Inari kucała po drugiej stronie Andersona, ale już go nie dotykała — jakby wykonała swoją część i teraz pilnowała, żeby nic się nie pogorszyło. Jej spojrzenie co chwilę wracało do jego twarzy, zbyt uważne, zbyt skupione jak na kogoś, kto „po prostu pomaga”.
—
Słyszałam — powiedziała w końcu cicho. Nie było w tym zaczepki. Raczej stwierdzenie faktu. Przeniosła wzrok na April, krótko, kontrolnie, jakby sprawdzała, czy faktycznie ogarnia sytuację. Potem znów na Andersona. —
Oddycha. — Mówiła bardziej do siebie niż do niej. Polecenie o wyjściu na górę zawisło między nimi, jak gilotyna. Inari nie ruszyła się od razu. Jej dłoń drgnęła lekko przy kolanie, jakby przez moment wahała się, czy zostawić to miejsce. Czy zostawić
ten widok.
Salon. Podłoga. Już za późno.
Zacisnęła szczękę. Potaknęła urywanie. Podniosła się powoli, trochę zbyt sztywno, niby ciało nienadążające za decyzję umysłu. Otrzepała dłonie o spodnie, chociaż nie były brudne. Zanim ruszyła w stronę schodów, zatrzymała się jeszcze na ułamek sekundy.
—
Jeśli przestanie oddychać… — zaczęła, ale urwała. April wiedziała. Skinęła tylko głową, jakby kończyła zdanie w myślach. Nie na warcie młodej. —
Będą tu szybciej, jeśli ktoś ich poprowadzi. — Brzmiało rzeczowo. Praktycznie. Nilsinger odwróciła się i ruszyła w stronę schodów bez oglądania się za siebie, ale tempo miała odrobinę zbyt szybkie jak na jej zwykłą, kontrolowaną manierę chodzenia. Wyjście na górę to nie tylko „przydanie się”. Wspięła się po schodach szybciej, niż powinna, prawie ześlizgując prawą stopę na wygładzonym stopniu. Kroki odbijały się głucho od betonu, każdy następny trochę głośniejszy, trochę bardziej urywany. Kiedy wypchnęła drzwi na górze, powietrze uderzyło w nią chłodniejsze, czystsze — i na moment aż zakręciło jej się w głowie.
Zatrzymała się tuż przy wejściu. Ręce opuściła wzdłuż ciała, ale palce miała napięte, jakby wciąż coś trzymała. Jakby trzymała
jego. Oddychała płytko. Za wolno. Za szybko. Nie tak! Spojrzenie uciekło jej gdzieś w bok, na ścianę, na podłogę, na wszystko, co nie było twarzą człowieka z przekrzywionymi ustami. Nie tutaj. Tutaj nie było parkietu. Nie było też szkła.
I nie było jego.
Zacisnęła szczękę.
—
Skup się — mruknęła pod nosem, prawie bezgłośnie. Przesunęła dłonią po włosach, potem po karku i jakby chciała fizycznie strząsnąć z siebie obraz, który uparcie wracał. May
April jest na dole. Oddychała. Anderson też. To powinno wystarczyć. Nie, skarciła się w myślach. To
musi wystarczyć.
Wyprostowała się dokładnie w momencie, kiedy w oddali rozległ się sygnał. Najpierw cichy. Potem narastający, odbijający się od budynków donośnym echem świdrującym uszy. Karetka zatrzymała się gwałtownie przed wejściem. Niebieskie światła rozbłysły w oszklonym wejściu Gallery 1313. Goście oraz pracownicy podnieśli raban, nikt nie wiedział, co się dzieje.
Inari objęła szyję dłonią. Nie dopowiadała sobie tego, prawda? Pomoc naprawdę przybyła na czas? Mogła realnie coś zmienić.
Drzwi otworzyły się z metalicznym trzaskiem.
Dwóch ratowników wyskoczyło niemal jednocześnie — jeden już w rękawiczkach, drugi zarzucający na ramię torbę medyczną. Trzeci sięgał po nosze, wysuwając je płynnym, wyćwiczonym ruchem.
—
Gdzie jest pacjent? — spytał pierwszy przypadkową osobę.
Teraz albo nigdy.
—
Archiwum! — krzyknęła Inari, podbiegając w ich stronę. —
Jest w archiwum! Drzwi otwarte, tam. — Wskazała ruchem ręki długi korytarz lśniący od złotych palm art deco. —
To dyrektor galerii, ma objawy udaru. Nie rusza połową ciała, nie mówi. Rzęzi… Oddycha, ułożyłyśmy go na boku, ale...
Inari zabrakło powietrza. Pochyliła się i uderzyła piąstką w pierś, próbując złapać oddech. Poczerwieniała na policzkach.
Jeden z nich skinął głową, drugi już ruszał w jej stronę z noszami. Wszyscy ruszyli w stronę piwnic.
—
Jest tam sam?
—
May go pilnuje.
—
Byłyście panie z nim, gdy to się wydarzyło?
—
Nie, widziałam go parę minut temu, kiedy schodził do archiwum po papiery dla mnie. Zachowywał się normalnie…
Drzwi piwnicy trzasnęły. Ratownik z plecakiem otworzył je na oścież.
Nie zatrzymywali się. Wchodzili już do środka, rozkładając sprzęt w ruchu — torba otwarta, mankiet do ciśnienia wyciągnięty jeszcze zanim zeszli ze światła dziennego. Inari ruszyła za nimi.
—
Drugi stopień jest nierówny! — rzuciła za nimi. Ich obecność wypełniła przestrzeń pełną chaosu i dodawała otuchy. Zwolniła dopiero przy ostatnich stopniach w głębi archiwum. Tym razem nie weszła pierwsza w sam środek zbiegowiska. Zatrzymała się parę kroków z boku, zostawiając ratownikom przestrzeń do działania i poklepała April, aby cofnęła się wraz z nią.
Stanęły przy okratowanym przejściu do skrzydła z wysokimi regałami pełnymi teczek. Jak ktoś, kto wie dokładnie, gdzie kończy się jego rola.
—
May…? — wymamrotała słabo. —
On… przeżyje. — Twarz Inari przeciął cień obawy. —
Prawda?
April Finch