-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Bardzo szybko, jeszcze przed swoim wylotem do Houston, gdzie mieli grać mecz z Houston Rockets, gdy tylko upewnił się, że Abby również chce się z nim zobaczyć na mniej oficjalnym gruncie, zarezerwował halę. Co prawda myślał, że będzie to odrobinę prostsze, bo szybko się okazało, że hale nie stoją otworem i nie czekają, aż gwiazda NBA Joel Delaney będzie chciał w nich zagrać... Szok i niedowierzanie. Tak czy siak, finalnie mu się udało i to nie byle co, bo hale na uniwersytecie, co oczywiście kosztowało go milion monet, ale tym akurat się nie przejmował. Zależało mu tylko na tym, by mieli spokój i dyskrecję, bez gapiów i innych przeszkadzaczy.
Na miejscu pojawił się chwilę wcześniej, by ogarnąć co i jak, oraz przebrać się w strój sportowy. Długo zastanawiał się nad tym, jak pogodzić swoje obowiązki, by móc zajechać po Abby, ale jego grafik między meczami był na tyle napięty, że pędził tutaj prosto z konferencji i cudem się nie spóźnił. Może nie będzie mieć mu tego za złe. W końcu miał ją nauczyć rzucać za trzy, a to chyba było wystarczającym wynagrodzeniem?
Korzystając z chwili czasu, jak na prawdziwego sportowca przystało, zaczął się rozgrzewać. Wiedział, że dzisiejszy trening będzie tylko zabawą, która pewnie nawet go nie zmęczy, ale nie bał się niczego równie mocno, co kontuzji. Z tego powodu, zrobił szybką rozgrzewkę, porozciągał się trochę z gumami i poszedł do wózka z piłkami, by sprawdzić, czy mają mniejszy rozmiar, dla kobiet. Wtedy usłyszał, jak drzwi na halę się otwierają, więc podniósł głowę i wlepił wzrok w miejsce, w którym po chwili pojawiła się Abby. Uśmiechnął się kącikiem ust i biorąc jedną piłkę z wózka, powoli ruszył w jej kierunku. W międzyczasie nonszalancko zakozłował, zaraz poprzez kozioł pod nogą podając sobie piłkę do drugiej ręki.
- Dotarłaś - stwierdził na przywitanie, przesuwając wzorkiem po sylwetce Wallace. - I tym razem chyba bez robienia aniołków w śniegu, huh? - zapytał, bo w przeciwieństwie do ich ostatniego spotkania, tym razem nie zauważył sterty śniegu.
- Za tamtymi drzwiami jest szatnia - wskazał ręką kierunek. - Jeżeli chcesz, to mogę pomóc ci się przebrać - dodał i poruszył zabawnie brwią.
Abby Wallace
-
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
013.
We gotta get'cha
get'cha head in the game
Nie była Michaelem Jordanem. Ani pod względem wzrostu ani tym bardziej umiejętności. Czasami grywała w kosza, jasne. Na studiach nawet mieli jakąś małą drużynę uniwersytecką, w której swego czasu pogrywała, potem co nieco rzucali na tyłach szpitala z innymi rezydentami, kiedy mieli okienka, jednak to wszystko było w formie najzwyklejszej zabawy.
Dlatego tym bardziej nie miała pojęcia, co właściwie podkusiło ją, żeby nagadać Joelowi jak świetna w kosza była. Nie, nawet nie Joelowi, bo to brzmi zbyt zwyczajnie — nagadać ZAWODOWEMU k o s z y k a r z o w i grającemu w NBA, że dobrze grała. No, teraz w końcu brzmiało tak jak powinno, czyli największy stek bzdur pod słońcem.
Prawda była taka, że Abby była przekonana, że do tego spotkania po prostu nie dojdzie. Ileż to razy, jakiś pacjent próbował się z nią umówić i i tak nic z tego nie wychodziło. Myślała, że tutaj też tak będzie. Że Delaney z pewnością na porządku dziennym wyrywał co nowe laski i o niej zapomni z chwilą, w której jej obsypany śniegiem płaszczyk opuści jego mieszkanie.
Tak się jednak nie stało i nie wiedzieć jakim cudem, Abby Wallace zamiast siedzieć w domu pod kocem i z herbatą przy świetnym serialu, pojawiła się na uniwersytecie Toronto, a dokładniej na hali. Orientacje w terenie miała całkiem niezłą, biorąc pod uwagę, że to właśnie tutaj studiowała medycynę, chociaż już po drodze zauważyła kilka zmian. Hala jednak wyglądała dokładnie tak samo. No może wcześniej nie było w niej Joela, w swoim
— Dotarłam — skinęła głową, słysząc jak wielkie, dwuczęściowe drzwi za nią się zatrzaskują, ale nawet się nie obejrzała. Jej jasne spojrzenie już wbite było w Delaneya. — Dzisiaj bez aniołków. Pomyślałam, że ten kto przegra będzie musiał zrobić z pięć przed szkołą. Co myślisz? — oznajmiła luźno, przyglądając się jak wykonuje kozła między nogami bez najmniejszego problemu. Aż złapała w płuca więcej powietrza. Czuła w kościach, że tylko kopie pod sobą grób. Ale w końcu bez ryzyka nie ma zabawy, nie? A Wallace zaczepki.
— Wiem, gdzie są szatnie — odpowiedziała mu praktycznie od razu, a w czasie kiedy wskazywał jej kierunek, Abby nachyliła się do przodu i wyrwała mu piłkę z rąk. Pewnie później nie pójdzie już tak łatwo. Trzeba było korzystać. — Chodziłam tu do szkoły — przerzuciła sobie piłkę w dłoniach. — Sama się przebiorę, żeby zostawić ci coś dla wyobraźni — dodała, po czym cisnęła w niego pomarańczową piłką. Czy go zaskoczyła swoim rzutem? Oczywiście, że nie. Nawet z miejsca nie musiał się ruszyć.
Prychnęła pod nosem, a następnie wykonała obrót na pięcie i skierowała się do szatni. Tam wcale nie zeszło jej długo. Ciuchy miała już praktycznie na sobie, jakiś czarny secik, upięła włosy, przebrała buty i po jakiś pięciu minutach wróciła na halę, z rękami osadzonymi na biodrach.
— Rozgrzewka też jest planie? — spytała, gdy już podeszła bliżej. — Czy przechodzisz od razu do rzeczy? — zawiesiła spojrzenie na jego czekoladowych oczach, a potem nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, po prostu ruszyła sobie truchcikiem wzdłuż wyznaczonych na podłodze linii. — Jak mecz? Wygraliście?
Joel Delaney
-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
I choć początkowo może i tak było to naznaczone, to Joel nie brał tego spotkania za formę sprawdzenia się kto lepszy, lecz po prostu traktował to jako świetny sposób, by spotkać się z Abby na neutralnym gruncie i może nawet trochę jej zaimponować swoimi umiejętnościami... Innymi niż gotowanie szakszuki.
Bo ona mu zaimponowała nienagannym pobraniem krwi, więc mieli chyba 1:1 w ogólnym rozrachunku? I to absolutnie nie tak, że teraz zamierzał toczyć z nią potajemny bój o to, kto komu więcej razy zaimponował. Nic z tych rzeczy! Jego męska natura po prostu nakazywała mu jej imponować. Nawet pingwiny imponują babom znalezieniem najładniejszego kamyczka, więc chyba tak już po prostu było.
Prychnął z rozbawieniem na propozycje aniołków w śniegu.
- Myślę, że musisz albo być bardzo pewna siebie, albo bardzo lubić śnieg, że mi to proponujesz - odpowiedział. A może oba? Cóż, był w stanie na to pójść, bo przecież był pewien swojej wygranej, jakakolwiek miałaby nie być, bo początkowo myślał, że będzie ją uczył rzucać. Ale skoro chciała spróbować również gry 1:1, to mu w to graj!
Powiódł wzrokiem za piłką, która została mu zabrana przez chwilę nieuwagi i uniósł brew, wsłuchując się w słowa blondynki.
- No proszę, kto by się spodziewał. W takim razie masz łatwiej, bo grasz u siebie - zażartował, nawiązując do tego, jak to się zazwyczaj odbywało w NBA. Co prawda tutaj nie było kibiców, którzy mogli skandować imię jednego i wyzywać od najgorszych drugiego, ale to dobrze. Przebywanie sam na sam z Abby w tej dużej hali było całkiem pobudzające wyobraźnię, o którą zresztą świetnie dbała również sama Wallace. - W porządku, niech ci będzie - westchnął, zwinnie łapiąc piłkę, którą w niego cisnęła. - Tylko nie daj mi na siebie długo czekać, bo będę musiał przyjść sprawdzić, czy wszystko okej - rzucił jeszcze, gdy blondynka oddalała się już w kierunku szatni, jeszcze przez chwilę na nią patrząc, właściwie to aż do momentu, jak zniknęła za drzwiami. W międzyczasie trochę porzucał, trochę pokozłował, ale bardziej dla zabicia czasu niżeli w ramach rozgrzewki. Dopiero, gdy Wallace wróciła na halę, powiódł wzrokiem po jej sylwetce i uśmiechnął się kącikiem ust.
- Ja jestem już rozgrzany… - powiedział, kończąc swoją wędrówkę po jej ciele i zatrzymując się na zielonych oczach. - Ale mogę ci potowarzyszyć - dodał, choć wcale na to nie czekała i zaczęła truchtać. Dogonił ją w kilku susach, zrównując się i zerkając nań z ukosa.
- Tak się składa, że wygraliśmy, 119 do 108 - odparł z wyczuwalną dumą w głosie. - Czy to jest wystarczające postaranie się, by dostać buziaka, którego mi obiecałaś? - wyprzedził ją i zrobił półobrotu, zaczynając truchtać przed nią do tyłu. Okej, okej, nic mu nie obiecywała, ale może zapomniała? Warto było spróbować.
Abby Wallace
-
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Przypominam, że dzisiaj już nie jestem na dyżurze — rzuciła w odpowiedzi, chociaż kiedy te słowa wypuściły jej usta, sama Abby nie była do końca pewna, czy miały one zabrzmieć bardziej jak groźba czy może jednak zachęta. Osobiście planowała, by wydźwięk skłaniał się w stronę pierwszej opcji, ale widząc minę Joela… cóż, mogło to zostać odebrane nieco inaczej.
Zaśmiała się, gdy oznajmił, że będzie miała łatwiej, bo grała u siebie. Gdyby to tylko od tego zależało, może i by miała.
— Szkoda, że większość czasu spędziłam z nosem w książkach — wyznała, rozglądając się po hali. Dawno tu nie była. W ogóle rzadko w niej bywała, biorąc pod uwagę, że nigdy nie była wielką fanką sportów, a kiedy już się jakimś interesowała, to najzwyczajniej w świecie nie miała czasu. Kierunek medycyny był ciężki. Często trzeba było zarywać nocki, do zaliczeń nie dało się podchodzić na czuja, łudząc się, że jakoś to będzie, jak w przypadku niektórych dziedzin. Abby też nigdy nie była wielkim orłem — raczej tą jedną, zdesperowaną laską, która po prostu chciała postawić na swoim. Nie lubiła się poddawać i w przypadku Joela również nie zamierzała. — Aż tak łatwiej się gra przed własną publicznością? — zagadała, podnosząc na niego spojrzenie. — Myślałam, że może jak jesteś u przeciwnika, to to może jeszcze bardziej motywuje, że chcesz się pokazać, czy coś — wzruszyła ramionami, bo prawda była taka, że Wallace nie miała pojęcia. Dzieliła się z nim tylko jakimiś własnymi spostrzeżeniami, które nie miały podłoża w faktycznym doświadczeniu.
Uśmiechnęła się pod nosem, gdy oznajmił, że wygrali środowy mecz, przy okazji czując, jak tento jej przyśpiesza, a serce w piersi zaczyna mocniej uderzać na skutek lekkiego truchtu.
— No to gratulacje — rzuciła mu przelotne spojrzenie, żeby przypadkiem się nie potknąć o własne nogi. A co do buziaka… — Nie wiem, a ile z tych punktów ty zdobyłeś? — dopytała. Potrzebowała odpowiedniej ilości argumentów, żeby rzetelnie ocenić, czy wystarczająco się postarał. — Bo jak siedziałeś na ławce, to nie ma szans — sięgnęła do jego umięśnionego ramienia, które ostatnio kuła igłą i pchnęła go lekko na bok, żeby stracił równowagę, a sama przyśpieszyła na ostatniej prostej. Zrobili dwa kółka i może dla niego była to przebieżka przez park, tak Abby już oddychała ciężko, żałując, że te wszystkie razy, kiedy obiecała sobie, że będzie z rana biega, finalnie postanawia zostać w łóżku i po prostu przespać. Teraz czuła tego skutki.
— Dobra, co jeszcze? Ręce? Nadgarstki? — spytała, kiedy już do niej dołączył, a ich spojrzenia się skrzyżowały. W końcu trzeba się było odpowiednio rozgrzać. Zapewne żadne z nich nie chciało kontuzji, a tym bardziej on. — Nadgarstki są turbo ważne, nie? — pokręciła dłońmi na lewo i prawo, a potem jeszcze zrobiła kilka wymachów całymi rękami na strony, w przód i w tył. — A palce? Też są ważne? — dopytała, już chyba bardziej dla samej zaczepki niż faktycznie sprawdzając jego wiedzę, chociaż… — W mojej pracy są niezwykle ważne.
Joel Delaney
-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Czy próbujesz mi zasugerować, że dzisiaj nie musisz się martwić o to, by zachowywać profesjonalizm? - ładnie to ubrał w słowa, choć chyba podświadomie i tak chodziło mu o to spoufalanie się z pacjentami, o którym ostatnio rozmawiali.
Jakoś trochę automatycznie również rozejrzał się po sali, małpując po Abby. Domyślał się, że studia lekarskie były bardzo absorbujące, choć nie miał bladego pojęcia, jak w rzeczywistości wyglądało to od podszewki. Cóż, on nigdy nawet się nie łudził, że będzie robił jakieś mądre rzeczy. Był stworzony do biegania za piłką i poddał się swojemu przeznaczeniu, czego oczywiście nie żałował.
- Oczywiście, że łatwiej gra się u siebie - odpowiedział, jakby było to niemalże oczywiste. - Masz chociażby swoich kibiców, którzy nie wyzywają cię od kurew. No i jeszcze warunki. Gramy w całych Stanach, więc są różnice czasu, temperatury, wysokości nad poziomem morza. Najgorzej jest chyba w Denver, pobiegasz chwilę i masz ochotę wyrzygać płuca - wyjaśnił w dużym skrócie. Nie był pewien, czy takie smaczki były dla niej w ogóle interesujące, ale do póki pytała, to odpowiadał.
Truchtając obok Abby, zerkał nań z ukosa i czekał na reakcję w odpowiedzi na słowa o wygranym meczu. Zaraz jednak zrobił smutną minkę.
- No wiesz? Myślałem, że będziesz oglądać… - powiedział, ale ta pchnęła go w ramię i chwilowo wytrąciła z równowagi. Obrócił się i zaraz ją dogonił, znowu dostosowując swoje tempo do tempa Abby. - Jak byś oglądała, to byś wiedziała, że szło mi bardzo dobrze, co akurat nie jest żadnym zaskoczeniem - dodał, nie mogąc sobie odpuścić. No przecież na darmo nie mówił jej o tym meczu. Myślał, może nawet trochę liczył, że chociaż sprawdzi wynik. On na pewno by to zrobił, gdyby wiedział, że na szali wisi nagroda w postaci buziaka.
Dwa okrążenia nie zdołały nawet sprawić, że Joelowi przyspieszył oddech. Co jak co, ale kondycję miał zajebistą.
- Ciężko dyszysz moja droga. Chyba nie biegasz zbyt dużo po oddziale, huh? - rzucił zaczepnie, bo nie dało się tego nie zauważyć. - Palce, nadgarstki, kostki, kolana. Wszystko jest ważne, ale nie martw się. Będę delikatny i nie zrobię ci krzywdy - dodał z zadziornym uśmieszkiem na ustach. Ta jej rozgrzewka nie wyglądała zbyt wartościowo, ale na ich dzisiejsze granie powinna wystarczyć. Rozejrzał się w poszukiwaniu piłki, którą wypuścił z dłoni, gdy zaczęli biegać. Zlokalizował ją i pobiegł po nią, już z dystansu rzucając do Abby. Nie za mocno oczywiście, żeby nie uszkodzić jej tych drogocennych palców.
- A ty potrafisz w ogóle kozłować? - zapytał, podchodząc bliżej i uśmiechając się kącikiem ust. - Bo wiesz, to nie wystarczy odbijać piłką o podłogę. Trzeba być nisko na nogach i kontrolować wszystko, co dzieje się dookoła - zszedł niżej, by zaprezentować. - No i najważniejsze. Nie można patrzeć na piłkę. Żeby było ci łatwiej, możesz patrzeć mi w oczy - puścił jej oczko.
Abby Wallace
-
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
No i w ich przypadku trzeba było też trochę pobiegać. Wymagała tego sytuacja i sceneria, w jakiej się znaleźli. Niby mogli od razu zabrać się za rzucanie i naukę tych za trzy, ale jako że Abby nie miała na co dzień ogromu ruchu, musiała się nieco porozciągać, żeby po pierwsze mu się tutaj nie złamać, a po drugie, żeby zaprezentować chociaż minimalny poziom. Czego nie można było powiedzieć o tym, jak wiele zawodu mu sprawiła na starcie tym, że nie obejrzała jego meczu.
— Może miałam swoje powody? — spytała w odpowiedzi, przelotnie zaglądając mu w oczy. Przelotnie, bo co chwile musiała patrzeć pod nogi, żeby się kolokwialnie mówiąc nie wyjebać. — Może po prostu chciałam zobaczyć cię w akcji na żywo? Albo tak naprawdę go oglądałam ale chciałam, żebyś mi o tym sam opowiedział? — w końcu umysł kobiety był niezrozumiały i pełen sprzeczności. To, że pytała go o wynik wcale nie znaczyło, że go nie sprawdziła. Tego jednak Joel nigdy się nie dowie, a już na pewno nie w tamtej chwili. Potrzebowała mieć przed nim jakieś tajemnice. Nie była dziewczyną, która od razu się ze wszystkim otwierała. Lubiła drobne niedomówienia.
Kiedy bezczelnie wytknął jej brak kondycji, spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami i chociaż przez jej twarz przejawiał się uśmiech, tak wykonała krok do przodu, jakby chciała mu za to sprzedać solidne uderzenie prosto w brzuch. Oczywiście tego nie zrobiła. Jeszcze.
— Po oddziale akurat biegam zajebiście dużo — wbiła spojrzenie w jego ciemne oczy i podeszła kolejny krok do przodu. — A co, przeszkadza ci moje dyszenie? — zbyt bezpośrednie pytanie? Zbyt dwuznaczne? Może. Ale przecież cała ich dotychczasowa znajomość opierała się na dwuznaczności. Na starannie ułożonych zdaniach, które odpowiednio zaczepiały, ale nie przekazywały nic wprost. Zupełnie jak jego obietnice o byciu delikatnym, na które tylko wywróciła oczami.
Obserwowała go uważnie, kiedy pobiegł po piłkę, a zaraz potem wystawiła ręce do przodu, by ją złapać. Wyszło. Chociaż tyle, a kiedy spytał, czy w ogóle umiała kozłować, spojrzała na niego z politowaniem.
— A ty myślisz, że masz do czynienia z jakimś amatorem, Delaney? — prychnęła, przerzucając piłkę pomiędzy rękami. Może i Abby miała średniej jakości kondycję na długich dystansach w porównaniu do zawodowego koszykarza, może nie wyglądała na kogoś, kto umiał w ogóle grać w kosza, ale przecież coś tam grywała. To nie był jej pierwszy raz z piłką w ręce, dlatego zaraz ruszyła w jego stronę, faktycznie kozłując. I oczy miała skupione na nim. C a ł y c z a s. Akurat to umiała bezbłędnie (jak na amatora). — I co? — uśmiechnęła się bezczelnie, dumna z siebie, że jeszcze nie wszystko zapomniała. To zaś sprawiło, że nagle poczuła się na siłach… — A patrz to — i to był jej koniec. Moment, w którym wpadła na genialny pomysł, żeby przekozłować piłkę pod kolanem, wykonując krok w tym samym czasie, ale kostki mnie nienawidzą, więc okazało się, że chociaż początek miała dobry, piłka nagle uciekła jej z dłoni i poleciała na drugi koniec boiska. Wallace momentalnie zacisnęła usta w wąską linię, żeby się nie roześmiać i spróbowała spojrzeć na niego z powagą.
— Tak miało być — wystawiła w jego kierunku palec. — Twoje oczy mnie rozproszyły — tak naprawdę wcale nie (może troche?), ale chciała jakoś z tego wyjść z twarzą. Posłała mu ostatnie spojrzenie, a potem ruszyła truchtem po piłkę.
Joel Delaney