ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

You can drive all night
Looking for the answers in the pouring rain
You wanna find peace of mind
Looking for the answer


Dryfowała między stolikami i ludźmi opartymi o bar, odurzona muzyką, THC i alkoholem. Ciało zrobiło się ciężkie, ruchy wolniejsze. Przez chwilę czuła się tak, jakby opuściła własne ciało, a świat oglądała z trzeciej perspektywy. Uśmiechała się do ludzi. Niektórych rozpoznawała — nie pierwszy raz widziała ich w tym miejscu. Barman skinął jej głową na powitanie, ktoś przy sąsiednim stoliku uniósł szklankę. Nie była tutaj na chwilę, zjawiła się z konkretnym celem. Często tu przychodziła, zawsze wtedy, gdy myśli robiły się zbyt głośne i musiała czymś je zagłuszyć. Zapijanie smutków było wygodniejsze niż zmierzenie się z czymkolwiek, co obecnie ją dręczyło. Na niektóre sprawy nie miała żadnego wpływu i to przez nie piła najwięcej. Nie lubiła uczucia bezsilności. Miała wrażenie, że dawno temu straciła swoją sprawczość. Złe rzeczy po prostu działy się w jej życiu, a ona była zmuszona się z tym pogodzić. Zacisnąć zęby i żyć, dzień po dniu. To miejsce jednocześnie pomagało i szkodziło. Było miło dopóki barman dolewał alkoholu. Było źle gdy budziła się rano z bólem głowy.
Wyszła zapalić, zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie zapinała płaszcza, wystawiając ciało na mróz. Było jej duszno, potrzebowała ochłonąć. Dłonie miała zaczerwienione i odrętwiałe, gdy próbowała odpalić blanta. Przeklinała pod nosem, szukając zapasowej zapalniczki. Rozejrzała się za sklepem, który mógłby być czynny o tej godzinie i miał w ofercie chociaż zapałki. Wtedy ją dostrzegła.
Pani Wallace — bo chyba jeszcze nigdy nie zwróciła się do niej po imieniu — była osobą, która w jej życiu pojawiała się dość często. Zawsze oficjalnie, zawsze towarzyszyła jej podczas większych i mniejszych tragedii. Uśmiechnęła się mimowolnie, a ilość spożytego alkoholu dodała jej tylko odwagi. Nie miały chyba nigdy okazji porozmawiać poza szpitalnymi ścianami. Czuła się niekomfortowo z dysproporcją informacji, jakie posiadały na swój temat. Kobieta zdecydowanie wiedziała o niej więcej niż ona o niej, a to było bardzo niewygodne — wręcz niesprawiedliwe. Gdzieś w tej pijanej głowie pojawił się pomysł, że najwyższa pora to zmienić. Los sam dał jej okazję, głupio byłoby z niej nie skorzystać.
Pomachała jej nieśmiało, gdy ich spojrzenia się spotkały. Podeszła bliżej, wciąż trzymając w dłoni nieodpalonego blanta.
Hej — przywitała się. Nie była nawet pewna, czy wypadało wchodzić z nią w interakcję, ale chwilowo nie myślała o konsekwencjach. Zawsze doceniała to, jak łatwo można było z nią nawiązać kontakt. Rozmowa z nią nie była tak niezręczna i sztywna jak z innymi specjalistami, których miała okazję poznać. W dodatku była cholernie atrakcyjna — uderzało ją to za każdym razem, gdy się widziały. Teraz jeszcze bardziej. Spojrzała na bar, z którego przed chwilą wyszła. Przechodziła obok czy właśnie dotarła do celu? Otworzyła usta, by po chwili je zamknąć. Nie wiedziała, co powiedzieć. Powtórzyła tę czynność kilka razy, ale nic mądrego nie przychodziło jej do głowy. W końcu zaśmiała się nerwowo. — Chciałam się odezwać, żeby jakoś od słowa do słowa zaprosić cię na drinka, ale mnie zatkało — przyznała. Schowała blanta do paczki papierosów. Musiała wyglądać głupio, tak go trzymając. Chętnie by się podzieliła, gdyby tylko kobieta miała na to ochotę. Dopiero wtedy dotarło do niej, co właściwie powiedziała. Przetarła twarz dłonią, zmieszana sytuacją. — Przepraszam. Zapewne gdzieś idziesz, może jesteś z kimś umówiona, a ja cię tylko zatrzymuję.

Abby Wallace
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
27 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor


014.
I got more invested
than I should have




Przez lata pracy w szpitalu nauczyła się wielu rzeczy. Między innymi tego, że nie każde życie dało się uratować i czasem trzeba było odpuścić, oraz tego, że po ciężkiej zmianie piwo smakowało cztery razy lepiej. Inaczej. Wyjątkowo. Kiedy niskoprocentowy alkohol zalewał zmordowane ciało, człowiek od razu czuł się jakoś lepiej, miał w sobie więcej wigoru i naturalnie zapominał o troskach pozostawionych w miejscu pracy.
Abby jak zawsze po dwunastce bliżej weekendu wybrała się z Rickiem i Marthą do baru w centrum, żeby zapić jede z tych cięższych dni. Funkcjonowanie na rezydenturze nie było łatwe i chociaż po częsci przypominało praktyki na studiach, bo przecież każdy lekarz cię wykorzystywał do brudnej roboty, tak tutaj dodatkowo każdy zły ruch miał swoje konsekwencje. Praca nie polegała już na rozmowach z pacjentami i ich rodzinami, na obserwowaniu poczynań tych bardziej doświadczonych, a samodzielnej pracy, własnymi rękami. I czasami te własne ręce po prostu nie wystarczały, żeby komuś pomóc.
Całe szczęście lata praktyki sprawiły, że nauczyła się już po części radzić sobie z tymi emocjami. Umiała odciąć się od nadmiernego stresu i po prostu pójść na piwo ze znajomymi i autentycznie dobrze się bawić. Nie miała pojęcia ile dokładnie barów obskoczyli, ale za to wiedziała, że piwo, które właśnie wyzerowała było trzecim z kolei. Głowa lekko jej szumiała, jednak nie do tego stopnia, by było po niej widać na pierwszy rzut oka. Nogi jedynie miała jakieś lżejsze.
I te same nogi zaprowadziły ją na East End, gdzie mieli skoczyć do baru karaoke, posłuchać w końcu jak wszystkie przechwałki Ricka o tym, jak to świetnie nie śpiewa Celine Dion, sprawdzają się w praktyce. Nim jednak weszli do klubu, Abby zauważyła po drugiej stronie ilicy znajomą sylwetkę. Może i z Cassandrą Layton nie miała na co dzień praktycznie żadnego kontaktu, tak kiedy tylko ją zobaczyła, poczuła nagłą potrzebę, by podejść i sprawdzić, czy wszystko było w porządku. Wiedziała, że nie powinna angażować się w życie pacjentów oraz ich rodzin, a jednak z Layton było już za późno. Zaangażowała się już dawno temu.
Idźcie do środka beze mnie — rzuciła nagle, sprawiając, że Rick i Martha obejrzeli się na nią zaskoczeni. — Widzę znajomą, tylko zamienię z nią kilka zdań — wskazała dłonią na drobną dziewczynę po drugiej stronie ulicy. — Zaraz do was wracam — zapewniła, a nim znajomi zdążyli zgłosić jakikolwiek sprzeciw, Wallace już przebiegła przez drogę i skierowała się w stronę baru, łapiąc kontakt wzrokowy z Cassandrą.
Cześć — odpowiedziała grzecznie na jej przywitanie, malując na twarzy ciepły uśmiech. Taki, którym raczyła również swoich pacjentów, więc Layton mogła już go dobrze znać, jednak w tym samym czasie było w nim o wiele więcej beztroski, biorąc pod uwagę, że trochę procentów pływało w jej żyłach.
W tych Cassandry chyba również.
Wystarczyły jej dwa dokładniejsze spojrzenia na jej twarz i sposób, w jaki stała, by stwierdzić, że dziewczyna również nie szczędziła sobie alkoholu tego wieczoru. Jej ciało bujało się lekko na boki, a oczy miała przymrużone bardziej niż zawsze. Już miała się jej spytać, czy wszystko dobrze, ale Cas ją ubiegła.
Na drinka? — powtórzyła praktycznie z automatu i szczerego zdziwienia, przyglądając się jej uważnie. To nawet nie tak, że nie chciała z nią usiąść w środku i porozmawiać, ale ta propozycja na pierwszy rzut oka wydawała się po prostu… niecodzienna. Nie powinny? Pewnie nie powinny, ale przecież Abby rzadko kiedy robiła coś, co powinna. Szczególnie, kiedy ciekawość była silniejsza od zasad. Szczególnie, kiedy Cassandra za moment zaczęła się nerwowo mieszać.
No coś ty — przerwała jej, momentalnie i kompletnie nieświadomie naruszając jej przestrzeń osobistą, poprzez muśnięcie jej ramienia własną dłonią. — Nie szłam w żadne szczególne miejsce — uśmiechnęła się ciepło. — Chętnie z tobą na chwilę usiądę — wyjaśniła i skinęła głową na Biednego Romeo. Skierowała się w stronę drzwi wejściowych, otwierają je przed Layton. W ułamku sekundy uderzył ją gorąc i brak powietrza, charakterystyczny dla tego typu miejsc.
Tam będzie okej? — spytała, wskazując stolik przy oknie, na samym końcu pomieszczenia. — Zajmiesz nam? Ja kupię drinki — oznajmiła spokojnie, a kiedy dziewczyna ruszyła w wyznaczone miejsce, Wallace odwróciła się na pięcie i skierowała do baru. Drinki oczywiście wzięła bezalkoholowe. Jeszcze nie była w stanie ocenić jak bardzo upojona była Cassie, jednak nie miała zamiaru ryzykować. Zapłaciła kartą i skierowała się do miejsca, przy którym siedziała już Layton.
Jesteś tu sama? — spytała zaraz po odstawieniu szkła na drewniany stolik, po czym zabrała się za ściąganie płaszcza. Rzuciła go gdzieś niezdarnie na oparcie i usiadła naprzeciwko dziewczyny, kompletnie ignorując fakt, że jej znajomi czekali na nią a barze karaoke.

Cassandra Layton
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Była pewna, że to będzie krótka wymiana zdań. Zwykła, formalna kurtuazja. Nie zamierzała jej zatrzymywać ani zagadywać na siłę. Pod wpływem alkoholu była śmielsza, ale nigdy nachalna. Nie byłoby jej nawet szczególnie przykro, gdyby odmówiła — może odrobinę, ale nie byłoby w tym nic osobistego. Jej pytanie samo w sobie było trochę nie na miejscu, niewłaściwe, biorąc pod uwagę naturę ich relacji. Więc odmowa Abby byłaby wręcz profesjonalna. Z drugiej strony… była tu prywatnie, prawda? Nie miała na sobie fartucha, a to nie była szpitalna kafeteria. Człowiek nie żył samą pracą i czasami mógł pozwolić sobie na coś spontanicznego.
Już miała się odwrócić i życzyć jej miłej nocy, ale wtedy Abby zrobiła coś nieoczekiwanego. Zgodziła się. Cassie była tak pewna odmowy, że chwilę zajęło jej zrozumienie, co właściwie się właśnie stało. Wybiło ją to z rytmu, wprawiając w jeszcze większe zakłopotanie. Wyglądała coraz głupiej, patrząc tak na nią — wyraźnie niezdolna, by się odezwać. Przez chwilę mogło się zdawać, że się próbuje wycofać, ale nic z tych rzeczy. Była bardzo pozytywnie zaskoczona, a to rzadko się zdarzało.
Dobrze znała jej uśmiech. Najczęściej właśnie jego szukała wśród obcych twarzy, które mijała w szpitalnych korytarzach. Teraz dostrzegła w nim delikatną zmianę, coś innego, co sprawiło, że sama trochę bardziej się rozluźniła. To był przecież jej pomysł, ale w ogóle go nie przemyślała. Normalnie tak się nie motała. Kontakty z przypadkowo spotkanymi ludźmi nie sprawiały jej większego problemu. Z obcymi rozmawiało się łatwiej — jeśli powiedziało się coś głupiego, ich drogi i tak zwykle rozchodziły się jeszcze tego samego dnia. Bez konsekwencji mogła paplać wszystko, co ślina przyniosła jej na język, a gdyby przesadziła, po prostu się ulotnić. Teraz nie mogła sobie na to pozwolić, bo następna wizyta w szpitalu będzie jeszcze bardziej nieprzyjemna.
Wodziła wzrokiem za dłonią Abby, która na moment spoczęła na jej ramieniu. Nie sposób było nie odpowiedzieć szerokim uśmiechem i grzecznie podążyć za nią w stronę baru. Zajęła wskazane przez nią miejsce, zdjęła płaszcz i położyła go na oparciu krzesła, obok torebki. Gdy tylko Abby odwróciła się plecami, Cassie szybko sięgnęła po telefon. Przejrzała się w przedniej kamerze. Poprawiła włosy, które napuszyły się od tej ciągłej zmiany temperatury między mroźnym powietrzem a ciepłem lokalu. Różowym, brokatowym błyszczykiem przejechała po wargach, przypudrowała czoło, które zaczęło się już lekko świecić. Zanim Abby wróciła, wszystko zdążyło wrócić na swoje miejsce, a ona siedziała grzecznie przy stoliku, jakby przez cały ten czas nic się nie wydarzyło. Podziękowała za drinka. Wypiła więcej od niej, ale nie na tyle, by nie zorientować się, że w szklance nie było ani kropli alkoholu. Może to i dobrze. Zwłaszcza że jednak zamierzała z nią porozmawiać — w końcu po to ją zaprosiła.
Już nie — odpowiedziała na jej pytanie. Obracała kieliszkiem w dłoni, stukając długimi paznokciami o szkło. — A ty? Nie wyglądasz mi na osobę, która piłaby sama w barze.
Założyła nogę na nogę i opadła wygodniej na oparcie krzesła, w pełni się rozluźniając. Abby chyba jeszcze nie miała okazji zobaczyć jej tak uśmiechniętej, tak pogodnej. Owszem, znalazła się tutaj, by uciec przed zmartwieniami, ale widocznie wybrana metoda przynosiła zamierzone skutki. Dźwięk nakładających się na siebie rozmów, dudniący bas i grzechot mieszanych drinków działały na nią kojąco. Im głośniejsze było otoczenie, tym cichsze stawały się jej myśli. Łatwiej było skupić się na powtarzających się dźwiękach niż pozbyć się natręctw, które powoli mianowały ją stałym klientem. Lubiła rozmawiać z ludźmi. Poznawać ich historie. Słuchać o ich problemach. Czasami poprawiało jej to humor, kiedy uświadamiała sobie, że jej przypadek nie był jeszcze aż tak beznadziejny. Bywały jednak chwile, gdy zaczynała się obawiać, że w końcu podzieli los tutejszych lokalsów.
Podniosła wzrok na telewizor, na którym leciały powtórki ze sportu. Mimowolnie się zagapiła, wytężając słuch, żeby wyłapać choć fragment komentarza. Starała się być na bieżąco, nawet jeśli to nie była już część jej życia.
Zgaduję, że albo jesteś po pracy, albo miałaś wolne i jutro raczej nie musisz wstawać wcześnie rano. Dobrze myślę? — zapytała. Nie była pewna, czy Abby pamiętała, gdzie Cassie pracowała, ale na pewno kiedyś o tym wspominała. O tej godzinie zazwyczaj zaczynała swoją zmianę w kasynie. Kiedy jeszcze trenowała, całe dnie spędzała na lodowisku, a środek nocy był właściwie jedynym momentem, w którym miała czas tylko dla siebie. A kiedy zrezygnowała ze sportu, zostało jej to w nawyku — zaczynanie dnia gdzieś po piętnastej. Miała jeszcze sporo energii. Wiedziała, że nie zaśnie, dopóki jej jakoś nie spożytkuje. Ciężko było usiedzieć na krześle, wierciła się, bawiła kieliszkiem.
Często pijesz drinka z pacjentami? — zaśmiała się ciepło, a jej pytanie było tylko niewinnym żartem. Na moment zawiesiła na niej wzrok, jakby próbowała zapamiętać każdy detal. Wolała ją w tym wydaniu. A gdy gdzieś w chaosie myśli znów na nią natrafi, wolała widzieć ją siedzącą naprzeciwko w barze. Nie panią Wallace w szpitalnym fartuchu.

Abby Wallace
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Poor Romeo”