIERZ BŁAGAM ODBIERZ
PRZEPRASZAM ZA WSZYSTKO JEŚLI COŚ ZROBIŁA NIE TAK
ODBIERZ TEN TELEFON KURWA!!!!!!!!!


Pierwszy zwiastun apokalipsy wyrażony w migocących na ekranie telefonu literach. I tyle wystarczyło, by Joe natychmiast odnalazła w swoim ciele to dobrze znane, choć chwilowo zapomniane uczucie - zimny lęk jak małe, niespokojne zwierzę, budzące się z zimowego snu.
Następnego ranka, jej podróż do domu okazać się miała wyłącznie ciągiem rozmytych wspomnień. Przesiadka z jednego autobusu w drugi. Światła miasta rozmazane za brudną szybą. Asfalt błyszczący po niedawnym deszczu jak rybia skóra. Próby dodzwonienia się do Cass - jedna, druga, ósma; przekleństwa i prośby zapętlone to w myślach, to na wargach, szeptem, bo przecież była w miejscu publicznym.
Nieudane starania, by zracjonalizować własny strach. Może Cass pokłóciła się z kimś w pracy. Może znów wpadła w jakieś durne tarapaty, jak wtedy, kiedy miały czternaście lat i postanowiły zwędzić z podwórka rower, na którym - wydawało się - nikt przecież nie jeździł. Może zepsuł jej się samochód.
Może skręciła kostkę. Może była tylko pijana i smutna. Przecież każdy bywał czasem pijany i smutny - taki, chociażby, Johnny, który płakał wtedy, i prosił żeby nie zostawiała go samego.
Ale Cassie nigdy nie prosiła o pomoc w ten sposób - w litanii desperackich proszę proszę proszę, przesłanych SMSem.

Z przystanku do domu nie szła już, ale biegła, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że nadal ma na sobie szpitalne obuwie, a trampki ciągle ciążą jej w zarzuconej na ramię torbie. Jeśli sprawa naprawdę była poważna, Cassandra wiedziałaby przecież, gdzie ją znaleźć - tam, gdzie zawsze, w małym, dwupiętrowym domu w The Junction, w którym Grainierowie mieszkali od dawna, teraz w znacznie pomniejszonym, bo dwuosobowym składzie. Dlatego tak ważne było, żeby pod własnym adresem znaleźć się czym prędzej i -
i co?
I czekać, z telefonem wyczerpującym baterię w kolejnych próbach dodzwonienia się do przyjaciółki.
I ufać, że cokolwiek się wydarzyło, Cass zdoła dotrzeć do niej na czas.
I, najbardziej ironicznie, mieć nadzieję, że czegokolwiek Cassandra może teraz potrzebować, nie jest jeszcze za późno.

Cassandra Layton Carlos Salazar
ODPOWIEDZ

Wróć do „#102”