ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Naprawdę, gra w koszykówkę była ostatnią rzeczą, do której trzeba było go namawiać. Tak więc gdy tylko pojawił się taki pomysł, nawet jeśli był rzucony luźno i całkowicie niezobowiązująco, to Joel od razu go zapamiętał i dodał do swojej listy rzeczy do zrealizowania. Bo tak - chciał się spotkać z Abby jeszcze raz, a skoro już zaczepili temat koszykówki, to postanowił to pociągnąć dalej.
Bardzo szybko, jeszcze przed swoim wylotem do Houston, gdzie mieli grać mecz z Houston Rockets, gdy tylko upewnił się, że Abby również chce się z nim zobaczyć na mniej oficjalnym gruncie, zarezerwował halę. Co prawda myślał, że będzie to odrobinę prostsze, bo szybko się okazało, że hale nie stoją otworem i nie czekają, aż gwiazda NBA Joel Delaney będzie chciał w nich zagrać... Szok i niedowierzanie. Tak czy siak, finalnie mu się udało i to nie byle co, bo hale na uniwersytecie, co oczywiście kosztowało go milion monet, ale tym akurat się nie przejmował. Zależało mu tylko na tym, by mieli spokój i dyskrecję, bez gapiów i innych przeszkadzaczy.
Na miejscu pojawił się chwilę wcześniej, by ogarnąć co i jak, oraz przebrać się w strój sportowy. Długo zastanawiał się nad tym, jak pogodzić swoje obowiązki, by móc zajechać po Abby, ale jego grafik między meczami był na tyle napięty, że pędził tutaj prosto z konferencji i cudem się nie spóźnił. Może nie będzie mieć mu tego za złe. W końcu miał ją nauczyć rzucać za trzy, a to chyba było wystarczającym wynagrodzeniem?
Korzystając z chwili czasu, jak na prawdziwego sportowca przystało, zaczął się rozgrzewać. Wiedział, że dzisiejszy trening będzie tylko zabawą, która pewnie nawet go nie zmęczy, ale nie bał się niczego równie mocno, co kontuzji. Z tego powodu, zrobił szybką rozgrzewkę, porozciągał się trochę z gumami i poszedł do wózka z piłkami, by sprawdzić, czy mają mniejszy rozmiar, dla kobiet. Wtedy usłyszał, jak drzwi na halę się otwierają, więc podniósł głowę i wlepił wzrok w miejsce, w którym po chwili pojawiła się Abby. Uśmiechnął się kącikiem ust i biorąc jedną piłkę z wózka, powoli ruszył w jej kierunku. W międzyczasie nonszalancko zakozłował, zaraz poprzez kozioł pod nogą podając sobie piłkę do drugiej ręki.
- Dotarłaś - stwierdził na przywitanie, przesuwając wzorkiem po sylwetce Wallace. - I tym razem chyba bez robienia aniołków w śniegu, huh? - zapytał, bo w przeciwieństwie do ich ostatniego spotkania, tym razem nie zauważył sterty śniegu.
- Za tamtymi drzwiami jest szatnia - wskazał ręką kierunek. - Jeżeli chcesz, to mogę pomóc ci się przebrać - dodał i poruszył zabawnie brwią.

Abby Wallace
27 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor


013.
We gotta get'cha
get'cha head in the game



Nie była Michaelem Jordanem. Ani pod względem wzrostu ani tym bardziej umiejętności. Czasami grywała w kosza, jasne. Na studiach nawet mieli jakąś małą drużynę uniwersytecką, w której swego czasu pogrywała, potem co nieco rzucali na tyłach szpitala z innymi rezydentami, kiedy mieli okienka, jednak to wszystko było w formie najzwyklejszej zabawy.
Dlatego tym bardziej nie miała pojęcia, co właściwie podkusiło ją, żeby nagadać Joelowi jak świetna w kosza była. Nie, nawet nie Joelowi, bo to brzmi zbyt zwyczajnie — nagadać ZAWODOWEMU k o s z y k a r z o w i grającemu w NBA, że dobrze grała. No, teraz w końcu brzmiało tak jak powinno, czyli największy stek bzdur pod słońcem.
Prawda była taka, że Abby była przekonana, że do tego spotkania po prostu nie dojdzie. Ileż to razy, jakiś pacjent próbował się z nią umówić i i tak nic z tego nie wychodziło. Myślała, że tutaj też tak będzie. Że Delaney z pewnością na porządku dziennym wyrywał co nowe laski i o niej zapomni z chwilą, w której jej obsypany śniegiem płaszczyk opuści jego mieszkanie.
Tak się jednak nie stało i nie wiedzieć jakim cudem, Abby Wallace zamiast siedzieć w domu pod kocem i z herbatą przy świetnym serialu, pojawiła się na uniwersytecie Toronto, a dokładniej na hali. Orientacje w terenie miała całkiem niezłą, biorąc pod uwagę, że to właśnie tutaj studiowała medycynę, chociaż już po drodze zauważyła kilka zmian. Hala jednak wyglądała dokładnie tak samo. No może wcześniej nie było w niej Joela, w swoim seksownym sportowym wdzianku.
Dotarłam — skinęła głową, słysząc jak wielkie, dwuczęściowe drzwi za nią się zatrzaskują, ale nawet się nie obejrzała. Jej jasne spojrzenie już wbite było w Delaneya. — Dzisiaj bez aniołków. Pomyślałam, że ten kto przegra będzie musiał zrobić z pięć przed szkołą. Co myślisz? — oznajmiła luźno, przyglądając się jak wykonuje kozła między nogami bez najmniejszego problemu. Aż złapała w płuca więcej powietrza. Czuła w kościach, że tylko kopie pod sobą grób. Ale w końcu bez ryzyka nie ma zabawy, nie? A Wallace zaczepki.
Wiem, gdzie są szatnie — odpowiedziała mu praktycznie od razu, a w czasie kiedy wskazywał jej kierunek, Abby nachyliła się do przodu i wyrwała mu piłkę z rąk. Pewnie później nie pójdzie już tak łatwo. Trzeba było korzystać. — Chodziłam tu do szkoły — przerzuciła sobie piłkę w dłoniach. — Sama się przebiorę, żeby zostawić ci coś dla wyobraźni — dodała, po czym cisnęła w niego pomarańczową piłką. Czy go zaskoczyła swoim rzutem? Oczywiście, że nie. Nawet z miejsca nie musiał się ruszyć.
Prychnęła pod nosem, a następnie wykonała obrót na pięcie i skierowała się do szatni. Tam wcale nie zeszło jej długo. Ciuchy miała już praktycznie na sobie, jakiś czarny secik, upięła włosy, przebrała buty i po jakiś pięciu minutach wróciła na halę, z rękami osadzonymi na biodrach.
Rozgrzewka też jest planie? — spytała, gdy już podeszła bliżej. — Czy przechodzisz od razu do rzeczy? — zawiesiła spojrzenie na jego czekoladowych oczach, a potem nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, po prostu ruszyła sobie truchcikiem wzdłuż wyznaczonych na podłodze linii. — Jak mecz? Wygraliście?

Joel Delaney
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie oszukujmy się, Joel ani przez moment nie brał słów Abby na poważnie. Po pierwsze, bo czuł w kościach, że mu ściemnia, a po drugie, bo miał ego top i dobrze wiedział, że jakkolwiek dobra w kosza by nie była, to on i tak był lepszy. No i jeszcze warunki fizyczne! Te to już całkowicie działały na jego korzyść, bo długie ręce z łatwością przejmowały piłkę, a dzięki swoim dwóm metrom i dużej skoczności, był w stanie bez większego wysiłku załadować prosto do kosza.
I choć początkowo może i tak było to naznaczone, to Joel nie brał tego spotkania za formę sprawdzenia się kto lepszy, lecz po prostu traktował to jako świetny sposób, by spotkać się z Abby na neutralnym gruncie i może nawet trochę jej zaimponować swoimi umiejętnościami... Innymi niż gotowanie szakszuki.
Bo ona mu zaimponowała nienagannym pobraniem krwi, więc mieli chyba 1:1 w ogólnym rozrachunku? I to absolutnie nie tak, że teraz zamierzał toczyć z nią potajemny bój o to, kto komu więcej razy zaimponował. Nic z tych rzeczy! Jego męska natura po prostu nakazywała mu jej imponować. Nawet pingwiny imponują babom znalezieniem najładniejszego kamyczka, więc chyba tak już po prostu było.
Prychnął z rozbawieniem na propozycje aniołków w śniegu.
- Myślę, że musisz albo być bardzo pewna siebie, albo bardzo lubić śnieg, że mi to proponujesz - odpowiedział. A może oba? Cóż, był w stanie na to pójść, bo przecież był pewien swojej wygranej, jakakolwiek miałaby nie być, bo początkowo myślał, że będzie ją uczył rzucać. Ale skoro chciała spróbować również gry 1:1, to mu w to graj!
Powiódł wzrokiem za piłką, która została mu zabrana przez chwilę nieuwagi i uniósł brew, wsłuchując się w słowa blondynki.
- No proszę, kto by się spodziewał. W takim razie masz łatwiej, bo grasz u siebie - zażartował, nawiązując do tego, jak to się zazwyczaj odbywało w NBA. Co prawda tutaj nie było kibiców, którzy mogli skandować imię jednego i wyzywać od najgorszych drugiego, ale to dobrze. Przebywanie sam na sam z Abby w tej dużej hali było całkiem pobudzające wyobraźnię, o którą zresztą świetnie dbała również sama Wallace. - W porządku, niech ci będzie - westchnął, zwinnie łapiąc piłkę, którą w niego cisnęła. - Tylko nie daj mi na siebie długo czekać, bo będę musiał przyjść sprawdzić, czy wszystko okej - rzucił jeszcze, gdy blondynka oddalała się już w kierunku szatni, jeszcze przez chwilę na nią patrząc, właściwie to aż do momentu, jak zniknęła za drzwiami. W międzyczasie trochę porzucał, trochę pokozłował, ale bardziej dla zabicia czasu niżeli w ramach rozgrzewki. Dopiero, gdy Wallace wróciła na halę, powiódł wzrokiem po jej sylwetce i uśmiechnął się kącikiem ust.
- Ja jestem już rozgrzany… - powiedział, kończąc swoją wędrówkę po jej ciele i zatrzymując się na zielonych oczach. - Ale mogę ci potowarzyszyć - dodał, choć wcale na to nie czekała i zaczęła truchtać. Dogonił ją w kilku susach, zrównując się i zerkając nań z ukosa.
- Tak się składa, że wygraliśmy, 119 do 108 - odparł z wyczuwalną dumą w głosie. - Czy to jest wystarczające postaranie się, by dostać buziaka, którego mi obiecałaś? - wyprzedził ją i zrobił półobrotu, zaczynając truchtać przed nią do tyłu. Okej, okej, nic mu nie obiecywała, ale może zapomniała? Warto było spróbować.

Abby Wallace
27 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lubiła śnieg, jednak zdecydowanie nie do tego stopnia, żeby w nim nurkować po same uszy i strzelać aniołki jeden po drugim. Dlaczego więc postanowiła założyć sie z Joelem, wiedząc, że przegra? Jedni mogli nazwać to głupotą (i było w tym wiele racji), Abby natomiast z natury uwielbiała rywalizację. Nawet jeśli z góry była stracona na przegraną, chciała dać temu szansę. Bo przecież to, że nie miała z nim szans pod względem technicznym, wcale nie znaczył, że nie mogła wykorzystać innych swoich z a l e t, które potencjalnie mogłyby go rozproszyć, prawda?
Przypominam, że dzisiaj już nie jestem na dyżurze — rzuciła w odpowiedzi, chociaż kiedy te słowa wypuściły jej usta, sama Abby nie była do końca pewna, czy miały one zabrzmieć bardziej jak groźba czy może jednak zachęta. Osobiście planowała, by wydźwięk skłaniał się w stronę pierwszej opcji, ale widząc minę Joela… cóż, mogło to zostać odebrane nieco inaczej.
Zaśmiała się, gdy oznajmił, że będzie miała łatwiej, bo grała u siebie. Gdyby to tylko od tego zależało, może i by miała.
Szkoda, że większość czasu spędziłam z nosem w książkach — wyznała, rozglądając się po hali. Dawno tu nie była. W ogóle rzadko w niej bywała, biorąc pod uwagę, że nigdy nie była wielką fanką sportów, a kiedy już się jakimś interesowała, to najzwyczajniej w świecie nie miała czasu. Kierunek medycyny był ciężki. Często trzeba było zarywać nocki, do zaliczeń nie dało się podchodzić na czuja, łudząc się, że jakoś to będzie, jak w przypadku niektórych dziedzin. Abby też nigdy nie była wielkim orłem — raczej tą jedną, zdesperowaną laską, która po prostu chciała postawić na swoim. Nie lubiła się poddawać i w przypadku Joela również nie zamierzała. — Aż tak łatwiej się gra przed własną publicznością? — zagadała, podnosząc na niego spojrzenie. — Myślałam, że może jak jesteś u przeciwnika, to to może jeszcze bardziej motywuje, że chcesz się pokazać, czy coś — wzruszyła ramionami, bo prawda była taka, że Wallace nie miała pojęcia. Dzieliła się z nim tylko jakimiś własnymi spostrzeżeniami, które nie miały podłoża w faktycznym doświadczeniu.
Uśmiechnęła się pod nosem, gdy oznajmił, że wygrali środowy mecz, przy okazji czując, jak tento jej przyśpiesza, a serce w piersi zaczyna mocniej uderzać na skutek lekkiego truchtu.
No to gratulacje — rzuciła mu przelotne spojrzenie, żeby przypadkiem się nie potknąć o własne nogi. A co do buziaka… — Nie wiem, a ile z tych punktów ty zdobyłeś? — dopytała. Potrzebowała odpowiedniej ilości argumentów, żeby rzetelnie ocenić, czy wystarczająco się postarał. — Bo jak siedziałeś na ławce, to nie ma szans — sięgnęła do jego umięśnionego ramienia, które ostatnio kuła igłą i pchnęła go lekko na bok, żeby stracił równowagę, a sama przyśpieszyła na ostatniej prostej. Zrobili dwa kółka i może dla niego była to przebieżka przez park, tak Abby już oddychała ciężko, żałując, że te wszystkie razy, kiedy obiecała sobie, że będzie z rana biega, finalnie postanawia zostać w łóżku i po prostu przespać. Teraz czuła tego skutki.
Dobra, co jeszcze? Ręce? Nadgarstki? — spytała, kiedy już do niej dołączył, a ich spojrzenia się skrzyżowały. W końcu trzeba się było odpowiednio rozgrzać. Zapewne żadne z nich nie chciało kontuzji, a tym bardziej on. — Nadgarstki są turbo ważne, nie? — pokręciła dłońmi na lewo i prawo, a potem jeszcze zrobiła kilka wymachów całymi rękami na strony, w przód i w tył. — A palce? Też są ważne? — dopytała, już chyba bardziej dla samej zaczepki niż faktycznie sprawdzając jego wiedzę, chociaż… — W mojej pracy są niezwykle ważne.

Joel Delaney
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „University of Toronto”