Syd słuchała go w całkowitym skupieniu, choć z każdą kolejną sekundą miała wrażenie, że jej serce tłucze się o żebra tak głośno, że zaraz zagłuszy wszystko dookoła. Nie spodziewała się tego. Jeszcze chwilę temu była niemal przekonana, że zaraz dostanie kolejne ostre upomnienie albo po prostu usłyszy, że się do tego nie nadaje. A tymczasem… proponował jej pomoc. Szkolenia. Konsultacje. Jakieś okienka, w których mogłaby pytać. To było tak dalekie od tego, czego się po nim spodziewała, że przez moment po prostu patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, próbując zrozumieć, czy dobrze go usłyszała. Przełknęła ponownie ślinę i kiwnęła głową trochę zbyt szybko, jakby bała się, że jeśli nie zareaguje od razu, to cokolwiek co sie teraz dzialo zniknie i okaże się tylko jakimś dziwnym wytworem jej przemęczonego od informacji mózgu.
- Dobrze, panie Scuro - wydusiła z siebie, czując, jak zaskoczenie miesza się z ulgą.
- Dziękuję. Naprawdę. Nie chciałabym zawracać dyrektorowi głowy bez potrzeby, ale… jeśli naprawdę dostałabym możliwość lepszego zrozumienia tego procesu, to bardzo dużo by to dla mnie znaczyło. - Zawahała się tylko na moment, zaciskając palce mocniej na długopisie.
- Jestem dobra w danych. W kodowaniu też. Potrafię znaleźć błędy, jeśli wiem, czego szukam. Po prostu… nie chcę być osobą, która patrzy tylko w cyfry i nie rozumie, co one właściwie znaczą dla całego procesu. Jeśli mam to robić, to chciałabym robić to porządnie.- Poczuła, że mówi może odrobinę za dużo, ale było już za późno, żeby się z tego wycofać.
Serce nadal waliło jej jak szalone, ale tym razem nie tylko ze strachu. Coś w środku jej serca poczuło się po prostu… zauważone. Kiedy usłyszała, że wykonała dobrą robotę, przez sekundę była pewna, że musiała się przesłyszeć. Ciepło rozlało się po jej karku i uszach tak szybko, że miała ochotę schować twarz za ekranem laptopa.
- Dz-dz-dzziękuję- mruknęła ciszej, niż zamierzała, spuszczając wzrok na ekran, żeby nie było po niej aż tak bardzo widać, jak bardzo to jedno, krótkie zdanie w nią uderzyło. Poza tym, nie chciała, żeby widział jak się rumieni. A potem oczywiście musiała palnąć pytanie o
puszkę. O
puszkę. Naprawdę. Gdy tylko dotarło do niej, jak głupio to zabrzmiało, miała ochotę zapaść się pod ziemię. Zacisnęła usta, słuchając odpowiedzi, i tylko kiwnęła głową, usiłując zachować resztki profesjonalizmu.
Kontener. Jasne. Oczywiście, że kontener. Brawo, Syd.
Przynajmniej jednak zapamięta to już chyba do końca życia, a gdy wspomniał o rekordach z ostatnich dwóch tygodni i Michaelu opóźniającym proces dokumentacyjny, momentalnie wróciła do trybu zadaniowego. To już rozumiała. To mogła zrobić.Coś znacznie prostszego niż rozszyfrowywanie jego tonu, spojrzeń i wszystkich tych napięć, które pojawiały się między nimi niemal bez ostrzeżenia. Kiwnęła głową jeszcze raz, tym razem wolniej i pewniej.
- Rozumiem. Przygotuję to. I znajdę to, czego dyrektor potrzebuje.
A kiedy padło to ostatnie ostrzeżenie, poczuła, jak znów prostują jej się plecy. Strach wrócił natychmiast, ale tym razem miał w sobie coś mobilizującego.
- Rozumiemy się, dyrektorze- odpowiedziała od razu, może odrobinę zbyt szybko, ale szczerze.
''Do jutra, Ashford.''
To krótkie pożegnanie odbiło się jej w głowie jeszcze długo po tym, jak została sama. Syd siedziała nad tym wszystkim tak długo, że z czasem przestała już zwracać uwagę na godzinę. Najpierw analizowała rekord po rekordzie, porównując wpisy, wychwytując rozjazdy, zapisując sobie, które etapy procesu nie mialy zadnego sensu. Potem zaczęła wracać do wcześniejszych notatek, do nazw pól, do statusów, do tych wszystkich drobnych rzeczy, które dla kogoś z boku wyglądałyby jak niezrozumiały bełkot, a dla niej powoli zaczynały składać się w coś konkretnego. Zaczęła nawet widzieć schemat. Michael faktycznie zostawiał po sobie niebywały bałagan, jednak nie taki, który walił po oczach od razu. Była tak skupiona, że nawet nie zauważyła momentu, w którym oparła policzek o własne ramię. Potem czoło o dłoń. Potem tylko na chwilę przymknęła oczy...
Obudziła się dopiero, kiedy w biurze zapaliły się światła. Podskoczyła gwałtownie na krześle, z sercem w gardle, z zaspanym oddechem i kompletnie zdrętwiałym karkiem. Przez krótką chwilę nie wiedziała nawet, gdzie jest. Ekran laptopa świecił jej prosto w twarz, notatki walały się po biurku, a ona sama czuła się tak, jakby przejechał po niej walec.
- O, nie - wychrypiała do siebie, zrywając się na równe nogi. Pierwsze, co poczuła, to pełny pęcherz. Drugie... głód tak silny, że aż zakręciło jej się lekko w głowie. Trzecie... panikę. Szybko złapała telefon, zerknęła na godzinę i niemal pobiegła do łazienki, modląc się w duchu, żeby nikogo jeszcze nie spotkać po drodze. Kiedy już dopadła kabiny i mogła w końcu odetchnąć, oparła czoło o chłodną ściankę i jęknęła cicho pod nosem. Spała w biurze. Naprawdę zasnęła w biurze. Jak bezdomny goblin, wiezien excela, tokijski pracownik po rozwodzie. Po wyjściu do umywalki spojrzała na siebie w lustrze i aż skrzywiła się nieznacznie. Miała na sobie te same ubrania co wczoraj. Włosy trochę odgniecione, twarz bladą, pod oczami delikatne cienie, które nawet zimna woda nie była w stanie ukryć. Przeczesała palcami grzywkę, poprawiła kołnierz, wygładziła materiał na ramionach i zmrużyła oczy wzdychajac.
Oby nie zauważył, że jestem w tych samych ciuchach. O Boże. A potem, oczywiście, zamiast zrobić coś rozsądnego, jak choćby kupić kawę albo jakiekolwiek jedzenie, pobiegła prosto pod jego biuro. Bo przecież powiedział do jutra.
Laptop położyła na jego biurku z przesadną ostrożnością. Zerkała co chwilę na zegarek. Było jeszcze wcześnie. Biuro dopiero budziło się do życia, a ona czuła, że zaraz tam zejdzie. Dlatego usiadła na krześle, oparła dłonie o krawędź biurka. Tylko na moment. Musiała usiąść, żeby odciążyć nogi
(nie wspominając już o tym, że do podeszwy jednego buta przykleił jej się długi pasek papieru). Tylko żeby dać pleckom sekundę. Potem położyła głowę na przedramionach.
Tylko na chwilkę, powiedziała sobie w myślach.
Na jedną ulotną chwileczkę.
dyrcio