30 y/o
APRILLA
157 cm
Head of Creative & Strategy Department
Awatar użytkownika
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— To nie miało nic wspólnego z flirtem. Powiedziałam prawdę. — Wzruszyła ramionami, niezrażona jej buntowniczą postawą. Nie było szans, by przyjęła do wiadomości informację, że kiedyś było inaczej. Właściwie spokojnie mogła założyć, że nadal się jej podobała i bardzo szybko w ten fakt uwierzyć. Nie byłoby w tym przecież nic dziwnego.
— Proszę, April. Pomóż mi, April. Dziękuję, April, jesteś bardzo miła — mruknęła do samej siebie pod nosem, imitując oschły ton Inari, gdy ta zeszła po schodach. Przytrzymała drzwi, faktycznie chcąc się na coś przydać. Miała za miękkie serce, żeby w tej sytuacji po prostu zwiać. Kusiło ją, żeby puścić drzwi w cholerę i wreszcie stąd wyjść, ale szybko odpuściła.
Ułożyła książki na podłodze, robiąc z nich prowizoryczną blokadę do drzwi. Jakoś się to trzymało. Oparła się plecami o drzwi, cierpliwie czekając, aż jej rozmówczyni wróci, najlepiej z Andersonem. Sięgnęła po telefon, chcąc nieco pobuszować w życiu Nilsinger z perspektywy internetu. Było jej obojętne, czy trafi na jej prywatne social media, czy raczej te zawodowe. Spodziewała się nawet artykułów w prasie, z których jasno będzie wynikało, że kobieta jest bezwzględną morderczynią. Tego ostatniego niestety nie znalazła. Przesunęła wzrokiem po leadach tekstów opisujących jeden z jej ostatnich projektów. To nie było aż tak ciekawe. Finch nie znała się na architekturze. Wiedziała, że nie da rady odpowiednio docenić jej osiągnieć bez rozmowy na ich temat z samą Nilsinger. Co innego, gdyby to ona opowiedziała jej o swoich ostatnich sukcesach. Wysłuchałaby jej uważnie, pojęłaby dużo więcej i pewnie byłaby pod wielkim wrażeniem. Ale na taką miłą rozmowę się nie zapowiadało.
Usłyszała wołanie z dołu. Już nabierała powietrza, żeby się wreszcie odszczekać, że wcale nie ma tak na imię, ale kolejne informacje nieco ostudziły jej bojowe nastawienie. To było dużo ważniejsze.
— Dzwonię — odkrzyknęła, chcąc dać znać, że przyjęła komunikat. Wybrała numer alarmowy, a jej umysł automatycznie przełączył się na tryb pracy, w którym przecież potrafiła ogarniać dwieście tematów naraz. Zrelacjonowała szybko dyspozytorowi, co zaszło i gdzie właściwie się znajdują. Rozłączyła się i pochyliła się nad schodami, czując, jak serce wali jej w piersi. Nie lubiła piwnic. Nie czuła się w nich komfortowo, przytłaczały ją. Ale to nie był moment na rozczulanie się nad swoimi lękami.
— Kurwa mać — mruknęła pod nosem i zbiegła wreszcie po schodach w dół. Im szybciej to załatwią, tym szybciej będzie mogła się stąd wydostać.
— Zaraz będą. Co się, kurwa, patrzysz. Ułóż go bokiem — warknęła, wyraźnie zirytowana całą sytuacją i własnymi problemami. Nerwy nie były dobrym doradcą, ale wyżywanie się na Inari było teraz najwygodniejszą i najprostszą metodą poradzenia sobie z lękiem. Kucnęła przy mężczyźnie i od razu rozluźniła mu krawat. Teraz wystarczyło ułożyć go w pozycji bocznej i liczyć, że karetka zjawi się szybko. Przesunęła facetem, rzucając Inari zniecierpliwione spojrzenie. We dwie poszłoby im zdecydowanie szybciej.

Inari Nilsinger
Werka
36 y/o
For good luck!
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
brain yoga, baby, namaste
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

Przez kilka sekund Inari po prostu stała. Nie dlatego, że nie wiedziała, co zrobić.
Jej wzrok utkwił w twarzy Andersona — w przekrzywionych ustach, w tej nienaturalnej sztywności jednej strony ciała. Ten sam wzór. Ten sam bezwład. Ten sam moment, kiedy coś w człowieku nagle się łamie, choć ciało wciąż jeszcze leży na swoim miejscu.
Powietrze w piwnicy nagle zrobiło się cięższe. Nie archiwa. Nie kurz. Nie beton. Salon w domu Nilsingerów. Ojciec na podłodze. Szklanka z wodą rozbita na polerowanym parkiecie. Inari zacisnęła szczękę tak mocno, że aż zabolały ją zęby.
Co się, kurwa, patrzysz. Ułóż go bokiem. — Słowa April przecięły wspomnienie jak nóż.
Inari zamrugała raz, powoli, jakby dopiero teraz wracała do rzeczywistości. Ręka, którą do tej pory trzymała przy sobie, drgnęła nieznacznie. Na sekundę wyglądała tak, jakby chciała się cofnąć o krok. Ale się nie cofnęła.
Wiem — wyszeptała.
To nie było skierowane do April. Raczej do samej siebie.
Kucnęła przy Andersonie sztywno, jak ktoś, kto wykonuje czynność z instrukcji obsługi, nie z odruchu. Przez moment jej dłonie zawisły nad jego ramieniem, jakby mózg próbował przypomnieć sobie właściwą kolejność ruchów. Wszystko wróciło w ułamku sekundy.
Przytrzymaj mu głowę — rzuciła krótko. Chwyciła Andersona za ramię i biodro. Zdecydowany ruch, ale widać było w nim odrobinę zbyt dużo siły, zbyt dużo napięcia — jakby chciała jak najszybciej mieć to za sobą. Wspólnie obróciły go na bok. Inari wyciągnęła jego rękę spod ciała i poprawiła ułożenie głowy, żeby drogi oddechowe pozostały drożne. Wszystko dokładnie tak, jak powinna. Technicznie. Poprawnie. Wszystko, czego uczyli na zajęciach z pierwszej pomocy w korporacji. Ale kiedy jej dłoń na moment dotknęła jego szyi, znów zobaczyła w głowie ojca.
Ten sam bezwład. Ten sam ciężar ciała.
Jej palce na moment zesztywniały. Wzięła płytki oddech przez nos i cofnęła rękę, zanim ktoś zdążył zauważyć. Potem usiadła na piętach obok Andersona, jakby kontrolowała sytuację. Jakby wszystko było pod kontrolą. Tylko jej spojrzenie było trochę zbyt nieruchome.
Na pewno jadą? — spytała. — Na pewno podałaś właściwy adres? — Nie spojrzała na April. Skupienie się na Andersonie było jedyną rzeczą, która pozwalała jej nie wrócić myślami do salonu sprzed lat.


April Finch
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
30 y/o
APRILLA
157 cm
Head of Creative & Strategy Department
Awatar użytkownika
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kursy z pierwszej pomocy nie przygotowywały psychicznie na takie sytuacje. Fakt, że wiedziała, co ma robić, niespecjalnie pomagał na nerwy. A może to przez to, że musiały wisieć nad facetem, który postanowił zaprosić na wieczór śmierć akurat do piwnicy? Chciała wierzyć w to, że na powierzchni czułaby się dużo pewniej. Nie stresowałaby się, a wszystkie kolejne kroki przychodziłyby do niej naturalnie, wykonywałyby się same. Ale to raczej nie była prawda. Byłaby tak samo zestresowana jak teraz.
Ratowanie czyjegoś życia nie było w jej planach na ten tydzień. Właściwie nie miała w kalendarzu zbyt wielu momentów na stres. Nie była pewna, czy cieszyła się, czy żałowała, że została na górze z postanowieniem, że poczeka, aż Inari tam wróci. Gdyby od razu poszła w swoją stronę, gdy kobieta zeszła po schodach, pewnie siedziałaby już w Uberze i jechałaby w stronę domu. Ale czy Nilsinger poradziłaby sobie z tą sytuacją sama? Sprawiała wrażenie dziwacznie niepewnej. A przynajmniej tak w swojej własnej, wyjątkowej skali. Może i April była zdenerwowana, ale nadal nie potrafiła życzyć jej tego, by borykała się z tą sytuacją sama. Nikt nie powinien. A już na pewno nie facet z podłogi.
Obserwowała go uważnie, kontrolując, czy oddycha. Teoretycznie wiedziała, co robić, jeśli przestanie, ale prosiła wszystkich bogów, jacy przychodzili jej do głowy, żeby do tego nie doszło. Nie chciałaby zawieść obcego człowieka w tak skrajnej sytuacji.
— Co to jest, kurwa, za kretyńskie pytanie? Oczywiście, że podałam — warknęła, podnosząc na nią wzrok. Ostatnie, czego teraz potrzebowała to dyskredytowanie. Miała nadzieję, że chociaż na kilka pokopanych momentów Inari się uspokoi i zacznie zachowywać jak ktoś dostosowany do życia w społeczeństwie, ale chyba nieco się przeliczyła. Sugestie od architektki na temat jej głupoty wcale jej nie zbijały teraz z tropu, podsycały tylko zirytowanie.
— Idź lepiej na górę, co? Poczekaj na nich przy wejściu i ich tu przyprowadź. Przydaj się jakoś — dodała, skinieniem wskazując w stronę schodów. Zmarszczyła brwi, wsłuchując się w ciszę przerywaną wyłącznie przez chrapliwy oddech Andersona. Nie była pewna, czy słyszy przytłumiony sygnał zbliżającej się karetki, czy to było tylko jej pobożne życzenie. Nie była w stanie określić nawet, czy siedziały tu od trzydziestu sekund czy piętnastu minut. Nilsinger o takie szczegóły wolała nie dopytywać.

Inari Nilsinger
Werka
36 y/o
For good luck!
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
brain yoga, baby, namaste
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

Inari kucała po drugiej stronie Andersona, ale już go nie dotykała — jakby wykonała swoją część i teraz pilnowała, żeby nic się nie pogorszyło. Jej spojrzenie co chwilę wracało do jego twarzy, zbyt uważne, zbyt skupione jak na kogoś, kto „po prostu pomaga”.
Słyszałam — powiedziała w końcu cicho. Nie było w tym zaczepki. Raczej stwierdzenie faktu. Przeniosła wzrok na April, krótko, kontrolnie, jakby sprawdzała, czy faktycznie ogarnia sytuację. Potem znów na Andersona. — Oddycha. — Mówiła bardziej do siebie niż do niej. Polecenie o wyjściu na górę zawisło między nimi, jak gilotyna. Inari nie ruszyła się od razu. Jej dłoń drgnęła lekko przy kolanie, jakby przez moment wahała się, czy zostawić to miejsce. Czy zostawić ten widok.
Salon. Podłoga. Już za późno.
Zacisnęła szczękę. Potaknęła urywanie. Podniosła się powoli, trochę zbyt sztywno, niby ciało nienadążające za decyzję umysłu. Otrzepała dłonie o spodnie, chociaż nie były brudne. Zanim ruszyła w stronę schodów, zatrzymała się jeszcze na ułamek sekundy.
Jeśli przestanie oddychać… — zaczęła, ale urwała. April wiedziała. Skinęła tylko głową, jakby kończyła zdanie w myślach. Nie na warcie młodej. — Będą tu szybciej, jeśli ktoś ich poprowadzi. — Brzmiało rzeczowo. Praktycznie. Nilsinger odwróciła się i ruszyła w stronę schodów bez oglądania się za siebie, ale tempo miała odrobinę zbyt szybkie jak na jej zwykłą, kontrolowaną manierę chodzenia. Wyjście na górę to nie tylko „przydanie się”. Wspięła się po schodach szybciej, niż powinna, prawie ześlizgując prawą stopę na wygładzonym stopniu. Kroki odbijały się głucho od betonu, każdy następny trochę głośniejszy, trochę bardziej urywany. Kiedy wypchnęła drzwi na górze, powietrze uderzyło w nią chłodniejsze, czystsze — i na moment aż zakręciło jej się w głowie.
Zatrzymała się tuż przy wejściu. Ręce opuściła wzdłuż ciała, ale palce miała napięte, jakby wciąż coś trzymała. Jakby trzymała jego. Oddychała płytko. Za wolno. Za szybko. Nie tak! Spojrzenie uciekło jej gdzieś w bok, na ścianę, na podłogę, na wszystko, co nie było twarzą człowieka z przekrzywionymi ustami. Nie tutaj. Tutaj nie było parkietu. Nie było też szkła.
I nie było jego.
Zacisnęła szczękę.
Skup się — mruknęła pod nosem, prawie bezgłośnie. Przesunęła dłonią po włosach, potem po karku i jakby chciała fizycznie strząsnąć z siebie obraz, który uparcie wracał. MayApril jest na dole. Oddychała. Anderson też. To powinno wystarczyć. Nie, skarciła się w myślach. To musi wystarczyć.
Wyprostowała się dokładnie w momencie, kiedy w oddali rozległ się sygnał. Najpierw cichy. Potem narastający, odbijający się od budynków donośnym echem świdrującym uszy. Karetka zatrzymała się gwałtownie przed wejściem. Niebieskie światła rozbłysły w oszklonym wejściu Gallery 1313. Goście oraz pracownicy podnieśli raban, nikt nie wiedział, co się dzieje.
Inari objęła szyję dłonią. Nie dopowiadała sobie tego, prawda? Pomoc naprawdę przybyła na czas? Mogła realnie coś zmienić.
Drzwi otworzyły się z metalicznym trzaskiem.
Dwóch ratowników wyskoczyło niemal jednocześnie — jeden już w rękawiczkach, drugi zarzucający na ramię torbę medyczną. Trzeci sięgał po nosze, wysuwając je płynnym, wyćwiczonym ruchem.
Gdzie jest pacjent? — spytał pierwszy przypadkową osobę.
Teraz albo nigdy.
Archiwum! — krzyknęła Inari, podbiegając w ich stronę. — Jest w archiwum! Drzwi otwarte, tam. — Wskazała ruchem ręki długi korytarz lśniący od złotych palm art deco. — To dyrektor galerii, ma objawy udaru. Nie rusza połową ciała, nie mówi. Rzęzi… Oddycha, ułożyłyśmy go na boku, ale...
Inari zabrakło powietrza. Pochyliła się i uderzyła piąstką w pierś, próbując złapać oddech. Poczerwieniała na policzkach.
Jeden z nich skinął głową, drugi już ruszał w jej stronę z noszami. Wszyscy ruszyli w stronę piwnic.
Jest tam sam?
May go pilnuje.
Byłyście panie z nim, gdy to się wydarzyło?
Nie, widziałam go parę minut temu, kiedy schodził do archiwum po papiery dla mnie. Zachowywał się normalnie…
Drzwi piwnicy trzasnęły. Ratownik z plecakiem otworzył je na oścież.
Nie zatrzymywali się. Wchodzili już do środka, rozkładając sprzęt w ruchu — torba otwarta, mankiet do ciśnienia wyciągnięty jeszcze zanim zeszli ze światła dziennego. Inari ruszyła za nimi.
Drugi stopień jest nierówny! — rzuciła za nimi. Ich obecność wypełniła przestrzeń pełną chaosu i dodawała otuchy. Zwolniła dopiero przy ostatnich stopniach w głębi archiwum. Tym razem nie weszła pierwsza w sam środek zbiegowiska. Zatrzymała się parę kroków z boku, zostawiając ratownikom przestrzeń do działania i poklepała April, aby cofnęła się wraz z nią.
Stanęły przy okratowanym przejściu do skrzydła z wysokimi regałami pełnymi teczek. Jak ktoś, kto wie dokładnie, gdzie kończy się jego rola.
May…? — wymamrotała słabo. — On… przeżyje. — Twarz Inari przeciął cień obawy. — Prawda?

April Finch
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
30 y/o
APRILLA
157 cm
Head of Creative & Strategy Department
Awatar użytkownika
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dziwne zachowanie Inari zdecydowanie w niczym nie pomagało. Zawsze przecież była całkowicie opanowana, powinna odgrywać w tym momencie stabilną opokę, która ułatwi im przebrnięcie przez tę sytuację. To April była tą wiecznie rozchwianą emocjonalnie i to ona powinna czuć się w tej sytuacji co najmniej niepewnie. Udało jej się jednak wejść w tryb zadaniowy i ogarniać. Na pewno potem to odchoruje. Zejdzie z niej adrenalina i dotrze, co tak naprawdę się wydarzyło. Ale teraz nie było przecież na to czasu. Teraz najważniejszy był Anderson. Skąd więc w stoickiej Nilsinger takie dziwaczne rozedrganie? Finch nie była pewna, czy stać ją na więcej emocji niż okazywała teraz. Może miała do czynienia z histerią architektki i powinna zająć się też nią?
Skinęła tylko głową na znak, że wie, co ma robić, jeżeli facet przestanie oddychać. Wolała nie zrzucać jej na głowę nowych komunikatów, żeby jeszcze bardziej nie utrudniać tej sytuacji. Odprowadziła ją wzrokiem, gdy skierowała się w stronę schodów, a kiedy zniknęła, skupiła uwagę z powrotem na Andersonie.
Została sama w piwnicy z umierającym facetem. W ogóle nie zrobiło jej się lepiej. Właściwie to miała ochotę zerwać się z miejsca i pobiec za Inari, licząc, że kobieta ją jednak zdoła ocalić. Ale przecież nie mogła tu zrobić. Wzięła na barki rolę tej, która będzie go pilnować i musi w tym wytrwać. Skupiła całą uwagę na kontrolowaniu, czy oddycha. Nie chciała pozwolić sobie na ucieczkę choć jednej myśli w inną stronę, bo wiedziała, że stres ją wtedy pożre. Miała zadanie do wykonania i tego musiała się trzymać. To na pewno nie potrwa długo. Wezwała pomoc, karetka była już w drodze. Zaraz zjawią się tu ratownicy i przejmą sytuację. Na pewno uratują tego mężczyznę i wszyscy będą mogli odetchnąć z ulgą. Drgnęła niepewnie, przekonana, że Anderson przestał jednak oddychać. Zastygła w bezruchu, nachylona nad jego ciałem. Nie, tylko jej się wydawało. Nic się nie zmieniło.
Ratownicy, którzy wpadli wreszcie do środka, wyrwali ją z kompletnego zafiksowania na leżącym na podłodze ciele. Zamrugała niepewnie, jakby przebudziła się z jakiegoś paskudnego snu. Odsunęła się od Andersona, robiąc miejsce ludziom, którzy przecież doskonale znali się na swojej robocie.
Stanęła obok Inari, krzyżując ręce na piersi. Obserwowała uważnie plecy jednego z ratowników, które na szczęście zasłaniały jej widok na Andersona. Szerokie ramiona medyka przynosiły jej ukojenie. Ich działania były pewne, niemal odruchowe. Doskonale znali wszystkie kolejne kroki, których musieli się podjąć. Mówili coś do Andersona, rozmawiali między sobą. Nie rejestrowała tych słów, nie chciała nawet, by docierał do niej ich sens. Ocknęła się dopiero, gdy usłyszała kobiecy głos obok siebie. Kilka uderzeń serca zajęło jej zrozumienie, o co właśnie została zapytana.
— Zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby tak właśnie było. — Skinęła glową na potwierdzenie tych słów. Przyznanie jej racji tak po prosu byłoby głupie. Nie składa się przecież obietnic, których dopełnienie nie leży w naszej mocy. Ratownicy ułożyli Andersona na noszach i zaczęli wnosić go po schodach. Wypuściła powietrze z płuc, gdy dotarli do drzwi.
— Dobrze, że do niego zeszłaś. Dzięki temu będą mogli mu pomóc. — Spojrzała wreszcie na Nilsinger, czując, jak jej ramiona powoli zaczynają się rozluźniać. Nadal była w gotowości, jakby obawiała się, że ratownicy tu wrócą i poproszą je o wsparcie. Ruszyła przed siebie, zrobiła kilka kroków w stronę schodów. Zatrzymała się jednak w połowie drogi i obróciła się w stronę Inari.
— W porządku? — dopytała, przyglądając się jej uważnie. Trudno było jej ocenić, czy kobieta zdążyła już wrócić do swojej zwyczajowej stabilnej obojętności. Kusiło ją, żeby zadać jeszcze kilka pytań albo chociaż położyć jej rękę na ramieniu, ale nie zrobiła żadnej z tych rzeczy.

Inari Nilsinger
Werka
36 y/o
For good luck!
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
brain yoga, baby, namaste
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

Stała tam, gdzie ją zostawili — pół kroku od miejsca, gdzie jeszcze chwilę temu leżał Anderson. Wzrok miała wbity w schody, po których właśnie znikali ratownicy. Dopiero kiedy drzwi na górze się zamknęły, coś w niej minimalnie puściło. Nie dużo. Tyle, żeby oddech przestał być aż tak płytki. Przesunęła dłonią po karku, krótko, nerwowo, jakby chciała rozluźnić coś, co wcale nie chciało się rozluźnić. Potem poprawiła rękaw — zbędnie, mechanicznie.
Mhm — rzuciła w końcu. Brzmiało to bardziej jak potwierdzenie faktu niż zgoda. Na jej „dobrze, że zeszłaś” nie odpowiedziała od razu. Kącik jej ust drgnął minimalnie, ale nie poszło za tym nic więcej. Nie potrzebowała tego rozbierać na części. Kiedy April zapytała, czy wszystko w porządku, Inari wreszcie na nią spojrzała. Krótko. Uważnie. Za długo, jak na zwykłe pytanie. — Jest — mruknęła, krzywiąc się nieznacznie. Za szybko. Przeniosła wzrok na schody. — Wyjdźmy stąd.
Ruszyła przodem, nie oglądając się, czy Finch w ogóle idzie za nią.
To znowu się stało. Korytarz był cichy. Zgiełk panujący wokół pojawienia się ratowników ucichł. Za oknami karetka warknęła, z rury poleciał dym i syrena momentalnie zawyła. Wraz ze zniknięciem Andersona powietrze stało się lżejsze, co kolejny raz wydało się Inari zaskakujące. Zatrzymała się przy wyjściu. Jakby to wszystko zostało za nimi, zamknięte w piwnicy razem z zapachem kurzu i napięcia.
Kilka kroków dalej coś zaburzało ten porządek. Rozsypane książki i albumy należące do Finch leżały w nieładzie a jeden z nich zdobił odcisk cudzego buta. Sądząc po rozmiarze — męskiego buta.
Inari zatrzymała się nad nimi bez słowa. Odłożyła swoją torebkę pod ścianą i przykucnęła. Podniosła pierwszy album. Zamknęła go spokojnie, przesuwając dłonią po okładce, jakby sprawdzała, czy wszystko trzyma się na swoim miejscu. Odłożyła go na bok. Równo. Kolejny. I jeszcze jeden.
Uporządkowane, powtarzalne ruchy. Precyzja uspokaja.
Zgubiłaś pół biblioteki — rzuciła cicho bez przejęcia. Jeden z albumów rozchylił się przy podnoszeniu. Na sekundę zatrzymała wzrok na otwartej stronie, ale zaraz go zamknęła i dołożyła do stosu. Wyrównała krawędzie. Dopiero wtedy spojrzała na April znad ramienia. — Nic się nie zniszczyło.
Z kieszeni wyciągnęła chusteczkę… i zaczęła ścierać odcisk buta. Na oko — rozmiar 44. Jakby to było ważne. Inari wydawała się spokojniejsza z zewnątrz. Wszystko na swoim miejscu. Przynajmniej tak to wyglądało.
Z oddali galerii zaczęły dochodzić szepty. Czyli tylko wyobraziła sobie tę ciszę...

April Finch
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
30 y/o
APRILLA
157 cm
Head of Creative & Strategy Department
Awatar użytkownika
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obserwowała ją uważnie, starając się wyłapać wszystkie mikroekspresje, które miałyby świadczyć o tym, że coś z nią było jednak nie w porządku. Odczytywanie jej intencji nie było proste, nie chciała spojrzeć na coś nieodpowiednio. Fakt, że zestresowała się akurat w takiej sytuacji, nie był przecież aż taki dziwny. To był ludzki odruch. Może nie do końca spodziewała się po niej ludzkich odruchów, ale przecież pamiętała, że potrafiła być czasami przyjemna, więc może jednak nie była aż tak oderwana od rzeczywistości?
Zacisnęła wargi, powstrzymując uśmiech, który wywołał nikły cień uśmiechu na twarzy Inari. W ciągu tych kilkunastu minut naprawdę zobaczyła ją z wielu różnych stron! Nie chciała jej jednak spłoszyć. To było trochę jak oglądanie dzikiego zwierzęcia naturalnym środowisku. Trzeba było patrzeć, nie mówić za dużo i wyciągać wnioski. A na pewno nie dotykać, bo ucieknie w jakieś krzaki.
— Wyjdźmy stąd — powtórzyła, chcąc, żeby te słowa osadziły się w nich jeszcze bardziej. Bardzo chciała się stąd jak najszybciej wydostać, pozbyć się tego miejsca z głowy i barków. Ruszyła schodami w górę na architektką, czując coraz większą ulgę z każdym kolejnym krokiem. Miała serdecznie dość piwnic na bardzo długi czas.
Spojrzała na rozsypane książki kompletnie nieprzejęta. W międzyczasie zdążyła nawet zapomnieć, że je tutaj zostawiła. Miała wrażenie, jakby ta decyzja padła bardzo dawno temu. Nie kojarzyła już nawet, dlaczego się tak cieszyła z tego prezentu. Entuzjazm powiązany z odkrywaniem nowej sztuki chwilowo z niej uleciał.
Obserwowała, co Inari wyprawia z albumami. Podeszła do nich zadziwiająco delikatnie. Naprawdę nie nadążała za tą kobietą. Nie przeszkadzała jej w układaniu. Stała obok, cierpliwie czekając, aż stos zamieni się w stabilną konstrukcję.
— Jakby się zniszczyło, to przynajmniej niosłoby za sobą jakąś dziwaczną opowieść — zauważyła. Czy te książki i tak będą się jej kojarzyć z tym dniem? Całkiem możliwe. Najwyżej je komuś odda. Albo odsprzeda. Jeżeli tylko wyczuje, że oglądanie ich wprawia ją w dyskomfort, po prostu się ich pozbędzie. Nie przywykła do znęcania się nad samą sobą.
Podniosła je z podłogi, gdy Nilsinger skończyła je oporządzać. To był naprawdę miły gest. Może wysmarowała je czymś, od czego Finch dostanie paskudnej wysypki? To właściwie byłoby niezłe zagranie! Doceniłaby je, zaraz po tym, jak przestałaby się na to wkurwiać.
— Dzięki za pomoc. — Skinęła głową, uśmiechając się słabo. Nie była pewna, czy ma na myśli doprowadzenie do porządku albumów czy Andersona. Po prostu była wdzięczna za jej obecność, która wcześniej wydawała jej się nie do zniesienia. Spojrzała w stronę wyjścia, bez żadnego problemu przypominając sobie, gdzie się znajdowało. Musi wreszcie się stąd wydostać.
Serio nie pamiętasz, że mam na imię April? — dopytała, przekrzywiając nieco głowę. Zanim zniknie, chciała upewnić się tak na sto procent. Trudno było jej zakładać, że ktoś miał złe intencje, nawet Inari! No i trudno było jej uwierzyć, że ktoś mógł jej nie pamiętać.

Inari Nilsinger
Werka
36 y/o
For good luck!
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
brain yoga, baby, namaste
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

Dopiero kiedy April podniosła książki, zerknięcie na wyjście zarejestrowała odruchowo. Ten sam kierunek. Ten sam cel. Pytanie zatrzymało ją na moment.
Inari zatrzymała się na moment przy drzwiach, jakby dopiero teraz pozwoliła sobie naprawdę wyhamować. Uwagę przesunęła po krawędzi jednego z albumów, sprawdzając odruchowo, czy grzbiet nie pękł. Wszystko było na swoim miejscu — wystarczająco dobrze, żeby uznać temat za zamknięty.
Sięgnęła po swoją torbę i zarzuciła ją na ramię. Na „dzięki” skinęła tylko głową — krótko, bez rozwijania tematu. Nie rozdzielała tego na części. Pomoc to pomoc.
Spojrzała na April dopiero po chwili, z tym swoim charakterystycznym, lekko spóźnionym skupieniem — jakby najpierw analizowała sytuację, a dopiero potem człowieka. Lekko zmrużyła oczy, jakby naprawdę próbowała coś sobie przypomnieć — nie złośliwie, nie na pokaz.
Mhm. — Przekrzywiła minimalnie głowę. — June było drugim strzałem — dodała spokojnie. — Najwidoczniej nie poszłam w tę stronę kalendarza, co trzeba. — Nie brzmiało to jak przeprosiny, ale też nie jak kpina. Raczej fakt. Przesunęła spojrzeniem po niej jeszcze raz, jakby tym razem próbowała przypisać imię do twarzy na stałe. Westchnęła cicho przez nos i poprawiła mankiet koszuli, jakby to miało uporządkować również jej pamięć. — Zapamiętam. — I tym razem było w tym coś bliższego zobowiązaniu niż pustej deklaracji. — April — powtórzyła już poprawnie, bez cienia ironii. Przez sekundę wyglądała, jakby chciała coś jeszcze dodać, ale zawahała się — minimalnie, niemal niezauważalnie. W końcu skinęła głową, krótkim, rzeczowym ruchem. — Spisałaś się — frazes padło sucho, bez ozdobników, ale nie było puste. Inari nie patrzyła już wtedy na książki, tylko na nią. Widziała April. — Na dole. — doprecyzowała ciszej. — Nie panikowałaś wtedy, kiedy było to najmniej wskazane. — Kącik jej ust drgnął ledwo zauważalnie — coś pomiędzy uznaniem a próbą utrzymania dystansu. — I... — Odchrząknęła. — ...dobrze podałaś adres.
To już brzmiało prawie jak żart. Prawie.

April Finch
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
30 y/o
APRILLA
157 cm
Head of Creative & Strategy Department
Awatar użytkownika
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obserwowanie, jak próbowała ją analizować, było wyjątkowo ciekawe. Wyglądało na to, że nie tylko April podglądała zwierzę ukryta w krzakach, ale też zwierzę patrzyło na nią. Zauważyło ją w gęstwinie i zastanawiało się, czy ten dziwaczny okaz jest bezpieczny i czy na wszelki wypadek nie wypadałoby go zaatakować. Sprawiała jednak wrażenie łagodnej. Nie szykowała się do walki, ani nawet żadnych kpin.
Finch wywróciła tylko oczami, słysząc uwagę o kalendarzu. Dobrze, że miała zajęte ręce, bo wyraziłaby swoją aprobatę dużo dosadniej, a tak wyglądało, jakby wcale się aż tak nie przejęła. Musiała przyznać, że June pasowałoby do niej bardziej niż May. Nadal nie czuła tego pod skórą, to nie był jej, ale może obraziłaby się mniej? Nie, niemożliwe. Byłaby niezadowolona tak czy siak. Nie lubiła nie zapadać ludziom w pamięć.
— Przekonamy się. — Uśmiechnęła się, jakby rzucała jej wyzwanie. Nie miała pojęcia, kiedy niby miałyby przetestować, czy Inari zapamiętała jej imię. Nie zapowiadało się raczej, żeby miały zacząć chodzić ze sobą na kawę. Ale może kiedyś jeszcze miną się tak jak dzisiaj? Toronto, wbrew pozorom, nie było aż takim wielkim miastem. April bardzo chciała zapamiętać, by przy następnej okazji pomylić personalia Nilsinger. Problem w tym, że na bank zapomni o tym postanowieniu, zanim dojedzie do domu, a poza tym, architekta pewnie nawet by się nie przejęła. To dopiero byłaby marna zemsta.
Pochwała ją podbudowała. Wyprostowała się nieco, czując ulgę, że słyszy takie słowa. Stres zaczął powoli z niej schodzić, potrzebowała komentarza od kogoś oprócz siebie samej. Sanitariusze nie mieli czasu na rozmowę, Anderson może nawet tej sytuacji nie przeżyje, więc została tylko Inari. Przyznała, że wszystko poszło całkiem gładko, mimo dławiącego April stresu. Może jednak tam na role Inari wcale nie była aż taka rozproszona, jak jej się wcześniej wydawało?
Nachyliła się nieco w jej stronę i rozejrzała na boki, upewniając się, że nikt nie stoi obok i nie próbuje ich podsłuchiwać. Oczywiście nikogo takiego nie zauważyła. Goście szwendali się we własnym tempie, większość osób nie byłaby w zasięgu słuchu, nawet gdyby mówiła normalnie.
— Gdyby nie mieli numeru budynku w nazwie, to miałybyśmy przejebane. — Obniżyła głos do konspiracyjnego szeptu i puściła do niej oczko. Nie sposób było nie dołączyć do tego prawie żartu! Takie podłapywanie ludzkich odruchów powinno wyjść Inari na zdrowie. Może z czasem zauważy, że jak robi takie rzeczy, to wzbudza w ludziach sympatię? Pewnie nie. April przecież nie zamierzała jej tresować. Kusiło ją tylko trochę.
— Odezwij się, jak zatęsknisz, co? Jesteś niegłupia, kontakt znajdziesz bez problemu — zaproponowała, z powrotem się prostując. Uśmiechnęła się przy tym szeroko, chcąc dać znać, że oferta była całkiem szczera. Nie miała jednak ochoty słuchać odpowiedzi, bo domyślała się, że raczej nie byłaby pozytywna. Ale kto wie? Zasiała ziarno, mogła być z siebie dumna! Skinęła głową, obróciła się znowu w stronę korytarza prowadzącego do wyjścia i ruszyła wreszcie do domu.
koniec
Inari Nilsinger
Werka
ODPOWIEDZ

Wróć do „Gallery 1313”