-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Skinęła krótko głową, słysząc znaczenie jego migania. Jak dotąd nie była w stanie zrozumieć sygnałów, które wypowiadał w jej stronę. Zanotuje, spróbuje zapamiętać, bo może obiecywać będzie jeszcze inne rzeczy.
— Dlaczego właściwie wolontariat tam? — dopytała ze zmarszczonymi brwiami. Sama nie była dobra w rozmowy, zdecydowanie łatwiej słuchało się jej innych ludzi. Zresztą chciała przede wszystkim poznać Theo. Już zdawała sobie sprawę, że dobrym był człowiekiem, a bardziej fascynowały ją jego pobudki popychające go w tę stronę — jak to nie masz pojęcia? A z jedzenia? Picia? Seksu? — spytała, czując lekki szok. Nawet ona miała preferencje, a to wydawało się odrobinę dziwne. Lubiła cichy wieczór z książką, przyrodę, coś czemu mogła oddawać się bez myślenia. Miała ulubione rzeczy, chociaż bywały one dziwne. Ulubione miejsce? Prosektorium.
— No chyba sobie żartujesz... — mruknęła, trzymając łyżkę w dłoni z pełnym niezadowoleniem na twarzy. Szybko odłożyła sztuciec na blat, a sama ostrym wzrokiem zlustrowała Bachmanna. Westchnęła ciężko, cały czas kręcąc głową. Typowy, złośliwy chochlik. Nie dawał jej angażować się w relację, tylko dawał, kiedy ona chciała się odwdzięczyć. Pewnie boczyłaby się jakiś czas, gdyby nie kolejne pytanie na które widocznie spoważniała. Usta ułożyły się jej we wąską kreskę, a Ward jedynie krótko westchnęła. No tak, czas głębokich opowieści czas zacząć — mój brat i ja chcieliśmy od zawsze ratować ludzi. W zasadzie chciałam zostać chirurgiem — stwierdziła, wpatrując się w Theo, po czym spuściła wzrok. Z trudem przychodziło jej opowiadanie przeszłości — proszę nalej mi wina — powiedziała cichym tonem. Chwilę czekała, a gdy dostała kieliszek w dłonie, połowę jego zawartości wypiła na raz. Musiała się znieczulić — po stażu miałam nowotwór. Po wszystkich przygodach z nim nie chciałam mieć nic wspólnego z żywymi pacjentami. Dlatego wybrałam patologię — druga porcja znieczulenia — a medycynę sądową wybrałam, kiedy umarła moja bratowa i nie byłam w stanie wytrzymać spojrzeń pełnych troski. Martwi nie patrzą, nie mówią, nie jestem w stanie ich zawieść — czuła, jak słowa grzęzą jej w gardle. Nie lubiła opowiadania własnej historii. W takich chwila była mentalnie obdarta z ubrań. Zdążyła to przeżyć, przeprocesować, ale wystarczyło jedno pytanie, które było w stanie wybić ją całkowicie z rytmu.
— Nie powiedziałaś mi tego wtedy — przypomniała mu, marszcząc przy tym dość groźnie brwi. Już wtedy przecież oczekiwała usłyszenia tych słów. Chciała wiedzieć, że mu się podoba, że dobrze wygląda. Zamiast tego dostała wytłumaczenie o tym, że nikt nie zwraca na nią uwagi. Właśnie mieli! A właściwie jeden konkretny olbrzym miał zwrócić na nią uwagę.
— Nie mów w ten sposób, nie nudzisz mnie — stwierdziła, patrząc na niego groźnym spojrzeniem. Mogła być chłodną osobą, a jednocześnie miała w sobie coś takiego jak serce. Zwłaszcza w stosunku do mężczyzny, do którego coraz bardziej się przywiązywała — wiesz że... — zaczęła nagle Cynthia z lekko zmarszczonymi brwiami — nie musisz mnie słuchać i że chcę, żebyś czuł się dobrze przy mnie? — spytała finalnie, bo zmartwiła ją jego historia. Kimkolwiek byłaby ta kobieta, życzyłaby jej trafienie na jej stół. Podobno nikomu nie powinno życzyć się źle, ale czasem znajdowali się tacy ludzie, z którymi nie można było inaczej. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ktoś zraniłby tak dobrego człowieka i... i go szkolił. To krótkie stwierdzenie wywołało w niej falę irytacji — wiesz, teraz jak byś wypił... To nie byłoby już nieznajomej, ale to twoja decyzja — zaraz wzruszyła delikatnie ramionami, rozkładając dłonie. Do niczego nie miała zamiaru go zmuszać. Jeśli uważał alkohol za słabość, przystanie na to. Mogła mieć darmowego kierowcę, prawda?
— Na razie nie wyminąłeś żadnej wady — uśmiechnęła się delikatnie, wpatrując się w niego z nieukrywaną ciekawością w oczach. Na kolejne stwierdzenie cała zesztywniała — Lakefield? — spytała, patrząc w niego cały czas. Nie, to niemożliwe, żeby jej przyjaciółka mogła być ex-terapeutką jej przyszłego faceta. Takie przypadki zwyczajnie w świecie się nie zdarzają.
Uśmiechnęła się, czując na ustach buziaka. Theo był słodki, zwłaszcza kiedy tak krążył w jej kuchni. Kiwnęła głową na jego instrukcję. Kolejna rozpływająca się truskawka w ustach, tego właśnie potrzebowała. Uniosła kąciki ust jeszcze wyżej, widząc, co on planuje. Nachyliła się w jego stronę, by móc przechwycić truskawkę, ale skradła mu jeden dłuższy pocałunek.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie tylko tam. Lubię być zajęty, a zanim mogłem pracować, musiałem się czymś zająć? Schroniska, hospicja, gdziekolwiek coś znalazłem, żeby mnie szlag nie trafił przez za dużo czasu. - w hospicjum rzeczywiście spędził sporo czasu, po prostu lubiąc interakcje z pacjentami. Niektórych rodzina nie miała czasu odwiedzać, inni po prostu chcieli rozmawiać, śmiać się i generalnie żyć, bez bliskich traktujących ich jak potłuczoną porcelanę. Czasami grał z nimi w karty, innym razem pomagał się nakarmić albo służył ramieniem, żeby przejść z punktu A do punktu B. Przez jakiś czas myślał nawet, żeby pójść na pielęgniarskie studia, ale szybko stwierdził, że nie miał do tego mózgu, porzucając pomysł całkowicie. Roześmiał się, gdy wyraźnie wywołał błąd w jej systemie, brakiem rzeczy, których zajmował się w wolnym czasie, po raz kolejny wzruszył ramionami. - Nie wiem, naprawdę. Zawsze się starałem zajmować czas? Jedzenie.. lubię włoskie, rzadko zamawiam, lubię gotować. Picie... Woda z elektrolitami? Czarna herbata? - zmarszczył lekko brwi, próbując zagarnąć wszystkie informacje, żeby odpowiedzieć na jej pytania, nawet jeśli uciekł mu wątek i nie bardzo wiedział o co pytała. O to, co lubi z tych rzeczy..? - Seks... Uh. Lubię cię mieć. A cała reszta to miły dodatek? - dobra, nie miał pojęcia. Uśmiechnął się niewinnie, rozkładając ramiona, bladego pojęcia nie wiedział, czy się pogrąża, czy może Cynthia uzna, że niech mu będzie.
Po prostu nie potrzebował pomocy i chciał jej dać możliwość wychillowania, to chyba nie była najgorsza rzecz na świecie, co? Rozmowa z nim, kiedy pracował w zupełności mu wystarczała. Chciał o niej wiedzieć więcej, zwykle wolała słuchać niż mówić i już to zauważył, więc.. Tak się mogła odwdzięczyć.
Okay, chyba trafił w strunę, która niezbyt się z nią zgadzała tym pytaniem, ale zamiast się wycofywać, po prostu wykonał jej polecenie, podając wino. Zamrugał szybko, słysząc o nowotworze, jego praca z nożem zwolniła znacznie, a po chwili zupełnie się zatrzymała, gdy odłożył wszystko, opierając się dłońmi o blat. Słuchał jej uważnie, przyglądając się jej twarzy, zerknął tylko raz w stronę klatki, gdzie mógł spodziewać się pewnie jakiejś małej blizny, w zależności od tego jak dawno temu przeszła przez chemię.. Nie zauważył? Było ciemno, był pijany, może po prostu minęło wystarczająco czasu, że bez kontekstu, nie byłby w stanie stwierdzić nawet pod ostrym światłem. Oh, wow. Otarł dłonie o ścierkę, przesunął się znów do niej, opierając ręce o jej uda, ot, żeby wiedziała, że był obok, słuchał i nie, wcale się nie obawiał tego pakunku. Gdy skończyła mówić i wypiła zawartość kieliszka, pogłaskał ją palcami jednej dłoni po udzie, drugą dłoń podniósł do policzka, by na niego spojrzała. - Jesteś bardzo silną kobietą, wiesz? Przykro mi, że straciłaś bratową. - miał zbyt mało informacji, żeby powiedzieć coś w temacie "zawodzenia" i też nie uważał, żeby chciała od niego tego typu wsparcia. Brzmiało, jakby uciekła do prosektorium, żeby trzymać się z daleka od litości, kondolencji i oceniania, co też mógł zrozumieć. Posłał jej lekki, łagodny uśmiech, przesuwając kciukiem po jej szczęce, musnął ustami skórę na policzku. - Też noszę pamiątkę po zawiedzeniu bliskiej osoby, rozumiem. - tylko tyle mógł jej zaoferować, żeby nie brzmieć, jakby nagle uważał ją za połamaną porcelanę. Nie uważał. Przeciwnie, pomogła mu odrobinę lepiej zrozumieć to, jak musiała się zwykle czuć i dlaczego czasami pochłaniała ją niepewność.
Żachnął się, przez moment chciał zaprzeczyć i się bronić, ale zaraz zdał sobie sprawę z tego, że miała rację. Kręcił się wokół tematu, kiedy zapytała go jak wyglądał i był w sumie całkiem wredny i bezczelny, jak tak sobie przypominał. Trochę jakby chciał ją od siebie odstraszyć, właściwie powiedział jej dosłownie, żeby się nim nie interesowała. - Okay, okay. Bo się bałem, że jak się do ciebie za bardzo przyzwyczaję, to będzie cholernie bolało, jak ci się znudzę. - opowiedział szczerze, nawet jeśli była to tylko część prawdy. Bał się wielu rzeczy, co jej powiedział ostatnim razem. Miał głupie kompleksy, niektóre całkiem irracjonalne, z czego zdawał sobie sprawę, ale na które nic nie mógł poradzić.
Wspomnienie kobiety ze swojej przeszłości nigdy nie było przyjemne, ale.. Rozproszył się, gdy zaczęła mówić o tym, jak chciała, żeby było mu dobrze i że generalnie nie musiał się słuchać... chyba nie myślała, że w jego głowie była następną taką potworą? Okay, gotowanie na bok, znów. Musiał znaleźć się bliżej, przyciągnąć ją do siebie, krótko pocałować, starając się przekazać w tym pocałunku emocje, których nie potrafił ubrać w słowa. Ciepłe i miękkie, słodkie, prawie niewinne, mimo że silne dłonie przytrzymywały ją przy jego ciele mocno, jakby nie znosił sprzeciwu. - Nie przypominasz jej w niczym. Spędzanie z tobą czasu jest łatwe jak oddychanie. Chcę cię słuchać. - wymienił, zaraz przysuwając twarz do jej ucha, dodał nisko;
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
- Powinienem zapytać Charliego, na pewno coś wymyśli. To mój najlepszy przyjaciel, przyszywany brat, mam być świadkiem na jego ślubie w tym roku. - dał jej odrobinę kontekstu, rozbawiony tak czy siak faktem, że ośli upór nie wydawał jej się wadą. Zaletą na pewno nie było. Marshall może by wymyślił jakieś wady, pewnie coś w stylu "debil ma zwykle rację" i coś o ciągłym naprawianiu rzeczy, czy rad, brzydkich prawd o które nikt nie prosił.. Tak, na pewno coś w tym stylu. - Hmmm... Tak, chyba tak. Jak wyciągniesz telefon z mojej prawej kieszeni z przodu, to możesz wejść w.. chyba mail to był albo wiadomość, nie pamiętam, ale jedno z nich to było potwierdzenie. - poruszył biodrem z prawej strony, próbując sobie tym samym przypomnieć jaki w ogóle miał pin, żeby włamać się do jego telefonu.. Nie pamiętał, zwykle używając swojego krzywego ryja, a pin pamiętał w kciuku, nie we własnej głowie. Zdarza się. Musiał zapamiętać, żeby dodać jej twarz do ID, ułatwiłoby to życie jakby gotował, a chciał jej coś pokazać.
Oddał pocałunek chętnie, znacznie woląc jej usta od truskawki. Z pomrukiem zadowolenia przyjął to, że przytrzymała go przy sobie na odrobinę dłużej.
- ..wiesz co, chyba następnym razem przyjdę z gotowym. - zażartował, bo jednak odrywanie się od niej stanowiło ból na jego egzystencji w tamtym momencie.. Żartował, bo gotowanie dla Cynthii Ward znajdowało się na górze listy rzeczy, które naprawdę lubił. Po prostu dotykanie jej, całowanie i robienie innych rzeczy, znajdowało się wyżej. Wolę miał silną też, okay? Skupił się na chwilę, wyzerował na zadaniu, odpalając ciepło pod patelnią na makaron, rybę wsadzając do piekarnika, żeby robiła swoje, nastawiając tylko timer, żeby pikało co 20 min. Właściwie nie używał sztućców, by mieszać w patelni nad którą pracował, zamiast tego podrzucał nimi na patelni szybkimi, mocnymi ruchami ramienia. Lewego, prawe nie lubiło raptownych ruchów mimo że było jego dominującą ręką. Szybko podsmażył czosnek i ostrą papryczkę, dołożył do tego makaron i wodę z makaronu, pozwalając się składnikom zaprzyjaźnić przez kilka minut przygotował głębokie talerzyki i sztućce, żeby było gotowe. Prosty makaron wylądował na swoim miejscu, trufla, trochę ziółek i zaraz stał przed nią z dwiema małymi porcjami - w końcu nie chcieli się objeść jak świnki i nie móc potem ruszać, nie? - Stół, czy jesteś okay z siedzeniem na blacie? - wyszczerzył się w uśmiechu, bo jemu to było wszystko jedno. Jakby tak pomyślał, to właściwie rzadko siadał na dupie, kiedy jadł, generalnie wolał być na nogach w większości przypadków.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Więc nie lubisz bezczynności? — dopytała, próbując znaleźć jakieś konkretne upodobania Matheo. Momentami wydawał się jej człowiekiem praktycznie nie do zatrzymania. Z kolei Cynthia lubiła bezczynność, uwielbiała czekać i święty spokój. Ciszę rozdzierającą serce panującą w jej mieszkaniu. Tyle wystarczyło jej do szczęścia, chociaż przy Bachmannie lubiła chaos, którym otaczał się na co dzień — woda z elektrolitami i herbata. Może wino bezalkoholowe? — dopytała Ward. Ona lubiła sam gorzki smak alkoholu. Opcji bezalkoholowych nigdy nie próbowała, bo nie odnajdywała odpowiedniego towarzystwa, by móc je pić. Przy Marze oraz Williamie trudno było o trzeźwość.
— Lubisz mnie mieć? — dopytała, unosząc oba kąciki ust ku górze. Spodobało się jej to stwierdzenie. Nie uciekał, a po prostu był przy niej, kiedy tego potrzebowała. Dla niej to było wystarczające, bo finalnie mogła wzrastać razem z nim. Tylko tyle było potrzebne jej do szczęścia, chociaż chciała móc poznać jego fantazje, dowiedzieć się, w jaki sposób mogła sprawić mu przyjemność — a co chciałbyś zrobić ze mną Theo? Wziąć mnie od tyłu jak w twoim śnie? — dopytała, prowokując go. Instynktownie wręcz przegryzła dolną wargę, wpatrując się w niego wielkimi oczyma. Chciała dowiedzieć się, co kryło się po jego myślami. Co lubił? Na ostro, czy delikatnie? Jaka pozycja była jego ulubioną? W jaki sposób mogła sprawić mu przyjemność? Nie wystarczyło jej po prostu bycie.
— Już to przetrawiłam — stwierdziła spokojnym tonem, unosząc wzrok na Matheo. Minęło odpowiednio wiele czasu, by to przepracowała. Najgorsze wydawały się być coroczne kontrole, w trakcie których przypominała sobie o wszystkim. Na nowo wszystkie myśli pojawiały się w jej głowie i nie była w stanie ich wyrzucić z własnej głowy — bardziej boli mnie fakt, że mój brat został sam. Ich córką zajmuje się jej siostra — westchnęła ciężko. Wyatt wyjechał wraz z nimi, zostawiając ją samą. Każdy ją finalnie zostawiał. Rodzina, narzeczony, czy inni mężczyźni, do których się zbliżyła. Bała się tego samego u Matheo — chcesz o tym opowiedzieć? — zagadnęła, słysząc o jego stracie. Sama wolała pozostawić mu decyzję. Wiele słów zdążyła wypowiedzieć, a wielu mu nie opowiedziała. Na wszystko przyjdzie czas.
— Powinieneś bardziej siebie doceniać — ona już wtedy czekała na miłe słowa z jego ust — jakbym Cię nie lubiła, to bym z Tobą nie rozmawiała w barze — wtedy może nie było między nimi chemii. Połączyła ich rozmowa o totalnych głupotach. Znajomi nieznajomi z każdym kolejnym spotkaniem wchodzili na coraz to wyższy poziom zażyłości. Wbrew rozmawiali o głupotach, innych ludziach, a teraz zaczęli dzielić się wątpliwościami, które cały czas siedziały w ich głowach.
Uwielbiała te krótkie chwili bliskości, kiedy był blisko niej. Odwzajemniła jego pocałunek, jeszcze przez moment go przedłużając. Potrzebowała czuć jego bliskość.
— Miło mi to słyszeć — mruknęła, przechylając delikatnie głowę. Nawet teraz chciała więcej — dzisiaj chcesz powtórkę na trzeźwo? — spytała, patrząc mu prosto w oczy. Pragnęła kolejnej nocy z Bachmannem. Złapała kolejny głębszy oddech, kiedy dotknął jej piersi. Potrzebowała go nie tylko tam, a na każdym kawałku jej ciała.
— Pewnie to dobry facet — stwierdziła, słysząc o jego przyjacielu. Matheo tylko takimi osobami się otaczał. Dobrymi, kochającymi i wspierającymi, bo sam taki był. Trafił mu się jedyny egzemplarz trudny do rozgryzienia, a była nim sama Ward — jesteś pewny? Sam sprawdzisz, jak zaczniemy jeść — szczerze nie chciała mu grzebać w telefonie. Wolała w ten sposób działać. Poczeka na spokojnie, a oglądanie gotującego Matheo, wystarczająco na nią działało.
— Nie możesz doczekać się już dania głównego? — zagadnęła, słysząc o gotowych daniach. Wbiła wzrok w gotującego Theo i mogłaby się rozpłynąć. Ta chwila mogłaby trwać dla niej w nieskończoność — stół, ale zejdę sama — zeskoczyła na podłogę i poszła w stronę stolika. Najedzą się, porozmawiają się, a potem zrobią to, co dorośli lubią najbardziej.
— Pyszne — powiedziała głośno już po pierwszym gryzie makaronu. Wszystko pasowało do siebie idealnie. Trochę tak jak idealny był Theo — mógłbyś mi gotować codziennie... — rozmarzyła się przez moment, ale wtedy przypomniała sobie o jednej rzeczy — to sprawdzisz dla mnie tę terapeutkę? — tak, pamiętała o tym. Szczerze denerwowała się wizją, że Theo mógł pójść do Mary. Byłoby to co najmniej niezręczne.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Igrała z ogniem. Serio. Marnie mu wyszło tłumienie cichego westchnienia, w reakcji na dreszcz, który posłała w dół jego kręgosłupa, powtarzając, co napisał jej wcześniej. Zerknął na nią spod półprzymkniętych powiek, nabierając głębszego oddechu. Uśmiechnął się głupio, podnosząc jeden z kącików ust wyżej od drugiego. - Moja droga, to tylko początek długiej listy rzeczy na którą mam ochotę. - odpowiedział, całkiem się rozpraszając i na tamten moment zapominając, że miał jej gotować. Eh, dobra, nie zapomniał, ale bardzo chciał zapomnieć. - Pokażę ci je wszystkie, jeśli pozwolisz mi się skupić, skończyć tą jedną rzecz.. - wykonał niedbały gest w kierunku jedzenia, którego nie dane mu było na razie dokończyć. Głodne oczy sunęły po jej twarzy, zatrzymując się na ustach, zjeżdżając na szyję, dekolt.. Kolejny dreszcz na który znów się uśmiechnął. Później będzie musiał tylko kilka razy odwrócić uwagę do piekarnika w 20-minutowych interwałach. Przez 20 minut mógł robić co tylko chciała i na co ona miała ochotę.
Nie znał jej brata, nic o człowieku nie wiedział, ale przez jego twarz tak czy siak przeszedł bolesny cień, kiedy usłyszał, że w tym obrazku był dzieciak. Dobra, nie musiał go znać, żeby móc się domyślać, jak ciężka to była sytuacja. Wykrzywił na moment twarz w grymasie, rzucił ciche "poor baby" w stronę półsieroty, ale postanowił na tym skończyć swój komentarz. Zbyt mało wiedział, by móc się wypowiadać, a empatyczny ból, który poczuł, był zwyczajnie prostą, ludzką reakcją. Żadne dziecko nie powinno przechodzić przez utratę rodzica i tyle. Żaden mąż nie powinien tracić żony bliżej nieokreślony, nagły i nieprzewidywalny sposób. Ouch. Przywołała go do porządku, pytając o jego stratę, na co zmarszczył lekko brwi. Zastanawiał się przez chwilę, z wyjątkową uwagą zajmując własne ręce. - Jeden z moich dwójki przyjaciół. Wypadek samochodowy, mnie się praktycznie nic nie stało, on został przybity do fotela częściami zawieszenia. Nie miałem.. Nie wiedziałem.. Uh. Nie byłem w stanie mu pomóc. - krew, morze krwi, na jego dłoniach, ubraniu, pod paznokciami, zapach metalu i śmierci, którego nigdy nie zapomni, panika, błaganie przyjaciela o pomoc, a potem głucha cisza. - Zerwałem sobie mięsień, próbując podnieść część metalu, która wcześniej chyba była sufitem. Dalej staram się zrehabilitować, ale to długa droga. - porzucił co robił, żeby znów się do niej przesunąć. Złapał jej dłoń, poprowadził do swojego najpierw swoimi palcami wymacał wyczuwalne pod mięśniami zgrubienie, by zaraz poprowadzić jej palce, przycisnąć pomiędzy mięśnie. Zgiętą w pół ręką, poruszał nadgarstkiem w półokręgi, by mogła poczuć długą, grubą bliznę głęboko w bicepsie. Znała anatomię lepiej od niego, nawet nie pamiętał jak się dokładnie nazywała ta konkretna część, którą zerwał, wiedział tylko, że przez lata nie mógł do końca podnieść ramienia w przód czy w bok, nadal nie odzyskał pełni ruchów, nawet po zbudowaniu mięśni wokół urazu.
Może miała rację? A może po prostu przemawiała przez nią sympatia, jakiś inny crush, może była pijana faktem, że jej gotował, tym, że się nią nieźle zajął ostatni raz, kiedy ją odwiedził? Nie wiedział. Nie miał zdania. Jedynie chciał się wytłumaczyć, dlaczego był idiotą i nic jej nie powiedział wtedy, kiedy pytała o jego opinię. Był tylko głupim facetem, ok? - Poproszę. - uśmiechnął się zadziornie, gdy zapytała, czy chciał powtórkę na trzeźwo. Tak. Chciał. Bardzo. Odkupić się za błędy, zapomnienie czy niecierpliwość, którą mógł okazać, kiedy nie był trzeźwy i.. Szczerze, trochę egoistycznie, chciał po prostu wszystko czuć lepiej, bez otumaniaczy.
Roześmiał się lekko, gdy nazwała Marshalla dobrym facetem i, o ile by nie zaprzeczył, nie powiedziałby tego na głos pewnie. Lubili sobie docinać, Charlie zdecydowanie czasami potrzebował twardej miłości, przypomnienia, że głupek był z niego czasami.. Ale i tak go kochał. Nawet jeśli popełniał ogromne życiowe błędy, Theo był gotowy przy nim trwać i uratować, jak będzie trzeba. Albo zdzielić po pustym łbie. Yep, braterska miłość. Przyjął też skinieniem głowy, że nie chciała mu grzebać w telefonie, nawet jeśli sam nie miał nic przeciwko. Telefon jak telefon. Wiadomości jak wiadomości. Więcej spamu niż czegokolwiek innego, wiec w sumie może i dobrze, że nie będzie się musiała przez to przekopywać.
Nie odpowiedział jej też, gdy żartowała sobie z dania głównego, jedynie się uśmiechając, pracując uparcie, skupiony, wiedząc, że gdyby znów pozwolił się rozproszyć, to zjedliby coś jutro. Albo znowu popełniłby kardynalny grzech i zamówił maka w środku nocy.
- Mogę gotować. - wyszczerzył się do niej w uśmiechu, gdy tak go chwaliła i.. częściowo zapraszała, by z nią zamieszkał? Urocza. Postanowił się jednak zamknąć, nie próbować wtargnąć do jej personalnej przestrzeni, przynajmniej na tamtą chwilę; wydawała mu się osobą, która lubiła mieć swój własny kąt? Może trochę też bała się należeć. On natomiast już i tak do niej należał, czekał tylko, aż Ward zrozumie, że serio nigdzie się nie wybierał. Sięgnął grzecznie po telefon, zajęło mu tylko chwilę, by znaleźć odpowiednią wiadomość, marszcząc lekko brwi, przesuwając spojrzeniem po tekście, szukając imienia i nazwiska doktorki.. - Yep. Mara Lakefield. Czyli chcesz mi powiedzieć, że byłem kłębkiem nerwowej hiper-aktywnej energii w gabinecie twojej najlepszej przyjaciółki? - z jakiegoś powodu naprawdę go to rozbawiło, kiedy podniósł na nią spojrzenie. Nie powiedział jej tam chyba niczego... A nawet gdyby, bah, nie było nic takiego w jego życiu, czym absolutnie nie mógłby się podzielić z Cynthią, umówmy się. Nie miał ciemnych sekretów, które chciał przed nią chować. Serce na ramieniu i takie tam, kilka blizn, niektóre bardziej, niektóre mniej widoczne, ale w gruncie rzeczy był niegroźny. Trochę nerwowy i tyle.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Nie chcę, żebyś go nadużywał — stwierdziła finalnie Cynthia, by to ładnie wybrzmiało. Mógł, gdyby tylko chciał. Ward nie była osobą, która wtrącała się do życia innych ludzi. Sama żyła jako wyobcowana osoba, ludzie kwestionowali styl życia, prowadzony przez nią, ale nigdy nie chciała go zmienić — ale do włoskiego jedzenia wypada się napić lampki, możemy ją wypić też bezalkoholową — opcji bezalkoholowych Cynthia nigdy nie próbowała. Wcześniej nawet nie pomyślałaby o nich. Lubiła alkohol, lubiła tytoń i chłód własnej kostnicy. Tylko przy Matheo priorytety wydawały się jej zmieniać. Nie chciała go w żaden sposób, ale picie wina, a wina bezalkoholowego nie mogło tak bardzo różnić się między sobą, prawda?
— Ale chciałabym poznać tę listę. — mruknęła, przegryzając dolną wargę. Skoro on działał w kuchni, to jej wyobraźnia mogłaby również zająć się czymś sensownym. Sensowniejszym od trzymania łyżki, którą wspaniałomyślny Bachmann podarował do jej dłoni — no dobrze, gotuj — westchnęła ciężko. Typowy facet, tylko jedna rzecz mogła zajmować mu głowę. Za to Cynthia coraz bardziej mu się przyglądała, czując już niejeden rodzaj głodu, a inny, bardziej intensywny.
Nie chciała komentować bardziej sprawy rodzinnej. Skupiała się na teraźniejszości. Szczerze, tęskniła za własnym bratem i jego wsparciem. Może z daleka od Toronto dogadają się bardziej z Daisy? Liczyła na to, że faktycznie tak się stanie.
— Oh, Theo — mruknęła cicho, marszcząc przy tym delikatnie brwi. Była w stanie wyobrazić sobie, jak wyglądał jego przyjaciel. Różne przypadki do niej trafiają, aż musiała nabrać głębokiego oddechu. Patrzyła mu prosto w oczy, czując bliznę pod opuszkami palców — gdyby można było go uratować, to byś to zrobił — naprawdę wierzyła w to, co mówiła. Praca z martwymi była łatwa, bo... nie da się umrzeć drugi raz. Tylko gdyby musiała mierzyć się z ratowaniem człowieka, mogłaby nie dać rady opanować własnych emocji, a on jednak pomógł i działał — zrobiłeś tyle, ile mogłeś. Nie jesteś medykiem, a nawet wtedy mogłoby się to nie udać. Na pewno jest za to wdzięczny i chciałby, żebyś miał czyste sumienie — nie wiedziała, co powinna powiedzieć w takich sytuacjach. Drugą z dłoni przeniosła na jego tors, wprost do miejsca, gdzie biło jego serce. Chciała, żeby wszystkie jego myśli odpuściły, poleciały w otchłań, która zniknie bezpowrotnie. Nawet przez chwilę zastanawiała się, czy go przytulić, ale... wrócił do gotowania.
— To musisz sobie na nią zasłużyć — mruknęła, słysząc o powtórce. Sama ją chciała, ale i na to przyjdzie czas, kiedy jej żołądek będzie pełny. Na całe szczęście pierwsze danie już wleciało na stół.
— Chcesz już umawiać kolejny raz? — zagadnęła, słysząc wprost, że mógłby. Lubiła jego kuchnię, lubiła jego, ale w relacje nie wchodzi się tak szybko. Chociaż musiała przyznać, że nie miałaby nic przeciwko, jakby został u niej na kilka dni. Za to zaraz musiała się cała wyprostować — tak. — mruknęła finalnie, lekko się prostując. Nie spodziewała się. Jasne, orgazm życia wyparł z niej fakt, że Mara go kojarzyła, ale tu miała potwierdzenie czarno na białym — to jaka była.... na terapii? — zagadnęła lekko nerwowym tonem — przepraszam, ale totalnie nie wyobrażam jej sobie poważnej. Jest wulkanem energii — najlepszym co w całym życiu Cynthii ją spotkało. Chociaż może niedługo Lakefield zostanie zdetronizowana przez Bachmanna.
— Dziękuję za posiłek. — delikatnie się uśmiechnęła, był przepyszny. Jeszcze chwila napięcia musiała trwać — żebym nie miała pełnego brzucha, bo nie dam rady się podnieść — chyba nigdy nie jadła, aż tylu posiłków na raz. Widocznie rozpoczynał się nowy rozdział w życiu Cynthii. Pierwsze razy z Theo.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Okay, zgoda. Chętnie napiję się z tobą lampki wina do kolacji. - odpowiedział lekko, pochylając się do niej, by tą umowę przypieczętować krótkim pocałunkiem. Nie miał nic przeciwko jednej małej lampki do kolacji, ok? Butelka by go zgniotła, czasami jedno pełne piwo sprawiało, że było mu źle w Theo; życie. Dobrze dobrane wino do przygotowanej przez niego kolacji? Szanował. To konkretne było wybrane dla niego przez kogoś, kto się na tym znał i komu w tej kwestii ufał bardziej niż sobie, więc tym bardziej był całkiem ciekawy, żeby sprawdzić co takiego specjalnego było w tym konkretnym prosecco. - Mhm, przypomnij mi później, dam ci znać, czy czegoś z tej listy nie zapomniałem i zobaczymy co da się zrobić. - wyszczerzył się w rozbawionym uśmiechu jeszcze zanim się wziął za to gotowanie. Mógł się zajmować kilkoma rzeczami na raz, w tym nie był problem. Nie chciał niczego spalić, okay? Trochę się zapominał przy Cynthii, był odrobinę za bardzo do przodu i generalnie jakby się zbyt mocno rozproszył, to musieli by tą kolację zamawiać. Po co marnować dobre składniki, to raz, a po dwa.. No, cóż, głód wzmagał apetyt, prawda?
- Nie wiem.. Jakbym miał chociaż pasek przy sobie, może coś by to dało? Albo był wtedy silniejszy? Ale teraz jestem, więc.. - tak, zajął się znów gotowaniem, bo tak bardzo jak uważał jej dotyk za kojący, musiał się nad czymś mocniej skupić. Zająć ręce, przede wszystkim, wbić spojrzenie w coś, co przygotowywał i nad czym miał kontrolę. Nie przypominać sobie aż tak dokładnie własnej bezradności sprzed ponad dekady, bo to nie miało sensu. Miała rację, nie ważne jakiej wiedzy by nie miał, czy sprzętu, czasami nie dało się zrobić nic. Ta jego racjonalna część to wiedziała, a ta nieracjonalna.. Dalej pamiętała zdecydowanie zbyt wiele i widziała każdy błąd, którego starszy Theo by nie popełnił. - Chcę zostać strażakiem. - nie wątpił, że tamto wydarzenie było jednym z tych, które podświadomie popychały go w stronę nowej profesji. - A przynajmniej spróbować i zobaczyć, czy rzeczywiście mogę? Wiesz, komuś pomóc, zrobić coś, nie być bezczynnym. - zerknął na nią krótko, po karku przeszedł krótki, zimny dreszcz, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że nikomu jeszcze nie powiedział ze swoich bliskich i że w gruncie rzeczy naprawdę mu zależało na jej opinii. Bo co, jeśli wcale nie chciała, żeby próbował? Jeśli miała mu zaraz powiedzieć, że nie chce się spotykać z facetem, który wiecznie będzie nadstawiał karku dla nieznajomych? Nie miał bladego pojęcia, co wybrałby, popchnięty do impasu.
- Na dobry początek, mogę u ciebie zostać na chwilę. Mam kilka dni wolnego, tym razem przyniosłem ze sobą ciuchy na zmianę.. Ale bez presji, wiesz. - wzruszył lekko ramionami, posyłając jej lekki uśmiech, z przyjemnością zajmując sobie gębę kilkoma dziabnięciami makaronu. Yum. Dawno nie miał okazji gotować czegoś tak prostego, ale z użyciem dobrej jakości produktów i trufli! Cieszył się jak dziecko, że udało mu się je kupić i do tego mógł ich teraz użyć gotując dla swojej Cynthii. - Um.. Pamiętam, że była chyba ruda? I sprawiała wrażenie, jakby była dobra w swojej pracy? Ale jak tak teraz wspomniałaś, to rzeczywiście, miała trochę uśmiech chochlika. Wyraźnie masz słabość do chochlików i wulkanów energii, hm? - nie powstrzymał rozbawionego uśmiechu, a gdyby miał ogon, to by nim zamachał w niekrytej ekscytacji. Nie zwrócił na Marę większej uwagi, bo.. No, bo poszedł do niej ten raz, żeby się przekonać o tym, że wcale nie potrzebował, a wyszedł z nowym odkryciem, że może jednak był trochę zjebany. Gdyby chciał wrócić, to czy to by był konflikt interesów? Czy tylko gdyby Cynthia miała być tą terapeutką? Zaśmiał się pod nosem, bo cała sytuacja go bawiła.
- Przyjemność po mojej stronie. - odpowiedział i nawet lekko się ukłonił, podnosząc z własnego miejsca, by zabrać jej talerz i sztućce. Kelnerem też kiedyś był, okay? Dawno temu, ale był. - Na główne musimy poczekać. Będę co godzinę fastrygować tego łososia, żeby nie wysechł, posiedzi tam... A, nie wiem w sumie, zobaczę. - stwierdził, wzruszając jednym ramieniem, zanim włożył brudne naczynia do zlewu, by zaraz podzielić resztę tego samego dania do pudełek dla Ward na później. Wystarczyło wrzucić na patelnię i było. Trufle starł do mniejszego pojemniczka, żeby wszystko miała pod ręką i gotowe do użycia. - Dobra, pytanie z rzędu tych absolutnie banalnych. Jakbyś miała gdzieś pojechać na wakacje, powiedzmy, to przychodzi ci do głowy jakieś konkretne miejsce, czy po prostu jakiś vibe? Wiesz, niektórzy wolą góry, inni plażę i morze. - nie, żeby miał jakieś plany, po prostu był ciekawy, okay? Jakkolwiek daleko sięgał pamięcią, nie mógł sobie przypomnieć ostatniego czasu, kiedy wziął wolne. Profesja kucharza dawała mu ten komfort, że nawet w święta miał co robić, a zmianowa praca opłacała się wtedy jeszcze bardziej.
Cynthia A. Ward