-
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjiprzeszłyczas narracjitrzecioosobowapostaćautor
Niecodzienna zmiana? Być może.
O p t y m a l n a? Jak najbardziej.
Milczał więc — zarówno w pierwszym, jak i drugim oraz trzecim odruchu. Dopiero potem, przypatrując się Santorini, zaczął m y ś l e ć. Czy powinien odpowiedzieć, czy nie. Co wypada, a co nie; co panna Elena chciałaby usłyszeć, a czego nie. Bez względu na to, jak skutecznie dotychczas wycofywał się z takich sytuacji, teraz m y ś l a ł: o konwenansach, praktykach społecznych, szczególnie tych niefunkcjonalnych.
Co sam, prawdę mówiąc, nie do końca rozumiał.
Mimowolnie odwrócił się, widząc podchodzącą kelnerkę, po czym podziękował krótkim skinieniem głowy. Ostatecznie uznał odpowiedź za niefunkcjonalną, niepotrzebną wręcz, upił więc łyk wody, aby przepłukać usta, zanim zacznie jeść. Jedzenie pachniało zachęcająco. Przewidywalnie.
Milczał trochę dłużej, niż powinien.
Trwało to dokładnie trzy sekundy.
Dokładnie tak dużo czasu — j e d e n, dwa, t r z y — potrzebował, aby sklasyfikować usłyszane pytanie. Racjonalne. Uprzejme. Nieinwazyjne. Dotyczące faktów z przeszłości, faktów, o których mógł sobie przypomnieć, które r o z u m i a ł. Nie emocji. Historii.
Chwycił więc widelec, wcześniej obracając talerz o pół centymetra, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara.
— Nie. Ojciec był policjantem, a matka dość często zmieniała pracę — odezwał się może niezbyt głośno, ale tonem pewnym, mocnym, s z c z e r y m, dopiero teraz podnosząc wzrok. Poruszył się niespokojnie, widząc wyczekujące spojrzenie, mimowolnie przesuwając palcami prawej dłoni wzdłuż białego, ceramicznego brzegu talerza.
Chcąc dobrać optymalne słowa, Theodore podniósł nóż, po czym ukroił kawałek mięsa.
— Pracowała w administracji, sprzedaży, potem, przez pewien czas, w banku. Nic związanego z prawem kryminalnym, ale zajmowała się nami... mną — poprawił się niemal natychmiast. Bezwiednie napiął mięśnie, zaciskając palce trochę mocniej na widelcu.
— Teraz moja kolej — powiedział, tym razem trochę za szybko, bez tak charakterystycznego, kilkusekundowego opóźnienia. Pochylił głowę, jakby szukał w talerzu odpowiedniego sformułowania. Wszystkie dźwięki nagle stały się za głośne: uderzanie sztućców o talerze, śmiech, skrzypnięcie potrącanego właśnie krzesła.
Odetchnął głębiej, powoli, zanim podniósł wzrok.
— Dlaczego balet, panno Eleno? Był wyborem czy konsekwencją?
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Sposób, w jaki zachowywał się w stosunku do niej czy innych ludzi był zdecydowanie niecodzienny dla Santorini, tak nawykłej do kontaktów towarzyskich i obracania się wśród innych osób, które to zwyczajnie lubiły. Mieszanka skrajnej bezpośredniości i dłuższych chwil ciszy zalegającej w rozmowie stanowiła kontrast, który ją przyciągał. Interesowało ją to, kim był, w jaki sposób rozumował i co stało za jego wyborami.
Przede wszystkim interesowało ją dlaczego to o n a go zaciekawiła.
Na pierwszy rzut oka różnili się od siebie jak ogień i lód. Santorini uwielbiała poruszać się na tafli powierzchowności, widziała w konwersacjach z drugim człowiekiem swojego rodzaju pole walki, po którym zawsze poruszała się płynnie. Pławiła się w blasku fleszy, zarówno tych dosłownych, jak sceniczne światła, jak i będących metaforą bycia w centrum uwagi. Lubiła ekstrawaganckie przyjęcia, drogie buty, kieliszki szampana w dłoni i puste komplementy osób, na których zdaniu jej nie zależało - których miała nie widzieć nigdy więcej. Stanowiło to dla niej rozrywkę, rolę, w którą wchodziła, byle tylko uciec od osoby czekającej na nią w pustych, czterech ścianach zapyziałego mieszkania w Parkdale, w którym dalej mieszkała.
W którym utknęła.
I choć w głębi duszy wszystko miało swoje wytłumaczenie, a Elena nie była osobą tak próżną i tak zakochaną w drogich przyjęciach, na jaką wyglądała, wiedziała, że pierwsze wrażenie miało większe znaczenie niż prawda schowana w środku. I patrząc przez pryzmat tego właśnie pierwszego wrażenia, nie miała pojęcia, dlaczego osoba taka jak Theodore chciała w ogóle spędzać z nią czas.
- Stróż prawa. To godne podziwu - skłamała płynnie, mówiąc to, co p o w i n n o się mówić. Wiedziała, że odznaka nie czyniła mężczyzny prawym, a równie często bywała splamiona, co niezasłużona. W Mediolanie znała twarze tych, których ciągnęło do przepychu jej ojca tak, jak ćmę ciągnie do blasku ognia. Mundur nie przeszkadzał im w wyciąganiu ręki po więcej. - Nami. Ma pan rodzeństwo? - dodała, chłonąc ten mały skrawek informacji z takim zaangażowaniem, że zapomniała o napoczętym przez siebie obiedzie. Drgnęła, świadoma przekroczenia przez siebie granic, złamania reguł gry, którą sama zaproponowała i uniosła rękę w jego kierunku, zatrzymując go nim to wytknął. - Przepraszam, zachowam to sobie na następną kolejkę.
Cień rozbawienia przemknął przez jej twarz gdy wróciła do jedzenia, słuchając pytania, które tym razem było skierowane w jej kierunku. Diabelska iskierka zamigotała w jej spojrzeniu gdy sięgnęła po szklankę wody, posyłając mężczyźnie uśmiech znad jej krawędzi.
- Wbrew pozorom to skomplikowane pytanie, podczas gdy pana oszczędna odpowiedź nakazywałaby mi udzielenie takiej samej - odparła niewinnie, choć mógłby dostrzec w niej odrobinę zadziorności. - Mogę odpowiedzieć wyczerpująco, jeśli wyjaśni pan liczbę mnogą w swojej odpowiedzi - dodała, jak gdyby nigdy nic, choć jej widelec wodził po ułożonym na talerzu jedzeniu, sprawdzając, czy w mężczyźnie tkwiła choć odrobina elastyczności.
Theodore S. Beaulieu