give me a sign
Drugi tydzień pracy w ogromnej korporacji. Dla Syd znaczyło to nic innego jak ucieczkę z miasteczka, które powoli ją dusiło, odbierając jej jakąkolwiek możliwość rozwoju... poza ślepym podążaniem za słowem ojca w kwestii religii, w którą sama nie wierzyła. Syd wierzyła w empatię, sympatię i bycie dobrym człowiekiem. Nie potrzebowała do tego żadnych zasad mówiących jej, czy może napić się piwa, czy powinna sięgać wyłącznie po konkretny rodzaj sody. Nie chciała siedzieć w domu i być przykładną żoną dla przyszłego męża. Ba! Nie chciała mieć męża w ogóle. Sam fakt, że ojciec postawił jej warunek, że może się wyprowadzić tylko wtedy, jeśli poślubi wybranego przez niego kandydata, był dla niej absurdalny. Świetnie, co nie? Po prostu świetnie. Ale Ashford nie dała się zatrzymać. W mgnieniu oka spakowała całe swoje życie do jednej wielkiej walizki i wylądowała we własnym mieszkaniu w Parkdale... małej klitce, która na początek w zupełności jej wystarczała. Zwłaszcza że nowa posada i tak płaciła na tyle dobrze, że w teorii mogłaby pozwolić sobie na coś większego. Tylko że Syd naprawdę niewiele było do szczęścia potrzeba. Dopóki mogła żyć po swojemu, malować od czasu do czasu i kodując.
Wsuwając laptop do plecaka, zarzuciła go na ramię i ruszyła na tramwaj do centrum Toronto, do swojej nowej firmy. Poprzedni tydzień minął jej na onboardingu... poznawała strukturę organizacji, ludzi, procesy i to, czego właściwie będą od niej oczekiwać. Oficjalnie została przypisana do zespołu analizującego dane dla supply chainu. Miała wyłapywać anomalie w raportach, sprawdzać rozjazdy między danymi z systemów, analizować wyjątki wpływające na zapasy, dostawy i planowanie, a z czasem budować z tego sensowne insighty dla ludzi wyżej. W pomieszczeniach socjalnych ciągle słyszała jedno i to samo... żeby uważała na Dyrektora ds. dystrybucji i logistyki, Toto Scuro. Podobno lepiej nie zachodzić mu za skórę, bo konsekwencje potrafiły być nieprzyjemne. Syd specjalnie się tym nie przejmowała. Była niczym cień. Nic nieznaczące drzewo stojące z tyłu sceny, którego nikt nie zauważał, ale które nadal tworzyło tło, bo po prostu tam było. Tak chciała funkcjonować. Robić swoje, siedzieć z boku i nie wchodzić nikomu w paradę.
...jak to zwykle w życiu bywa, nie wszystko układało się tak, jak człowiek sobie życzył. Bo dosłownie chwilę po odpaleniu komputera zobaczyła maila z kilkunastoma osobami w threadzie i połową działu wrzuconą w CC. Dyrektor chciał spotkać się po kolei z osobami odpowiedzialnymi za poszczególne obszary supply chainu. Syd od dwóch dni siedziała nad zestawieniem wyjątków w danych - próbowała namierzyć, skąd biorą się rozbieżności między forecastem, poziomami zapasu i statusem dostaw w dashboardach. Poprzedniego wieczoru zaczęła przeglądać pliki w domu, bo część rekordów wyglądała tak, jakby coś nie spinało się między źródłami, ale nie miała jeszcze niczego gotowego. Nawet porządnego wniosku. - O nie… - wyszeptała do siebie, nagle prostując się na krześle. Chwilę później zorientowała się, że godzina spotkania, którą miała wpisaną w mailu, była… teraz. Dosłownie teraz.
Chwyciła laptop pod pachę i zerwała się z miejsca, niemal biegnąc w stronę jego biura. Mijała po drodze ludzi, rzucała szybkie „sorry” i „przepraszam”, ledwo łapiąc oddech. Kiedy w końcu stanęła przed drzwiami, zapukała trzy razy, trochę zbyt nerwowo. Zacisnęła palce na klamce i weszła do środka.- Syd Ashford. Chciał się pan ze mną widzieć- powiedziała szybko, prawie jakby miała się jeszcze zaraz ukłonić niczym w Bridgertonie. Zajęła miejsce na krześle przed biurkiem, kładąc laptop na kolanach. Wyprostowała się odruchowo, próbując wyglądać na dużo spokojniejszą, niż była w rzeczywistości, i czekała, co właściwie miało się za chwilę wydarzyć.
Dyrektor ds. dystrybucji i logistyki