Ach, a więc
miłość?
Miłość była prosta – w formie jaką znał ją Carlos. Kochał głęboko i trwale, z psią lojalnością. Silnym uczuciem darzył rodziców, a później również Martina i Cassandrę. Sama koncepcja tych relacji była jasna, to ten rodzaj kochania, który nie wymaga zastanowienia – istniał, a więc Salazar oddawał tym ludziom całego siebie, niezależnie od tego jak bardzo się od siebie różnili. Swoimi czynami mogli wystawiać go na próbę, ale nie sprawiało to, że kiedykolwiek podważał swoje uczucia wobec nich. Nie było takiej siły na Ziemi i w Niebie, która mogłaby poruszyć silne fundamenty na jakich zbudował te relacje. A więc ta miłość była prosta, czysta, bezpieczna i pełna komfortu.
Kochał też Boga, w dziwny, nieco skomplikowany sposób. Zawodził go stale, swoim życiem potrafił zaprzeczać wszystkim przykazaniom. Uważał go za Ojca, tego surowego i zbyt milczącego, ale niezwykle sprawiedliwego. Kochał go, bo tak nauczyła go matka, a jej pamięć stanowiła świętość. Modlitwa stanowiła ucieczkę, pocieszenie dla strapionego serca, a każde wrażenie wysłuchania jedynie pogłębiało relację – przynajmniej tak było kiedyś. Ostatnio coraz mniej odnajdywał się w tej miłości, ale może nie dlatego, że przestał uważać Boga za kogoś bliskiego – chyba po prostu sądził, że nie zasługuje, by być przez niego kochanym. Grzeszył, bez postanowienia poprawy, a to umieszczało go w gronie zdrajców i wiarołomców. Dla nich przeznaczony był specjalny krąg w piekle.
Była jeszcze miłość, której Carlos nigdy nie doświadczył. Czasami znajdował się bardzo blisko, gdy gdzieś, między kolejnymi pocałunkami, chciał wyszeptać
kocham, ale wtedy gardło zaczynało się zaciskać. Zamykał więc usta następnymi muśnięciami, gładził ciało i łechtał ego. Było mu dobrze w objęciach ludzi, tych obcych i całkiem znajomych. Niektórzy zatrzymywali się na dłużej, stawali się częścią codzienności. Łapali wspólny rytm, ale ostatecznie zawsze go gubili. Salazar był świetnym kochankiem – na chwilę, gdy emocje wciąż były świeże i płytkie, a poranki proste, pełne niezobowiązującej intymności i nieprzemyślanego zaufania. Kiedy ktoś chciał sięgnąć głębiej, by zrozumieć człowieka jakim naprawdę był, wszystko zaczynało się rozpadać. Ciężko zmyć krew, która zbiera się na rękach, a sumienie rzadko pozwala uzasadnić grzech przeciw drugiemu człowiekowi, nawet jeśli wydaje się, że w grę wchodzi jakiś rodzaj miłości. Carlos był
pobliźniony i zagubiony, co przyciągało równie mocno jak odpychało. Był też
mściwy i gniewny, a to już nie stanowiło pociągającej wizji. Ludzie nie rozumieli jego życia, a on nie starał się tłumaczyć go na siłę, po prostu pozwalał im odejść, uciec w bezpieczną strefę, zapomnieć o wspólnych chwilach. Może to był największy dowód jego miłości – tej, która nigdy tak naprawdę się nie rozpoczęła, pozostając jedynie odległym marzeniem, snem, którego od dawna już nie śnił. Mógłby szukać kogoś, kto był tak samo zepsuty jak on, ale wiedział, że dwoje ludzi z połamanym kręgosłupem moralnym nigdy nie uniesie ciężaru, jaki niosła ze sobą taka relacja.
—
Te entiendo. — Przymknął oczy, gdy Cassandra położyła szczupłe palce na jego rozgrzanym policzku. Ucałowała jego dłoń, a on poczuł ścisk w żołądku. Nie musiał mówić więcej, nie było sensu walczyć. Ufał jej i chciał jej zaufania – nie będzie mógł więc zawsze uciekać od prawdy. Musiał pozwolić jej działać, nie odtrącając jej pomocy, tak jak w tamtym momencie, gdy chaotycznie starała się wypełniać polecenia przyjaciółki. Światło lampy najpierw poraziło jego oczy, a później gwałtownie zniknęło, gdy ręcznik uderzył Carlosa w twarz. Zaśmiałby się, gdyby tylko miał na to więcej siły.
Materiał w końcu się zsunął, a on wlepił spojrzenie w twarz Joe, nie opuszczając go ani na moment, dokładnie tak jak mu kazała. Widział jej zdenerwowanie – nieświadomie zagryzała policzek, a jej oddech przyspieszał i zwalniał. Przyglądał się temu obrazkowi wyjątkowo skrupulatnie, jakby chciał odwrócić swoją uwagę od tego co się działo. Materiał odrywany ze skóry, chłód powietrza, lepka wilgoć. Nie obchodził go ból, zdążył się do niego przyzwyczaić, ba, nawet polubił jego obecność. To tylko odruch ciała, impuls wysłany przez mózg, który dało się zignorować, przynajmniej do pewnego stopnia. Ból zadany sobie samemu potrafił dodawać siły, uczył pokory, pozwalał zachować trzeźwość umysłu. Ból zadany innym umożliwiał kontrolę, wysyłał ostrzeżenie. Nie od niego Carlos chciał odwrócić uwagę. Czuł się zależny i bezbronny, a to stanowiło znacznie bardziej nieprzyjemny fakt. Cassandra i Joe starały się go ratować, a on leżał na podłodze jak szmaciana lalka, którą trzeba połatać. Mógł tylko patrzeć, poddawać się każdej operacji, każdemu poleceniu. Wiedział, że to dla jego dobra, ale jego umysł, przyzwyczajony do ciągłej walki, nie pozwalał zaakceptować takiego stanu rzeczy, nie mógł się rozluźnić i zatrzymać. Carlos miał być ostoją, nie ciężarem, a właśnie za takowy się w tamtym momencie uważał.
—
Sí, señora. — Uśmiechnął się ponownie, choć znacznie słabiej. Jakże mógłby odpłynąć? Nie zaśnie jeszcze długo po tym jak skończą szarpać się z losem o jego życie. Będzie zadręczał się kolejnymi scenariuszami, które mogą się wydarzyć. Zamęczy sumienie, pozwoli duchom zebrać się nad łóżkiem, położyć na piersi i przypomnieć o wszystkich przeszłych ofiarach. Popatrzy na Cassie, wykończoną po całym wieczorze intensywnych emocji i przeklnie w duchu własną nieroztropność. Będzie milczał, gdy Joe wstanie, by sprawdzić opatrunek i po raz kolejny przyłoży palce do szyi, sprawdzając puls, bo nie znajdzie odpowiednich słów; jak ma ją przeprosić za mieszanie w jej spokojnym życiu?
Dobrze, że mieli Cassandrę. Gdyby nie jej naturalna zdolność do rozładowywania napięcia, byłoby im znacznie trudniej poradzić sobie z całą sytuacją. Martin robił dokładnie to samo, co Carlos początkowo uważał za absolutnie niepoprawne, aż w końcu zaczął to rozumieć. I w tamtym momencie dziękował Bogu za to, że Layton bezceremonialnie próbowała nabrać dystansu. W innym wypadku zapewne jedynie uśmiechnąłby się pobłażliwie, ale tym razem sam postanowił się temu poddać. Był zbyt zmęczony, by z tym walczyć.
—
Nie mam nikogo. — Przeniósł spojrzenie z Cassandry z powrotem na twarz Joe. Mogłaby być jego córką. Była młoda i niedoświadczona, nawet jeśli bardzo starała się to ukryć. —
Nie mam żadnego lekarza, nie w Kanadzie — dodał, całkowicie świadomie nawiązując do dwuznaczności jej wypowiedzi. Nie dlatego, że chciał, by była zakłopotana – zamierzał na chwilę odwrócić jej uwagę od ręczników przesiąkających krwią i wizji kolejnych długich minut, które wystawią na próbę jej umiejętności. —
Ale mam ciebie i Cassandrę. To w zupełności wystarczy. — Brzmiał słabo, ale wydawał się przekonany co do słuszności własnych słów. —
To nie jest takie trudne. Dobrze wam idzie. — Zamknął palce na dłoni Layton, która dociskała materiał do jego rany. —
Odwdzięczę się z pewnością, zawsze oddaję przysługi, ale teraz… — urwał, uśmiech tańczący na ustach zniknął na moment, gdy pulsowanie w głowie nasiliło się, a obraz zafalował. Przełknął ciężko ślinę, ponownie złapał ostrość —
biorę dług na kreskę. Doliczysz odsetki, nie będę się targował. — Wypuścił powietrze, które wstrzymywał w płucach i skinął głową, jakby podjął istotną decyzję za nich wszystkich. —
Musisz mnie połatać, Joan. — I dopilnować, by przy okazji nie rozsypała się jeszcze Cassandra. Nic trudnego, prawda?
joe grainier Cassandra Layton