ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001
Było zbyt zimno, żeby ślęczeć na zewnątrz. Dlatego ślęczała na zewnątrz. Nie mogła się skupić w czterech ścianach, potrzebowała odetchnąć nieświeżym powietrzem dużego miasta. Wyszła z domu i wsiadła w pierwszy autobus, jaki podjechał na jej ulicę. Usiadła na wolnym miejscu, założyła na uszy słuchawki i wbiła wzrok w przemykające za oknem widoki. W ogóle nie docierało do niej, na co patrzyła. Nawet nie wiedziała, w jakim tempie leciał czas. Je myśli krążył w każdym kierunku, poza tym właściwym. Nie zdziwiła się specjalnie, gdy z zamyślenia wyrwał ją kierowca, który przyszedł dać jej znać, że będzie zaraz zjeżdżał na zajezdnię i powinna wysiąść.
Nie planowała przyjeżdżać aż do Guildwood. Ale skoro już tu była, to musi skorzystać z okazji. Może tutaj uda jej się porządnie pooddychać? Albo zobaczyć coś ciekawego? Oby, bo inaczej ją popierdoli do reszty. Ruszyła na oślep przed siebie, nadal bez żadnego planu. Na pewno zrozumie, że dotarła do celu, gdy po prostu go zobaczy.
Zatrzymała się przy metalowej drabince prowadzącej na dach. To chyba był jakiś sklep z pasmanterią. Na pewno nie miała ochoty wchodzić do środka, więc może po prostu wdrapie się na górę? Tak, to brzmiało interesująco. Dotknęła zimnych szczebli. Nie były śliskie, nie powinna zrobić sobie krzywdy. A zresztą! To wcale nie było tak wysoko, co najwyżej dwa piętra. Może półtora? Z góry też trudno było jej to ocenić. Przeszła po płaskim dachu, szukając na nim czegoś, na czym mogłaby zawiesić oko. Metalowe kominy nie wyglądały interesująco. Walające się w kącie niedopałki i butelki były jeszcze gorsze. Westchnęła ciężko i już chciała schodzić, kiedy jej wzrok przykuł zakład pogrzebowy. Budynek stojący na przeciwko miał w sobie coś, czego nie była w stanie jeszcze zidentyfikować. Może to przez to, że patrzyła na niego z tej perspektywy? Trochę jak nieboszczyk w połowie drogi. A to był już calkiem niezły pomysł.
Bez strachu usiadła po turecku na brzegu dachu tak, by mieć dobry widok na wejście do zakładu. Wyjęła z plecaka szkicownik. Przerzuciła kilka rzeczy, by odkryć, że nie wzięła ze sobą ołówków. Wymamrotała kilka przekleństw, zanim dokopała się do długopisów. To jej musi wystarczyć.
Zaciągnęła się papierosem, przyglądając się niedokończonemu rysunkowi. Dodała widokowi nieco uroku, dorysowując postaci wnoszące do środka trumnę. Poszerzyła trochę drzwi, bo nie była pewna, czy w tych przednich trumna w ogóle by się zmieściła. Drzwi od zewnątrz niezręcznie przytrzymywał jakiś mały chłopiec. Całość była surowa, ostre kreski mocno osadzały rysunek w gęstej rzeczywistości. Czegoś tu jeszcze brakowało i nie chodziło tylko o szlify końcowe.
— No weź mnie zostaw, nie mam żadnego żarcia — mruknęła do mewy, która usilnie próbowała ją zaczepiać, krążąc dookoła. Dawno by jej coś dała, ale naprawdę nie miała czego. Machnęła szkicownikiem, chcąc przestraszyć ptaka. Problem w tym, że mewa wpadła na podobny pomysł. Trzepnęła skrzydłami, zaskakując tym River. Notes wypadł jej z rąk i poszybował w dół, o mało nie uderzając w łeb jakiejś dziewczyny stojącej obok wejścia.
— Kurwa mać. — Westchnęła krótko, wsuwając długopis do kieszeni. Wyjęła papieros z ust. Wsunęła między wargi dwa palce i gwizdnęła głośno, chcąc zwrócić na siebie uwagę stojącej na dole brunetki.
— Ej! Nic ci nie jest? To nie był atak, możesz mu zaufać. Trafiłabym, gdybym chciała — zawołała głośniej w jej stronę i machnęła ręką, żeby dziewczyna na dole nie miała żadnych wątpliwości, że głos słyszany z góry, to tylko Cross, a nie wzywające ją bóstwa.
— Dasz radę mi go odrzucić? — dodała, gasząc papieros o beton obok siebie. Jeśli nie będzie musiała od razu stąd schodzić, to tylko lepiej dla niej. Przecież jeszcze nie skończyła.

Ruelle I. Prescott
Werka
24 y/o
For good luck!
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
my mom is puerto rican that's why i'm so lively and colorful
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Właśnie przed chwilą wyszła z zakładu pogrzebowego, gdzie spędziła kolejne godziny na doprowadzaniu ciała pewnej starszej kobiety do stanu, w którym mogłaby zostać zaprezentowana rodzinie przed odprawieniem pogrzebu.
Oczy bolały ją od światła jarzeniówek, które wisiały na zapleczu, a na dłoniach wciąż czuła nieprzyjemne wrażenie, które pozostawiły po sobie lateksowe rękawiczki, które była zmuszona zakładać do pracy. Nie cierpiała ich, ale nawet jako lekarz byłaby zmuszona do tego, aby je stosować, więc lepiej aby zaczęła się powoli przyzwyczajać.
Słońce, na które wyszła było zresztą wcale nie lepsze. Również atakowało zdecydowanie zbyt intensywnie przewrażliwiony wzrok. Była potwornie zmęczona i rozdrażniona. Najchętniej od razu poszłaby do pobliskiego sklepu spożywczego, w którym mogła sobie kupić oranżadę, coś słodkiego dla podwyższenia poziomu cukru we krwi i chyba mogła wracać do domu.
Miała już konkretny plan. Chciała po prostu zalec w łóżku, włączyć sobie na spotify playlistę z utworami Sisters of Mercy i może poczytać zbiór opowiadań Edgara Allana Poe, który leżał od jakiegoś czasu na jej biurku. To brzmiało jak idealny sposób na spędzenie wolnego popołudnia. Była też pewna, że w lodówce z pewnością było coś, co mogłaby sobie odgrzać. Idealnie.
Szkoda tylko, że jak zwykle wszechświat musiał jej pokazać jeden wielki środkowy palec w momencie, gdy miała już jakieś plany oraz nadzieje na dobrą rozrywkę i odrobinę spokoju. Nie przypuszczał na pewno tego, że z nieba spadnie ogromny szkicownik, który niemalże trafił ją w głowę. Nie miała pojęcia o jego istnieniu i jedynie zrządzeniem losu stała niecałe kilka centymetrów od miejsca, w którym uderzył mocno o chodnik.
Uniosła głowę, gdy tylko usłyszała donośne gwizdnięcie. Uniosła głowę, aby spojrzeć w jego kierunku, ale chociaż głos brzmiał jej niezwykle znajomo to nie była w stanie stwierdzić do kogo mógł on należeć. Widoczne ponad dachem budynku słońce skutecznie utrudniało jej rozpoznanie postaci, która właśnie schylała się ku niej z krawędzi budynku.
- Jak ci zależy to zejdź po niego - odkrzyknęła, podniósłszy szkicownik, który chwilę wcześniej mógł przyprawić ją o wstrząśnienie mózgu.
Nie zamierzała nim rzucać na taką wysokość. Mało tego biorąc pod uwagę właściwości zeszytu to rzucenie nim precyzyjnie na większą odległość wydawało się być niemal niemożliwe. Zresztą nawet jeśli mogłaby to zrobić to czemu by miała? Chyba naprawdę robiła się zanadto drażliwa...

River Cross
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
25 y/o
For good luck!
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Psucie komukolwiek planów na odpoczynek nie leżało w jej naturze. No, może czasami. Ale na pewno nie jakiejś obcej dziewczynie, która najzwyczajniej w świecie przemykała z punktu A do punktu B, w żaden sposób nie wpływając na świat River. Byłaby pierwsze do demolowania wieczoru, gdyby tylko zachowała się nieodpowiednio, ale trudno karać ją za samo istnienie. Dobrze, że jednak w ten łeb nie dostała. Znając życie, zrobiłoby jej w to jakiś dziwny sposób krzywdę i trzeba byłoby ją zabrać do lekarza. Może doprowadziłyby do najdziwniejszego przecięcia papierem w historii?
Dziewczyna jednak nie dość, że okazała się wyjść z sytuacji w pełnym zdrowiu, to jeszcze miała w sobie energię na buntowanie się. Cross zmarszczyła brwi, obserwując, jak podnosi jej szkicownik. Po cholerę w ogóle go dotykała, skoro nie chciała kooperować w jej genialnym planie? Trafiła jej się jakaś podejrzana jednostka. Niedobrze.
— W porządku. Bądź tak miła i go nie ukradnij przez ten moment, okej? — zawołała, podnosząc się niechętnie. Spojrzała w dół, oceniając własne szanse. Jak dużo kości była w stanie złamać? A może, jakby wylądowała na nieznajomej, to wyszłaby z tego cało? Ale wtedy już na pewno trzeba byłoby ją zabrać do lekarza. Powrót na drabinkę był bezpieczniejsza opcją.
Stanęła wreszcie pewnie na chodniku, ciesząc się, że nic tu nie było akurat oblodzone. Sama się prosiła o jakąś tragedię, ale to nie dzisiaj. Poprawiła plecak na ramieniu i ruszyła na przód budynku, przy którym ciągle powinna czekać jej niedoszła ofiara.
Podeszła bliżej, ciesząc się, że nie będzie musiała wszczynać za nią pościgu. Na pewno by nie odpuściła. Z wielu rzeczy dałaby się obrabować, ale na pewno nie ze szkicownika. Z daleka oceniała własne szanse. Była wyższa, miała dłuższe nogi, na pewno sprawnie by ją dopadła. Płuca palacza nie byłby przecież żadną przeszkodą.
— Uczciwa, ale durna. Trzeba było kraść. Wiesz, ile kasy zgarnęłabyś za moje szkice? — zawołała, zanim jeszcze pokonała dzielącą je odległość. Trochę przesadzała. Niewiele tam było rysunków bezpośrednio powiązanych z jej komiksami. A nawet, gdyby było, to też, by złodziejce nie pomogło. River nie była najbardziej rozchwytywaną rysowniczką lat dwudziestych. Jeszcze.
Wyciągnęła rękę w jej stronę, domagając się oddania swojej własności, zanim jeszcze zbliżyła się na taką odległość, by przekazanie było w ogóle możliwe. Uśmiechnęła się z wdzięcznością, nie chcąc wychodzić na kompletnie bezduszną. Wiedziała, że to wszystko było jej winą i może nawet powinna przeprosić za to zamieszanie. Uśmiech musiał wystarczyć.
Zatrzymała się tuż obok, uważnie się jej przyglądając. Wwiercała się nią spojrzeniem, analizując ten dziwacznie znajomy widok. Potrzebowała kilku sekund, by wszystkie punkty w jej głowie się połączyły, tworząc nazwisko stojącej na przeciwko dziewczyny.
—Pieprzona Ruelle Isadora Prescott. Strasznie cię przepraszam. Jakbym wiedziała, że to ty, to postarałabym się trafić. — Pokręciła głową z rozbawieniem. Jak na kogoś, kto nie rozpoznał jej od razu, przypomniała sobie imponującą liczbę szczegółów na jej temat. Drugie imię i co jeszcze? Może data urodzenia? Właściwie to z jakiegoś dziwacznego powodu też ją pamiętała, ale przecież nie będzie się tym chwalić. Przesunęła powoli spojrzeniem po całej jej sylwetce ponownie, tym razem oceniając ją z bliska. Nie zastanawiała się, która z nich wygrałaby pościg. Uważnie i bez skrępowania szukała zmian, jakie zaszły w niej przez ostatnie lata.

Ruelle I. Prescott
Werka
24 y/o
For good luck!
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
my mom is puerto rican that's why i'm so lively and colorful
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To jedno niespodziewane zdarzenie było wystarczające do tego, aby zdecydowanie przekreślić jej nadzieje na to, że ten dzień będzie przyjemny. Jeszcze nawet nie wiedziała jak kiepska mogła to być sytuacja, bo chociaż głos wołający do niej z dachu wydawał się być cholernie znajomy to jednak na ten moment nie mogła go jeszcze połączyć z żadną osobą, którą by kojarzyła. Zresztą pomimo pracy w zakładzie pogrzebowym nie spodziewała się tego, że będzie dręczona przez własne duchy z przeszłości. Bardziej stawiałaby na kontakt z duchami zmarłych, których dotykała własnymi rękami.
Praktycznie od zawsze wiadome było, że Ruelle jest specyficzna. Słyszała to od dziecka. Zamknięta w sobie, dziwna, niepasująca do swoich rówieśników. Czemu zareagowała w ten, a nie inny sposób, gdy tylko omal nie oberwała notatnikiem i czemu w ogóle podniosła go z ziemi i na tym poprzestała? Nie miała najmniejszego pojęcia. Trochę jakby coś kazało jej zrobić właśnie to, a nie co innego. Może jednak sterowała nią jakaś tajemnicza siłą?
- Serio masz mnie za złodziejkę? - prychnęła, bo gdyby chciała to pewnie już dawno wzięłaby nogi za pas z własnością dziewczyny, a nie durnie tkwiła pod budynkiem, czekając na to, aż wielbicielka dachów zejdzie na jej poziom.
Musiała odczekać chwilę. Nie słyszała całe szczęście żadnych dźwięków świadczącej o rozgrywającej się gdzieś w tle tragedii. Nikt nie spadł do podstawionego za sklepem kontenera ze śmieciami, żadnej wywrotki. Całe szczęście nie znała też myśli dziewczyny, które naprawdę mogłyby ją sprowokować do tego, aby zgotować dużo gorszy los dla szkicownika niż upadek z wysokości, gdzie mógł ucierpieć w skutek kontaktu z brudną nawierzchnią.
- Jesteś przekonana, że ktoś chciałby sobie tym wytapetować pokój? - spytała, unosząc brew w pewnym niedowierzaniu. - Musiałabyś trafić na jakiegoś zdesperowanego nerda.
Nie przyglądała się nawet uważniej rysunkom, ale nie sądziła, aby ktokolwiek był w stanie aż tak bardzo cenić sobie jakieś randomowe szkice wykonane w zwyczajnym notatniku. W końcu jaka była szansa na to, że w taki sposób pozna jakąś wielką i szanowaną artystkę?
Potrzebowała czasu a to, aby móc dokładnie przyjrzeć się nieszczęśliwej rysowniczce. Normalnie może nawet wyciągnęłaby ku niej rękę z notatnikiem, ale zamiast tego zastygła z jej skarbem w uniesionej dłoni.
Zdecydowanie ją znała. Musiała jedynie poczekać na to, aż w końcu neurony się aktywują i przypomną jej o dziewczynie, której nie widziała od naprawdę długiego czasu. Ostatnio, gdy miały ze sobą kontakt Azjatka wydawała się być niższa i nieco bardziej pulchna.... Chociaż może to było jej własne wyobrażenie? Pamięć mogła płatać jej figle. Niemniej na pewno nieco się zmieniło od tamtego czasu.
- Cholerna River Cross - wypowiedziała z nie mniejszą niechęcią, gdy tylko dopasowała odpowiednie personalia do stojącej przed nią osoby. - Co to się stało, że wyszłaś na powierzchnię ze swojej jaskini?
Gdyby tylko wiedziała od początku, że to o nią chodzi to jeszcze bezczelnie przeszłaby po tym szkicowniku, idąc w swoją stronę. Nie miała zdecydowanie w swoim planie na dzień użerania się z pewną River Cross.

River Cross
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
25 y/o
For good luck!
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiele czynników mogło jej zasugerować, że nie trafiła na jakąś kompletnie losową dziewczynę, która zniknie z jej pamięci szybciej niż się w niej pojawiła. Szlajanie się w okolicy zakładu pogrzebowego było jednym z nich. A może po prostu wybrała się na wycieczkę, chcąc zbliżyć się nieco do natury – na tyle, na ile pozwalało Toronto? To też było dziwaczne. Od początku była bojowo nastawiona. River powinna być przyzwyczajona. Sama była pierwsza do bitki, również tej słownej. Większość przypadkowych przechodniów unikała konfrontacji słownych, nie pojmując, co Cross widzi w nich takiego zabawnego. Ona nie bała się odbić piłeczki, mimo że nawet jeszcze nie zdążyły się sobie porządnie przyjrzeć. No i sam fakt, że w ogóle coś ciągnęło ją do prowadzenia tej rozmowy. Najprościej byłoby zejść na dół i zgarnąć swoją własność bez słowa, nie zaszczycając dziewczyny nawet jednym spojrzeniem. A jednak coś w kościach podpowiadało jej, że powinna się odewać.
Była jednak głucha na te wszystkie podpowiedzi od losu. Z rzeczywistością zderzyła się dopiero zatrzymując się tuż obok Prescott. Nie była pewna, kiedy ostatnio miały jakąkolwiek szansę pogadać. Dawno, to na pewno. Nie liczyła przypadkowych spotkań, bo to mijało się z celem. Kojarzyła, że jakiś rok temu widziała ją przechodzącą przez ulicę, gdy jechała gdzieś autobusem. Jej pamięć zbyt skrupulatnie przechowywała tak nieistotne wydarzenia. Ruelle wtedy jej raczej nie zauważyła, nie było czasu się sobie przyglądać, nie było też odpowiednich warunków. Teraz było dużo prościej. Dziewczyna stała na przeciwko, właściwie na wyciągnięcie ręki. Cross zyskała perfekcyjną możliwość przeanalizowania jej sylwetki i twarzy. Robiła tak przecież nawet z przypadkowymi przechodniami, to co dopiero z taką, która okazała się bardzo znajomym przechodniem.
— Pierwsza rada, nigdy nie nazywaj osób, które są jakkolwiek tobą zainteresowane zdesperowanymi. Rozumiem, że wydaje ci się to trafne, ale to wyjątkowo pizdowate, wiesz? — prychnęła z rozbawieniem. Jej fani zdecydowanie nie byli zdesperowani! No dobrze, może niektórzy. Ale tak to już bywa z tymi obrzydliwymi nerdami. Cross uwielbiała ich za to skrajne oddanie swoim skrajnie nietypowym pasjom.
— To się nazywa sztuka. Pamiętasz? To takie, na którym się kompletnie nigdy nie znałaś — wyjaśniła powód wygramolenia się z jaskini, wskazując dłonią na swój szkicownik, który Prescott wciąż ściskała w palcach. Troszkę koloryzowała. Nigdy nie uważała jej za głupią, ale pamiętała, że kiedyś była doskonałym materiałem do dyskusji. Ich kłótnie na temat zasadności patosu Saturna pożerający własne dzieci i histeryczności buntu Raskolnikowa zajmowały w jej nastoletnim sercu specjalnie miejsce.
— Jak chcesz autograf, to wystarczy poprosić — dodała i machnęła ręką ponaglająco w stronę szkicownika, chcąc go jak najszybciej odzyskać.

Ruelle I. Prescott
Werka
24 y/o
For good luck!
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
my mom is puerto rican that's why i'm so lively and colorful
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Los postanowił zakpić z nich w naprawdę okrutny sposób. Inaczej nie można było tego określić, biorąc pod uwagę, że tak bardzo się nie cierpiały, a jednak jakieś fatum niczym z greckiej tragedii doprowadziło do ich ponownego spotkania. Może zatem któraś z nich powinna umrzeć w wypadku śmiertelnego starcia? Ruelle rzecz jasna optowała za tym, aby jak już to ofiarą padła River. Mogłaby się nawet nad nią zlitować i zająć się jej ciałem przed pochówkiem. Chociaż nie ręczyła za to czy na pewno Cross będzie wyglądała dobrze w trumnie. Jeśli chciała uchodzić za gorącą sztukę to można było jej zafundować kremację.
Nawet jeśli bardzo tego chciały to żadna z nich nie mogła się wycofać z tej sytuacji. To byłoby niczym przyznanie się do porażki i oddanie pola tej drugiej. Były zbyt nieustępliwe, aby zrobić coś podobnego. Może i Azjatka z dziwnych powodów górowała nad nią wzrostem (czym to rodzice ją karmili?), ale pomimo swoich rozmiarów Prescott nosiła w sobie latynoskiego ducha gotowego do podjęcia każdej możliwej walki.
- Mówię po prostu jak jest. Nie sądzę, aby było to pizdowate, a raczej szczere i pewnie bolesne, że reagujesz w ten sposób - odparowała, unosząc nieznacznie twarz, aby móc swobodnie spojrzeć w oczy swojej rozmówczyni.
Nie widziała jej od naprawdę dawna. Nie interesowała się na tyle światem komiksów, aby mieć rozeznanie w tak niszowym artystach jak Cross. W zasadzie nie sięgała szczególnie często po taką formę rozrywki chociaż bywało że coś przyciągnęło jej uwagę na chwilę.
- To, że nie jestem fanką twoich gryzmołów nie znaczy, że nie znam się na sztuce, cabrona - wyrzuciła z siebie, nawet nie rejestrując, w który momencie zdecydowała się na użycie hiszpańskiego przekleństwa. - Po prostu mój gust nie obejmuje podobnych potworków. Może jest bardziej wyrafinowany.
Nie można było powiedzieć tego, że Ruelle Isadora Prescott nie znała się na sztuce. Owszem, może i nie była jej ogromną znawczynią, ale potrafiła coś rzec na jej temat oraz wdać się w dyskusję odnośnie niektórych dzieł czy poruszanych przez artystów motywów. Orientowała się w pewnych zagadnieniach i na pewno nie stroniła od konstruktywnych rozmów na ten temat.
- Mogłabym prosić o autograf na potwierdzeniu odbioru pisma o zakazie zbliżania się - prychnęła, dalej nie wykonując żadnego ruchu, który świadczyłby o tym, że zamierzała oddać jej szkicownik.
Zamiast tego ciemnobrązowe oczy po prostu świdrowały postać River jakby chciała zapamiętać każdy możliwy szczegół tego jak zmieniła się przez te wszystkie lata. Może po prostu chciała zapamiętać jej twarz, aby wiedzieć kogo powinna unikać?

River Cross
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
25 y/o
For good luck!
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pojedynek na śmierć i życie z pewnością byłby widowiskowy. Były na tyle uparte, że rozsądek nie miałby żadnego prawa głosu. Wykończyłyby się wzajemnie i to w wyjątkowo okrutny sposób. To dopiero byłoby coś! Przynajmniej nie byłby skazane na nudną śmierć. To dla Cross byłoby nie do pomyślenia. Zawsze zakładała, że zginie w widowiskowy sposób. Niekoniecznie szlachetny, ale taki, o którym będzie się rozmawiało jeszcze przez lata. Jakby miała ją pochłoną nuda, to zrobiłaby wszystko, by zmartwychwstać i naprawić ten błąd.
— To naprawdę urocze, że zakładasz, że twoje słowa mają taką moc. Tak łatwo dajesz omotać się wizjom idealistów. — Wzruszyła ramionami, nie dając za wygraną. Przyglądała się jej z góry, w pelni korzystając z faktu, że miała fizyczną przewagę. Może nie było to zbyt sprawiedliwie i, o ironio, wysokie, ale jakoś się tym nie przejmowała. Skoro natura obdarowała ją takim walorem, to nie będzie przecież udawać, że tego nie dostrzega.
Na jej wargach pojawił się wyzywający uśmiech, gdy tylko usłyszała obrazę po hiszpańsku. Nie spodziewała się, że tak szybko dostrzeże jakieś pęknięcia na Prescott. Niepanowanie nad dialektem było pierwszą oznaką tego, że Cross robi coś dobrze. Nic jej przecież tak nie bawiło, jak prowokowanie i badanie cierpliwości swoich rozmówców.
— Żeby mówić o jakimkolwiek guście, trzeba mieć najpierw jakąkolwiek wiedzę. Rzucanie opiniami na oślep nie robi z ciebie znawczyni — pouczyła ją pobłażliwym tonem, jakby tłumaczyła coś średnio rozgarniętemu dziecku w podstawówce. Nauczycielski ton zdecydowanie nie był w jej stylu i na pewno nie miała zamiaru przeprowadzać na niej mentoringu, ale nie pozwoli też na umniejszanie własnym umiejętnością. A na pewno nie komuś, kto ewidentnie na ma pojęcia, o czym mówi. River uważała, że minimum wiedzy na temat wystarczy, by dostrzec, że jej sztuka jest dużo warta. Skoro Ruelle to umyka, to musiała być niedouczona, proste!
— Jak na kogoś, kto ma serdecznie dość mojego towarzystwa i dzieł, niespecjalnie garniesz się do rozwiązania tej sytuacji — zauważyła, od razu podchodząc bliżej. Z czystej przekory. Skoro Prescott mówiła o zakazie zbliżania się, to oczywiste, że Cross musiała zmniejszyć dzielącą je odległość. Zatrzymała się dopiero, gdy wyciągnięty w jej stronę notatnik dotknął jej torsu. Nie wyjęła go jednak z dłoni dziewczyny, nie wyciągnęła nawet w jej stronę ręki. Pozwoliła szkicownikowi wbić się lekko we własne ciało. Na moment przeniosła wzrok na kartki. zastanawiając się, czy ten upadek niczego nie zniszczył. Okładka była nieco brudna, ale to chyba był największy problem. Z zamkniętego zeszytu wystawała luźna kartka. Na przybrudzonym skrawku widoczny był jeden ze szkiców twarzy bohatera jej najnowszego komiksu. Duże, smutne oczy patrzyły gdzieś w dal, a gęste, zmarszczone brwi malowały na wyraz zastanowienia. Wiedziała, że na pozostałej części strony jest jeszcze kilka podobnych rysunków. Żaden w pełni nie spełnił jej oczekiwań. Wyrwała stronę w nerwach, ale nie wyrzuciła jej, ani nawet nie pogniotła. Wcisnęła luzem między kartki licząc, że natchnienie pozwoli jej wrócić do szkiców za jakiś czas.
Podniosła wzrok, skupiając się wyłącznie na oczach Prescott. Patrzyła na nią z góry, przewiercając ją spojrzeniem na wylot, ciekawa, co teraz zrobi i czy to bezczelne zbliżenie się, zrobi na niej jakiekolwiek wrażenie. Starała się wyczytać z jej oczu prawdziwe intencje. Nadal nie miała wątpliwości, że wygadywała bzdury w kwestii jej sztuki. Wyglądało na to, że nie zaszczyciła jej rysunków nawet przelotnym spojrzeniem, więc co właściwie mogła konstruktywnego powiedzieć?

Ruelle I. Prescott
Werka
24 y/o
For good luck!
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
my mom is puerto rican that's why i'm so lively and colorful
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trudno określić, która miałaby większe szanse na to, aby wyjść zwycięsko z podobnego starcia. Obie były wyjątkowo zmotywowane i nie cofnęłyby się przed niczym byle tylko osiągnąć zamierzony cel. Może nawet miały ze sobą więcej wspólnego niż byłyby w stanie przyznać. Łączyło je w końcu coś więcej niż to, że nie były w stanie się wzajemnie znieść. Ruelle nawet nie do końca pamiętała skąd to się w zasadzie wzięło, ale prawdą pozostawało to, że dalej wydawały się bardziej niż chętne do tego, aby ze sobą wojować.
- No tak. Zapomniałam, że jesteś pozbawiona ludzkich odruchów i nic cię nie rusza - rzuciła chociaż sama niezwykle często słyszała podobne komentarze od tych, którzy byli jej mniej przychylni.
Prescott nigdy nie miała się za wyjątkową. Inną, owszem, ale nie była przekonana o tym, że jest jakąś wybitną jednostką pod jakimkolwiek względem. Nie miała się także za wyjątkowo ułomną. Zwłaszcza w kwestiach sztuki, gdzie może nie posiadała gruntownego wykształcenia, ale wiedziała to i owo. Bynajmniej nie z tego, że oglądała kiedyś za dzieciaka program Boba Rossa.
Nikt nie wyprowadzał jej z równowagi lepiej niż River Cross. Miała ku temu niezaprzeczalny talent, a za każdym razem, gdy tylko jakiś hiszpański wyraz lub chociażby sam akcent przebijał się w wypowiedziach Rue to można było być pewnym tego, że znajdowała się w stanie silniejszego wzburzenia, gdzie nie miała przeanalizowanego każdego słowa w głowie nim je wypowiedziała.
- Mówisz jakbyś była przekonana, że masz monopol na całą wiedzę w zakresie sztuki - zauważyła kąśliwie. - Mam nie tylko opinie, Cross.
Nie cierpiała tego tonu, który teraz dziewczyna wykorzystywała przeciwko niej. Zresztą czy podobało jej się w niej cokolwiek? Może, gdyby chodziło o kogoś innego to mogłaby chociaż skomplementować wygląd, ale trudno było jej powiedzieć cokolwiek pozytywnego na temat River, a z pewnością już na głos. Jak niewiele jednak zmieniło się od czasów szkolnych.
- Wybacz. Wolałam poczekać aż sama sobie pójdziesz, żeby nie ryzykować, że wbijesz mi nóż w plecy... Albo ołówek - mruknęła z niezadowoleniem.
W końcu oglądała Johna Wicka i zdawała sobie sprawę, że czymś podobnym można było zabić. Przynajmniej na filmach, ale Ruelle zdawała sobie sprawę, że wiele rzeczy było możliwych także w rzeczywistości jeśli tylko miało się odpowiedniego pecha.
Nie miała słów na to, aby skomentować jakoś arogancję swojej rozmówczyni. Oczywiście, że River musiała podejść jeszcze bliżej. Musiała zmusić ją do tego, aby jeszcze bardziej zadarła głowę, chcąc utrzymać ten cholerny kontakt wzrokowy. Czułą się trochę jakby znajdowała się właśnie w królestwie zwierząt i pomimo rozmiarów starała się w jakiś sposób zachować dominację. Chociaż ktoś wyjątkowo jej tego nie ułatwiał.
Czuła jak mimowolnie jej uniesiona dłoń otarła się o materiał ubrania Cross, która stała tuż naprzeciw niej. Jeszcze jeden krok w przód i znalazłaby się całkowicie w swoistej aurze, którą roztaczała dziewczyna. Zamiast tego jedynie naparła mocniej notatnikiem na jej klatkę piersiową. Nie obchodziła jej zawartość. Stała twardo, wpatrując się intensywnie w ciemne oczy Azjatki, w których pewnie mogłaby przepaść, gdyby tylko była do tego zdolna.
- Masz i spierdalaj... - wycedziła w końcu przez zaciśnięte zęby.
Nie miała w planach dłużej się z nią użerać. Zmarnowała na nią już wystarczająco dużo czasu, którego w żaden sposób nie odzyska.

River Cross
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
25 y/o
For good luck!
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odrzuciła głowę do tyłu i zaśmiała się głośno w odpowiedzi na ten niewybredny komentarz. Wiedziała, że można było jej zarzucić całą masę okropnych rzeczy, bardzo daleko było jej do grzecznej i przyjemnej kobiety. Ale brak ludzkich odruchów? Albo że nic ją nie rusza? Na coś takiego mogła wpaść wyłącznie Prescott.
— To imponujące jak bardzo i jak często jesteś w stanie się mylić — pochwaliła ją, jakby to naprawdę było osiągnięcie godne aplauzu. Fakt, że zaśmiała jej się prosto w twarz powinien jasno dać Ruelle do zrozumienia, że jednak nie była z niej zbyt dumna. Mogły się sprzeczać w nieskończoność, ale przynajmniej o coś stojącego chociaż obok prawdy.
— Nie twierdzę, że mam monopol. Po prostu uważam, że startowanie z poziomu podłogi mija się z celem. Twoje opinie ledwo nadążają za tym wybujałym ego. — Machnęła niedbale ręką, jakby wskazywała na jakąś tajemniczą aurę ego, która otaczała dziewczynę stojącą obok. Może poniekąd coś w tym jednak było? Skoro miała w sobie tyle samozaparcia, żeby się wykłócać, to musiała mieć też odpowiednio nabudowane poczucie własnej wartości. River miała pewność, że nie wynikało ono z posiadanej przez Ruelle wiedzy, bo zdążyła to już zaprezentować. Wolała jednak nie strzelać, z czego innego się to brało. Wnioski na pewno nie byłyby korzystne dla żadnej z nich.
— Długopis. W oko — poprawiła ją dwukrotnie. Nie miała przy sobie teraz ołówków, a z nieba przecież nie spadną. To działo się wyłącznie ze szkicownikami. Wbijanie takiego narzędzia w plecy byłoby na pewno dość skomplikowane. Wymagałoby sporo siły, o ile w ogóle było dla Cross osiągalne. Po co się męczyć, skoro miała do dyspozycji wrażliwą strukturę oka? Miała świetny dostęp do jej twarzy dzięki przewadze fizycznej. W jej głowie od razu pojawił się szkic twarzy Ruelle z wbitym długopisem. Z oczu ciekły gęste, czarne łzy. Cross potrząsnęła lekko głową, odrzucając tę wizję. Straszna tandeta, stać ją przecież na więcej.
Uśmiechnęła się triumfalnie, widząc, jak Ruelle dostosowuje się do narzuconej sytuacji. Nie wycofała się. Trwała twardo w tym samym miejscu, zadzierając głowę i dumnie znosząc spojrzenie River. Na to liczyła. Byłaby bardzo zawiedziona, gdyby Prescott w tym momencie się wycofała. Gdzie w tym byłaby zabawa? Nie naciskałaby na kogoś, kto łatwo się płoszył, to byłoby najnudniejsze na świecie.
Odebrała w końcu swój szkicownik. Otworzyła go w miejscu, w którym wystawała wyrwana kartka. Wsunęła ją nieco głębiej. Może i była nadal niezadowolona z tych prób, ale nie chciała zgubić tych rysunków. Z porażek również da się wyciągnąć masę wniosków.
— Chyba trochę cię ponosi, Mała. Nie możesz mnie ot tak wyrzucać z tej pracowni niczyjej — Wsunęła szkicownik pod pachę, żeby móc wyciągnąć z kurtki paczkę papierosów. Pstryknęła palcami w dół pudełka i wyjęła jedną fajkę. Wsunęła ją między wargi, schowała opakowanie z powrotem do kurtki. Nie. Nie schowała. Zreflektowała się w ostatniej chwili i wyciągnęła paczkę w stronę Prescott, częstując ją papierosami. Przez cały ten czas nie odsunęła się nawet na milimetr.

Ruelle I. Prescott
Werka
ODPOWIEDZ

Wróć do „White Lily Funeral Services”