Lina nawet się nie zorientowała, kiedy wymiana kilku zdań przemieniła się w pełnoprawną rozmowę, której prowadzenie przychodziło jej z łatwością. To nie tak, że była totalnym mrukiem, bo chociażby ze względu na pracę, wyrobiła w sobie rutynę wchodzenia w pogawędki z klientami, ale zazwyczaj mówiła tyle, ile było konieczne, głównie słuchała, bo na tym to polegało. Ludzie, którzy tu przychodzili, zazwyczaj potrzebowali się wygadać. Część z nich liczyła na radę, większość zadowalała się utartymi frazesami, którymi częstowała ich Sinclair. Ale ta rozmowa naprawdę sprawiała jej przyjemność.
–
Może. A może nie. Miewam czasem niską tolerancję na głupotę. Mogliby mnie wyrzucić za nieodpowiednie komentarze w stronę pacjentów – odpowiedziała, w naturalny sposób nawiązując do rozmowy z tamtego dnia, kiedy Horacy wspominał o przypadkach ludzi, którzy trafiali na oddział z powodu własnej głupoty. Jej uwaga była może odrobinę wyolbrzymiona, ale wcale nie przesadzona za bardzo, bo bywały chwile, kiedy nie potrafiła ugryźć się w język, co kilka razy w życiu już sprowadziło na nią kłopoty. –
Głupotę, nie brawurę – dodała po chwili zastanowienia, tak jakby chciała zawczasu wybić mu ewentualny argument, dotyczący jej własnej wizyty tam. Wciąż nie uważała, żeby zachowała się całkiem głupio – nieprzemyślanie, pochopnie, to tak. Źle oceniła sytuację, bo skończyło się dla niej tak, a nie inaczej. To też była jakaś lekcja.
–
Horacy – powtórzyła po nim odruchowo i wyraz skupienia na jej twarzy niemal namacalnie świadczył o tym, że szuka czegoś w swojej pamięci. Musiała wrócić wspomnieniami do spotkań na deskach szkolnego teatru, gdzie ich nauczyciel opowiadał im o postaciach, które w znaczący sposób przyczyniły się do tego, jak ten teatr wyglądał. –
Jak starożytny poeta rzymski, który szukał równowagi między rozsądkiem a chaosem – wyjaśniła, co w jakiś sposób kojarzyło jej się z jego pracą. Z procedurami, które może właśnie miały był takim złotym środkiem w całym tym chaosie, który trwał na oddziale ratunkowym.
Spojrzenie Liny osunęło się z Horacego na pustą szklankę i w jej głowie zakiełkował pomysł. Nie wyglądał, jakby się dokądś wybierał, a i ona pomyślała, że właściwie to chętnie by go jeszcze na chwilę zatrzymała tu przy barze.
–
Może lubię się wyróżniać? – zasugerowała z nieco łobuzerskim uśmiechem. Nie do końca była to prawda. Już nie. Kiedyś nie miałaby nic przeciwko, ale od wielu lat bardzo dbała o to, żeby właśnie wtapiać się w tłum, żeby nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. –
Poza tym, to nie do końca tak. Odradzam tylko kolejnego drinka z alkoholem. Ale zamiast tego przygotuję ci coś innego. – Odstawiła pustą szklankę i sięgnęła po nową, czystą. Odwróciła się do półki z butelkami. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby się wahała, ale tylko coś układała w głowie. Jej ruchy przy barze były pewne. Sięgnęła nie po whisky, tylko po małą karafkę z ciemnym płynem. Potem po butelkę bezalkoholowego destylatu, który stał trochę z boku – nie w pierwszym rzędzie, bo rzadko ktoś o niego pytał. Wrzuciła kilka kostek lodu do niskiej szklanki. Lód uderzył o szkło. Do szklanki wlała odmierzoną porcję destylatu, potem odrobinę ciemnej, schłodzonej herbaty lapsang souchong. Charakterystyczny zapach uniósł się delikatnie nad barem – dymny, prawie jak palone drewno. Dodała kroplę syropu z palonej pomarańczy, następnie dwie bittersów.
Zamieszała wszystko powoli długą łyżką, jakby dawała smakom chwilę, żeby się połączyły. Całość udekorowała połówką plasterka pomarańczy, zaczepioną o brzeg szklanki. Obróciła się i przesunęła gotowego drinka w stronę Horacego.
–
To mój autorski drink. Chyba nazwę go nocna zmiana – stwierdziła, w oczywisty sposób nawiązując do jego trybu pracy, ale swojej trochę też. –
Spróbuj – zachęciła i wydawała się całkiem pewna tego, że mu posmakuje.
Horacy Bell